Blog główny

piątek, 17 marca 2017

Battle for the Life and Beauty of the Earth

W podtytule: A Struggle Between Two World - Systems


Trojga autorów, z Christopherem Alexandrem na czele.

Przeczytałem - w 1/3, ale chyba spróbuję skądś ściągnąć wersję w pdf i dokończyć - niemalże służbowo. Co prawda, nie mam akurat nic wspólnego z projektowaniem, ale jesteśmy wciąż na tyle małym zespołem, że i ja, mały żuczek, załapałem się na kolektywną czytankę z okazji przyjazdu głównego autora do Polski.

Przeczytałem - i dzielę się z Państwem wrażeniami: czuję się do tego przymuszony skalą wątpliwości, jakie wzbudziła we mnie ta lektura...

Autor jest bez wątpienia (bo sam się do tego przyznaje...) entuzjastą i kontynuatorem rewolucji 1968 roku i przez dobrych kilka rozdziałów nie robi nic innego poza psioczeniem na "pieniądze", "wielki kapitał" i "system B" - zadziwiająco wręcz podobny w objawach i działaniu do Marksowskiej "alienacji". Z koncepcją iż na ten przykład sztuka prehistoryczna wypływała bezpośrednio z wnętrza człowieka, z jego uczuć - a potem nastąpił i w naszych czasach kulminuje proces swoistej "eksternalizacji", w wyniku którego twórcza działalność człowieka (w tym zwłaszcza architektura, której rzecz dotyczy...) staje się konwencjonalna - też nie potrafię się zgodzić.

Sam autor zauważa, że rozpad tzw. "wielkiej rodziny" ma dwie strony: z jednej strony - ludzie stali się samotni. Ale z drugiej strony, jak ktoś nie potrafi żyć w zgodzie z teściową, to nie musi! Logiczny stąd wniosek, że w dawnych, niewątpliwie lepszych (z czym się przecież zgadzam!) czasach, kiedy utrzymanie pokojowych, a nawet przyjaznych stosunków z teściową było sprawą życia i śmierci - ludzie bynajmniej nie mieli wolności wyrażania swoich uczuć! Ba! Ci z Państwa, którzy czytając moje teksty widzą coś więcej niż tylko proste skandalizowanie mogli już dostrzec, że wolności, a w szczególności wolności do swobodnej ekspresji samego siebie jakoś, w przeciwieństwie do entuzjastów i kontynuatorów rewolucji 1968 roku specjalnie nie poważam.

Wręcz, skłonny byłbym uważać, że spora część, jak nie większość owych - niewątpliwie przecież realnych i istniejących - problemów w naszym współczesnym życiu wynika z przeceniania a nie z niedoceniania wolności jednostki. Koniec końców, czy przemysł, w tym "przemysł budowlany" z takim uporem wytwarzałby pozbawione indywidualności i charakteru (czyli - wg autora - "ducha", czy też "całościowości", "pełni") przedmioty, w tym domy i mieszkania - gdyby jednostki, korzystając ze swojej wolności, owych przedmiotów (w tym domów i mieszkań) nie kupowały..?

Jasne - reklama, moda, lobbying... To wszystko w rzeczywistości istnieje. A pieniądze mają to do siebie że jak woda - płyną tam, gdzie czują najmniejszy opór, a jak płynąć nie mogą, to sobie żłobią wąwozy i przełomy.

Gdyby zawartość książki ograniczała się tylko do tego rodzaju komunałów - wzruszyłbym ramionami i oddał ją następnemu koledze, co najwyżej z ironicznym komentarzem.

Ale tak nie jest.

Wręcz - poczułem (po owych 1/3 objętości, którą zdążyłem przeczytać w pociągu - resztę tylko przekartkowałem...) pewien niepokój natury moralnej.

Książka, generalnie, poświęcona jest opisowi praktycznego zastosowania pewnej teorii tłumaczącej strukturę ludzkiej twórczości - teorii "systemu A", więc - wedle autora - "naturalnego", "spontanicznego" sposobu organizowania przestrzeni, ludzkiego życia, wspólnoty. 

No i tak się składa, że jak czytam opis owego "systemu A" to brzmi on... nader znajomo!

Bo tak się składa, że - w dużej mierze przypadkowo - zupełnie podobnie podeszliśmy z Najlepszą z Żon do projektowania i budowy naszego domu w Boskiej Woli.

Od samego początku zależało nam na tym, aby nasz dom wpisywał się w kontekst - zarówno przyrodniczy (ukształtowanie terenu: trzeba przy tym pamiętać, że krajobraz Boskiej Woli jest w dużym stopniu przekształcony przez człowieka, antropogeniczny, m.in. doły, nad którymi nasz dom powstaje, nie natura wyrzeźbiła, tylko Boskowolanie poszukujący piasku... - oraz roślinność i zwierzęta), jak i kulturowy (i to był jeden z dwóch powodów, dla których zależało nam na domu z drewna!). Chcieliśmy także, aby nasz dom był przyjazny i naturalny, "na ludzką miarę" (to przesądziło już ostatecznie o wyborze materiału...).

Bardzo nam zależy na estetycznym wrażeniu jednak, za wszelką cenę pragniemy uniknąć ostentacji - i stąd, stale i niezmiennie, ze wszystkich projektów, które mi architekci podsuwają wycinam bez miłosierdzia kolumienki przed głównym wejściem: nie to, żebym coś miał przeciw estetyce soplicowego dworku, ale na Boga! Znajcie miarę! Jak bym tak miał ze 100 hektarów przynajmniej - to co innego, wtedy dworek byłby i słusznej miary i wpisywałby się w kontekst, ale przy - z górką - 15..? Nie pasuje.

Ponieważ chcieliśmy dom z drewna, w pierwszym podejściu wpadliśmy na pomysł przestawienia typowej, radomskiej chaty - przy pewnym jej powiększeniu zarówno "wzdłuż", jak "wzwyż".

Straciliśmy w efekcie bez mała rok czasu i parę wiader potu (całej rodziny!) - po czym, okazało się, że nie będzie to takie proste: po pierwsze - nie jesteśmy w stanie zmobilizować takiej siły roboczej, która w istocie miałaby szanse na szybkie i skuteczne wykonanie tego planu (tak naprawdę to miejscowi cieśle robili co mogli, aby nas od pomysłu JAKIEGOKOLWIEK wykorzystania JAKICHKOLWIEK elementów owej rozbieranej chaty odwieść - mimo, że znamy przynajmniej kilka przykładów mniej lub bardziej udanego "przestawienia starej chaty" w najbliższej okolicy, to owym cieślom, jak się okazało, brakuje doświadczenia w takiej pracy i odnoszą się do niej z wielką niechęcią: zdają się uważać ten rozdział swojej zawodowej kariery za ostatecznie zamknięty, od dobrych 10 lat parając się już na ogół tylko montowaniem konstrukcji dachów lub wiat - bo z drewna NIKT w okolicy już nie buduje...).

Po drugie: koncepcja efektywnego "podniesienia wzwyż" wymagała ściany kolankowej o wysokości przekraczającej możliwości typowej "konstrukcji z bala drewnianego". Koniec i kropka...

Gdybyśmy nie byli na początku tak zdecydowani w kwestii wyboru materiału, albo gdybyśmy wykazali się mniejszą wytrwałością i dali się przekonać "starszym i mądrzejszym", to dom z pustaka pewnie by już u nas stał. Może bez ocieplenia i na pewno wciąż nie miałby wykończonego wnętrza, ale by stał.

Tymczasem stoi tylko szkielet (zdjęcia, które robiłem telefonem wyjeżdżając dziś do pracy są marne, musiałem telefon krzywo trzymać, wymienię je na lepsze, jak będę miał po temu okazję):



Taka konstrukcja jest - w okolicy Boskiej Woli - najzupełniej wbrew naszym pierwotnym założeniom nowatorska. Bardziej przypomina konstrukcję "domu przysłupowego" (typową np. dla Dolnego Śląska...), niż "domu z bala".

Tym niemniej - czego po zdjęciach jakoś nie widać - stojąc przed frontem naszego domu czujemy radość - zaś jego proporcje wydają się nam wyrażać wielki spokój.

Nie było tego widać także na rysunkach, które nam przygotowała nasza (młoda, niedoświadczona, niezorganizowana - i tak można by długo...: grunt, że tania..!) architekt: prawdę powiedziawszy, na jej rysunkach, nasz dom wyglądał ohydnie! Był toporny, o niezgrabnych proporcjach, ciężki.

Dlatego - konsekwentnie - ani razu takiego rysunku nie pokazałem naszym cieślom!

W efekcie dom powstawał tak, jak to zaleca Mr Alexander - w wyniku ciągłych adaptacji, w ramach nieustannej i dwukierunkowej współpracy między klientem a wykonawcą (w czym niebagatelny udział miał prosty fakt, iż byłem zarówno jednym, jak i drugim - po części: nie ma takiego fragmentu domu, jak na razie, który by powstał bez mojego fizycznego udziału...).

Ponieważ zbyt wysoka ściana kolankowa groziła "rozejściem się" konstrukcji pod ciężarem dachu, wymyśliłem - metodą kolejnych przybliżeń, bo nie tak od razu - dwie z każdego dłuższego boku mansardy, których główną, zasadniczą funkcją wcale nie jest doświetlanie poddasza (co, oczywiście, też będą robić, mam nadzieję...), ani ozdabianie dachu (choć nadają mu dużo bardziej zalotny charakter...) tylko: możliwość spięcia ze sobą przeciwległych ścian na wysokości poddasza. O tym, jak bardzo ten pomysł był potrzebny mogliśmy się przekonać w miniony weekend, docinając belki na jętki: pan Jan, cieśla, trzy razy wspinał się na samą górę mierząc konieczną rozpiętość - i, co mnie nie zdziwiło, okazało się, że już teraz dom zdołał się "rozejść" środkiem na kilka centymetrów: jętki w środku dachu musiały być dłuższe, niż te na obu szczytach..!

Szerokość mansard (w gwarze miejscowej zwanych "lukarnami") wynikła - po paru tygodniach namysłu i dyskusji - z szerokości okien, jakie w kilku miejscach musimy zmieścić na parterze pomiędzy tworzącymi je słupami. Ich rozstaw - z szerokości planowanych drzwi tarasowych od strony ogrodu. Kąt nachylenia dachu jest narzucony przez miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego.

Teraz czeka nas wypełnienie przestrzeni między słupami. Będzie z tym krzyż Pański, to już widać: z jednej strony, miejscowi cieśle, tkwiąc mentalnie w schemacie "domu z bala" nie potrafią nam uwierzyć, że wypełnienie to nie ma już konstrukcyjnego znaczenia i poza własnym ciężarem, niczego zgoła dźwigać nie będzie. Z drugiej strony, ze względu na estetykę i charakter domu, nie chcielibyśmy iść na łatwiznę - i ciąć zmagazynowanych pod plandeką tuż przy domu bali na opał (na stodołę są niepotrzebne, a na "oborę" - jak nam cieśle proponowali - w oczywisty sposób się nie nadają..!), zastępując je jakimiś płytami wiórowymi, czy czymś równie brzydko industrialnym.

Nie mówiąc już o tym, że marzy się nam niewyobrażalna wręcz liczba okien w kuchni (jest od południa...) - i to niekoniecznie plastikowych.

JEŚLI uda się nam przeprowadzić choć część z tego, co planujemy, to nasz dom powinien pozostać wciąż otwartym na nowe adaptacje, także i w przyszłości. W ogóle, chcemy, żeby rósł razem z naszą rodziną (w zależności od tego, jak nam Pan Bóg w tym wzroście pobłogosławi...). Stąd - na wzór stylu Świdermajer - przewidziałem dobudowanie w przyszłości szerokich tarasów (które, z czasem, mogą zostać zabudowane).

Takie są nasze plany i nasze marzenia. Uważamy je za naturalne, bardzo się nimi cieszymy.

Że doszliśmy do nich sami, ani wiedząc o panu Alexandrze i o tym, że on - podobnym idąc tokiem myślenia - stworzył z tego aż tak "holistyczną" (a nawet, co nieco bombastyczną...) teorię - to tylko kolejny powód do radości.

To gdzie dylemat natury moralnej..?

Dylemat natury moralnej jest taki: prywatnie buduję w "systemie A" - i daje mi to bardzo dużo radości.

Służbowo... no cóż... Obawiam się, że celem naszego działania jest coś zgoła przeciwnego..! Będę bardzo zdziwiony, jeśli pan Alexander przyjmie propozycję współpracy z nami. My przecież niczego tak bardzo nie chcemy, jak jeszcze większego niż to jest obecnie oderwania mieszkańców od ich domów (kupując u deweloperów stają się właścicielami, u nas mają jednak - głównie - tylko wynajmować.... i jest to - naszym zdaniem - jedna z ważniejszych zalet tego rozwiązania..!).  Udział "klienta" w projektowaniu..? Ale kto tu jest "klientem"..? Najemca..? Przecież go nawet jeszcze nie znamy..! Partner, który dostarcza nam działkę..? On w takim mieszkaniu mieszkał nie będzie... Wygląda na to, że służbowo - dążę do wzmocnienia złowrogiego "systemu B"..!

Jak to pogodzić..?

1 komentarz:

  1. Pomysł kuchni id południa wydaje mi się cokolwiek karkołomny. Latem piekarnik nie do wytrzymania. Ale to moje zdanie oczywiście. I z oczywistych względów, MOJA kuchnia wylądowałaby na północnej lub północno- wschodniej stronie. Drugą rzeczą jest stan bali. Jak przetrwały niezabezpieczone choćby prowizorycznym zadaszeniem?
    Kolumienki przed wejściem? Czemu nie? Jest zadaszenie, jakaś ochrona przed bezpośrednimi opadami atmosferycznymi lub choćby miejsce, gdzie można gumofilca zostawić.
    Ale jak tam sobie Marysia winszuje tak będzie miała

    OdpowiedzUsuń