Blog główny

wtorek, 28 czerwca 2016

Zdrajca

Niniejszym, Drodzy Państwo, składam uroczyście doniesienie. Powinienem je właściwie wysłać do Prokuratury Wojskowej - ale, przyznaję: nie chce mi się. Pisać urzędowe pisemka? I tak nic z tego nie wyniknie. Ale każdy z Państwa może mnie przecież wyręczyć. Wypowiedź była publiczna. Oto ona:
Jedyny słuszny kierunek ( z perspektywy historycznej) to wiązanie się w ramach UE coraz bardziej i stworzenie państwa Europa bo samodzielnie żadne państwo europejskie nie ma kompletnie żadnego znaczenia w starciu z Rosją a co dopiero z USA czy Chinami tudzież za jakiś czas Indiami. Potencjał UE jako całości potrafi sporo wymusić ( np. zatrzymanie ofensywy na Tibilisi czy zamrożenie agresji na Ukrainę) jak będziemy działać wspólnie to właśnie bajzel organizacyjny wynikający z braku zaufania osadzonego na historyzmach nie pozwala na skuteczną obronę interesów państw członkowskich. Anarchizacja UE i pośrednie dążenie do powrotu do polityki państwowej będzie kolejną katastrofą w historii Europy ( coś na kształt upadku Imperium Romanum w V wieku n.e chociaż oczywiście jest to mało porównywalne porównanie) i zmarginalizuje nasz kontynent dokumentnie ( to właśnie takie myślenie jak prezentujesz pozwoliło na wybuch nacjonalizmów które zdemolowały kontynent dwukrotnie momentalnie przenosząc państwa europejskie z ligi światowej do podmiotowej, okres Zimnej Wojny to okres uprzedmiotowienia w zasadzie wszystkich państw europejskich wobec ZSRS i USA... dopiero powstanie UE i jej zacieśnianie wybija Nas z powrotem na podmiotową pozycję). Stoczymy z podmiotowości na jaką się wybiliśmy w XVI do XVIII wieku do bycia przedmiotem polityki globalnej. Przypomnę takie problemy jak napływ nielegalnych migrantów, kwestie ekologiczne, kwestie utrzymywania standardów w tym przestrzegania praw człowieka, eksploracja kosmosu czy bezpieczeństwo będą o wiele skuteczniej realizowane przez Państwo Europejskie niż jakiekolwiek kraj członkowski. Kwestia jest sensownego rozdzielenia kompetencji ale kierunek od tysiącleci jest jeden... ku zjednoczeniu.
Wypowiedź ta, oczywiście, opatrzona była nie imieniem i nazwiskiem (choć wielu jest takich, którzy by się imieniem i nazwiskiem pod podobnym tekstem podpisać przecież nie wstydzili...), tylko nickiem i awatarem: "Kamaz73". Posiadacz konta w swoim profilu umieścił adnotację o zawodzie. Adnotacja ta brzmi: "żołnierz zawodowy". Jeśli to prawda, to posiadacz konta składał w swoim czasie ślubowanie o treści:
Ja żołnierz Wojska Polskiego przysięgam
służyć wiernie Rzeczypospolitej Polskiej,
bronić jej niepodległości i granic.
Stać na straży Konstytucji,
strzec honoru żołnierza polskiego,
sztandaru wojskowego bronić.
Za sprawę mojej Ojczyzny,
w potrzebie krwi własnej ani życia nie szczędzić.
Tak mi dopomóż Bóg.
Jak się ma jedno do drugiego, to już każdy z Państwa sam może sobie ocenić. Nie zabraknie z pewnością sofistów broniących zdrajcy. Ale Pan Zagłoba wiedziałby swoje:


piątek, 10 czerwca 2016

Prawo a sumienie

Jak zauważył już Lao Zi, im więcej w państwie praw, tym więcej przestępców. Jakoś się utarło ten cytat rozumieć w takim sensie, że istnieje odwrotna zależność proporcjonalna pomiędzy "ilością praw", a "moralnością publiczną". 

Nie przesądzając, czy taka zależność istnieje, czy nie, mam wrażenie, że starożytnemu Chińczykowi chodziło jednak o rzecz daleko prostszą: im więcej czynów państwo uznaje za zakazane - tym więcej ludzi będzie czyny zakazane popełniać. Co chyba nie wymaga obszerniejszego tłumaczenia..?

Jadąc dziś do pracy rozmawialiśmy z Najlepszą z Żon o sensie i bezsensie regulacji prawnych. Na kanwie przygody Najlepszej z Żon, która dnia poprzedniego trafiła w Warce na koreczek drogowy spowodowany przez bardzo powolną i przesadnie ostrożną jazdę pewnego starszego kierowcy. Pytanie: czy aby zapobiec takim sytuacjom osoby starsze powinny być pozbawiane prawa kierowania pojazdami? Albo poddawane obowiązkowym, cyklicznym kontrolom (jak, zdaje się, jest już teraz)?

Odpowiedź: nie!

Każda regulacja będzie tu niesprawiedliwa. Każda granica wieku - arbitralna. Są żwawi i bardzo sprawni 80-latkowie, dla których ograniczenia tego rodzaju byłyby uciążliwymi szykanami - i są czterdziestolatkowie dostający zawałów za kierownicą, których żadne badania i tak nie wychwycą.

Można, oczywiście, iść w kierunku policjanta stojącego nieustannie nad każdym poddanym i pilnującego dzień i noc, by nie zrobił sobie lub komuś innemu krzywdy. Tylko co to da..? I jaki będzie koszt takiego "absolutnego bezpieczeństwa"..?

Prawo nie jest w stanie zastąpić sumienia. W tym konkretnym przypadku staruszek, jadąc sobie wolniuteńko przez Warkę, krzywdy nikomu nie robił. Na trasie szybkiego ruchu, albo na przelotowych ulicach Warszawy... różnie by to się mogło skończyć..!

Zasada ta jest szczególnie widoczna w trakcie sporu o aborcję. Obie strony, ale osobliwie - zwolennicy "liberalizacji" tego prawa, uwielbiają epatować skrajnymi, niezmiernie rzadko spotykanymi, drastycznymi przykładami. A to - wyrodnej matki peklującej swoje już narodzone dzieci w beczkach po kapuście (że niby, jak się będą niechciane dzieci rodzić, to WSZYSTKIE tak skończą...). A to - bardzo rzadko spotykanych chorób genetycznych (że niby, jak się na powszechne badania prenatalne i eugenikę nie pozwoli, to już zdrowych dzieci nie będzie, same tylko "potworki"...).

Jest to nie tylko podły chwyt erystyczny - ale jest to także zwykły, merytoryczny błąd. NIE DA SIĘ zmusić nikogo przepisem prawnym, by kochał dzieci. Ani, by tylko zdrowe dzieci płodził. Wyrodne matki były, są i będą - najzupełniej niezależnie od tego, jakie przepisy w sprawie aborcji obowiązują. Choroby genetyczne będą się trafiać (być może częściej obecnie i w przyszłości niż dawniej...) - a powszechność badań prenatalnych i eugeniki co najwyżej może ten fakt ukryć. Ale go nie zmieni.

Prawo i sumienie to dwie rzeczywistości równoległe i nie zawsze mogą, ani też nie zawsze powinny wzajem się ze sobą stykać. Dużo ciekawszy jest zresztą spór o to, w którym kierunku pójść - czy "redukowania liczby praw" tak, aby o jak największej liczbie możliwych czynów wątpliwych decydowało tylko sumienie. Czy raczej - "redukowania liczby wyjątków" tak, aby to sumienie sędziego decydowało o ewentualnym odstąpieniu od kary w takim lub innym przypadku.

Moim zdaniem sensowne jest połączenie obu tych zasad. To znaczy - jak najmniej praw. Ale też: jak najmniej wyjątków.

Jeśli wprowadzamy do kodeksu zakaz zabójstwa - to nie musimy już osobno opisywać "zabójstwa kobiety" i "zabójstwa mężczyzny", ani też - "zabójstwa człowieka nie narodzonego". Mamy jeden czyn, jedno prawo, jedną karę - i jeden, w gruncie rzeczy, dopuszczalny wyjątek: gdy do zabójstwa dochodzi w bezpośredniej obronie dobra prawem chronionego, któremu zabity zagrażał. W każdym pozostałym przypadku decydować powinien sędzia: czy karać - i jak karać, jeśli karać...

No cóż. Panu Bogu jakoś wystarczyło raptem Dziesięć Przykazań. Co by to było, gdyby zadanie ich ułożenia powierzyć... Komisji Europejskiej..???


czwartek, 9 czerwca 2016

Jeszcze jedna różnica...

Istnieje jeszcze jedna różnica między "normalnym", "tradycyjnym" postrzeganiem ludzkiego życia, etyki, samego człowieczeństwa - a jego postrzeganiem "współczesnym".

Dawniej zakładano, że człowiek ma pewne "naturalne", "przyrodzone" obowiązki ("obowiązki stanu" w nauczaniu Kościoła...). Takie jak np. spłodzenie i wychowanie dzieci, służbę Bogu, służbę państwu. Ma te obowiązki wypełniać, a co sobie przy tym myśli - to jest, poniekąd, jego sprawa. Owszem, kultura starała się pomóc jednostce w wypełnianiu tych obowiązków i pomóc jej CZUĆ SIĘ przy tej okazji - szczęśliwą i spełnioną. Ale jeśli ktoś konkretny szczęśliwy i spełniony się nie czuł, ale obowiązki wypełniał - mówi się trudno. Na siłę przecież uszczęśliwić się nikogo nie da...


Obecnie odwrócono ten "naturalny" porządek rzeczy. Jednostka ma przede wszystkim "poszukiwać szczęścia" (termin "szukanie szczęścia", nota bene, jeszcze za czasów mojego dzieciństwa był nacechowany co najmniej wątpliwościami... co do zdrowego rozsądku "szukającego"..! A pojęcie "małżeństwo z miłości" to pół wieku temu kojarzyło się wręcz z obyczajowym skandalem...). A jak to robi i czy przy okazji pożyteczną jest społeczeństwu - mniejsza o to. Byleby się nie wychylała i nie była nadmiernie szkodliwa...

Co się dziwić, że liczba dzieci spada..? Skoro ZAKŁADA SIĘ, że te dzieci mają być "dla rodziców", mają im "szczęście dawać"..?

Tyle, że problemem nie są takie a nie inne uciążliwości lub radości z posiadania dzieci. Problemem, a właściwie szaleństwem - jest samo to założenie...

wtorek, 7 czerwca 2016

Liga Żon a szklany sufit

Ważne egzaminy (takie jak np. egzamin maturalny...), jeśli mają w nich brać udział kobiety, powinny odbywać się w czterech terminach, w czterech KOLEJNYCH tygodniach. Inaczej średnio 1/4 zdających pań podchodzi do egzaminu w - delikatnie pisząc - nieoptymalnej formie. I pewnie często oblewa - całkowicie niezasłużenie!

Aż dziw, dlaczego feministki nigdy nie wysunęły tak oczywistego - i tak łatwego do realizacji - postulatu..?

Czyżby na to nie wpadły? Albo - koniecznie pragną udowodnić, że kobieta niczym, ale to niczym nie różni się od mężczyzny? W tym drugim przypadku - można je wręcz podziwiać za upór w negowaniu rzeczywistości...


No ale w takim razie nie ma się co dziwić rozpostartemu nad żeńską częścią naszej populacji "szklanemu sufitowi". Konkurencja na tak nierównych warunkach nie może być równa. Hmm... temat dla Ligi Żon..?

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Humanizm czyli śmiech na sali

Humanizm to taka postawa moralna, która w miejsce etyki podstawia estetykę (najchętniej w landrynkowo - jarmarcznej tonacji, z naciskiem na disco polo...) i omdlewającą czułostkowość. Wartością najwyższą jest dla "humanizmu" dobre samopoczucie, a najwyższą cnotą - delikatność.

Z punktu widzenia "humanizmu" jakakolwiek etyka poważna, tradycyjna, czy będzie to praktycznie dowolna etyka filozoficzna, etyka katolicka, czy etyka muzułmańska (jest taka, a i owszem...) to skandal i zgorszenie. Choćby dlatego, że dbałość o dobre samopoczucie (bliźnich i własne) jako żywo - NIGDY nie była przedmiotem zainteresowania jakiejkolwiek etyki poważnej. W przeciwieństwie do "dobra", którego z "dobrym samopoczuciem" żadną miarą utożsamiać nie sposób. Pisał o tym już Platon, porównując kucharza i lekarza. Gdyby dzieci miały wybierać, pewnie, że kucharz byłby ich faworytem, bo rozdaje słodkie ciasteczka - a nie lekarz, który serwuje gorzkie lekarstwa!

"Humanizm" nie trzyma się kupy nawet w czysto ludzkich i czysto logicznych kategoriach. Jaka niby powinna być "humanistyczna" rada dla alkoholika czy innego nałogowca..? Przecież zabierając mu jego używkę - pogarsza się gwałtownie samopoczucie biedaka...


Doskonale się też wpisuje "humanizm" w charakterystyczne dla naszych czasów rządy silniejszego. Zranione uczucia matki widać - nie narodzonego dziecka nie. Zatem, w imię "dobrego samopoczucia" - cóż za problem, zabić to dziecko..? A zabić staruszka..? Jeśli nie ma już szans na "dobre samopoczucie"..? Grunt, żeby to estetycznie (landrynkowo) wyglądało..!

Cały tedy "humanizm" to śmiech na sali. Postawa nie warta trudu obszerniejszej krytyki. Nie pisałbym też o niej wcale gdyby nie to, że tak jest bezczelna i ekspansywna: słowa się nie da napisać na blogu, na forum internetowym (nawet końskim...),  żeby się zaraz stado "humanistów" nie zleciało i krakać nie zaczęło. Powiadam wam tedy, "humaniści": a sio..! Więcej nie jesteście warci...