Blog główny

wtorek, 15 maja 2018

O "fachowości" jako pułapce

Nie tak dawno rzuciło mi się gdzieś przed oczy (nie wiem, czy nie na "twarzoksiążce"...) stwierdzenie, że im większa wiedza fachowa, tym mniejsza pewność siebie. To oczywiście prawda. Kłopot polega na tym, co się dzieje w relatywnie niskich i, hmm... - "średnich" stanach "fachowości".

Teoretycznie, zgodnie z wykresem - pewność siebie takiego adepta "wiedzy fachowej", który coś już liznął - powinna maleć proporcjonalnie do stopnia "liźnięcia". Obawiam się - że tak się bynajmniej nie dzieje! Każda umiejętność polega w pierwszym rzędzie na przyswojeniu sobie pewnych odruchów - fizycznych lub umysłowych (a najczęściej i takich i takich...). Zgodnie ze znaną zasadą, o której skądinąd, wieki temu pisałem - człowiek zwykł luki w swojej wiedzy empirycznej wypełniać, najzupełniej odruchowo i automatycznie - założeniami, uprzedzeniami, przesądami, czymkolwiek - byleby tylko nie przyznać się (SZCZEGÓLNIE przed sobą...), że czegoś nie wie.

No a cóż łatwiej wypełnia luki w wiedzy niż jakoś już wyrobiony odruch..?

Ergo: taki "średni fachowiec" winien być - i jest, o czym chyba każdy z nas przekonał się w praktyce - niezmiernie wręcz apodyktyczny!

Doświadczyłem tego ostatnimi czasy na dwa sposoby. Najpierw przy okazji naszego "Włocha":


Rok temu odpadła mi pompa hydrauliczna. Odpadła, bo jest źle przymocowana i w ogóle - nie od tego modelu. Pompa, produkcji polskiej, powinna być przymocowana do korpusu na cztery śruby. A włoski ciągnik ma miejsce tylko na dwie - i to, obie po tej samej stronie (od góry). Poprzedni właściciel "Włocha" miał spawarkę - i nie wahał się jej użyć, niestety. Jak się pewnie Państwo domyślacie - domowej roboty spawy nie wytrzymały wibracji. Napięty przy pomocy gwintu łańcuch pomógł raptem na kolejny rok...

Najlepsza z Żon naprawiła, jakiś miesiąc temu, pompę. Przyznaję jednak, że boję się teraz uruchamiać maszynę - bo jak wyjadę na pole, to prawie na pewno coś znowu się zepsuje po takim czasie. Trzeba najpierw zgromadzić rezerwę finansową na ewentualny dodatkowy remont, żeby siąść za kierownicą "Włocha" bez drżenia rąk - a takiej rezerwy w tej chwili nie mamy.

Tym niemniej - chcieliśmy ciągnik przynajmniej odpalić, żeby zobaczyć czy żyje. No i to się, koniec końców - udało. Z tym, że jeden z dwóch akumulatorów, niestety, przez zimę - wyzionął elektrycznego ducha na amen. Chciałem pożyczyć takowy - i w końcu się to udało. Po podłączeniu dwóch akumulatorów jak należy i zastosowaniu prawidłowej "procedury startowej", polegającej na rozgrzewaniu silnika świecami przez minimum minutę - ciągniczek zaskoczył aż miło.

Tyle, że nikt mi nie chciał uwierzyć, że tak trzeba zrobić... No bo przecież WSZYSTKIE ciągniki odpalają na jednym akumulatorze, a nie na dwóch - a jak nie chcą, to wystarczy włożyć płonący "kopeć" do wlotu powietrza..! Jak się Wam chce powiększać obrazek, to wypatrzycie na masce rzeczony "kopeć"...

Cóż było zrobić..? Z góry wiedziałem, że nic z tego nie będzie tym sposobem - ale przecież ja jestem tylko amatorem, mieszczuchem, co ja tam wiem o ciągnikach, prawda..? Musiałem się zgodzić na ten eksperyment... Mam tylko nadzieję, że gumowy przewód kolektora ssącego za bardzo nie ucierpiał...

-------------------------------------------

Teraz, to samo poniekąd dzieje się przy okazji naszych ogłoszeń o sprzedaży koni. Przyznaję, to prawda: to nie tak miało wyglądać..! 

Od prawie roku planujemy sprzedać ogiera i młodzież męską. Ogier - no cóż: Murzyn zrobił swoje... Cały "cel hodowlany" jaki sobie postawiłem 9 lat temu polegał na tym, aby od każdej z naszych klaczy uzyskać "satysfakcjonującą" córkę. Co, z chwilą przyjścia na świat małej Omiid - zostało w 100% zrealizowane.

No - może w 90%. Bo nie jestem tak do końca zadowolony z Mahru. To znaczy - jest to świetna klacz, ma ogromny potencjał. Ale raczej sportowy niż hodowlany. Jak się ktoś z nią właściwie dogada - nie będzie dla niej przeszkody nie do przeskoczenia, ani drogi nie do przejścia. To "dogadanie się" nie będzie takie łatwe (powoli i nam się to na pewno uda - tyle, że czasu tak rozpaczliwie brak...) - i stąd cena za Mahru jest taka, jaka jest.

Natomiast do hodowli... No, odrobinkę za masywna jak na mój gust jest..!

Ale mogę z tym żyć. Żebyśmy tylko takie problemy mieli...

No więc - od prawie roku (a już na pewno od listopada) planujemy sprzedać ogiera i młodzież męską. Wymarzyłem sobie piękną kampanię promocyjna - z filmami i zdjęciami pod siodłem, może z jakimś okazjonalnym wyskokiem na jakieś "małe" zawody albo pokaz...

Cóż - plany sobie, życie sobie. Teraz to już nie mam innego wyjścia - MUSZĘ iść w sensację i rozgłos za wszelką cenę (nie ważne, czy piszą dobrze czy źle - ważne, żeby bez błędów w hiperlinkach...). Dlatego wystawiłem na sprzedaż wszystkie klacze i dlatego dałem takie ceny, jakie dałem - i naprawdę, nie mam zamiaru ich negocjować (bo przecież, jako żywo, zupełnie mi nie zależy na sprzedaniu czegokolwiek poza ogierem, młodzieżą męską i, w ostateczności, jak by ktoś bardzo chciał - Mahru...).

Tymczasem telefony, owszem, dzwonią. Jakieś wiadomości przychodzą - i wszyscy pytają tylko o Melesugun. Po czym są wielce obrażeni jak mówię, albo pisze, że NAPRAWDĘ chcę za nią 120.000 zł (sto dwadzieścia tysięcy złotych).

Ja się nawet zgadzam, że cena jest z lekka absurdalna (podobnej klasy klacz można kupić w Rosji w granicach 10.000 euro, więc prawie trzy razy mniej - jak doliczyć koszty badań, transportu, podatki, cła - to przestrzeliłem, powiedzmy, nieco mniej niż dwukrotnie...). Ale jaki w tym powód do obrażania się, kpin czy szyderstwa?

Moja klacz - moja cena. Taniej jej nie oddam, bo taka jest MOJA wola. I co Wam do tego..? Młodzież oferuję po cenach "rynkowych" w tym sensie, że tak się te konie ceni, tyle kosztują  - całkiem przeciętnie i średnio.

Tu nie ma żadnej "obiektywnej ceny" - w tym sensie, o jakim pisałem na forum Re-Volta, tzn.: nie istnieje, w świecie współczesnym, taki koń, który miałby jakąś "obiektywną wartość użytkową". Cena jest sprawiedliwa gdy zgadza się na nią i sprzedawca i kupiec - i tyle. Ludzie trzymają wierzchowe konie dla przyjemności, dla potrzeby obcowania z pięknem - a nie po to, że jest im to jakoś "obiektywnie do życia potrzebne"..!

Kto doceni piękno, szlachetność, dumę, charakter konia - ten łatwo przyzna, że ceny, które wyznaczyłem, są całkiem rozsądne, a nawet - umiarkowane.

Oczywiście rozumiem, że światek koński cierpi w Polsce na rozpaczliwy brak gotówki i stąd każde 5 złotych wywołuje gorszące zgoła emocje. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że najbardziej w moich ogłoszeniach gorszące i obraźliwe dla "średniego fachowca" jest to, że burzą one "średnim fachowcom" (takim, jak wszystkie te młodsze i starsze panie uprawiające "pingwinizm" i umacniające swoje poczucie własnej wartości dzięki dzieleniu się "fachowymi" przemyśleniami na forum Re-Volta...) ich uporządkowany, stabilny i przewidywalny obraz świata. Obraz, w którym to oni (one...) są "na szczycie" pewnej "piramidy prestiżu" - i żaden amator z krzaków nie śmie się wychylać z własnym zdaniem na ten temat..!

7 komentarzy:

  1. "[...] człowiek zwykł luki w swojej wiedzy empirycznej wypełniać, najzupełniej odruchowo i automatycznie - założeniami, uprzedzeniami, przesądami, czymkolwiek - byleby tylko nie przyznać się (SZCZEGÓLNIE przed sobą...), że czegoś nie wie."

    Hmm, myślisz tak czasem o sobie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale przecież ja się w ogóle na niczym nie znam..?

      Usuń
    2. Ha! Cóż za "samokrytyka". Znasz chyba swoją wartość, prawda?

      Usuń
    3. To jest tzw. "silly question". Nie odpowiem. Nie czuję potrzeby wdawania się w takie poboczne dyskusje.

      Usuń
    4. To było pytanie retoryczne.

      Usuń
  2. Rzadko komentuję, bo nie umiem formułować myśli w zgrabne zdania, ale jedno muszę stwierdzić: komentarze są równie ciekawe i zabawne co tekst podstawowy :) Pozdrawiam W

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawy artykuł
    Dzięki, będę odwiedzać:)

    OdpowiedzUsuń