Blog główny

sobota, 27 maja 2017

Niosąca Zwycięstwo

Przejęcie władzy na naszej farmie odbyło się niemal aksamitnie. Skakaliśmy, jak nam nasza Cesarzówna zagrała, nim nawet jeszcze zdążyła się urodzić (o czym niżej...) - a odkąd jest już widoczna i słyszalna, po prostu robimy, co nam każe...

Ponieważ stres ostatnich kilku tygodni dopiero ze mnie zaczyna wychodzić (do tego stopnia namacalnie, że momentami mnie wręcz telepie jak w febrze...), a chwilowo żadne inne sposoby jego rozładowania nie wchodzą w grę, to jakoś przezwyciężyłem opór naszego mocno zardzewiałego internetu (żywy dowód na brak tzw. "postępu" - z internetem na naszej wsi jest teraz tak, jak było 10 lat temu, a momentami nawet gorzej - choć w międzyczasie było już dużo lepiej i zupełnie nie wiadomo, dlaczego lepiej być przestało... ) i, korzystając z faktu, że obie moje ukochane kobiety odpoczywają - przynajmniej o tyle sobie ulżę, że wypadki tych kilku tygodni, pokrótce opiszę, wielce umoralniającego morału o pożytkach z bycia krnąbrnym nie pomijając!

Krnąbrni okazaliśmy się po raz pierwszy kiedy minął najpierw tzw. "termin środkowy porodu", a potem kolejne dwa tygodnie - i nic się nie działo. Regularnie, najpierw co dwa dni, potem codziennie, uczęszczaliśmy na KTG (czyli podsłuch serca naszej Cesarzówny), a także na USG. Robiliśmy też badania krwi. I wszystko było w najlepszym porządku! Ułożenie Cesarzówny - idealne. Masa ciała - przyrasta. Serducho - bije jak młot. Przepływy krwi - znakomite. Płynów - pod dostatkiem.

A mimo to, zgodnie z obowiązującym tzw. "standardem", tuż przed upływem magicznego terminu dwóch tygodni po "terminie środkowym" - nasza pani doktor skierowała nas na oddział "patologii ciąży" w celu indukcji porodu. Jako praktyk hodowca kompletnie nie pojmuję po co! Może moje skromne doświadczenie Was nie przekonuje, ale zapytajcie hodowców z wielkich stadnin - gdzie czasem i po 50, po 100 klaczy kryje się w zbliżonym terminie. Czy kiedykolwiek trafiło im się, żeby dwie były w ciąży dokładnie tyle samo czasu..? Chyba przypadkiem..!

Długość ciąży to prawidłowość czysto statystyczna. Jak każda tego rodzaju prawidłowość, objawia się w ten sposób, iż najwięcej kobiet rodzi (naturalnie) między 39 a 40 tygodniem od poczęcia, ogromna większość - między początkiem 38 a końcem 41 tygodnia. Ale są też takie, które urodzą przed początkiem 38 tygodnia - i nie będzie to żadna zgoła patologia. Tak samo jak nie będzie żadną zgoła "patologią" ciąża trwająca na ten przykład 43 tygodnie. Oczywiście - zakładając, że w ogóle jesteśmy w stanie określić termin jej początku. Co jest tematem na osobne rozważania, ale może nie tu na nie miejsce i czas.

Więc - na zdrowy rozum, skoro wszystkie wskaźniki były w najlepszym porządku, a Najlepsza z Żon czuła się znakomicie i nie mniej znakomicie czuła wierzganie Cesarzówny - to czym tu się było stresować..?

Ale nie..! Nasza pani doktor, przynajmniej to skierowanie na "patologię ciąży" dała nam w imię prawa, wyraźnie się zastrzegając, że tak stanowi "standard", a my możemy zrobić, co uznamy za słuszne. I była pod tym względem nader odosobniona: bo kto tylko wiedział, a mógł, to robił co w jego mocy, żeby nas do wywołania porodu przymusić. A to opowiadając różne baśnie z mchu i paproci o potwornościach wynikających z "przenoszenia ciąży" (z "uduszeniem się dziecka pępowiną" na czele..!). A to blednąc i drżąc w obawie, że choć wszystkie wskaźniki idealne, to my przecież na pewno ukrywamy jakąś straszliwą "patologię", będzie źle i prokurator wkroczy, odsyłając do więzień, a przynajmniej pozbawiając prawa wykonywania zawodu wszystkich, którzy nam "nie pomogli", choć mogli...

Nie ulegliśmy! Bóg jeden wie, ile nas (a zwłaszcza Najlepszą z Żon) ta krnąbrność kosztowała. Mamy jednak głębokie przekonanie, że postąpiliśmy słusznie. Z pewnych względów, poród koniec końców okazał się dla Najlepszej z Żon niełatwy. Dała radę m.in. dlatego, że znakomitą większość czasu spędziła w wannie lub pod gorącym prysznicem. Co niekoniecznie spotyka się na oddziałach "patologii ciąży", prawda..? Nie mówiąc już o tym, że indukowanie porodu byłoby fenomenalną wręcz głupotą, skoro poród zaczął się sam z siebie, całkowicie naturalnie i bez żadnych (przynajmniej potencjalnie szkodliwych!) "wspomagaczy" raptem... trzy dni później..!

Dokładnie w nocy z wtorku na środę. Akurat wziąłem urlop, od środy zaczynając - bo mieliśmy już serdecznie dość codziennego jeżdżenia do Warszawy i dalsze oczekiwanie chcieliśmy spędzić w domu, przepisowe KTG wykonując gdzieś bliżej. Nie zdążyliśmy!

Początek był dość lajtowy. Jeszcze pospacerowaliśmy, popieliliśmy ogródek, popracowaliśmy w gospodarstwie:






Dopiero popołudniu, właśnie pod widocznymi na zdjęciu burzowymi chmurami, załadowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy... na lody białobrzeskie! A dopiero potem - do Domu Narodzin państwa Ekielskich w Łomiankach.

I tak by pewnie zostało aż do szczęśliwego finału, gdyby nie pewna przypadłość, dawniej uchodząca za chorobę zawodową kawalerzystów - którą to przypadłość, niestety, nieco zlekceważyliśmy. Skutkiem były nieliche doprawdy doznania bólowe (mam potworne poczucie winy w związku z tym!), oraz nie zagrażające życiu ani (poważnie) zdrowiu, ale przykre estetycznie komplikacje.

Przy zwalczaniu których okazaliśmy naszą krnąbrność po raz drugi. Kosztowało nas to mniej, bo i akcja dramatu trwała dużo krócej i pozostali aktorzy byli nam dużo życzliwsi i mniej uparci niż poprzednio - ale też musieliśmy się oboje wykazać zdecydowaniem w chwili, gdy nie było nam o to z natury łatwo - bo tuż po porodzie.

Krótko pisząc: nie daliśmy się przewieźć do szpitala w celu wykonania (rutynowej skądinąd i bynajmniej nie służącej "ratowaniu życia"...) operacji - wychodząc z założenia, że nie można urody przedkładać nad zdrowie i życie. A Najlepsza z Żon była tak wyczerpana i na tyle osłabiona, że i sama fatyga przewożenia i (bardzo prawdopodobne...) oczekiwanie na szpitalnych korytarzach i kontakt ze szpitalnymi zarazkami i wystawienie na ryzyko szpitalnych błędów (wysoce prawdopodobnych, skoro - choć operacja prosta i rutynowa - to okoliczności od rutyny odbiegały...) - mogły jej potencjalnie bardzo poważnie zaszkodzić.

Koniec końców skończyło się to happy endem: nie tylko zostaliśmy, gdzieśmy byli, a Najlepsza z Żon miała czas na odzyskanie sił, ale i zmobilizowana, zaprzyjaźniona pani doktor, założyła te kilka szwów na miejscu - przy czym okazało się, że tylko strach miał wielkie oczy, bo i położna by sobie z tym poradziła, gdyby starczyło jej determinacji.

Szczęśliwy (mimo wszystko) finał miał miejsce w czwartek, dokładnie o 5.00 rano: na świat przyszła nasza dziedziczka, Weronika Maria. "Weronika" to - z greki - Niosąca Zwycięstwo. W średniowieczu dorobiono temu imieniu (znanemu także w starszej wersji fonetycznej Berenike) łamaną etymologię łacińsko - grecką, przekładającą się na Prawdziwy Wizerunek - i stąd historia o niewieście ocierającej chustą twarz Chrystusowi. Córeczka nie musi się jednak wstydzić patronki, bo była także inna święta tego imienia - już, z całą pewnością historyczna! Męskim odpowiednikiem "Weroniki" jest... Nikifor! Jak sobie uświadomiłem w sumie przed chwilą. Cesarzówna otrzymała imię na cześć swojej prababci - ale mamy niepłonną nadzieję, że do niego dorośnie. Już niemałe nam przyniosła zwycięstwo - a cały czas wykazuje się wielkim charakterem i całkowitym brakiem poszanowania dla pospolitych, codziennych kompromisów, które tak brzydzą urodę życia większości spokojnych, pozbawionych cnoty krnąbrności obywateli. Mamy nadzieję, że tak jej zostanie, a my tylko tę cechę wzmocnimy..!