Blog główny

środa, 27 lipca 2016

Publiczne i prywatne

Jadąc dziś do stolicy dyskutowaliśmy z Najlepszą z Żon o tym, co jest "publiczne", a co "prywatne".

Zwróciłem uwagę - idąc tu za wielotomowym dziełem "Historia życia prywatnego", którego część tylko, niestety, stoi u nas na półce biblioteczki - że to "życie publiczne" jest pierwotne. Pojęcie "życia prywatnego" wymyślono. Historycznie - gdzieś tak w okolicach panowania i podbojów Aleksandra Wielkiego. Kiedy nagle okazało się, że wprawdzie obywatele Aten (i innych miasteczek Grecji) po dawnemu mogą się zbierać na zgromadzeniu ludowym, obchodzić uroczyste święta i wybierać swoich urzędników - ale nie będzie już z tego ani pokoju, ani wojny, a co najwyżej - coś w rodzaju teatru. Bo o sprawach naprawdę istotnych decyduje się gdzie indziej. Na dworze jakiegoś króla lub w pałacu namiestnika.

Mając świadomość, że uczestnicząc w zgromadzeniu ludowym, obchodząc uroczyste święta czy wybierając urzędników, tak naprawdę są tylko aktorami w teatrze, a zgodnie z ówczesnym zwyczajem, aktorzy występowali w maskach, wymyślili sobie tedy Ateńczycy (i inni Grecy...), że kiedy już ów występ odbędą, to zdejmują maski i wtedy żyją "dla siebie" - "żyją prywatnie". Mieli zresztą po temu znacznie więcej niż dawniej czasu, skoro okoliczności zwolniły ich z obowiązku odbywania wypraw wojennych, czy długiego debatowania nad ważnymi sprawami republiki. Dalej już poszło.


Obecnie przeciwieństwo między "życiem publicznym" a "życiem prywatnym", między "sferą publiczną", a "sferą prywatną", czy też np. "życiem zawodowym", a "życiem prywatnym", wydaje się oczywiste i fundamentalne. Ale to tylko złudzenie. Bo było tak, jak wyżej napisałem. "Życie prywatne", "sfera prywatna" to coś, co zaczęło się jakieś 2300 lat temu - jest to fenomen dość nowy (bo cóż to jest 2300 lat wobec historii ludzkości...). Nigdzie też nie jest powiedziane, że będzie istniał po wiek wieków - "żyć prywatnie" można, jak się ma po temu warunki. A czy te warunki rzeczywiście zawsze już będą tak korzystne..?

Proporcje między "życiem prywatnym" a "życiem publicznym" wydają się też współcześnie zadziwiająco wręcz sztuczne. Chore. Na ten przykład - usiłuje się traktować religię jako "sprawę prywatną"!

Na jakiej niby podstawie..? Czy w Starym, albo w Nowym Testamencie gdziekolwiek napisane jest: wyznawajcie waszą wiarę potajemnie, w zaciszu waszych domów, nijak się z nią nie ujawniając..?

No chyba wprost przeciwnie! U św. Mateusza chociażby, mamy fragment (5, 13 - 16):
Wy jesteście solą ziemi. A jeśli sól zwietrzeje, czym będzie solona? Na nic się więcej nie przyda, tylko żeby była precz wyrzucona i podeptana przez ludzi.
Wy jesteście światłością świata. Nie może się skryć miasto leżące na górze. Ani nie zapalają świecy i nie kładą jej pod korzec, ale na świeczniku, aby świeciła wszystkim, którzy są w domu.
Tak niechaj świeci światłość wasza przed ludźmi, aby widzieli uczynki wasze dobre i chwalili Ojca waszego, który jest w niebiosach.
Zresztą, jak zauważyła Najlepsza z Żon - domaganie się od człowieka prawdziwie wierzącego, aby swoją wiarę wyznawał wyłącznie "prywatnie", to tak naprawdę żądanie jakiejś systematycznej hipokryzji i kłamstwa. Bo na czym to by niby miało polegać? Prywatnie taki człowiek ma przestrzegać Dziesięciu Przykazań (tak, jak je Kościół i Tradycja wykładają) - a publicznie to już nie..?

Owszem (czego nie zdążyłem dodać w naszej dyskusji) - bywały i takie sytuacje. Zawsze, gdy wierzący musieli się ukrywać przed prześladowaniami. W tradycji muzułmańskiej postawa taka nazywa się taqiyya (albo, po persku, ketman) - co wynika z faktu, że tam szyici przez wiele stuleci musieli udawać sunnitów, żeby ich od razu nie zabito. No cóż. Jeśli to ma być propozycja "współczesnego świata" względem ludzi wierzących - to szczytem bezczelności jest domaganie się jej przyjęcia inaczej, niż pod lufami karabinów!

Odwrotnie natomiast z pewnymi preferencjami łóżkowymi. Które, ostatnimi czasy, stają się jedną z najważniejszych, najbardziej palących kwestii publicznych, wręcz osią całej debaty politycznej! Gdzie tu sens, gdzie logika..?

Oczywiście - ma to swoje uzasadnienie zarówno ideologiczne, jak i taktyczne. Ale przy okazji - pokazuje jak sztuczny jest podział na "publiczne" i "prywatne" i jak ta, rzekomo oczywista dychotomia, nieoczywistą jest i niekonieczną...

23 komentarze:

  1. Domaganie się, by ideologie czy filozofie były logiczne, nie ma sensu. Każda z nich ma u podłoża jakieś całkowicie subiektywne założenia. Stąd i postulaty, wygłaszane z większą pewnością siebie niż teorie naukowe, są nielogiczne.

    Ale może te moje refleksje nie są na temat...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1. Bardzo rzadko jakiekolwiek aksjomaty są "całkowicie subiektywne". Owszem - ich wybór bywa subiektywny. Ale nie są one całkiem dowolne i nie biorą się znikąd.

      2. Nawet, jeśli przyjmiemy "swobodny wybór aksjomatów" (co, jako rzekłem w punkcie 1, nie jest bynajmniej takie proste...), to już konsekwencje, jakie z nich wypływają, powinny być logiczne. Inaczej idea jest wewnętrznie sprzeczna i z góry wiadomo, że nie da się jej nijak w rzeczywistości aplikować! Co prawda: ogromnie wiele ideologii JEST wewnętrznie sprzecznych...

      3. Istotnie - niewiele ma to wspólnego z tematem wpisu.

      Usuń
    2. Nawoływanie lewicy, by zachować wiarę dla siebie, a nie afiszować się z nią publicznie, przy jednoczesnej aprobacie dla afiszowania się ze "sprawami alkowy", może wydawać się nierozumne. Ale czy nasze poglądy muszą być rozumne?

      Usuń
    3. Czcigodna Kiro
      To nie jest nierozumne, lecz po prostu skrajnie łajdackie.
      Pozdrwiam serdecznie.

      Usuń
    4. Taktycznie jest to bardzo zgrabne posunięcie. Bo bardzo wielu katolików dało się albo przekonać (dla wielu, przecież, sprawa ta nie jest aż tak znowu ważna - i trudno mieć o to do nich pretensje, Kościół jest dla wszystkich, a nie tylko dla żarliwych wyznawców; tych ostatnich, jeśli uda się ich zidentyfikować, uznając zwykle po śmierci za świętych...), a część zastraszyć - i też uznają swoją wiarę za "sprawę prywatną". Szczególnie na Zachodzie, gdzie, w takiej na ten przykład Francji, od początków XX wieku organizowanie procesji poza budynkiem kościoła jest nielegalne... A skoro raz się uzna religię za "sprawę prywatną" - to jest to już de facto kapitulacja na wszystkich naraz "forach publicznych"! I o to lewicy przecież właśnie chodzi...

      Usuń
    5. Ależ oczywiście, pewna część lewicy (ta z nadzieją na profity, u władzy) proponuje zmiany z czystego cynizmu.

      Usuń
  2. A czy przypadkiem życie prywatne nie zaczęło się od wzięcia gałązek figowych i zrobienia sobie przepasek w Ogrodzie Rajskim? Oczywiście to takie ograniczone życie prywatne, no ale jednak...

    Zapraszam:
    http://milkblog.cba.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To był początek wstydu. Skądinąd - wstyd ma sens przede wszystkim w "życiu publicznym", bo jak tu się wstydzić, gdy nikogo (albo chociaż nikogo obcego) w zasięgu wzroku nie ma..?

      Usuń
    2. No tak, to był początek wstydu - ale właśnie wstyd nakazuje nie pokazywać pewnych części ciała publicznie i czynności z udziałem tych części również publicznie nie odbywać - odbywać je prywatnie, czyli mamy zalążek życia prywatnego. Oczywiście, że coś, co jest prywatne może istnieć jako przeciwieństwo do publicznego tylko wtedy, gdy w ogóle jest coś, co jest "publiczne", więc gdy jest jakaś "publika". I wstyd nakazuje właśnie od tej publiki odejść w celu odbycia pewnych czynności, nakazuje je przed tą publiką ukrywać - i to jest właśnie życie prywatne. Więc początek wstydu jest zarazem początkiem życia prywatnego.

      Zapraszam:
      http://milkblog.cba.pl

      Usuń
    3. Bardzo wątłego i bardzo ograniczonego "życia prywatnego". Trudno wręcz uważać za "życie" wykonywanie li i jedynie czynności wstydliwych... Zresztą - tak to właśnie było: u ludów barbarzyńskich jeśli ktoś coś robił w ukryciu, to znaczy - że robił coś, potencjalnie przynajmniej, złego! Grecy klasyczni też byli wobec "życia prywatnego" skrajnie wręcz podejrzliwi - nim im się odmieniło.

      Usuń
    4. To, że ograniczonego, to podkreślałem od początku. Jednak zawsze jeżeli dzielimy życie na "prywatne" i "publiczne", to w każdej z tych dwóch kategorii będą się mieścić tylko niektóre, wybrane czynności, elementy życia, a nigdy całe życie, to jest oczywiste.

      Ale generalnie częściowo przyznaję rację. Jednak trzeba zwrócić uwagę na przykład na to, że już z chwilą, gdy budujemy osobne szałasy, a później pierwsze domy, w których mieszkają rodziny, to już rodzina wyodrębnia się z plemienia i zaczyna w swoim domu wieść życie rodzinne, czyli życie, w pewnym sensie, prywatne. Bo przecież kto powiedział, że życie prywatne musi być koniecznie indywidualne? Myślę, że wewnętrzne życie rodziny też uznać można za życie prywatne.
      Oczywiście plemię, ród nadal kontroluje właściwie wszystko, o wielu rzeczach decyduje. Jednak nie mówimy o władzy, ale o "życiu", o dokonywanych czynnościach. Z chwilą, gdy plemię przestaje żyć w jednej jaskini, w jednym baraku, a zaczyna dzielić się na rodziny, zachodzi jednak jakaś zmiana i powstaje prywatne życie poszczególnych rodzin - w opozycji do ich życia publicznego w obecności całego rodu.

      Zapraszam:
      http://milkblog.cba.pl

      Usuń
    5. No to mnie ciekawi jeszcze, kiedy nastąpiło coś takiego, jak oddzielenie życia jednostki od życia samej rodziny...

      Usuń
    6. Nigdy. Chyba, że mówimy o życiu tzw. "singli". Pytanie tylko, czy "bycie singlem" to już odrębna formacja kulturowa, czy tylko - stadium w historii życia, albo forma choroby..?

      Tak naprawdę "jednostka", rozumiana jako "byt poszczególny" (w witkacowskim rozumieniu tego słowa...) ma tak małe znaczenie, tak jest nieistotna, ułomna, ograniczona i nieważna - że aż można wątpić, czy w ogóle realnie istnieje..?

      Usuń
    7. Może ma małe znaczenie w społeczeństwie, ale dla siebie samej - największe.

      Chodziło mi o to, kiedy zaczęto uważać życie osobiste jednostki za normę. Wiem, że nieporadnie to ujmuję i przez to pewnie niezrozumiale. :/

      Usuń
    8. A to "życie osobiste jednostki" jest "normą"..? I co to właściwie jest ta "jednostka"..? Zawsze miałem problem ze zrozumieniem tego pojęcia. Bo "jednostka" to chyba taki ktoś, kto nie jest niczyim dzieckiem ani rodzicem, mężem ani żoną, pracownikiem ani szefem, sąsiadem, ktoś kogo nikt ani nie lubi, ani nie nienawidzi. Ktoś, kto nie jest ani pacjentem, ani lekarzem. Czyli - nikim. Nikt taki nie istnieje!

      Każdy normalny człowiek funkcjonuje tylko jako członek społeczeństwa, a inaczej - nie funkcjonuje. Każdy zaś, kto funkcjonuje jako członek społeczeństwa, jest przez to społeczeństwo definiowany, to ono wytwarza jego "ja" - i takie ma owo "ja" pragnienia, jakie w nim społeczeństwo zdołało wzbudzić. Innych nie da się nawet nazwać, bo niby jak? Język to zjawisko wyłącznie społeczne...

      Usuń
    9. Język - tak. Pragnienia - nie. Zdarzają się jednostki aspołeczne lub występujące przeciwko społeczeństwu.

      Czy społeczeństwo wytwarza samo z siebie kulturę, prawa, zwyczaje? Czy raczej je utrwala, po tym jak już jednostka coś wprowadzi? Skąd się biorą zmiany, jak nie z buntu jednostki przeciwko społeczeństwu?

      Usuń
    10. Kultura, prawo, zwyczaje, to są wszystko takie byty, które istnieją tak samo "pomiędzy ludźmi", jak "przed ludźmi" (bo nikt nigdy i nigdzie nie może twierdzić, że "wymyślił kulturę", albo "wymyślił obyczaj" - najpierw musiał się i jednego i drugiego długo uczyć...). Skąd się w nich biorą zmiany? Dlaczego jedne zmiany się utrwalają, a inne giną bez śladu? To bardzo skomplikowane i ja nie znam odpowiedzi na te pytania. Ale twierdzić, że ktoś "tak wymyślił" - i już..? To równie niedojrzałe jak dziecinne marzenie, żeby rączką dosięgnąć Księżyca... W ogóle, ta Twoja gloryfikacja buntu, to strasznie niedojrzała jest...

      Usuń
    11. Nie gloryfikuję, tak jak nie gloryfikuję uległości. Ja niczego nie proponuję ani społeczeństwu, ani jednostkom. :) Zauważam tylko, że np. kultura, mentalność, postrzeganie praw i obowiązków człowieka - zmieniają się. Ktoś te zmiany zapoczątkowuje.

      Usuń
    12. Bardzo trudno dociec, kto. To tak jak z memami na fejsie. Niby każdego ktoś kiedyś musiał zrobić. Ale wiesz kto? A już kompletnie nie sposób dociec, dlaczego jedne propozycje się przyjmują i funkcjonują - a inne nie.

      Usuń
    13. Nazwiska nie podam, ale wiem, że zrobiła to najpierw JEDNA osoba, potem dołączały inne. Tak się zapoczątkowuje zmiany.

      Usuń
    14. No ale co niby ma z tego wynikać? Nie wiemy kto. Robiąc samemu - nie mamy najmniejszego pojęcia, czy pomysł "chwyci", czy pies z kulawą nogą nie zwróci na niego uwagi. Poza tym, to tylko takie pierwsze przybliżenie. Mem to najczęściej zdjęcie i podpis. To się da zrobić na każdym komputerze. A nowa idea? Wiesz skąd Ci się biorą nowe pomysły w głowie? Ja nie wiem...

      Usuń
    15. @Kira
      Skąd się biorą te zmiany...Bo to się miesza. Człowiek w ogóle jest mieszaniną tego, co do niego z zewnątrz przyjdzie, nawet jego ciało jest tylko mieszaniną ciała ojca i matki. Więc nic "swojego" nie ma. Natomiast każdy człowiek jest inną, oryginalną mieszaniną, stąd ma czasem (a może nawet zawsze, tylko w drobnych sprawach albo się nie przebijają) jakieś nowe pomysły. Ale one nie mogą być "jego". Nikt sam siebie nie tworzy, to Zewnątrz nas tworzy.

      Zapraszam:
      http://milkblog.cba.pl

      Usuń
    16. @ MP

      Pewnie masz rację.

      Usuń