Blog główny

piątek, 4 sierpnia 2017

O to chodzi

Przy piątku trafiłem na Onet (zgubna słabość, ale cóż zrobić - stało się...). Do śmiechu pobudził mnie tekst, cytuję:

Zuzanna Podkowicz: – Wmawianie komuś, że stosunek przedmałżeński czy masturbacja są grzechem lub są niemoralne, może mieć negatywny wpływ na jego psychikę. Młody człowiek może np. mieć po stosunku regularnie wyrzuty sumienia, czuć się nieczysty, oceniać siebie jako złego człowieka.
No właśnie o to chodzi, Droga Pani, o to chodzi..! Żeby człowiek miał "regularne wyrzuty sumienia", a nawet "czuł się nieczysty"... Jak inaczej chce Pani tegoż człowieka nakłonić, aby nie postępował w pewien sposób (oceniany na ogół jako przyjemny...)? 

sobota, 27 maja 2017

Niosąca Zwycięstwo

Przejęcie władzy na naszej farmie odbyło się niemal aksamitnie. Skakaliśmy, jak nam nasza Cesarzówna zagrała, nim nawet jeszcze zdążyła się urodzić (o czym niżej...) - a odkąd jest już widoczna i słyszalna, po prostu robimy, co nam każe...

Ponieważ stres ostatnich kilku tygodni dopiero ze mnie zaczyna wychodzić (do tego stopnia namacalnie, że momentami mnie wręcz telepie jak w febrze...), a chwilowo żadne inne sposoby jego rozładowania nie wchodzą w grę, to jakoś przezwyciężyłem opór naszego mocno zardzewiałego internetu (żywy dowód na brak tzw. "postępu" - z internetem na naszej wsi jest teraz tak, jak było 10 lat temu, a momentami nawet gorzej - choć w międzyczasie było już dużo lepiej i zupełnie nie wiadomo, dlaczego lepiej być przestało... ) i, korzystając z faktu, że obie moje ukochane kobiety odpoczywają - przynajmniej o tyle sobie ulżę, że wypadki tych kilku tygodni, pokrótce opiszę, wielce umoralniającego morału o pożytkach z bycia krnąbrnym nie pomijając!

Krnąbrni okazaliśmy się po raz pierwszy kiedy minął najpierw tzw. "termin środkowy porodu", a potem kolejne dwa tygodnie - i nic się nie działo. Regularnie, najpierw co dwa dni, potem codziennie, uczęszczaliśmy na KTG (czyli podsłuch serca naszej Cesarzówny), a także na USG. Robiliśmy też badania krwi. I wszystko było w najlepszym porządku! Ułożenie Cesarzówny - idealne. Masa ciała - przyrasta. Serducho - bije jak młot. Przepływy krwi - znakomite. Płynów - pod dostatkiem.

A mimo to, zgodnie z obowiązującym tzw. "standardem", tuż przed upływem magicznego terminu dwóch tygodni po "terminie środkowym" - nasza pani doktor skierowała nas na oddział "patologii ciąży" w celu indukcji porodu. Jako praktyk hodowca kompletnie nie pojmuję po co! Może moje skromne doświadczenie Was nie przekonuje, ale zapytajcie hodowców z wielkich stadnin - gdzie czasem i po 50, po 100 klaczy kryje się w zbliżonym terminie. Czy kiedykolwiek trafiło im się, żeby dwie były w ciąży dokładnie tyle samo czasu..? Chyba przypadkiem..!

Długość ciąży to prawidłowość czysto statystyczna. Jak każda tego rodzaju prawidłowość, objawia się w ten sposób, iż najwięcej kobiet rodzi (naturalnie) między 39 a 40 tygodniem od poczęcia, ogromna większość - między początkiem 38 a końcem 41 tygodnia. Ale są też takie, które urodzą przed początkiem 38 tygodnia - i nie będzie to żadna zgoła patologia. Tak samo jak nie będzie żadną zgoła "patologią" ciąża trwająca na ten przykład 43 tygodnie. Oczywiście - zakładając, że w ogóle jesteśmy w stanie określić termin jej początku. Co jest tematem na osobne rozważania, ale może nie tu na nie miejsce i czas.

Więc - na zdrowy rozum, skoro wszystkie wskaźniki były w najlepszym porządku, a Najlepsza z Żon czuła się znakomicie i nie mniej znakomicie czuła wierzganie Cesarzówny - to czym tu się było stresować..?

Ale nie..! Nasza pani doktor, przynajmniej to skierowanie na "patologię ciąży" dała nam w imię prawa, wyraźnie się zastrzegając, że tak stanowi "standard", a my możemy zrobić, co uznamy za słuszne. I była pod tym względem nader odosobniona: bo kto tylko wiedział, a mógł, to robił co w jego mocy, żeby nas do wywołania porodu przymusić. A to opowiadając różne baśnie z mchu i paproci o potwornościach wynikających z "przenoszenia ciąży" (z "uduszeniem się dziecka pępowiną" na czele..!). A to blednąc i drżąc w obawie, że choć wszystkie wskaźniki idealne, to my przecież na pewno ukrywamy jakąś straszliwą "patologię", będzie źle i prokurator wkroczy, odsyłając do więzień, a przynajmniej pozbawiając prawa wykonywania zawodu wszystkich, którzy nam "nie pomogli", choć mogli...

Nie ulegliśmy! Bóg jeden wie, ile nas (a zwłaszcza Najlepszą z Żon) ta krnąbrność kosztowała. Mamy jednak głębokie przekonanie, że postąpiliśmy słusznie. Z pewnych względów, poród koniec końców okazał się dla Najlepszej z Żon niełatwy. Dała radę m.in. dlatego, że znakomitą większość czasu spędziła w wannie lub pod gorącym prysznicem. Co niekoniecznie spotyka się na oddziałach "patologii ciąży", prawda..? Nie mówiąc już o tym, że indukowanie porodu byłoby fenomenalną wręcz głupotą, skoro poród zaczął się sam z siebie, całkowicie naturalnie i bez żadnych (przynajmniej potencjalnie szkodliwych!) "wspomagaczy" raptem... trzy dni później..!

Dokładnie w nocy z wtorku na środę. Akurat wziąłem urlop, od środy zaczynając - bo mieliśmy już serdecznie dość codziennego jeżdżenia do Warszawy i dalsze oczekiwanie chcieliśmy spędzić w domu, przepisowe KTG wykonując gdzieś bliżej. Nie zdążyliśmy!

Początek był dość lajtowy. Jeszcze pospacerowaliśmy, popieliliśmy ogródek, popracowaliśmy w gospodarstwie:






Dopiero popołudniu, właśnie pod widocznymi na zdjęciu burzowymi chmurami, załadowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy... na lody białobrzeskie! A dopiero potem - do Domu Narodzin państwa Ekielskich w Łomiankach.

I tak by pewnie zostało aż do szczęśliwego finału, gdyby nie pewna przypadłość, dawniej uchodząca za chorobę zawodową kawalerzystów - którą to przypadłość, niestety, nieco zlekceważyliśmy. Skutkiem były nieliche doprawdy doznania bólowe (mam potworne poczucie winy w związku z tym!), oraz nie zagrażające życiu ani (poważnie) zdrowiu, ale przykre estetycznie komplikacje.

Przy zwalczaniu których okazaliśmy naszą krnąbrność po raz drugi. Kosztowało nas to mniej, bo i akcja dramatu trwała dużo krócej i pozostali aktorzy byli nam dużo życzliwsi i mniej uparci niż poprzednio - ale też musieliśmy się oboje wykazać zdecydowaniem w chwili, gdy nie było nam o to z natury łatwo - bo tuż po porodzie.

Krótko pisząc: nie daliśmy się przewieźć do szpitala w celu wykonania (rutynowej skądinąd i bynajmniej nie służącej "ratowaniu życia"...) operacji - wychodząc z założenia, że nie można urody przedkładać nad zdrowie i życie. A Najlepsza z Żon była tak wyczerpana i na tyle osłabiona, że i sama fatyga przewożenia i (bardzo prawdopodobne...) oczekiwanie na szpitalnych korytarzach i kontakt ze szpitalnymi zarazkami i wystawienie na ryzyko szpitalnych błędów (wysoce prawdopodobnych, skoro - choć operacja prosta i rutynowa - to okoliczności od rutyny odbiegały...) - mogły jej potencjalnie bardzo poważnie zaszkodzić.

Koniec końców skończyło się to happy endem: nie tylko zostaliśmy, gdzieśmy byli, a Najlepsza z Żon miała czas na odzyskanie sił, ale i zmobilizowana, zaprzyjaźniona pani doktor, założyła te kilka szwów na miejscu - przy czym okazało się, że tylko strach miał wielkie oczy, bo i położna by sobie z tym poradziła, gdyby starczyło jej determinacji.

Szczęśliwy (mimo wszystko) finał miał miejsce w czwartek, dokładnie o 5.00 rano: na świat przyszła nasza dziedziczka, Weronika Maria. "Weronika" to - z greki - Niosąca Zwycięstwo. W średniowieczu dorobiono temu imieniu (znanemu także w starszej wersji fonetycznej Berenike) łamaną etymologię łacińsko - grecką, przekładającą się na Prawdziwy Wizerunek - i stąd historia o niewieście ocierającej chustą twarz Chrystusowi. Córeczka nie musi się jednak wstydzić patronki, bo była także inna święta tego imienia - już, z całą pewnością historyczna! Męskim odpowiednikiem "Weroniki" jest... Nikifor! Jak sobie uświadomiłem w sumie przed chwilą. Cesarzówna otrzymała imię na cześć swojej prababci - ale mamy niepłonną nadzieję, że do niego dorośnie. Już niemałe nam przyniosła zwycięstwo - a cały czas wykazuje się wielkim charakterem i całkowitym brakiem poszanowania dla pospolitych, codziennych kompromisów, które tak brzydzą urodę życia większości spokojnych, pozbawionych cnoty krnąbrności obywateli. Mamy nadzieję, że tak jej zostanie, a my tylko tę cechę wzmocnimy..!






piątek, 17 marca 2017

Battle for the Life and Beauty of the Earth

W podtytule: A Struggle Between Two World - Systems


Trojga autorów, z Christopherem Alexandrem na czele.

Przeczytałem - w 1/3, ale chyba spróbuję skądś ściągnąć wersję w pdf i dokończyć - niemalże służbowo. Co prawda, nie mam akurat nic wspólnego z projektowaniem, ale jesteśmy wciąż na tyle małym zespołem, że i ja, mały żuczek, załapałem się na kolektywną czytankę z okazji przyjazdu głównego autora do Polski.

Przeczytałem - i dzielę się z Państwem wrażeniami: czuję się do tego przymuszony skalą wątpliwości, jakie wzbudziła we mnie ta lektura...

Autor jest bez wątpienia (bo sam się do tego przyznaje...) entuzjastą i kontynuatorem rewolucji 1968 roku i przez dobrych kilka rozdziałów nie robi nic innego poza psioczeniem na "pieniądze", "wielki kapitał" i "system B" - zadziwiająco wręcz podobny w objawach i działaniu do Marksowskiej "alienacji". Z koncepcją iż na ten przykład sztuka prehistoryczna wypływała bezpośrednio z wnętrza człowieka, z jego uczuć - a potem nastąpił i w naszych czasach kulminuje proces swoistej "eksternalizacji", w wyniku którego twórcza działalność człowieka (w tym zwłaszcza architektura, której rzecz dotyczy...) staje się konwencjonalna - też nie potrafię się zgodzić.

Sam autor zauważa, że rozpad tzw. "wielkiej rodziny" ma dwie strony: z jednej strony - ludzie stali się samotni. Ale z drugiej strony, jak ktoś nie potrafi żyć w zgodzie z teściową, to nie musi! Logiczny stąd wniosek, że w dawnych, niewątpliwie lepszych (z czym się przecież zgadzam!) czasach, kiedy utrzymanie pokojowych, a nawet przyjaznych stosunków z teściową było sprawą życia i śmierci - ludzie bynajmniej nie mieli wolności wyrażania swoich uczuć! Ba! Ci z Państwa, którzy czytając moje teksty widzą coś więcej niż tylko proste skandalizowanie mogli już dostrzec, że wolności, a w szczególności wolności do swobodnej ekspresji samego siebie jakoś, w przeciwieństwie do entuzjastów i kontynuatorów rewolucji 1968 roku specjalnie nie poważam.

Wręcz, skłonny byłbym uważać, że spora część, jak nie większość owych - niewątpliwie przecież realnych i istniejących - problemów w naszym współczesnym życiu wynika z przeceniania a nie z niedoceniania wolności jednostki. Koniec końców, czy przemysł, w tym "przemysł budowlany" z takim uporem wytwarzałby pozbawione indywidualności i charakteru (czyli - wg autora - "ducha", czy też "całościowości", "pełni") przedmioty, w tym domy i mieszkania - gdyby jednostki, korzystając ze swojej wolności, owych przedmiotów (w tym domów i mieszkań) nie kupowały..?

Jasne - reklama, moda, lobbying... To wszystko w rzeczywistości istnieje. A pieniądze mają to do siebie że jak woda - płyną tam, gdzie czują najmniejszy opór, a jak płynąć nie mogą, to sobie żłobią wąwozy i przełomy.

Gdyby zawartość książki ograniczała się tylko do tego rodzaju komunałów - wzruszyłbym ramionami i oddał ją następnemu koledze, co najwyżej z ironicznym komentarzem.

Ale tak nie jest.

Wręcz - poczułem (po owych 1/3 objętości, którą zdążyłem przeczytać w pociągu - resztę tylko przekartkowałem...) pewien niepokój natury moralnej.

Książka, generalnie, poświęcona jest opisowi praktycznego zastosowania pewnej teorii tłumaczącej strukturę ludzkiej twórczości - teorii "systemu A", więc - wedle autora - "naturalnego", "spontanicznego" sposobu organizowania przestrzeni, ludzkiego życia, wspólnoty. 

No i tak się składa, że jak czytam opis owego "systemu A" to brzmi on... nader znajomo!

Bo tak się składa, że - w dużej mierze przypadkowo - zupełnie podobnie podeszliśmy z Najlepszą z Żon do projektowania i budowy naszego domu w Boskiej Woli.

Od samego początku zależało nam na tym, aby nasz dom wpisywał się w kontekst - zarówno przyrodniczy (ukształtowanie terenu: trzeba przy tym pamiętać, że krajobraz Boskiej Woli jest w dużym stopniu przekształcony przez człowieka, antropogeniczny, m.in. doły, nad którymi nasz dom powstaje, nie natura wyrzeźbiła, tylko Boskowolanie poszukujący piasku... - oraz roślinność i zwierzęta), jak i kulturowy (i to był jeden z dwóch powodów, dla których zależało nam na domu z drewna!). Chcieliśmy także, aby nasz dom był przyjazny i naturalny, "na ludzką miarę" (to przesądziło już ostatecznie o wyborze materiału...).

Bardzo nam zależy na estetycznym wrażeniu jednak, za wszelką cenę pragniemy uniknąć ostentacji - i stąd, stale i niezmiennie, ze wszystkich projektów, które mi architekci podsuwają wycinam bez miłosierdzia kolumienki przed głównym wejściem: nie to, żebym coś miał przeciw estetyce soplicowego dworku, ale na Boga! Znajcie miarę! Jak bym tak miał ze 100 hektarów przynajmniej - to co innego, wtedy dworek byłby i słusznej miary i wpisywałby się w kontekst, ale przy - z górką - 15..? Nie pasuje.

Ponieważ chcieliśmy dom z drewna, w pierwszym podejściu wpadliśmy na pomysł przestawienia typowej, radomskiej chaty - przy pewnym jej powiększeniu zarówno "wzdłuż", jak "wzwyż".

Straciliśmy w efekcie bez mała rok czasu i parę wiader potu (całej rodziny!) - po czym, okazało się, że nie będzie to takie proste: po pierwsze - nie jesteśmy w stanie zmobilizować takiej siły roboczej, która w istocie miałaby szanse na szybkie i skuteczne wykonanie tego planu (tak naprawdę to miejscowi cieśle robili co mogli, aby nas od pomysłu JAKIEGOKOLWIEK wykorzystania JAKICHKOLWIEK elementów owej rozbieranej chaty odwieść - mimo, że znamy przynajmniej kilka przykładów mniej lub bardziej udanego "przestawienia starej chaty" w najbliższej okolicy, to owym cieślom, jak się okazało, brakuje doświadczenia w takiej pracy i odnoszą się do niej z wielką niechęcią: zdają się uważać ten rozdział swojej zawodowej kariery za ostatecznie zamknięty, od dobrych 10 lat parając się już na ogół tylko montowaniem konstrukcji dachów lub wiat - bo z drewna NIKT w okolicy już nie buduje...).

Po drugie: koncepcja efektywnego "podniesienia wzwyż" wymagała ściany kolankowej o wysokości przekraczającej możliwości typowej "konstrukcji z bala drewnianego". Koniec i kropka...

Gdybyśmy nie byli na początku tak zdecydowani w kwestii wyboru materiału, albo gdybyśmy wykazali się mniejszą wytrwałością i dali się przekonać "starszym i mądrzejszym", to dom z pustaka pewnie by już u nas stał. Może bez ocieplenia i na pewno wciąż nie miałby wykończonego wnętrza, ale by stał.

Tymczasem stoi tylko szkielet (zdjęcia, które robiłem telefonem wyjeżdżając dziś do pracy są marne, musiałem telefon krzywo trzymać, wymienię je na lepsze, jak będę miał po temu okazję):



Taka konstrukcja jest - w okolicy Boskiej Woli - najzupełniej wbrew naszym pierwotnym założeniom nowatorska. Bardziej przypomina konstrukcję "domu przysłupowego" (typową np. dla Dolnego Śląska...), niż "domu z bala".

Tym niemniej - czego po zdjęciach jakoś nie widać - stojąc przed frontem naszego domu czujemy radość - zaś jego proporcje wydają się nam wyrażać wielki spokój.

Nie było tego widać także na rysunkach, które nam przygotowała nasza (młoda, niedoświadczona, niezorganizowana - i tak można by długo...: grunt, że tania..!) architekt: prawdę powiedziawszy, na jej rysunkach, nasz dom wyglądał ohydnie! Był toporny, o niezgrabnych proporcjach, ciężki.

Dlatego - konsekwentnie - ani razu takiego rysunku nie pokazałem naszym cieślom!

W efekcie dom powstawał tak, jak to zaleca Mr Alexander - w wyniku ciągłych adaptacji, w ramach nieustannej i dwukierunkowej współpracy między klientem a wykonawcą (w czym niebagatelny udział miał prosty fakt, iż byłem zarówno jednym, jak i drugim - po części: nie ma takiego fragmentu domu, jak na razie, który by powstał bez mojego fizycznego udziału...).

Ponieważ zbyt wysoka ściana kolankowa groziła "rozejściem się" konstrukcji pod ciężarem dachu, wymyśliłem - metodą kolejnych przybliżeń, bo nie tak od razu - dwie z każdego dłuższego boku mansardy, których główną, zasadniczą funkcją wcale nie jest doświetlanie poddasza (co, oczywiście, też będą robić, mam nadzieję...), ani ozdabianie dachu (choć nadają mu dużo bardziej zalotny charakter...) tylko: możliwość spięcia ze sobą przeciwległych ścian na wysokości poddasza. O tym, jak bardzo ten pomysł był potrzebny mogliśmy się przekonać w miniony weekend, docinając belki na jętki: pan Jan, cieśla, trzy razy wspinał się na samą górę mierząc konieczną rozpiętość - i, co mnie nie zdziwiło, okazało się, że już teraz dom zdołał się "rozejść" środkiem na kilka centymetrów: jętki w środku dachu musiały być dłuższe, niż te na obu szczytach..!

Szerokość mansard (w gwarze miejscowej zwanych "lukarnami") wynikła - po paru tygodniach namysłu i dyskusji - z szerokości okien, jakie w kilku miejscach musimy zmieścić na parterze pomiędzy tworzącymi je słupami. Ich rozstaw - z szerokości planowanych drzwi tarasowych od strony ogrodu. Kąt nachylenia dachu jest narzucony przez miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego.

Teraz czeka nas wypełnienie przestrzeni między słupami. Będzie z tym krzyż Pański, to już widać: z jednej strony, miejscowi cieśle, tkwiąc mentalnie w schemacie "domu z bala" nie potrafią nam uwierzyć, że wypełnienie to nie ma już konstrukcyjnego znaczenia i poza własnym ciężarem, niczego zgoła dźwigać nie będzie. Z drugiej strony, ze względu na estetykę i charakter domu, nie chcielibyśmy iść na łatwiznę - i ciąć zmagazynowanych pod plandeką tuż przy domu bali na opał (na stodołę są niepotrzebne, a na "oborę" - jak nam cieśle proponowali - w oczywisty sposób się nie nadają..!), zastępując je jakimiś płytami wiórowymi, czy czymś równie brzydko industrialnym.

Nie mówiąc już o tym, że marzy się nam niewyobrażalna wręcz liczba okien w kuchni (jest od południa...) - i to niekoniecznie plastikowych.

JEŚLI uda się nam przeprowadzić choć część z tego, co planujemy, to nasz dom powinien pozostać wciąż otwartym na nowe adaptacje, także i w przyszłości. W ogóle, chcemy, żeby rósł razem z naszą rodziną (w zależności od tego, jak nam Pan Bóg w tym wzroście pobłogosławi...). Stąd - na wzór stylu Świdermajer - przewidziałem dobudowanie w przyszłości szerokich tarasów (które, z czasem, mogą zostać zabudowane).

Takie są nasze plany i nasze marzenia. Uważamy je za naturalne, bardzo się nimi cieszymy.

Że doszliśmy do nich sami, ani wiedząc o panu Alexandrze i o tym, że on - podobnym idąc tokiem myślenia - stworzył z tego aż tak "holistyczną" (a nawet, co nieco bombastyczną...) teorię - to tylko kolejny powód do radości.

To gdzie dylemat natury moralnej..?

Dylemat natury moralnej jest taki: prywatnie buduję w "systemie A" - i daje mi to bardzo dużo radości.

Służbowo... no cóż... Obawiam się, że celem naszego działania jest coś zgoła przeciwnego..! Będę bardzo zdziwiony, jeśli pan Alexander przyjmie propozycję współpracy z nami. My przecież niczego tak bardzo nie chcemy, jak jeszcze większego niż to jest obecnie oderwania mieszkańców od ich domów (kupując u deweloperów stają się właścicielami, u nas mają jednak - głównie - tylko wynajmować.... i jest to - naszym zdaniem - jedna z ważniejszych zalet tego rozwiązania..!).  Udział "klienta" w projektowaniu..? Ale kto tu jest "klientem"..? Najemca..? Przecież go nawet jeszcze nie znamy..! Partner, który dostarcza nam działkę..? On w takim mieszkaniu mieszkał nie będzie... Wygląda na to, że służbowo - dążę do wzmocnienia złowrogiego "systemu B"..!

Jak to pogodzić..?

czwartek, 16 marca 2017

I kto tu jest agresywny..?

Najlepsza z Żon stwierdziła rano, że musiałem mieć koszmar: wykonywałem we śnie gwałtowne ruchy i wydawałem dźwięki podobne do warkotu dzikiego kota. Nic nie pamiętam, ale najwyraźniej śniły mi się ostatnie "dyskusje" na fejsie..!


Jedna uwaga na marginesie: ja NAPRAWDĘ nie mam czasu! I mam kupę innych, dużo ważniejszych i pilniejszych zajęć niż prostowanie komukolwiek pokrzywionego światopoglądu. Robię to zatem mimochodem, w pośpiechu i - z tego powodu - zapewne nieco nazbyt lakonicznie. A już kompletnie nie mam czasu na żaden "savoir vivre"..! Że robię to w ogóle, a nie milczę sobie, to poniekąd dla mnie samego zagadka: widać inaczej nie potrafię...

Skądinąd, biorąc pod uwagę rzeczoną lakoniczność moich wystąpień, podziwu godny jest doprawdy upór niektórych z Państwa w prostowaniu, protestowaniu, nie zgadzaniu się, a nawet, okazjonalnie - nawracaniu. Jak pisałem już a propos tekstu o rzekomym "globalnym ociepleniu" - ktoś, komu chodzi tylko o prawdę i o nic więcej, wzruszyłby ramionami: "globalne ocieplenie" albo jest, albo go nie ma i albo będzie miało katastrofalne skutki, albo nie - ale żadna z tych opcji NIE zależy od mojej o nim opinii. W najmniejszym stopniu!

Podobnie z inteligencją kobiet. Albo "efekt Flynna" już doprowadził do wyrównania wyników testów mężczyzn i kobiet w tzw. "świecie rozwiniętym" (a tylko Niemcy i Żydzi dla powodów, których nie rozumiemy - ale to nic dziwnego, skoro my  W NAJMNIEJSZYM NAWET STOPNIU nie rozumiemy, co takiego właściwie w ogóle mierzą "testy na inteligencję"! - czemuś się do tego ogólnego trendu nie dopasowują i u nich różnica wciąż pozostaje, statystycznie zresztą NIEISTOTNA, bo co to jest 4 - 5 punktów, gdy "przedział normalności", w obrębie którego mieści się gros populacji, rozciąga się na skali na punktów z górką 30..?), albo nie doprowadził. Czy ktokolwiek z nas ma na to wpływ? Ja mam wpływ..? Pan Janusz Korwin - Mikke ma wpływ..? Ludzie..!

Trochę może inaczej jest, jak chodzi o antykoncepcję czy aborcję - bo tu spór w małym stopniu tyczy się stanu faktycznego (Państwo P.T. Miłośnicy Postępu tak naprawdę nie macie żadnego argumentu przeciw najprostszemu możliwemu założeniu: że człowiek "zaczyna się" w chwili połączenia komórki jajowej z plemnikiem - właśnie dlatego, że jest to rozwiązanie NAJPROSTSZE, a każde inne nieuchronnie prowadzi, wcześniej czy później, do logicznej sprzeczności...), a bardziej - postulatów natury moralnej i prawnej. Tu, faktycznie, można z sensem kłócić się z każdym i zawsze, bo taka już natura tego rodzaju sporów, że od "stanu faktycznego" w małym stopniu zależą.

Zauważmy jednak, że i w tej sprawie Państwa, P.T. Miłośników Postępu zapał jest iście... "inkwizycyjny"..! Na co ostatnio poskarżył się publicznie nawet łagodny i kulturalny minister Gowin.

Kiedyś, dawno dawno temu, chyba jeszcze na "blogu głównym" (ale doprawdy - nie mam czasu tego teraz szukać...) wyjaśniałem, co Was tak napędza. Otóż, w wielkim skrócie, bardzo wiele zwyczajów i instytucji naszego codziennego życia służy tak naprawdę poprawie dobrego samopoczucia poprzez ZAMASKOWANIE RZECZYWISTOŚCI. I ma to bardzo wiele wspólnego z przewagą "wrażliwości estetycznej" nad "wrażliwością moralną".

Tłumy ludzi (i już - niestety - nie tylko egzaltowanych nastolatek...) dały się wydoić kilku cwaniakom z różnych "fundacji pro-zwierzęcych" które, jak zauważył nawet PZHK (ho, ho! A to nie taka znowu spostrzegawcza organizacja...) na ostatnich "Wstępach" w Skaryszewie wykupiły od 100 do 150 zdrowych, w doskonałej kondycji koni - za przeciętnie dwukrotność ich ceny rynkowej. Teraz ci sami cwaniacy doją dalej owych naiwniaków, urządzając zbiórki "na utrzymanie koników" - przy czym (przecież wiem, co piszę, sam prowadziłem pensjonat dla koni..!) znowu ceny, jakie podają, są - średnio - zawyżone dwukrotnie. Naiwniacy nie tylko dają się doić, ale jeszcze - co psychologicznie jest w pełni zrozumiałe - z ogromną agresją reagują na każdą próbę otwarcia im oczu.

Czemu tu się dziwić? Im więcej wpłacają, tym lepiej się czują. A nawet - tym LEPSI się czują! Kto nie chciałby poczuć się "lepszym"..? Przynajmniej - raz na jakiś czas..? A tu przychodzi jakiś "psuj" i psuje zabawę pisząc im o jakiejś - nikomu do niczego nie potrzebnej - "prawdzie". To huzia na Juzia..!

Tak samo Państwo, P.T. Miłośnicy Postępu po prostu nie możecie znieść, gdy Najlepsza z Żon czasem coś wklei o "pigułce dzień po", albo gdy jakaś Amerykanka ŚMIE występować przeciw aborcji - i to jeszcze - bezczelność! - na Uniwersytecie. Który przecież, powinien być "awangardą postępu", a nie "ogonem zacofania" - prawda..?

To samo Was kłuje w oczy, co owych naiwniaków, dających się doić psychopatce Szyłogalis i jej cwanym koleżkom. Samo tylko mówienie o tym, do czego może doprowadzić zastosowanie - w nieodpowiednim momencie - "pigułki dzień po" burzy Wasze dobre samopoczucie. Będziecie więc tupać nogami, wrzeszczeć, pod siebie narobicie ze złości - a nie dacie sobie oczu otworzyć! Czy raczej - jak u Gombrowicza - nie dacie się "zgwałcić przez oczy".

Rozumiem Was.

Ale to, że Was rozumiem, to jeszcze nie znaczy, że dam Wam spokój...

poniedziałek, 13 marca 2017

Czy kobiety są głupie..?

Jak zauważył kiedyś ktoś bardzo inteligentny (prawie na pewno, był to jakiś Francuz - piszący Francuzi są inteligentni niejako z zasady...): Mało kto jest w pełni zadowolony ze swojej urody - ale jeszcze mniej można znaleźć takich, którzy nie byliby zadowoleni ze swojego umysłu.

Nie ma zatem niczego dziwnego w tym, że podważanie czyichkolwiek zdolności umysłowych wzbudza silne emocje. Kobiety mogły poczuć się urażone wypowiedziami pana Janusza Korwin - Mikke:


Pytanie tylko - w którym niby miejscu pan Janusz NIE powiedział prawdy..?*

Czy kobiet nie są - ŚREDNIO - niższe i słabsze od mężczyzn..? Są. Nie potrzeba nawet jakichś szczególnych badań na ten temat. To przecież widać gołym okiem!

Czy kobiety nie są - ŚREDNIO - mniej inteligentne od mężczyzn..? No cóż - odkąd wymyślono test na inteligencję, kobiety ŚREDNIO rozwiązują go z wynikiem o około 4 - 5 punktów gorszym od mężczyzn. To się zmienia w czasie - tym niemniej relatywizowanie tego efektu prostym stwierdzeniem a bo ja znalazłam badania, wedle których to kobiety są inteligentniejsze - jest niepoważne.

Różnice w rozkładzie inteligencji mierzonej przez testy nie dotyczą zresztą wyłącznie płci! Polacy rozwiązują testy z wynikami o ok. 4 - 5 punktów gorszymi od Niemców. Niemcy ŚREDNIO rozwiązują testy gorzej od Japończyków.** Czy mamy z tego powodu wpadać w jakieś kompleksy niższości względem zachodnich, czy dalekowschodnich sąsiadów..? Albo patrzeć z góry na mieszkańców Afryki, których wyniki bardzo, ale to bardzo odstają od przeciętnej dla innych kontynentów..?

Żadną miarą! Po pierwsze - śmieszy mnie traktowanie tej sprawy z taką śmiertelną powagą. W ogóle - śmieszy mnie traktowanie ze śmiertelną powagą wielu tak zwanych "ustaleń naukowych"! Tu się zapewne RÓWNIEŻ w żaden sposób nie dogadamy: wielu z Państwa traktuje biały kitel lekarza lub "uczonego" z taką samą atencją, jak ja ornat księdza, a członek plemienia łowców - zbieraczy z Pustyni Namib swojego szamana. Uważacie się przy tym za nieskończenie wręcz mądrzejszych i "bardziej racjonalnych" nie tylko od członków plemienia łowców - zbieraczy z Pustyni Namib, ale i ode mnie. No cóż: Bóg z wami! Szkoda, że nie potraficie spojrzeć na samych siebie z zewnątrz. Bardzo by Was ten widok uradował - bo jesteście, doprawdy, pocieszni..!

Po drugie - czy my aby w ogóle wiemy, co tak naprawdę mierzą "testy na inteligencję"..?

Czy o kimś, kto gorzej rozwiązał "test na inteligencję" możemy powiedzieć - ot tak, niczym innym się nie kierując - że jest "głupszy"..?

Historia opowiada nam o bardzo wielu ludziach, którzy wykazali się ogromną inteligencją - a mimo to byli bardzo nieszczęśliwi, a wszystkie ich wysiłki doprowadziły ich tylko do zagłady. Jak zwykł mawiać nasz przyjaciel Grześ: żal mi sprytnych - oni muszą sami o siebie zadbać; bo o nas, prostaczków, Pan Bóg się troszczy..!

PRZYWYKLIŚMY traktować "inteligencję" jako synonim "mądrości". Tak samo jak PRZYWYKLIŚMY uważać "karierę", "wysokie zarobki", "zawodową samorealizację", itp. - za ABSOLUTNIE NIEZBĘDNE do szczęścia. I stąd kobieta, która nie robi "kariery", nie "realizuje się zawodowo" i jeszcze - o zgrozo! - jest materialnie zależna od męża, w oczach pań postępowych budzi zgorszenie.

U pań Dulskich zawsze budziło zgorszenie postępowanie sprzeczne z aktualnie panującymi przesądami...
------------------------------------------------------------------
* Osobnym zupełnie pytaniem jest: PO CO WŁAŚCIWIE pan Janusz powiedział to, co powiedział? Znając go osobiście skłonny jestem mniemać, że - jak zwykle - palnął bez głębszego zastanowienia z czystej radości, jaką daje wykpienie "postępowych" przesądów i powszechnie panujących paralogizmów. Powiedział same truizmy. I wywołał skandal. To wręcz piękne! Tak mało wysiłku - a taki efekt... Ale, z drugiej strony, pan Janusz ma już swoje lata. I małe dzieci, o których przyszłość musi zadbać. Może po prostu uznał, że pora zostać męczennikiem..? Jemu to już nie zaszkodzi (a sam proces sądowy - jeśli do niego dojdzie - dostarczy mnóstwa okazji do dodatkowej radości...), a dzieciom, owszem - może w przyszłości pomóc... Oczywiście - zakładając, że w niezbyt odległej przyszłości (w co JKM MUSI głęboko wierzyć...) cały ten "postęp" szlag jaśnisty trafi...
** W tym miejscu pragnę gorąco zapewnić, iż nie mam najmniejszego zamiaru poddać się obrzędowi obrzezania. Brrr..! A to by było niezbędne, gdybym NAPRAWDĘ - jak niektóre z Was, Drogie Panie, sugerują - chciał sobie "leczyć kompleksy". Bo czy muszę dodawać jakiej narodowości (będącej zarazem religią...) mężczyzna jest najinteligentniejszym - wedle wyników testów - stworzeniem na tej planecie..?

czwartek, 9 marca 2017

Grzesznicy już smażą się w piekle!

W podtekście dyskusji o pigułkach, o aborcji i o innych takich (a pełno takich dyskusji około 8 marca) przewija się pragnienie wielu Pań, by uprawiać seks "dla przyjemności", "bez ryzyka".

Zresztą - co ja piszę "w podtekście"! Przecież Panie same się do tego przyznają...

No i wychodzi w tym momencie, że jako "katotalib" jestem przeciw przyjemnościom życia, a za umartwieniem i ascezą...

No cóż. Z pewnością - jestem przeciw przyjemnościom NA CUDZY KOSZT. Niezależnie od tego, czy chodzi o pokrywanie kosztów finansowych pigułek z podatków ludzi, którzy uważają ich stosowanie za grzech (jeśli nie uważacie tego za co najmniej niedowcipne, to już nic na to nie poradzę - nie pogadamy, nie mamy o czym...), czy - o zabijanie nie narodzonych dzieci. W taki, czy w inny sposób. Nawet przypadkiem, nawet o tym nie wiedząc (jak przy zastosowaniu tzw. "pigułki dzień po" w niewłaściwym czasie...) - i absolutnie, ale to absolutnie NIE OBCHODZI MNIE tłumaczenie, że dla Pani "zarodek", czy "zlepek komórek" nie jest jeszcze człowiekiem. Po prostu mam Pani zdanie na ten temat tam, gdzie słońce nie dochodzi. Capisce..?

Z tego samego powodu nie trafia do mnie argument, że przecież katolik nie musi tego stosować. Nie musi. Ale dlaczego ma się zarazem godzić na to, że ktoś inny stosuje..? Z łagodnej życzliwości..? Dla kogo lub dla czego..? Dla grzechu..?

Bo, sięgając głębiej - tak się składa, że jest mi Was po prostu żal. 

Moje własne życie NIGDY WCZEŚNIEJ nie obfitowało w tyle przyjemności (przyjemności cielesnych bynajmniej nie wyłączając). Widzicie to - choćby po tym, że nie mam czasu ani sił pisać. I, to prawda - dowcip mi nieco stępiał. Nie tylko z powodu braku czasu i wkurzenia pracą (nie do uwierzenia jakie numery ludzie potrafią odpier...ać gdy zobaczą kasę - a wydawałoby się, że program "Cela+" powinien na nich działać otrzeźwiająco...). Również dlatego, że zrobiłem się ckliwy, przyjaźnie nastawiony do życia, sentymentalny. Jest mi dobrze. I... dobrze mi tak..!



A Was mi po prostu żal. Same nie wiecie, jakie fajne może być życie - jeśli tylko przestanie się kombinować po swojemu i zaufa Bogu. On wie lepiej. I wcale nie chce tylko naszego umartwienia czy ascezy. Jak sam do nas pisze w Księdze Powtórzonego Prawa:

Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładąc przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, 20 miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na ziemi

wtorek, 28 lutego 2017

Łatwiejszy temat

Piję drugą kawę - ale jakoś nie stawia mnie do pionu. Obawiam się, że nie zdołam napisać obiecanego Najlepszej z Żon wiersza. Dla intelektualnej rozgrzewki zajmę się tedy łatwiejszym tematem: polityką.

Dla ogromnej większości z Państwa jest rzeczą oczywistą - tak oczywistą, że obrażacie się, gdy Wam jej nieoczywistość wykazywać - że obowiązkiem państwa jest dbać o Waszą materialną pomyślność (oraz o wiele innych - materialnych - rzeczy: jak na ten przykład o Wasze drzewa - o które Wy sami zadbać nawet nie śmiecie, powietrze, którym Wy oddychacie - bo sami o to dbać przecież nie będziecie, Waszą wodę, Wasze śmieci, Wasze zdrowie itp., itd.). Generalnie, jak by brać za dobrą monetę Wasze komentarze na fejsie czy pod moimi tekstami, to powinienem uznać Was za istoty z natury słabowite - pod każdym możliwym względem: fizycznym, moralnym i umysłowym. Jak słusznie zauważyła Najlepsza z Żon:


Takie pojmowanie państwa upowszechniło się jakieś 100 lat temu. Gdzieś w okolicach I wojny światowej. Wcześniej obowiązki państwa rozumiano różnie, ale na ogół uważano, że w pierwszym rzędzie powinno ono dbać o duchowy "dobrostan" swoich poddanych. Zwalczając występek a promując cnotę. Tak rozumiała swoją rolę jeszcze królowa Wiktoria. Od czego poszło miano "epoki wiktoriańskiej" - fakt, obfitującej w przykłady hipokryzji, ale czyż nie jest hipokryzja hołdem, który występek składa cnocie..?

Wy, którzy uważacie siebie samych za zupełnie bezradnych w kwestiach materialnych tak, że bez opieki i kierownictwa państwa zginiecie niechybnie - jednocześnie uważacie się za całkowicie dojrzałych pod względem moralnym - i to, właściwie, od urodzenia..! Przypuszczenie, że ktoś (państwo, Kościół, a choćby mąż, żona czy rodzic...) miałby Was wychowywać, miałby Was w jakikolwiek sposób pouczać o tym, co jest dobre, a co złe - napełnia Was oburzeniem równie głębokim, jeśli nie głębszym nawet, co myśl, że moglibyście zostać sami z własnymi drzewami, bez nadzoru urzędnika! Od razu wyciągacie najcięższe armaty: że to totalitaryzm, opresja, dyktatura - i Bóg jeden jeszcze wie, co.

Powiedzcie mi teraz: jak ja mam Was traktować poważnie..? No jak..? Dzieci nie są tak nierozumne!

Toteż i coraz rzadziej chce mi się Wam cokolwiek pisać. Bo i po co..?

czwartek, 23 lutego 2017

W obronie ministra Szyszko

Co prawda Najlepsza z Żon podsyła mi maile od "Reduty Dobrego Imienia" w sprawie jakiegoś trzeciorzędnego skandalisty, co to coś w teatrze "wystawia" - ale nie będę robił temu człowiekowi przysługi. Skoro sam się przyznaje, że jego jedynym celem jest rozgłos? Największą krzywdę można mu zrobić - przemilczając go...

Natomiast internet zalany jest powodzią memów z wyrąbanymi drzewami. Ludzie! We łbach Wam się od tej "mundrości" przewraca..! Raz jeden ktoś - celowo czy przypadkiem, to bez znaczenia - zrobił coś sensownego, raz jeden ktoś przywrócił normalność - to będziecie przeciw temu protestować, bo przypadkiem jest z "niesłusznej ideowo" opcji i, w dodatku, niesympatycznie wygląda, tak..?


Pomijam różnych eko-faszystów z Greenpeace i innych, podobnych "grup dążących do niczym nie kontrolowanej władzy" - ale przyznajcie się sami przed sobą przynajmniej (jasne, że mnie się nie przyznacie, na to nie liczę...): gdyby podobną regulację, pozwalającą na wycinanie prywatnych drzew, na prywatnych działkach (i to nie leśnych bynajmniej!) wprowadził sympatyczny, europejski w każdym calu, dobrze wyglądający w garniturze, ryżowłosy jak na prawdziwego Europejczyka przystało Donald Tusk - tarzalibyście się z zachwytu, nieprawdaż..?

niedziela, 19 lutego 2017

Materialistyczny paradoks (monotematycznie...)

Monotematycznie, bo wciąż przedporodowo. Ale co poradzić..? Z obfitości serca usta mówią... - to jest, klawiatura, ma się rozumieć...

Standardową praktyką położniczą w latach 80-tych (słusznie) minionego wieku było, jak się właśnie dowiedziałem, oddawanie noworodka po raz pierwszy matce po upływie doby, czasem dwóch.* Działo się to - co ma znaczenie dla tematu - w (najsłuszniej) minionej epoce tzw. realnego socjalizmu, kiedy to OFICJALNĄ (od 1976 roku...) ideologią państwa polskiego był tzw. "materializm dialektyczny". Wedle którego, jak to lapidarnie podsumował autor piosenki, życie jest formą istnienia białka. Każde życie - ludzkie, krowie, świńskie. Jakie chcecie.

Zarówno dziś, jak w latach 80-tych, w roku 1976, a zapewne także i w 1353, i w jakim tylko innym roku chcecie (od czasów rewolucji neolitycznej - a to było naprawdę dawno temu...) każdy hodowca krów, świń, koni, itp., itd. wiedział, że jak mu się w gospodarstwie urodzi ssak - to najważniejsze, żeby mu jak najszybciej dać do ssania. I to nie cokolwiek - tylko wymię jego matki (albo innej samicy jego gatunku - byle ta samica też właśnie dopiero co powiła potomstwo...).

Przez kilka pierwszych godzin (hodowca ortodoksyjny powiedziałby, że do dwóch, góra trzech godzin - jak chodzi o duże ssaki...) po urodzeniu potomstwa klacz, krowa, maciora (i w ogóle każda samica ssaka...) produkuje specyficzne mleko. O wyjątkowo dużej zawartości globulin. Przenoszących na potomstwo odporność na choroby, które przebyła przez całe swoje życie matka. Ta odporność nie wystarczy potomkowi na całe życie - ale przetrwanie kilku pierwszych miesięcy, kiedy jest on najsłabszy i najbardziej wrażliwy, bez wyssania słusznej porcji tzw. "siary" - jest mało prawdopodobne. Jak nie uda się napoić źrebaka (cielaka, prosiaka...) "siarą" - w zasadzie najrozsądniej jest rozpalać grilla. I tak nic z tego zwierzęcia nie będzie.

Jeśli siary się napije to nawet, jeśli potem jego matka padnie - można wykarmić z butelki, ze szmaty nasączonej krowim mlekiem (dla małych koni: rozcieńczonym wodą i z dodatkiem cukru...). No - jest szansa, że się uda.

Jak się do tego ma owa standardowa praktyka położnicza (mam nadzieję, że jak najsłuszniej miniona...) z końca minionego tysiąclecia..?

Czy człowiek nie jest przypadkiem ssakiem..?

Czy może człowiek jest takim specyficznym ssakiem, który - jako jedyny znany ssak - "siary" w pierwszych godzinach po powiciu dziecka nie produkuje..?

Rozumiem, że weterynarzy (choć wiedza o "siarze" nie jest żadną wiedzą tajemną, nie trzeba, doprawdy, dyplomu wyższej uczelni, żeby to wiedzieć...) i lekarzy kształci się na różnych uczelniach. Że się rzadko ze sobą spotykają. Ale lekarzy chyba uczy się jakichś podstaw biologii...? Czy nie..???

Jeszcze bym rozumiał, gdyby rzecz się działa w - jak to niektórzy z Państwa macie zwyczaj pisywać - ciemnym średniowieczu, pod rządami jakiejś klerykalnej ciemnoty. Co to widzi w człowieku coś więcej niż tylko formę istnienia białka. Ale - taka pycha (i taka ciemnota, swoją drogą...) w wykonaniu rzekomych "materialistów"... Do tej pory nie mogę się zdecydować: śmiać się - czy płakać..?

Samego porodu nie ma (to nie był normalny koński poród, musiałem źrebaka wyciągać, nie miałem więc jak uwieczniać), ale akcja tuż-po-porodowa dzieje się:







---------------------------------------------------------------------------------------------------
*P.S.: pozostaje zagadką, CO TAKIEGO WŁAŚCIWIE robili z nami lekarze pediatrzy i pielęgniarki przez te dwie doby, nim nas oddali naszym matkom..? Zmierzenie, zważenie, a nawet wykąpanie niemowlaka żadną miarą tyle czasu nie trwa...

piątek, 10 lutego 2017

Pociesznie!

Najlepsza z Żon zwróciła mi uwagę, że w poprzednim wpisie brakuje przynajmniej jednego punktu: traktującego mianowicie o tym, jak schematyczni są na ogół piewcy "indywidualnej wolności" i do jakiego stopnia dają sobą kierować najdurniejszej nawet modzie.

Nie mam, przyznaję, w tej chwili czasu na to uzupełnienie. Ale trafił mi się kąsek nie lada jaki! Jak zwykle (niemal...) na tzw. "Mównicy", czyli części forum historycy.org, gdzie P.T. Publiczność nie zalogowana nie ma dostępu. W wątku o... myśliwych! Trafił się tam tak pocieszny użytkownik, że nawet komentarza nie potrzeba - pośmiejcie się i Wy, Drodzy Czytelnicy:
Krótko się ustosunkuję tylko do jadowitej i skrajnie ignoranckiej wypowiedzi Jkobusa, gdzie mnie i środowisko obraził. Pozostałych wiadomości jest za dużo, bym je przeczytał, a i z tego co widzę, są to generalnie takie tylko luźne opowieści. Nie obchodzą mnie jego pseudofilozoficzne refleksje, jakie to wszystko jest durne: psy, wojskowi, myśliwi, naukowcy itd.

Odnośnie psów. Są one, przynajmniej w Europie, dużo mniejszym zagrożeniem dla dzikiej przyrody, niż koty. Nie twierdzę, że nie są nim w ogóle, ale w porównaniu do sierściuchów nie ma tu nawet czego porównywać. Jeśli gdzieś jest z tym duży problem, to w rejonach biedniejszych, jak Świętokrzyskie czy Rumunia. Ot, żeby nasz przyjaciel dopadł sarnę przez większą część roku, musi być generalnie spełnionych kilka podstawowych czynników, o co ciężko. W Europie Zachodniej psy właściwie już są gatunkiem wymarłym, tam nie ma się z tej strony czego obawiać.
QUOTE(jkobus @ 12/12/2016, 12:32)
Do wypowiedzi kol. Jagdteriera odnosić się nie ma po co. Każdym kolejnym postem ilustruje on bowiem tylko to, co wcześniej napisałem odnośnie mentalności postkomunistycznych poputczyków tworzących jaczejkę, która zwie się "PZŁ".
*

W tym wątku powołałem się chyba jako jedyny na poważne, nieznane w Polsce, opracowania naukowe (pisane bynajmniej nie przez członków ,,polskich jaczejek"), kilka rzeczy też wytłumaczyłem. Posty Jkobusa z kolei ilustrują mentalność anarchizującego prywaciarza, który pod pretekstem jakichś, niby to racjonalnych obserwacji ,,Mikołaja Reja", próbuje promować własną osobę, swoje skrajnie wsteczniackie i obrzydliwe poglądy na życie, przypominające czasy restauracji. Ot, nie podoba mu się ,,komuna" i wszystko, co z nią w jakikolwiek sposób się wiąże, więc sobie pozwala na wylewanie żółci na myśliwych jako ,,relikt minionego ustroju". Tymczasem my zdobyczy osiągniętych po II wojnie światowej nie oddamy i, wbrew różnym nowobogacko-liberalno-cwaniackim tendencjom, od obecnego modelu organizacyjnego łowiectwa w Polsce nie może być odwrotu. Rozumie to nawet PiS.
Dziś ludzkość doszła do takiego punktu swego rozwoju, że przed katastrofą może ją ochronić tylko efektowne zarządzanie planetą, w czym łowiectwo jest niezbędne. I to właśnie w takim wzorcu strukturalnym, jaki gwarantuje centralizację.
W odróżnieniu od Jkobusa, w dyskusji nie poruszyłem kwestii PZPN, PZW PZPŚ czy jakiegokolwiek innej instytucji o nazwie ,,Polski Związek...", bo to się ma do wątku nijak, a potwierdza tylko moją opinię, że tematy te służą jedynie Jkobusowi za pretekst do snucia swoich tandetnych rozmyślań o życiu (skoro się nie zna, może tylko tak ,,zabłysnąć").

Slogany, stereotypy, obrażanie i łykanie wszystkiego, co się dziś masowo podaje jako prawdę objawioną (obśmiewanie i obrażanie rzeczy uznawanych za peerelowskie), a z rzeczywistością ma najczęściej słaby związek, nie zmienią niczego.
QUOTE(jkobus @ 12/12/2016, 12:32)
Wszyscy zakuci obrońcy tych rezerwatów komuny zawsze znajdują tysiące argumentów na swoją obronę - ale zdradza ich samo podobieństwo fizyczne i duchowe. Niestety, nadzieje na to, że problem rozwiąże biologia, że "leśne dziadki" zaludniające każdą z tych organizacji po prostu wymrą, nie spełniły się - ich potomstwo jest, o ile to tylko możliwe, jeszcze gorsze od swoich przaśnych rodziców i dziadów...
*

Powyżej kwintesencja forumowej działalności Jkobusa. Nie potrafi się odnieść do owego tysiąca argumentów, bo jest zupełnym laikiem (statystykę by trzeba znać, biologię, historię...), toteż wypisuje w kółko o ,,jakimś podobieństwie fizycznym i duchowym", jaczejkach i obrzydliwym życzeniu ludziom wymarcia jak jakimś dodo. Wtedy Jkobusa znalazłby wreszcie pole dla wprowadzenia w życie chorej wizji świata, która mu odpowiada mentalnie (,,duchowo"). Trochę podobnie jak lewactwo, którego tak nienawidzi, a przecież podobieństwa wykazuje.

QUOTE(jkobus @ 12/12/2016, 12:32)
Australia, Nowa Zelandia i inne izolowane kawałki dawnej Gondwany mają swoją specyficzną faunę, której charakterystyczną cechą był brak skutecznych drapieżników. Nasze poczciwe, europejskie mruczki poczuły się tam królami puszczy  rolleyes.gif  To nic dziwnego, że stanowią poważny problem!

Ale w Europie kot (a raczej cała plejada kotowatych...: bo akurat nie kot domowy, ten do nas trafił zapewne w średniowieczu...) buszuje sobie po prasłowiańskich lasach od zarania dziejów. W miastach (a w tej chwili problem ekosystemu miejskiego jest dużo ważniejszy od jakichś tam gajów i ruczajów!) są naszą pierwszą i ostatnią linią obrony przed gryzoniami.

Mieszkając na wsi, a raczej - na puszczy, bo do najbliższych obcych zabudowań mam ponad kilometr - za największe szkodniki uważam psy. Zbierają się w watahy i potrafią zagrozić nie tylko zającom (których też w konsekwencji jest niewiele...), ale i sarnie, jak je głód przyciśnie. O przepiórkach, kuropatwach czy innych małych ptaszkach można powoli zapominać - znikają z krajobrazu jak śnieg na wiosnę!

U mnie problem częściowo rozwiązał się minionego lata: przybłąkał się nam kundel podobny z wyglądu do charta. Baliśmy się, że będzie zające niepokoił, ale odkąd się odkarmił, nawet nie zwraca na nie uwagi - za to obce psy trzymają się od nas z daleka. A i nasz kotka (faktycznie - bezlitosny morderca...) ograniczyła nieco wyprawy łowieckie - bo ile razy można psu nos masakrować, kiedy on ciągle nie rozumie i nie rozumie, że powinien ją obchodzić szerokim łukiem..? Niestety - wszystkie psy z jakimi miałem do czynienia były zwyczajnie durne, a ten to już wręcz rekordzista - pozbawiony w ogóle zdolności uczenia się...

Do wypowiedzi kol. Jagdteriera odnosić się nie ma po co. Każdym kolejnym postem ilustruje on bowiem tylko to, co wcześniej napisałem odnośnie mentalności postkomunistycznych poputczyków tworzących jaczejkę, która zwie się "PZŁ".

Dodam tylko ponownie, że lista podobnych jaczejek jest w III RP bardzo długa: PZPN, PZPŚ, inne związki sportowe, PZHK, PZJ, no i last but not least - największa z nich wszystkich: Wojsko Polskie...

Wszyscy zakuci obrońcy tych rezerwatów komuny zawsze znajdują tysiące argumentów na swoją obronę - ale zdradza ich samo podobieństwo fizyczne i duchowe. Niestety, nadzieje na to, że problem rozwiąże biologia, że "leśne dziadki" zaludniające każdą z tych organizacji po prostu wymrą, nie spełniły się - ich potomstwo jest, o ile to tylko możliwe, jeszcze gorsze od swoich przaśnych rodziców i dziadów...
*
 
 Wczoraj, 15:51Report Post Quote Post

QUOTE(jkobus @ 12/12/2016, 15:53)
Nie ma sensu szukać problemów tam, gdzie ich nie ma.
Równie absurdalna jak "walka z kotem" jest "walka z globalnym ociepleniem". Ot co!
*

Zaprzeczanie globalnemu ociepleniu to mniej więcej tak jak negowanie grawitacji. Najlepszą wystawia ci to opinię. Szeroko pojęta walka z globalnym ociepleniem jest zresztą najważniejszą potrzebą ludzkości. Trudno sobie to wyobrazić bez intensywnie prowadzonego i scentralizowanego łowiectwa.
 Wczoraj, 19:30Report Post Quote Post

QUOTE(gregski @ 9/02/2017, 17:06)
Tak jest! Wybić to całe futrzane tałatajstwo bo to tylko żre i pierdzi wydzielając metan, który jest gazem cieplarnianym.
*

Tu akurat chodzi o płową, a nie futrzaną. Las w ostatnich dekadach przeszedł takie zmiany, że nie przypomina już tego sprzed parudziesięciu czy stu lat. Nie ma też do takiej sytuacji, jak wtedy, powrotu. Dziś należy zintensyfikować odstrzał przede wszystkim jeleni i dzików, skończyć z moratorium dla łosia. Na to zagadnienie pierwsza uwagę zwróciła nauka niemiecka.
A bobry, wilki i koty to swoją drogą.
QUOTE(Sghjwo @ 9/02/2017, 18:00)
Najwiecej maetanu wydzielaja "trawozercy", wiec moze niech "lesne dziadki" strzelaja do krow. Dwie pieczenie na jednym ogniu, mniej metanu, wiecej zieleni. wink.gif
*

Wystarczy, że ograniczy się te idiotyczne ,,ekologiczne" pastwiska dla krów. Koło mnie się tak pasie od parunastu lat gigantyczne stado ,,bawołów" i nic nie można z tym zrobić. Właściciele są jak zwykle niereformowalni.

 
Wczoraj, 20:00Report Post Quote Post

QUOTE(gregski @ 9/02/2017, 18:33)
QUOTE
Właściciele są jak zwykle niereformowalni.

Prywatny "bawół". Prywatna łąka, Nikomu nic do tego.
*

To demagogia liberalna. Szanujące się państwo nie może ot tak sobie pozwalać na idiotyzm obywateli w imię ochrony praw własności. Zabrać, ukarać, znacjonalizować, a nie tworzyć państwo istniejące dla prywaciarzy.
QUOTE(Eamr @ 9/02/2017, 18:40)
Tiaa, najlepsze dla mlekodajki jest tkwienie na łańcuchu w ciasnej obórce. Jak tkwił jej przodek tur i inne praprzodki.
*

Dla przyrody i gospodarki jest lepiej trzymać pod dachem w oborach. Co jest komfortowe dla samej krowy, rzecz całkowicie nieistotna i zresztą nie taka oczywista do określenia.
QUOTE(Eamr @ 9/02/2017, 18:40)
Podrążę. A co to jest „coś normalne”?
BTW: pierwszy raz widzę miłośnika przyrody wyrażającego się o żywym stworzeniu per „śmieć genetyczny”. O tempora o mores…
*

Coś, co naturalnie wygląda i zachowuje się zgodnie z przewidywaniami wzorcowymi... Obecnie w Anglii czy Francji o dobre psy niezwykle już ciężko, ponieważ one nie istnieją w próżni - zawsze są emanacją społeczeństwa, z którego się wywodzą. Tamte narody się zdegenerowały, toteż i psy się do niczego nie nadają. Po cichu przyznają mi to zresztą ostatni żyjący tam hodowcy, którym na psach zależy.

Pojęcie ,,śmiecia genetycznego" jak najbardziej istnieje. Jest to odpad, który nie powinien się rozmnażać.
Wczoraj, 20:39Report Post Quote Post

QUOTE(czarny piotruś @ 9/02/2017, 19:15)
Jakoś dziesiątki a może i setki milionów wielkich trawożerców jeszcze nie tak dawno temu biegają cech po stopach, sawannach i preriach do zagłady planety nie doprowadziło
*

Jakoś nie w Europie. No i proszę nie porównywać historycznej liczebności bawołów kafryjskich i bizonów do dzisiejszego pogłowia bydła. To tak jak zestawianie stanów armii polskiej z chińską albo irańską.
QUOTE(czarny piotruś @ 9/02/2017, 19:15)
Potrzebny jest ale wymaga reformy. 
*

Tego nie neguję. W najogólniejszych ramach chodzi o utrzymanie wprowadzonego w PRL systemu organizacji.
QUOTE(czarny piotruś @ 9/02/2017, 19:15)
Spora część tych naszych łowców, zwyczajnie posługiwać się bronią nie potrafi. Więc tak może od tego zaczniecie? W sumie też jestem za przywróceniem polowań na żubra, niedźwiedzia i wilka. Na początek może jednak oszczepem? Sprawdzi się i chart ducha i pewność ręki... Tym, którzy przeżyją będzie można już wydać pozwolenie na broń palną
*

Różnie to bywa. Ja sam też żadnym snajperem nie jestem, mimo to jakiejś zupełnej tragedii nie ma. Wypadków zdarza się relatywnie niewiele, a na 120 tys. znajdzie się i Zajcew, i pudlarz.

A w WP to ilu myślisz, żołnierzy umie dobrze strzelać? W wojsku niewiele było oddziałów, które by ćwiczyły ten element wyszkolenia bojowego w sposób częsty.

Co do użycia broni drzewcowej, sam czasem stosuję, ale na dzika. Duży niedźwiedź, z tego co się orientuję, poza zasięgiem pojedynczego człowieka z białym orężem. Dziś zresztą nie ma w tym nikt doświadczenia, toteż byłby to wyrok dla ewentualnego łowcy. Pomijam, że na niedźwiedzie już się u nas nie będzie w przyszłości polowało.
QUOTE(czarny piotruś @ 9/02/2017, 19:15)
Sprawdzi się i chart ducha i pewność ręki
*

Rozczaruję Kolegę. Chart się na niedźwiedziu nie sprawdzi. wink.gif
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster

 
 Dzisiaj, 00:18Report Post Quote Post

Jeszcze krótko Ci odpowiem póki mam wolny wieczór.
QUOTE(czarny piotruś @ 9/02/2017, 20:27)
Co do umiejętności posługiwania się bronią to nie tylko samo trafianie(lub nie) w cel. To także zasady bezpieczeństwa i tu jednak problemy są spore. O ile w mundurówce wypadku z bronią zatuszować się nie da a w każdym razie nie jest to proste to w myśliwskie większość wypadków w ogóle nie jest zgłaszana. Jeżeli nikt nie zginął ani nie został ranny to towarzystwo problemu nie widzi. Ot jakąś dziura samochodzie, ścianie czy czymś innym. Jesienią pewien polują y chirurg jeździł u nas z dziurką w klapie bagażnika. Pewnie od kornika 😂
*

To prawda, że są problemy, nie wiem natomiast czy nasi myśliwi odbiegają poziomem wyszkolenia od Szwedów czy Francuzów. Nie wiem, bo w listopadzie na jednym polowaniu, jako podkładacz, mogłem prawie dwa razy od nich zginąć (nie przesadzam, kula trafiła w drzewo obok mnie na wysokości głowy) i znajomy naganiacz też. Są różne koła. W jednym za notoryczne pudła, znam taki przypadek, łowczy potrafi przerwać zbiorówkę i na kopach wygonić wszystkich na strzelnicę.
Różne epizody są zgłaszane. O kulach w masce samochodu ku przestrodze informuje np. prasa łowiecka. Nieraz człowiek niby się zna, a kula potrafi swoje zrobić i kogoś zabić - tak było z tym zastrzelonym rowerzystą, gdzie zginął z kuli wystrzelonej przez młodego chłopaka - no ale ten myśliwy zrobił wszystko poprawnie i legalnie (szkoda, że prokuratura jest na stwierdzenie tego za tępa). Czasem się tak zdarza i nie wszystko z bronią przewidzisz. Dlatego nie jest ona powszechnie dostępna jak cukierki w sklepie.
QUOTE(czarny piotruś @ 9/02/2017, 20:27)
Europy i wielkich trawożerców. Było ich całkiem sporo w różnych okresach historycznych. Swobodny wypas to rzecz normalna a nie jak to kolega Jagdterier określa "prywaciarstwo"
*

W którym okresie historycznym w Europie było więcej zwierzyny niż w XXI wieku? Weźmy np. jelenie. Nigdy, tylko to jest wiedza dla specjalistów - biologów. Ludzie wierzą zaś w ekologistyczne mity, rozpowiadane w zamian za potężne pieniądze przez kanalie z WWF.

Swobodny wypas bydła na masową skalę, bo nie mówimy tu o tym, że chłop sobie mućkę wyprowadza na trawę, na terenie miażdżącej większości Europy (poza Niziną Panońską, Wołyniem i jeszcze paroma innymi), nie był generalnie rozpowszechniony. Państwo kategorycznie musi obecną sytuację przerwać nawet już nie dlatego, że to nierentowne, ale przede wszystkim ze względu na ochronę bioróżnorodności. Tereny, gdzie pasą się stada krów, po paru sezonach zamieniają się w kompletną pustynię ekologiczną. Nie korzysta na tym nikt. Gdyby ludzie w Europie byli nieco bardziej normalni i, zamiast obżerać się w jakichś macdonaldach i kupować ,,mięso" z biedry, hodowaliby nutrie, króliki i świnie, angażowali się w łowiectwo, nie potrzeba byłoby utrzymywać całej tej, niszczącej przyrodę, gigantycznej maszynerii, jaką jest przemysł mleczarski i wołowina. Zdegenerowana Holandia mogłaby sobie też darować masowe gazowanie dzikich gęsi, bo dałoby się na nie polować spod legawców i je spożywać.

Tak to już życie wygląda o wiele bardziej skomplikowanie, niż głoszą tabloidy i popularne portale internetowe. A to, co tu zaznaczyłem, to jedna z najpoważniejszych spraw, jakie w ogóle były kiedykolwiek omawiane w historii niniejszego forum. To nie jest jakiś tam trybunał konstytucyjny ani mama Madzi. Twoje pokolenie może umierać w skrajnie drastycznych warunkach.
QUOTE(czarny piotruś @ 9/02/2017, 20:27)
Jakoś do czasów nowożytnych dawno sobie radę. Dziś także jeszcze tu i ówdzie, z włócznią poluje się na lwa nawet.
Problem z dzisiejszym łowieckie polega na motywacji. Ot dobrze widziany sport dla ustosunkowanych, nowobogackich macho. Oczywiście to mniejszość ale ta najbardziej widoczna, halasliwa i z najmniejszym pojęciem.
*

Popieram wykorzystanie rohatyny jako bardzo skutecznej, tradycyjnej i uczciwej broni. Żeby było jednak jasne, polowania już dziś u nas o ten oręż się nie oprze. To może być dodatek dla podkładaczy, których mamy niewielu, a i używanie tego w Polsce to tylko 1/3 roku. Rozstrzyga karabin.

Dziś na lwy z włóczniami polują dzikie plemiona murzyńskie. Mam do nich ogromny szacunek i oczywiście imponuje mi to. Wyrobienie do tego białego człowieka postindustrialnego jest moim zdaniem nieprawdopodobne, bo trzeba uprzednio zapłacić frycowe w postaci zębów i pazurów. Kto chce, niech próbuje, natomiast uzależnianie dostępu do łowiectwa od tego, czego kto by dokonał bronią białą, prowadzi w złą stronę. Dla przykładu, w kole, w którym poluję, kłuć dziki potrafię tylko ja i mój ojciec - na 40 chłopa, w tym wielu wojskowych. Reszta się zwyczajnie boi, nie zna tego, nie umie. W tym sezonie ubiłem w ten sposób 21 dzików (nie w jednym kole). Są natomiast ludzie, których to kompletnie nie interesuje, a nawet bywają i ci, co uważają taką praktykę za nieetyczną (ci to akurat palanty). Dla nich polowanie to po prostu spacer z bronią, dotlenienie mózgu, wrażenia estetyczne z pracy pointera, a ewentualny strzał do bażanta to kończąca misterium wisienka na torcie. Są tacy, co lubią siedzieć na ambonie przy karmisku. Niech sobie to robią, tak jak uważają, byle mnie się nie czepiali. Lasów mamy dużo, a zwierzyny jeszcze więcej.

Co do kłucia odyńca (odyńca sensu stricte), nie zdarzyło mi się to przez całe życie. Raz tylko widziałem w necie jak jakiś Francuz tego dokonał. W naszych warunkach skończyłoby to się po prostu masakrą i nie uważam tego za wykonalne przez kogokolwiek.

Nie jestem do końca pewien, czy nie grzeszę, zamieszczając te cytaty - dostrzeżone w wypowiedziach oczywiste absurdy i niespójności (raz "skłuł rohatyną 21 dzików", innym razem "kłucie odyńca nie zdarzyło się /mu/ przez całe życie"), pozwalają domniemywać, że mamy do czynienia z osobą chorą.* Ponieważ jednak forum jest anonimowe (no cóż, jak się zapewne domyślacie, użytkownik "jkobus", to autor niniejszego bloga...) sądzę, że możemy oddzielić wypowiedzi od osób i zajmować się samymi tylko wypowiedziami. A te, no cóż - dostarczyły mi dziś (w przerwach między urzędową korespondencją) wiele radości..!


------------------------------------------------------------------------------------------
*Swoją drogą: czy cieszy Was wiedza, że być może to jednak NIE jest od początku do końca produkt chorej wyobraźni i ktoś taki RZECZYWIŚCIE chodzi gdzieś po lasach ze strzelbą i watahą ostrych psów..? Zdecydowanie: zakup czarnoprochowca awansuje na coraz wyższą pozycję na liście moich priorytetów inwestycyjnych...