Blog główny

czwartek, 26 stycznia 2017

Plaga słowików albo dobre samopoczucie państwa Kowalskich.

Skończyłem czytać w pociągu Agnieszki Kołakowskiej (tak, tak - córki Leszka. Też się zdziwiłem...) "Plagę słowików". Książki, zasadniczo - nie polecam. Najlepsza z Żon kupiła ją, szukając lektur, a nic nie wiedząc ani o autorce, ani o zawartości, poza tym, że prof. Legutko poleca. Znaczy się - przeczytać, to i owszem, warto - bo daje do myślenia. Ale inwestować ok. 30 złotych..? Na szczęście, zaprojektowaliśmy w domu duuuużą bibliotekę...

Mój problem z panią Kołakowską wynika zapewne z faktu, że nie czuję się ani trochę judeo*chrześcijaninem, liberałem**, ani nawet nie uważam muzułmanów za "największych wrogów cywilizacji"***. Jeśli piszę, że teksty p. Kołakowskiej (skądinąd dowcipne i czasem celne...) "dają do myślenia", to głównie dlatego, że pobudzają do polemiki.

Mała zatem polemika odnośnie jednego tylko aspektu (więcej - bo nie wytrzymałem - w przypisach poniżej...). Pisze p. Kołakowska, że nikt nie ma prawa do NIE bycia obrażanym. Bo możliwość obrażania kogokolwiek (choćby i wulgarnego i choćby zasadzającego się na najpodlejszym kłamstwie) to fundament wolności słowa.

Niech i tak będzie!

Czy w takim razie p. Kołakowska skłonna byłaby przyjąć również i tezę (poniekąd, brzmiącą nader podobnie...), że nikt nie nie ma prawa do dobrego samopoczucia?

Jeśli tak - a sądzę, że odpowiedziałaby twierdząco - to skąd jej filipiki w obronie in vitro czy hormonalnych środków antykoncepcyjnych..? Para, która nie mogła mieć dzieci i doczekała się potomstwa dzięki metodzie in vitro zapewne poprawiła sobie samopoczucie. Ale czy została wyleczona? Czy "nieposiadanie dziecka" to choroba? Chyba nie? Chorobą jest bezpłodność - a taka para jak była bezpłodna, tak dalej jest bezpłodna. Tylko SKUTEK owej bezpłodności - brak dziecka - został dzięki in vitro częściowo (częściowo, bo kosztem wielkiego stresu i znacznych kosztów, nie tylko finansowych - co nie do końca chyba odpowiada wizji "szczęśliwego rodzicielstwa" n'est pas?) naprawiony. In vitro to w najlepszym razie proteza. OK - protezy też są potrzebne. Ale chyba nie nazywamy człowieka, któremu zastąpiono rękę czy nogę najlepszą nawet protezą "człowiekiem wyleczonym"..? Przy czym protezy kończyn (a choćby i zębów) mają pozytywny wpływ przede wszystkim na sprawność i codzienne funkcjonowanie chorego - podczas gdy "proteza rodzicielstwa" w postaci dziecka z probówki - wpływa li i jedynie na samopoczucie hipotetycznych państwa Kowalskich.

Takie samo jest podstawowe zastosowanie hormonalnych środków antykoncepcyjnych. Państwo Kowalscy chcą mieć udane życie seksualne bez konsekwencji. Bóg z nimi, przed nim odpowiedzą..! Ale niby co ma do tego państwo polskie, w sensie: dlaczego niby państwo polskie miałoby dopłacać do beztroskiego pożycia państwa Kowalskich..? Gdzie tu "liberalizm"..?

Jak już kiedyś pisałem - dawno temu - w dziedzinie tzw. "ochrony zdrowia" naturalnym i oczywistym jest, że państwo zwalcza epidemie (bo nie byłoby dlań dobrym, gdyby mu nagle podatnicy masowo powymierali...) oraz zapewnia opiekę własnym funkcjonariuszom, osobliwie jeśli odnieśli szkody w jego służbie (żołnierze i policjanci!). Cała reszta to przestrzeń do swobodnej dyskusji. Także, a nawet przede wszystkim - aksjologicznej, do dyskusji o wartościach. Warto jednak pamiętać, że takie rzeczy jak refundowanie środków antykoncepcyjnych czy procedury in vitro to już jest czub czubów jak chodzi o stopień zaangażowania państwa w życie jego poddanych. Przepisywanie na receptę usług prostytutki, co podobno zdarza się we Francji, jest już tylko naturalną konsekwencją przyjęcia, iż obowiązkiem państwa i państwowej służby zdrowia jest dbałość o dobre samopoczucie inwentarza (tak chyba by trzeba poddanych w tym momencie prawidłowo nazywać) - podobnie jak, zgodnie z prawem, każdy hodowca świń w Polsce obowiązany jest zapewnić swoim zwierzętom rozrywkę (zabawki chociażby)...



--------------------------------------------------
*Na czym właściwie ma polegać owo "judeochrześcijaństwo"? Ostatnia sekta "judaizantów" w chrześcijaństwie to XV wiek i trudno powiedzieć, żeby zostawili po sobie jakieś szczególnie ważne dla kultury europejskiej dziedzictwo. Nawet pojęcie "starszych braci w wierze" jest nieco naciągane (z uprzejmości...), bo judaizm rabiniczny, współczesny, zaczął kształtować się w czasach Jezusa (co i sama p. Kołakowska skądinąd dostrzega) i żadną miarą nie może być traktowany jako religia od chrześcijaństwa "starsza". Nawet "Biblia hebrajska", wcale nie jest od chrześcijańskiej starsza - jej współcześnie znany kanon zaczęto tworzyć w V w. ery chrześcijańskiej a zakończono w wieku XI: różni się on od tego, co każdy z nas ma na półce nie tylko brakiem pewnych ksiąg, przez Żydów odrzuconych, jako że owo kształtowanie od początku przebiegało poniekąd, względem chrześcijaństwa - polemicznie. Łacińska Vulgata, nad którą tak się pastwią od XVI wieku różni reformatorzy, przy wszystkich jej możliwych niedoskonałościach, jest w każdym razie wersją starszą - i jeśli można ją krytykować, to ewentualnie uwzględniając Septuagintę oraz zwoje z Qumran, (skądinąd, w czasach takiego Lutra, zupełnie nie znane)...
**Kłopot z liberalizmem jest przede wszystkim taki, że liberałowie albo twierdzą, że preferowany przez nich model państwa jest "światopoglądowo neutralny" - więc bezczelnie kłamią, bo tak z całą pewnością nie jest - albo też wywodzą, że właśnie ich światopogląd, za wartość najwyższą uznający "wolność", jest światopoglądem "racjonalnym", więc kto z nim dyskutuje, ten obskurant, dyletant, może nawet i półgłówek. Pomijając już obelżywość tych insynuacji, marnym jest rozum, który taką "wartość najwyższą" sobie wybiera, bo nieuchronnie prowadzi to do sprzeczności: z wolności najchętniej korzystają ci, którym ani w głowie respektować wolność innych, niezbędne jest zatem jej ograniczenie, żeby w ogóle żyć się dało - ergo: z przyjęcia "wolności" za wartość najwyższą wynika... konieczność limitowania tejże "wolności"! Tak jest zresztą z każdym "wyrozumowanym" systemem wartości. Każdy zawiera u swych podstaw jakąś sprzeczność. Jest w tym pewna analogia do aksjomatyki matematycznej, również nieuchronnie wikłającej się w sprzeczności. Być może ludzki mózg inaczej pracować nie potrafi. Ale właśnie dlatego nie warto być liberałem! 
***Jak na prawego Sarmatę przystało uważam, że hipotetyczny - choć, przyznaję, bardzo mało prawdopodobny - triumf islamu nad Zachodnią Europą i powstanie "Sułtanatu Europejskiego" to raczej dla Polski szansa, a nie zagrożenie. Jak długo jesteśmy konserwatywnymi katolikami (jak to określa p. Kołakowska), możemy zgodnie i pokojowo żyć obok konserwatywnych muzułmanów, wspólnie, a nawet w porozumieniu tępiąc gejów, feministki i cyklistów (o Żydach nie wspominam raz przez uprzejmość, a dwa - bo mnie to akurat zwyczajnie ani grzeje, ani ziębi: religijnych Żydów chętnie przygarniemy, jak to i nasi przodkowie robili - ateistyczni żydowscy komuniści to inna sprawa...). Ów hipotetyczny "Sułtanat Europejski" będzie potrzebował dziesięcioleci na konsolidację swoich zdobyczy. Możemy mu je dać, o ile wyda nam dobra kultury (przecież i tak wahabitom do niczego niepotrzebne...), francuską i brytyjską broń atomową, inne potrzebne sprzęty, last, but not least: ludzi - katolików (to się rozumie samo przez się...) i tych, którzy się na katolicyzm nawrócą, albo obiecają żyć w pokoju, respektując w przestrzeni publicznej prymat katolicyzmu (np. właśnie - religijnych Żydów...). Możemy się nawet wymienić (Sułtanat zapewne nie będzie taki chętny do wypuszczania z podbitego terytorium ludności tubylczej - będą mu potrzebni niewolnicy...) i w zamian oddać naszych "KODziary"! Oczywiście, potrzebne będzie nam stosowne terytorium. Z dostępem do czterech mórz (podkreślam, żeby szkodliwą i defetystyczną teorię o "trzech morzach" natychmiast pognębić!): Bałtyku, Północnego, Adriatyku i Czarnego... :-) 

niedziela, 22 stycznia 2017

Eloje i Morlokowie

Powoli zaczynamy się przygotowywać do porodu. To znaczy: czytamy stosowną literaturę i staramy się, m.in. przeglądając strony internetowe, wybrać jakiś najsensowniejszy scenariusz tego wydarzenia. Szczęśliwie - mamy wybór (wiele pokoleń ludzi wyboru nie miało: albo działo się to "jak zawdy" - albo, przez ostatnie pięćdziesięciolecie: wedle procedury szpitalnej...). Ale każdy wybór to też pewien kłopot.

Nie ma takiego szpitala, na ten przykład, co do którego opinie pacjentów byłyby choć w przybliżeniu zbieżne! Co gorsza, MOTYWY tych rozbieżności - rozjeżdżają się zgoła rozpaczliwie. Co dla jednej mamy było zbawieniem, dla drugiej - zdaje się być zgoła o pomstę Niebios wołającym grzechem!

Jak łatwo możecie sobie Państwo wyobrazić, podobnie jak w całym naszym współczesnym życiu, podział przebiega wedle kryterium naturalność vs bezbolesność. Pary nastawione na naturalność jeżą się, gdy zniecierpliwieni, mało uważni, lekceważący ich jedyne w swoim rodzaju doświadczenie lekarze arogancko ignorują wolę rodziców, stosując wygodne dla siebie, rutynowe procedury (leżąca pozycja rodzącej, nacięcie krocza, podanie oksytocyny, itp. elementy składające się na medykalizację porodu).

Z kolei są szpitale w Warszawie, gdzie i 80% porodów to cesarskie cięcia - i są to przede wszystkim drogie, prywatne szpitale, z których korzystają, jak się zdaje, ludzie posiadający prywatne ubezpieczenia medyczne. Widać, że bardzo wiele pań WOLI, aby poród przebiegł przede wszystkim szybko, planowo, bezboleśnie i - bez udziału ich świadomości. Te panie z kolei gniewają się, gdy personel bywa obojętny wobec ich bólu lub opieszały w podejmowaniu czynności wyżej opisanych.

Jak się zdaje, uprzednie nastawienie konkretnej pary ma decydujące znaczenie dla opinii o szpitalu, lekarzu lub położnej - konkretne zachowania i sytuacje są dużo mniej istotne (koniec końców, nie każdy lekarz musi być od razu dr House'm - inna rzecz, że serialowy dr House to w sumie bardzo delikatny i uprzejmy człowiek był; przynajmniej robiąc pacjentowi jakiś "numer", zwykł go przedtem odurzać lub usypiać; a spotkałem paru takich, którzy nader grubiańsko, chamsko wręcz i prymitywnie natrząsają się z pacjenta wprost w żywe oczy, o  żadne pozory wcale nie dbając... - arogancja jest jednak wpisana w zawód lekarza, idąc do lekarza, raczej nikt się nie powinien spodziewać spotkania z człowiekiem uległym i skłonnym do kompromisu...).

Cóż. Wszystko wskazuje na to, że Mr Welles był prorokiem. Dzielimy się coraz bardziej. Na Morloków:


i Elojów.

Rozważam zabranie ze sobą na poród siekiery. Jakiś argument w dyskusji trzeba mieć...

środa, 18 stycznia 2017

Owsiki - temat wstydliwy

Mam co robić, doprawdy, ale nie wytrzymam: jak się zostało wywołanym do tablicy, to trzeba odpowiadać!

Zatem: dlaczego - jak sądzę - temat WOŚP wywołuje tak wielkie emocje i tyle kontrowersji? Z braku czasu, odpowiadam w punktach:

1. WOŚP to akcja charytatywna będąca całkowitym zaprzeczeniem chrześcijańskiego ideału dobroczynności. Oparta na założeniach stanowiących proste i jednoznaczne zaprzeczenie Ewangelii. Pamiętacie jeszcze co miał na ten temat do powiedzenia ewangelista Mateusz..?
Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę.
Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.
Jak się do tego ma przyklejanie w widocznych miejscach serduszek oraz ogólne, zbiorowe zachłystywanie się atmosferą "karnawału, zabawy i radości"? No nijak się ma. Co samo w sobie nie miałoby żadnego znaczenia, gdyby nie ten napuszony ton "wyższej moralności" po stronie P.T. miłośników, obrońców i popleczników WOŚP... A wsadźcie sobie swoją "wyższą moralność" w ... (sami wiecie w co)! Wy już "otrzymaliście swoją nagrodę"...

Nie, żeby ta - niechrześcijańska w założeniach - metoda filantropii była nieskuteczna! Takiego zarzutu nie stawiam. Człowiek z natury jest istotą próżną. Lubi czuć się "lepszym". A przynajmniej "nie gorszym niż inni". Jak się nie da inaczej - i taką metodę czynienia dobra godzi się wykorzystać. O czym Mistrz Kowalski śpiewa:


2. WOŚP "obrywa", bo jest jednym z najbardziej widocznych i najłatwiejszych do zidentyfikowania symboli "nowej kultury". Takiej mianowicie, która opiera się na powszechnej dostępności tanich i łatwych "ersatzów". Wrzucenie piątaka do puszki i przypięcie serduszka jest łatwo dostępnym i tanim "ersatzem filantropii". Głośne manifestowanie "europejskości", albo na ten przykład "troski o środowisko naturalne" to równie łatwo dostępny i tani "ersatz mądrości". 

Każdy z takich "ersatzów" w pojedynkę jest tylko mniej lub bardziej irytujący - zebrane do kupy tworzą już całość przerażającą. Bo kompletnie odczłowieczoną! Jeśli naprawdę mielibyśmy przeżywać życie lekko, łatwo i przyjemnie - to skąd mielibyśmy wiedzieć, kiedy jest nam lekko, łatwo i przyjemnie, nie mając żadnego porównania z trudem, wysiłkiem i cierpieniem..?

Dobra - wiem, że tu mnie P.T miłośnicy, obrońcy i poplecznicy WOŚP nie zrozumieją. Nie spodziewam się tego. Sobie i innym ludziom normalnym próbuję wyjaśnić, dlaczego nas to jeży...

3. Kontrowersja wokół WOŚP jest tak gorąca, a zacietrzewienie P.T. miłośników, obrońców i popleczników WOŚP dlatego tak wielkie, że właśnie DLA NICH JEST TO "DOŚWIADCZENIE POKOLENIOWE" - przeżycie, które tkwi bardzo głęboko u podstaw ich (pozytywnej) samooceny, ogólnego samozadowolenia i radości z własnego "ja". Kiedy mówimy im, że to tylko plastik bez smaku i bez większego znaczenia (budżet NFZ na rok 2017 przewiduje wydatkowanie 76 miliardów złotych - doprawdy, jeśli ktoś utożsamia "leczenie", czy "opiekę zdrowotną" z WOŚP, to jest już tylko śmieszne...) - obrażamy ich do głębi. Bo podważamy w ten sposób samą istotę ich plastikowego (w gruncie rzeczy...) żywota...

czwartek, 12 stycznia 2017

Mit "Globalnego Ocieplenia"

Jak zauważyła dziś rano Najlepsza z Żon, ludzie po prostu mają naturalną potrzebę religii. Skoro nie wierzą już w Boga (bo uwierzyli, że taka wiara jest niemodna...), to cóż: pozostaje im wiara w Zbawiciela Całej Postępowej Ludzkości (tu wpisać dowolne imię i nazwisko/pseudonim: Mao Zedong, Pol Pot, Józef Stalin...), Latającego Potwora Spaghetti albo... w "Globalne Ocieplenie"! W każdym razie w kogoś lub w coś, dzięki czemu nie samym chlebem żyją...

Im zimniej i śnieżniej za oknem, tym częściej zdarza mi się włączać w forowe (nie "forumowe" jak mi błędnie i barbarzyńsko usiłuje poprawić nie znający łaciny Office..!) debaty o rzeczonym "globalnym ociepleniu". Pora na małe podsumowanie. Ponieważ mam mało czasu, będzie w punktach:

  • NIE WIEM, czy klimat na Ziemi się ociepla, ochładza, pozostaje stabilny, czy też oscyluje w pewnych granicach. A raczej - wiem na pewno, że w długim okresie czasu (mierzonym co najmniej stuleciami, a nie latami...) klimat oscyluje. Raz jest cieplej, a raz zimniej. Jak to się ma do zmian w ciągu ostatniego 50-lecia? A bo ja wiem..? Dane historyczne, poprzedzające rozpoczęcie dokładnych pomiarów (przy czym, jak chodzi o stężenie CO2 w atmosferze, to mierzy się je od pół wieku właśnie...) dają nam pogląd na zmiany zachodzące w okresach minimum stuleci właśnie - a nie lat, tym mniej: miesięcy. Jeśli w obrębie któregoś z minionych stuleci zdarzyły się lata lub dekady z szybkim wzrostem temperatury, to my tego po prostu nie wiemy - i nie dowiemy się.

  • NIGDY NIE DOWIEM SIĘ, czy teoria "antropogenicznego globalnego ocieplenia" jest prawdziwa, czy nie. Po prostu nie będę żył tak długo, żeby dało się o tym przekonać naocznie - a sprawdzenie empiryczne danych przedstawianych przez rządy i pracujących dla nich "naukowców" przekracza możliwości jakiejkolwiek osoby prywatnej na całym globie. To, że teorii "globalnego ocieplenia" nie sposób naocznie zweryfikować oczywiście nie świadczy o jej nieprawdziwości. Ale, gdybym był międzynarodowym aferzystą i chciał zarabiać na sprzedawaniu ludziom powietrza, to jaką teorią bym się podparł..? Możliwą do naocznej weryfikacji przez prostych ludzi - czy taką, której nigdy w życiu nie podważą, bo nie mają fizycznie jak..?

  • Z CAŁĄ PEWNOŚCIĄ MOGĘ STWIERDZIĆ, że zwolenników teorii "antropogenicznego globalnego ocieplenia" cechuje intelektualna nieuczciwość i skłonność do terroryzmu. I nie! Naprawdę NIE SĄ grupą zatroskanych o planetę filantropów. 99,97% prominentnych zwolenników tej teorii zajmuje dobrze płatne posady RZĄDOWE. Co tylko ułatwia im szerzenie terroru i zamykanie ust oponentom. Dlaczego tak jestem pewien ich intelektualnej nieuczciwości? To bardzo proste!
Istnieją inne metody przeciwdziałania efektowi cieplarnianemu niż TYLKO zmniejszanie emisji tzw. "gazów cieplarnianych" (co wiąże się nieodmiennie z wysokim opodatkowaniem, sterowaniem gospodarką i dyskryminowaniem biedniejszych krajów, których nie stać na nowoczesne technologie "bezemisyjne", a także z koniecznością utrzymywania rozbudowanego systemu biurokratycznej kontroli nad istotnymi dziedzinami ludzkiego życia - a tak się składa, że wszystkie te cechy "walki z emisją gazów cieplarnianych", zapewne całkowicie przypadkowo, są nader finansowo i prestiżowo korzystne dla... tych samych ludzi, którzy wieszczą rychłe "ugotowanie się planety"..!). Np. tzw, "płaszcz stratosferyczny". Albo zmyślne, choć tanie, pływające maszyny do schładzania oceanów.

Można by zresztą podobnych, alternatywnych (albo uzupełniających, jak kto woli!) względem samego tylko "redukowania emisji" strategii wymyślić na poczekaniu ochdziesiąt.

Na przykład - można w cholerę wyciąć wszystkie lasy! Las pochłania więcej ciepła słonecznego niż pustynia, pole uprawne czy step. Jeśli więc wytniemy wszystkie lasy, albedo planety (stosunek energii odbijanej przez powierzchnię, do energii jaka do tej powierzchni dociera) wzrośnie, a temperatura powietrza spadnie (to dlatego noce na pustyni są tak zimne...).

Można powierzchnie pustyń i oceanów pokryć lustrami - efekt powinien być jeszcze bardziej chłodzący. Za ułamek tej ceny, którą pochłania syzyfowa "walka z emisją gazów cieplarnianych".

Czy ktokolwiek z prominentnych zwolenników teorii "antropogenicznego ocieplenia klimatu" bodaj zająknie się o czymś innym niż (najkosztowniejsza dla wszystkich, najkorzystniejsza dla rządów...) "redukcja emisji"..? Nie? No to chyba kwestię intelektualnej uczciwości tych państwa mamy rozstrzygniętą, prawda?