Blog główny

piątek, 15 kwietnia 2016

Prawo silniejszego

Niejeden już raz zwracałem Państwu uwagę, że różne mniej lub bardziej utopijne projekty "postępowej" poprawy ludzkiego bytu kończą się panowaniem nagiej przemocy - "prawem silniejszego". Im bardziej utopijne, tym tej przemocy więcej, ale i w tych wcale niemal nieutopijnych (w sensie - możliwych do praktycznego wdrożenia - lubo ze skutkami z reguły odwrotnymi do wzniosłych zamierzeń...) "prawo silniejszego" ujawnia się w całej okazałości.

W szczególności rozliczne działania awangardy jewropiejskiego progressa, których wspólnymi mianownikiem jest hasło "róbta co chcta" kończą się tym właśnie: że "robi co chce" ten, kto akurat może, bo ma na to dość "woli mocy". I tylko od jego dobrej woli zależy, czy weźmie pod uwagę interes jeszcze kogoś innego, czy nie?

Za dużo wiem, żebym uwierzył w popularny wśród innych katotalibów mit o tym, jak to "zawdy kawalerowie i panienki cnotliwi byli, przed ślubem ócz na się podnieść nie śmieli, rodziców we wszystkim słuchali, a już płodów to nigdy, przenigdy nie spędzali..!". Boy pisząc swoje "Piekło kobiet" faktów nie zmyślał. Mylił się tylko - jak wielu przed nim i po nim - co do recepty.

Owszem - kobiety zawsze w praktyce miały ostatnie słowo co do tego, czy chcą urodzić dziecko, czy też jednak je zepsują (jak zauważa nawet pani profesor Wanda Półtawska, której chyba nikt o nieprawowierność nie podejrzewa..?). To, że w pierwszej połowie XX wieku nagle zrobił się z tego wielki "problem społeczny", to poniekąd skutek gwałtownej urbanizacji: o ile dawniej w każdej wsi znalazła się baba, która wiedziała jakie ziółka, w jakich proporcjach i w jaki sposób podać, żeby się pozbyć kłopotu to, gdy młodzi hurmem ruszyli do miast, owe babki w większości zostały na wsiach i pomarły, swojej wstydliwej i tajnej wiedzy nikomu już nie przekazując - i stąd skakanie z szafy na łóżko, wtykanie drucianego wieszaka albo i wstrzykiwanie żrących płynów do mycia, czy tym podobne horrenda, które z taką lubością Boy opisuje.

Aż trudno uwierzyć, że komukolwiek mogło w tej sytuacji przyjść do głowy, że jak się pozwoli kobietom robić to samo, co zawdy w ukryciu i wstydzie robiły, tylko w majestacie prawa, to one się od tego zrobią zarazem i zdrowsze i "moralnie lepsze". Przecież to oczywista sprzeczność!

Minęło ponad pół wieku odkąd w większości rozwiniętych krajów jest i dowolność aborcji i powszechna edukacja seksualna (obecnie już od przedszkola - tu i ówdzie...) i najrozmaitsza antykoncepcja - i co? Coś się w związku z tym poprawiło? 

Mniej kobiet pewnie umiera z powodu powikłań - ale o ile więcej jest teraz bezpłodnych..?

Sama liczba aborcji bynajmniej nie maleje, a w krajach przodujących w edukacji seksualnej, jak Wielka Brytania, zdaje się nieustannie rosnąć (nie chciało mi się sprawdzać statystyk specjalnie na potrzeby tego krótkiego wpisu, jak mnie ktoś poprawi, obrażał się nie będę). A i niemowlęta na śmietnikach czy zgoła w beczkach na kapustę znajduje się wciąż tak samo, jak dawniej się znajdowało.

Ogólnie rzecz biorąc, cały ten progress po prostu nie działa. Miejsce moralności wprawdzie wysoce niedoskonałej, bo kolektywnej, opartej na wstydzie (co ludzie powiedzą...), ale jednak jakoś tam samowolę jednych i krzywdę drugich ograniczającej, zajęło nagie "prawo silniejszego". Ja już żyję, ja chcę żyć miło i wygodnie - więc ja będę zabijała, jeśli tak mi będzie wygodniej!

Cały ten progress działać nie może - bo oparty jest na fałszywej antropologii. Człowiek to w praktyce zwierzę leniwe, pożądliwe i nieskłonne do bohaterstwa. Żeby obudzić w nim wyższego rzędu moralność, nie na wstydzie, tylko na sumieniu opartą, Kościołowi i dwóch tysięcy lat okazało się - na skalę masową - wciąż za mało. Że jest to w ogóle możliwe, dowodzi przykład nielicznych. Tłumy niewiele wciąż się różnią od małpoludów w t-shirty i dżinsy odzianych i z końputerami biegających.

Nie jest wcale ów zatrważający stan "moralności publicznej" (jak to dawniej nazywano...) rzeczą prywatną. "Prawo silniejszego" raz przyjęte za zasadę naczelną, nie jedną tylko sferą ludzkiej działalności rządzi, tylko wszystkimi - i mamy w efekcie lekarzy, traktujących ludzi jak połcie mięsa (albo i gorzej...), nauczycieli którzy en mass zlewają totalnie cały ten biznes i walczą tylko o własne przywileje, urzędników z czystej złośliwości szkodzących bliźnim swoim i polityków, dla których jedyną wartością jest interes własnego klanu. 

Skąd niby mielibyśmy mieć innych..? "Prawo silniejszego" rządzi!

W gruncie rzeczy właśnie panowanie "prawa silniejszego" w całym naszym życiu społecznym jest powodem, dla którego wybieram emigrację wewnętrzną, a też i ucieczkę na wieś. 

Skądinąd, nie jestem od tego, żeby słusznych pomysłów na poprawę sytuacji nie popierać. I tak, uważam, że byłoby rzeczą istotnie nader pożyteczną, gdyby przy okazji nowelizacji ustawy z 7 stycznia 1993 roku o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego, itd. - zrealizować pomysł blogerki Kiry i wprowadzić surową karę dla ojca dziecka, które zostało zabite.

Kastracji nasz kodeks karny nie przewiduje - ale bezwzględna odsiadka w wymiarze nie krótszym niż dwa - trzy lata?


Już nie wnikajmy w to, czy zmusił matkę, czy nie zmusił do tego, co zrobiła. Ale skoro dopuścił do takiej sytuacji - a to przecież jego i głównie jego obowiązkiem było zapewnić jej komfort niezbędny w ciąży!* - odsiadka się należy.

Owszem, jest ryzyko, że raz na wiele tysięcy przypadków kobieta specjalnie zabije dziecko - i da się złapać - żeby tylko zaszkodzić chłopu, którego z takich czy innych powodów nienawidzi. Ale to marginalne ryzyko, nie ma się czym przejmować. O wiele rzędów wielkości mniejsze, niż w przypadku oskarżeń o gwałt czy molestowanie! Przy tym technika współczesna ryzyko pomyłki praktycznie wyklucza - skoro ojcostwo daje się obecnie ustalić z niemal 100% pewnością?**

A skutek masowy wydaje się dobroczynny i wychowawczy. Bardziej niż edukacja seksualna która, jak wiemy - nie działa. Od dawna tak dobrego pomysłu nie widziałem... Zobaczycie, że jeśli by coś takiego zrobić, to za 2 - 3 dziesięciolecia i lekarzy będziemy mieli lepszych i nauczycieli i nawet polityków..!
------------------------------------------------------------------------------------------
*I umówmy się: nie ma żadnego znaczenia, czy jest gówniarzem, czy podtatusiałym biznesmenem przeżywającym "drugą młodość". Od braku seksu jeszcze nikt nigdy i nigdzie nie umarł - jak nie jesteś pewien, że dasz radę przynajmniej przekonać kobiety, by urodziła twoje dziecko - trzymaj swojego przyjaciela w spodniach...
**Największą bodaj zaletą tego pomysłu jest prostota postępowania dowodowego - wystarczą jakiekolwiek próbki tkanek... Dlatego też drugiej części pomysłu blogerki Kiry (tej o rodzicach namawiających na aborcję) nie komentuję - tutaj o żadnej prostocie mowy już być nie może...

10 komentarzy:

  1. Co za bzdury. Mężczyzna ma być karany, bo WBREW jego woli kobieta usunęła ciążę??? Oj, źle z Tobą, Jacku Kobusie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ to bardzo logiczne! W ten sposób to mężczyźni będą się bali zadawać z niewłaściwymi kobietami. A o to przecież chodzi, co nie..?

      A tego, czy kobieta zabiła dziecko wbrew woli mężczyzny, czy przeciwnie - na skutek jego presji - prawie nie sposób udowodnić. O ile rzecz działa się między nimi i nie ma jednoznacznych dowodów, najlepiej na piśmie. Materiał na długi i męczący proces.

      Tymczasem przy automatyzmie, który proponuję, wystarczy jeden test...

      Usuń
    2. Bezsens totalny. Nie ma "właściwych" i "niewłaściwych" kobiet, tak jak nie ma samych świętych i kurew.

      Usuń
    3. Zauważ, że to wcale nie jest precedens w naszym i europejskim prawie! Już w przypadku oskarżenia o gwałt lub molestowanie nie obowiązuje np. domniemanie niewinności - i to oskarżony musi, w praktyce, udowodnić, że nie zrobił tego, co mu kobieta zarzuca. Jest to niesprawiedliwe, bo mówić można wiele rzeczy.

      To, co proponuję, w porównaniu z paragrafami o gwałcie, jest rewolucją znacznie mniejszą. Dowód jednoznaczny - ojcem jest, dziecko nie żyje. Jeśli potrafi udowodnić, że rękami i nogami bronił a ta @#%&$%$ i tak zrobiła swoje - jego wygrana... Ale trudno mi to sobie wyobrazić!

      Usuń
    4. Ależ są! W tym sensie "niewłaściwą" będzie każda kobieta, zbliżenie z którą zwiększa ryzyko nieprzyjemnej odsiadki. Proste.

      Usuń
    5. Nie, nie ma. To, czy kobieta chciałaby usunąć dziecko czy nie, nie zależy tylko od tego, jaka jest, ale także od jej nastroju, od czynników zewnętrznych jak sytuacja, etc.

      Karanie jednego człowieka za to, co zrobił drugi to największy idiotyzm, jaki zdołałeś popełnić, Jacku Kobusie. Mężczyzna nie może odpowiadać za postępki kobiety, chyba, że ją do nich przymusił. Daruję sobie dalsze wywody, bo nie ma sensu dyskutować o takiej bzdurze.

      Usuń
    6. Po pierwsze - moja propozycja nie jest ani trochę rewolucyjna. Istniejące prawodawstwo jak najbardziej umożliwia karanie niewinnych w przypadku oskarżeń o gwałt lub molestowanie (bo to oskarżony musi udowodnić swoją niewinność, a nie oskarżenie winę).

      Po drugie - nie ma niewinnych mężczyzn. Nie słyszałem o wiatropylnych kobietach. Skoro mógł zapłodnić - ma obowiązek wziąć odpowiedzialność za dziecko. Jeśli dziecko zostaje zabite przed urodzeniem, znaczy się - nie podołał. Karać kobiety oczywiście że nie można (choćby dlatego, że MOŻE się zdarzyć, że nie wiedziała co robi i MOŻE się zdarzyć, że uległa naciskom - ani jednego, ani drugiego post factum udowodnić niemal nie sposób...). Ale kogoś przecież ukarać należy! Lekarza - to jasne. Ale to za mało.

      Ergo - jak najbardziej poważnie, na serio i bez żadnych prowokacyjnych zamiarów uważam, że w takich sytuacjach ZAWSZE należy karać ojca.

      Byłby to tylko pierwszy, drobny kroczek na drodze powrotu do "prawa naturalnego" przedchrześcijańskiej jeszcze Europy (w którym, zasadniczo, kobieta żadnej podmiotowości prawnej nie posiadała, więc i odpowiedzialności ponosić, siłą rzeczy, nie mogła...) - ale nawet najdłuższa droga zaczyna się od pierwszego kroku.

      Dobroczynne skutki dla "moralności publicznej" są oczywiste. A to, że w jednym przypadku na tysiąc ucierpi niewinny..? Nic mnie to nie obchodzi...

      Usuń
  2. Mój małż zawsze rzucał prowokacyjne testy. W celu jednem. ( było to w dobie bez komputrów i netu). Aby podtrzymać konwersację, podgrzać atmosferę. Szan pan dla onego zaczyna pleść kocopoły. Średnio jest co czytać. A może to ma drugie dno? Zniechęcić do pisu, kleru? Licho wi!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to jest obowiązek czytać..? Nie wiedziałem! Muszę podnieść stawki za reklamę w takim razie...

      Usuń
  3. A może pozwolenie na broń i 24godzinna vendetta. Skoro kobieta może zabić dziecko...

    OdpowiedzUsuń