Blog główny

poniedziałek, 19 listopada 2018

Dziadostwo...

Do legendy w świecie wyścigowym przeszła podróż ogiera Jape z Krasnego do Golejewka. Było to w czasach przedautostradowych – ale, koniec końców, dało się i wtedy przejechać w ciągu jednego dnia:


Tymczasem epopeja tego popularnego i urodziwego amanta trwała – podobno – aż dwa miesiące: niewiele pozostało na trasie stadninek, stadek, szkółek jeździeckich oraz zwykłych gospodarstw z najzwyklejszymi „Grubymi Kaśkami”, których by nie odwiedził. U celu podróży ogier był chudy, spokojny do przesady i absolutnie nie zainteresowany wdziękami golejewskich klaczy…

Nawet, jeśli to tylko legenda (nie było mnie przy tym, miodu i wina nie piłem, po brodzie mi nie ciekło…) – to pokazuje pewną ważną prawdę o naszym koniarskim środowisku. Prawda o naszym koniarskim środowisku jest mianowicie taka, że cwaniak cwaniaka cwaniakiem pogania.

Jasne! Środowisko wciąż cierpi na rozpaczliwy brak gotówki. To i nie dziwota, że najmarniejszy i najbardziej niegodziwy zarobek – łatwo znajduje chętnego amatora.

Ba! 30 lat temu zaczęliśmy praktycznie od zera. Wszyscy. Siłą rzeczy – taplając się po szyję w długach, prowizorkach, stajenkach z dykty i szarej taśmy, fuchach, niewiadomego pochodzenia koniach, kulawych na wszystkie cztery nogi, a nierzadko wprost – w nieczystościach.

Problem polega na tym, że niektórym najwyraźniej w tych nieczystościach wciąż jest ciepło, miło i przyjemnie…

Byłem przy tym – choć dziwnym trafem, akurat nic do picia nie było – gdy handlarz z Wieliszewa, obrzydliwy spaślak, jako żywo przypominający Jabę z „Gwiezdnych Wojen”, oferował dwie klaczki w typie pogrubianym (tyle że bułane, z pięknymi, konopnymi grzywami i ogonami…), jako… „konie achałtekińskie”. I jeszcze w twarz mi się zarzekał, że on przecież wie lepiej ode mnie – za milion euro koni do Reichu sprzedał, to jak może nie wiedzieć..???

Wypisałem się z grupy „Konie Kupię Sprzedam” na Twarzoksiążce. Podobnie jak dałem sobie spokój z ogłoszeniami na Olx. Oba te miejsca zdominowane są bowiem przez taki właśnie typ ludzi. Oraz przez ich klientów – dumnych z tego, że „dobrego konia za dwa tysiące kupili” i zarzekających się, że „miliona monet za konia nie dadzą”.

Przy czym – to już często nie są ludzie aż tak bardzo biedni. Samochodu za 2 tysiące zeta – raczej by nie kupili. Nawet przypuszczam, że dość często gotowi są auta kupować nie w komisie, tylko w salonie – choć jest to ekonomiczny absurd.

Ale konia? O nie! Za konia „miliona monet nie dadzą”! Bo „dobre konie to i za dwa tysiące da się kupić”…

Pewnie że się da..!

Tyle tylko, że jest to zuchwała kradzież – i żerowanie na cudzym nieszczęściu.

Samo tylko utrzymanie konia nie ma prawa kosztować mniej niż 3 – 4 tysiące rocznie. Kto twierdzi, że jest inaczej – bezczelnie konfabuluje. Nawet koń chodzący po łące – generuje koszty. Chyba, że ta „łąka” to nigdy nie nawożony i nie koszony ugór..? A przecież – nie da się w ten sposób utrzymać konia cały rok. Nie w Polsce. Na zimę trzeba zapewnić bodaj miotły albo strzechy do obgryzania, jak już skąpimy na sianie czy paszy treściwej. Gdzie odrobaczanie, szczepienie, rozczyszczanie kopyt..? A gdzie godziwy zarobek hodowcy, gdzie wynagrodzenie ewentualnego ujeżdżacza (jeśli ten koń ma nie być surowym odsadkiem, ludzką ręką nie dotykanym)?

Jeśli więc ktoś nawet zgadza się sprzedać konia za tak poniżającą jałmużnę – to robi tak tylko z dwóch powodów. Albo ten koń jest tzw. „destruktem”, tzn. ma wady uniemożliwiającego jego normalne użytkowanie (a – z jakichś przyczyn – nie jest możliwe oddanie go na rzeź, co POWINNO w tej sytuacji nastąpić), albo też – hodowcę przycisnęła bieda i sprzedaje nawet ze stratą, żeby tylko mieć w ogóle jakąś gotówkę.

Na marginesie zauważmy, że problem powyższy w ogóle nie dotyczy koni „grubych”. Właśnie dlatego, że tam egzemplarz – z dowolnych powodów – nie nadający się lub nie przeznaczony do dalszej hodowli – ma łatwy zbyt. I nie ma mowy, żeby ktokolwiek sprzedał lub kupił konia poniżej ceny jego mięsa.

Natomiast wśród koni ras „szlachetnych” – patologia goni patologię. Ludzie kupują konie za psie grosze – za czym, konsekwentnie, skąpią pieniędzy na ich utrzymanie i leczenie (ale już – o logiko..! – nie na dereczki, koreczki, czapraczki, czy durne „szkolenia”, albo „kliniki”: które też, równie konsekwentnie – kosztują grubą kasę…), a jak się „zużyją” – bez żalu i bez wyrzutów sumienia, odsyłają „na łąki”, najchętniej – za darmo. No bo przecież konik nic nie kosztuje, prawda..?

A czego się spodziewać..? Ostatecznie, gdyby ktoś kupił rzęcha za dwa tysiące zeta – to przecież nie będzie potem płacił za jego remont, tylko – jak mu się popsuje – odkręci tablice i zepchnie do rowu…

Poniekąd, patologia ta jest skutkiem pewnej fundamentalnej słabości, jaką jest praktyczny brak rynku tzw. „koni użytkowych”. Do hodowli nadaje się góra 15% każdego rocznika. Najczęściej – mniej. Co robić z resztą?

Kiedyś takie konie kupowało wojsko, kupowali je ludzie używający je do codziennej pracy (jeszcze w latach 70-tych zeszłego wieku brygadzistom w sowieckich kołchozach przysługiwał służbowy koń…). Obecnie o tyle nie ma co z nimi zrobić, że brak jest jasnego rozgraniczenia funkcji. Jak ktoś ma klaczkę w tatersalu – obojętnie jak bardzo byłaby marna – to „przy okazji”, „na własne potrzeby” – pokryje. I bidy się mnożą. Zwiększając podaż marnych koni ponad wszelką miarę – i ponad wszelkie potrzeby. Które wielkie nie są…

Zakazać takiej praktyki..? Kusząca opcja. Niestety – sterylizacja klaczy (a to byłby jedyny pewny sposób zapewnienia przestrzegania takich ograniczeń, na dobrą wolę właścicieli – nie ma co liczyć…) do zabiegów prostych, łatwych i tanich nie należy – w przeciwieństwie do psów i kotów (a i tego nie da się dobrowolnie doprosić… zawsze znajdą się tacy, którym i pięćdziesięciu złotych na prosty i bezpieczny zabieg – szkoda..!).

Co pozostaje..? No cóż – pozostaje dawać upust zarówno bezsilnej frustracji, jak i moralnemu oburzeniu – nie przejmując się miłością własną szmaciarzy, którzy tak postępują. Co czynię w miarę sił i możliwości – od czasu do czasu. Powinniśmy czynić świat dookoła nas piękniejszym - a nie brzydszym. I tyle na dziś...

6 komentarzy:

  1. Dokładnie to samo jest z rasowymi psami i dziadostwo generuje pseudohodowle.
    Nabywca chce mieć tanio i ładnie. nic to że szczeniak z wadami, chory, zarobaczony. ważne, że wyda 500 a nie 3000. to jest ważne! głupki wydają potem 15000 na leczenie i doprawdy mi już szkoda słów do dziadostwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To i tak dobrze jeżeli wyda na leczenie, a nie przywiąże do drzewa...

      Usuń
    2. Nie jestem pewna czy jakiekolwiek długotrwałe cierpienie zwierzęcia jest do porównania. szczególnie spowodowane człowiekiem.

      Usuń
  2. Ja tylko chciałabym wiedzieć, dlaczego szkolenia i kliniki są durne? Narzeka pan na brak wiedzy, durnowatość ludzi. To właśnie szkolenia i kliniki są od tego, by wiedzę poszerzać. To jest absurd, żeby próby nauczenia się, rozwijania - nazywać durnym. Za dużo frustracji chyba z pana strony się kłębi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego: https://tiny.pl/thhd6 Nie mówiąc już o tym, że obsesyjne poszukiwanie "ścieżek wiedzy i samorozwoju" to patologia sama w sobie i dla siebie. Oczywiście - nie każde szkolenie i nie każda klinika jest "durna". Mam jednak nieodparte wrażenie, że ogromna większość istnieje tylko dlatego, że mnóstwo ludzi ma zbyt wiele wolnego czasu i zbyt wiele zbędnych pieniędzy...

      Usuń