Blog główny

niedziela, 19 lutego 2017

Materialistyczny paradoks (monotematycznie...)

Monotematycznie, bo wciąż przedporodowo. Ale co poradzić..? Z obfitości serca usta mówią... - to jest, klawiatura, ma się rozumieć...

Standardową praktyką położniczą w latach 80-tych (słusznie) minionego wieku było, jak się właśnie dowiedziałem, oddawanie noworodka po raz pierwszy matce po upływie doby, czasem dwóch.* Działo się to - co ma znaczenie dla tematu - w (najsłuszniej) minionej epoce tzw. realnego socjalizmu, kiedy to OFICJALNĄ (od 1976 roku...) ideologią państwa polskiego był tzw. "materializm dialektyczny". Wedle którego, jak to lapidarnie podsumował autor piosenki, życie jest formą istnienia białka. Każde życie - ludzkie, krowie, świńskie. Jakie chcecie.

Zarówno dziś, jak w latach 80-tych, w roku 1976, a zapewne także i w 1353, i w jakim tylko innym roku chcecie (od czasów rewolucji neolitycznej - a to było naprawdę dawno temu...) każdy hodowca krów, świń, koni, itp., itd. wiedział, że jak mu się w gospodarstwie urodzi ssak - to najważniejsze, żeby mu jak najszybciej dać do ssania. I to nie cokolwiek - tylko wymię jego matki (albo innej samicy jego gatunku - byle ta samica też właśnie dopiero co powiła potomstwo...).

Przez kilka pierwszych godzin (hodowca ortodoksyjny powiedziałby, że do dwóch, góra trzech godzin - jak chodzi o duże ssaki...) po urodzeniu potomstwa klacz, krowa, maciora (i w ogóle każda samica ssaka...) produkuje specyficzne mleko. O wyjątkowo dużej zawartości globulin. Przenoszących na potomstwo odporność na choroby, które przebyła przez całe swoje życie matka. Ta odporność nie wystarczy potomkowi na całe życie - ale przetrwanie kilku pierwszych miesięcy, kiedy jest on najsłabszy i najbardziej wrażliwy, bez wyssania słusznej porcji tzw. "siary" - jest mało prawdopodobne. Jak nie uda się napoić źrebaka (cielaka, prosiaka...) "siarą" - w zasadzie najrozsądniej jest rozpalać grilla. I tak nic z tego zwierzęcia nie będzie.

Jeśli siary się napije to nawet, jeśli potem jego matka padnie - można wykarmić z butelki, ze szmaty nasączonej krowim mlekiem (dla małych koni: rozcieńczonym wodą i z dodatkiem cukru...). No - jest szansa, że się uda.

Jak się do tego ma owa standardowa praktyka położnicza (mam nadzieję, że jak najsłuszniej miniona...) z końca minionego tysiąclecia..?

Czy człowiek nie jest przypadkiem ssakiem..?

Czy może człowiek jest takim specyficznym ssakiem, który - jako jedyny znany ssak - "siary" w pierwszych godzinach po powiciu dziecka nie produkuje..?

Rozumiem, że weterynarzy (choć wiedza o "siarze" nie jest żadną wiedzą tajemną, nie trzeba, doprawdy, dyplomu wyższej uczelni, żeby to wiedzieć...) i lekarzy kształci się na różnych uczelniach. Że się rzadko ze sobą spotykają. Ale lekarzy chyba uczy się jakichś podstaw biologii...? Czy nie..???

Jeszcze bym rozumiał, gdyby rzecz się działa w - jak to niektórzy z Państwa macie zwyczaj pisywać - ciemnym średniowieczu, pod rządami jakiejś klerykalnej ciemnoty. Co to widzi w człowieku coś więcej niż tylko formę istnienia białka. Ale - taka pycha (i taka ciemnota, swoją drogą...) w wykonaniu rzekomych "materialistów"... Do tej pory nie mogę się zdecydować: śmiać się - czy płakać..?

Samego porodu nie ma (to nie był normalny koński poród, musiałem źrebaka wyciągać, nie miałem więc jak uwieczniać), ale akcja tuż-po-porodowa dzieje się:







---------------------------------------------------------------------------------------------------
*P.S.: pozostaje zagadką, CO TAKIEGO WŁAŚCIWIE robili z nami lekarze pediatrzy i pielęgniarki przez te dwie doby, nim nas oddali naszym matkom..? Zmierzenie, zważenie, a nawet wykąpanie niemowlaka żadną miarą tyle czasu nie trwa...

1 komentarz: