Blog główny

niedziela, 24 kwietnia 2016

Islamizacja?

W miniony piątek odbyliśmy z Marią Magdaleną marszobieg po butikach. W poszukiwaniu m.in. sukienki na poprawiny. Zgodnie uważaliśmy, że taka sukienka powinna być choć odrobinę... niegrzeczna..?

No i co?

Że na Marywilskiej (to takie "chińskie centrum" - a właściwie wietnamskie bardziej...) były same worki byle jak pozszywane z materiałów odpadowych - to w sumie nic dziwnego.

Ale w "normalnym" centrum handlowym, poza tym, że jakość materiału i wykonania lepsza (no i ceny też, rzecz jasna...) - prawie wszystko co wisi na wieszakach wygląda jak wyjęte z szafy prababki. Bardzo konserwatywnej i wycofanej prababki. Najprawdopodobniej tercjarki bezhabitowego zakonu (były wtedy takie - istniejące w konspiracji, bo rząd carski zarejestrować ich nie dozwalał...).

Podobno moda lubi wracać do rzeczy "vintage", ale na Boga! Już nasze prababki nie wstydziły się pokazać a to nóżki, a to dekoltu. Generalnie nie jesteśmy młodą, niedojrzałą cywilizacją, w której buzują hormony, a poczucie własnej wartości jest tak niskie, że byle spojrzenie kogoś obcego na żonę może zruinować dobre samopoczucie jej męża na zawsze...

Że moda idzie do nas z Zachodu, nasuwa się jeden wniosek...


Ale to dowodzi u paryskich kreatorów nader nikłej zdolności obserwacji. Jak pamiętam bazar w Damaszku (fakt, że to było 15 lat temu - wtedy nikt jeszcze nie kwestionował "reżimu Assada", a przeżywalność wahabickich kaznodziejów w Syrii oscylowała wokół jednego tygodnia, przez co wędrowali tam tylko ci najbardziej spragnieni męczeństwa...), to owszem, była jedna alejka z burkami. Ale poza tym, to sprzedawano głównie takie rzeczy, w których dobra muzułmańska żona pokazuje się w domu swojemu mężowi. Jawnie sprzedawano. Nie to że w jakiejś szopie. Bez haseł tylko dla wtajemniczonych...

piątek, 22 kwietnia 2016

Co ludzie powiedzą?

Nie pamiętam już kiedy i w jakich okolicznościach - i czy opowiadała mi o tym Maria Magdalena, czy może przypadkiem nasz przyjaciel, Darek - ale szło to jakoś tak. Jeden ksiądz do drugiego: wiesz, promujemy odpowiedzialność, życie rodzinne, dbałość o dzieci - a tu Jezus: bez stałej pracy, bez żony i dzieci, włóczył się gdzieś w gromadzie podobnych obdartusów - no jaki to jest wzór..?

W rzeczy samej, próbując podsumować rozwlekłą i pełną emocji dyskusję na forum Re-Volta doszedłem do wniosku (nie po raz pierwszy zresztą...), że na czym jak na czym, ale na ludzkiej opinii i ludzkich konwencjach - to Panu Bogu kompletnie nie zależy.

No bo sami powiedzcie, jak to brzmi..? Panna pocznie i porodzi syna. Rany Boskie! Wszystkie panie Dulskie chwytają swoje córki za ręce i wloką do abortera..! A jak panie Dulskie są postępowe (takich ostatnio najwięcej...), to fundują dorastającym córeczkom różne tam wkładki domaciczne, czy choćby kuracje hormonalne. Żeby tylko brzucha nie było. Już wszystko jedno, czy dlatego, że - co ludzie powiedzą! Czy też dlatego, że - życie sobie dziecko zniszczysz, kariery nie zrobisz!


Oczywiście, że Pan Bóg to wiedział z góry. W końcu jest wszechwiedzący. I właśnie dlatego, że z góry to wiedział potrzebna była ciężarna Panna - a i włóczenie się w gromadzie obdartusów, bez zawracania sobie głowy, co też ludzie powiedzą

Skleroza to straszna rzecz! A wujek Google nie pomaga - tak już jest zaśmiecony, że zapytany, zwraca tylko sto tysięcy newsów o jakichś "skandalach w Kościele". Kto powiedział, że chrześcijaństwo samo w sobie jest skandalem..? Kierkegaard..?

środa, 20 kwietnia 2016

Ustawodawca jest idiotą

Czytam sobie właśnie w pociągach Kolei Mazowieckich (za te same pieniądze - wozimy was dłużej!) Ziemkiewicza. W zasadzie, można powiedzieć, że wychowałem się na Ziemkiewiczu - więc trudno mi się w czymkolwiek z nim nie zgadzać. Ale jednak jeden taki punkt znalazłem: Ziemkiewicz zdaje się odróżniać "wykształciuchów" od "starej inteligencji". Tych pierwszych (co jest oczywistą oczywistością) uznając słusznie za bezmyślnych półmózgów - ale do "starej inteligencji" ma stosunek wręcz czołobitny.

Może to cecha czysto biograficzna. Jestem od Ziemkiewicza dziesięć lat młodszy - i nie urodziłem się pod Warszawą, ani w Warszawie - i nigdy żadnego żywego przedstawiciela "starej inteligencji" nie poznałem.

Skądinąd tenże sam Ziemkiewicz przyznaje przecież, że inteligencja - warstwa społeczna spotykana WYŁĄCZNIE w krajach postkolonialnych (na pewno jest coś takiego jak "inteligencja indyjska" na ten przykład - ale nikt nigdzie nie używa zbitki frazeologicznej "inteligencja brytyjska"; we Francji, owszem, występują wcale obficie "intelektualiści", ale o "inteligencji francuskiej" nikt nigdy nie słyszał - choć "inteligencja wietnamska" nie wydaje się nam językowym dziwolągiem..) ZAWSZE miała charakter "kompradorski".

Inteligencja to po prostu "ludzie pomiędzy" - "ludzie zawieszeni między kulturą rodzimą a importowaną z Zachodu nowoczesnością". Pojawiają się wtedy, gdy kraj dokonuje modernizacji poprzez import wzorców wypracowanych gdzie indziej - no i potrzebni są specjaliści, którzy owe wzorce opanują i wdrożą. Oczywiście chodzi głównie o wzorce, by tak rzec, społeczne - nie tyle więc o drogi, mosty, koleje, fabryki, szkoły i szpitale, co o organizację i sposób życia.

Współcześnie w Polsce "inteligencja" zanika. Trzeba się z tego cieszyć! Znaczy się - dogoniliśmy nareszcie ów wymarzony Zachód i dalej już modernizować się nie ma po co.


Niestety, ów zanik "inteligencji" wiąże się też z kompletnym już zdziczeniem. Najlepiej widać to po zachowaniu tzw. "celebrytów" - zarówno język, którym się posługują, jak i sposób bycia, typowy jest dla półświatka, dla marginesu społecznego. Skąd zresztą bardzo wielu spośród tych indywiduów po prostu się wywodzi.

Etos marginesu społecznego dotyka nas na każdym kroku. Także w sprawach pozornie drobnych, a przecież tak naprawdę - podstawowych!

Wypełnialiśmy właśnie wspólnie z Marią Magdaleną rubryczki w urzędzie. No i, rzecz jasna, pani wpisała "Maria" jako pierwsze imię, a "Magdalena" jako drugie. Co jest oczywistą bzdurą! Podobnie jak bzdurą byłoby rozbijanie Paskowego "Jana Chryzostoma" na "Jana" i "Chryzostoma", czy Rokitowego "Jana Marię" na "Jana" i "Marię".

Przyznaję, że się uniosłem. Im jestem starszy, tym mniej mam cierpliwości dla idiotów. Co i Państwo cierpicie, bo zwykle nie mam też cierpliwości i z Wami się spierać. Po co miałbym to robić? Przecież ja po prostu mam rację! To irytujące, gdy ktoś nie przyjmuje tego oczywistego faktu do wiadomości...

W tym przypadku idiotą jest ustawodawca - o ile to on tak sobie zażyczył - a najpewniej jakiś informatyk, który urzędom stosowny program pisał i o istnieniu imion, które są pojedyncze mimo, że składają się z więcej niż jednego wyrazu, nigdy nie słyszał. Podejrzewam, że nie słyszała o tym zapewne także i większość świeżych absolwentów, pożal się Panie Boże, polonistyki (kolejny dowód na zbędność, a nawet szkodliwość wyższego wykształcenia...) - a z całą pewnością nie słyszała o tym pani urzędniczka, bo próbowała się kłócić. Ze mną..!

Sumarycznie, najbardziej winny jest ustawodawca. Jako ten "na samej górze". Który ustawę o języku polskim uchwalać potrafi - a dopilnować, żeby durne tabelki w urzędowych formularzach po polsku były napisane - to już nie raczy.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Państwo wyznaniowe - czyli jakie..?

Nie, nie - ABSOLUTNIE nie chodzi mi tym razem o ochronę nienarodzonych dzieci (i przykładne karanie ich nieudacznych ojców: jeśli nie za co innego, to przynajmniej za nieudacznictwo właśnie...). W ogóle nie obchodzi mnie w tym wpisie aktualna polityka.

Prawa konwergencji kulturowej są nieubłagane. Europa "ubogacona kulturowo" nie ostanie się jako "projekt laicki". To niemożliwe. Jak słusznie zauważył jakiś czas temu ksiądz proboszcz z Warki, cały ten "projekt laicki" jest po prostu śmieszny. Nie ma z czym dyskutować. Kto będzie umierał - i zabijał - w imię "tolerancji i praw człowieka"..? Sprzeczność sama w sobie..!

Europa przyszłości - i to przyszłości nieodległej - z całą pewnością będzie domeną państw wyznaniowych. Powstaje tylko pytanie - jakich? O ile dość dobrze wiemy jak wygląda państwo wyznaniowe muzułmańskie, a także państwo marksistowskie (to też jest przecież forma religii - a że się tak sama nie nazywa, a nawet głośno proklamuje swój "ateizm"..? Wieloryba nikt nie pytał, czy jest ssakiem, czy rybą, gdy mu nadawano nazwę...), czy państwo wojującego nacjonalizmu (religia jak mo..dę strzelił! Tyle że pogańska...) - o tyle nikt z żyjących nie pamięta już "państwa katolickiego".

Tak samo też nikt z żyjących nie pamięta "tradycyjnej monarchii".  Obawiam się zaś, że ani w jednym, ani w drugim przypadku, odgórnie zadekretować "religijno - tradycyjnej legitymizacji władzy" nie sposób. To tak nie działa. Najpierw dostatecznie dużo ludzi (przynajmniej - aktywna i dobrze zorganizowana mniejszość...) musi uwierzyć, że taka legitymizacja ma sens. 

A to jest bardzo trudne w przypadku rzeczonej właśnie "tradycyjnej monarchii" o tyle, że "prawdziwie tradycyjna monarchia", w jaskrawym kontraście do "państwa marksistowskiego", czy też "państwa tolerancji i praw człowieka" - nie daje się zredukować do kilku prostych sloganów, w rodzaju cztery nogi dobrze - dwie nogi źle, tak ukochanych przez naszą, pożal się Panie Boże, "klasę polityczną" (złożoną na ogół z patentowanych półgłówków - do polityki, wojska i biurokracji od dziesięcioleci mamy przecież "selekcję negatywną", idą tam tacy, co już do niczego innego się nie nadają...).

Co ja zresztą będę tłumaczył..? Bareja już to w końcówce "Misia" doskonale zrobił...


piątek, 15 kwietnia 2016

Prawo silniejszego

Niejeden już raz zwracałem Państwu uwagę, że różne mniej lub bardziej utopijne projekty "postępowej" poprawy ludzkiego bytu kończą się panowaniem nagiej przemocy - "prawem silniejszego". Im bardziej utopijne, tym tej przemocy więcej, ale i w tych wcale niemal nieutopijnych (w sensie - możliwych do praktycznego wdrożenia - lubo ze skutkami z reguły odwrotnymi do wzniosłych zamierzeń...) "prawo silniejszego" ujawnia się w całej okazałości.

W szczególności rozliczne działania awangardy jewropiejskiego progressa, których wspólnymi mianownikiem jest hasło "róbta co chcta" kończą się tym właśnie: że "robi co chce" ten, kto akurat może, bo ma na to dość "woli mocy". I tylko od jego dobrej woli zależy, czy weźmie pod uwagę interes jeszcze kogoś innego, czy nie?

Za dużo wiem, żebym uwierzył w popularny wśród innych katotalibów mit o tym, jak to "zawdy kawalerowie i panienki cnotliwi byli, przed ślubem ócz na się podnieść nie śmieli, rodziców we wszystkim słuchali, a już płodów to nigdy, przenigdy nie spędzali..!". Boy pisząc swoje "Piekło kobiet" faktów nie zmyślał. Mylił się tylko - jak wielu przed nim i po nim - co do recepty.

Owszem - kobiety zawsze w praktyce miały ostatnie słowo co do tego, czy chcą urodzić dziecko, czy też jednak je zepsują (jak zauważa nawet pani profesor Wanda Półtawska, której chyba nikt o nieprawowierność nie podejrzewa..?). To, że w pierwszej połowie XX wieku nagle zrobił się z tego wielki "problem społeczny", to poniekąd skutek gwałtownej urbanizacji: o ile dawniej w każdej wsi znalazła się baba, która wiedziała jakie ziółka, w jakich proporcjach i w jaki sposób podać, żeby się pozbyć kłopotu to, gdy młodzi hurmem ruszyli do miast, owe babki w większości zostały na wsiach i pomarły, swojej wstydliwej i tajnej wiedzy nikomu już nie przekazując - i stąd skakanie z szafy na łóżko, wtykanie drucianego wieszaka albo i wstrzykiwanie żrących płynów do mycia, czy tym podobne horrenda, które z taką lubością Boy opisuje.

Aż trudno uwierzyć, że komukolwiek mogło w tej sytuacji przyjść do głowy, że jak się pozwoli kobietom robić to samo, co zawdy w ukryciu i wstydzie robiły, tylko w majestacie prawa, to one się od tego zrobią zarazem i zdrowsze i "moralnie lepsze". Przecież to oczywista sprzeczność!

Minęło ponad pół wieku odkąd w większości rozwiniętych krajów jest i dowolność aborcji i powszechna edukacja seksualna (obecnie już od przedszkola - tu i ówdzie...) i najrozmaitsza antykoncepcja - i co? Coś się w związku z tym poprawiło? 

Mniej kobiet pewnie umiera z powodu powikłań - ale o ile więcej jest teraz bezpłodnych..?

Sama liczba aborcji bynajmniej nie maleje, a w krajach przodujących w edukacji seksualnej, jak Wielka Brytania, zdaje się nieustannie rosnąć (nie chciało mi się sprawdzać statystyk specjalnie na potrzeby tego krótkiego wpisu, jak mnie ktoś poprawi, obrażał się nie będę). A i niemowlęta na śmietnikach czy zgoła w beczkach na kapustę znajduje się wciąż tak samo, jak dawniej się znajdowało.

Ogólnie rzecz biorąc, cały ten progress po prostu nie działa. Miejsce moralności wprawdzie wysoce niedoskonałej, bo kolektywnej, opartej na wstydzie (co ludzie powiedzą...), ale jednak jakoś tam samowolę jednych i krzywdę drugich ograniczającej, zajęło nagie "prawo silniejszego". Ja już żyję, ja chcę żyć miło i wygodnie - więc ja będę zabijała, jeśli tak mi będzie wygodniej!

Cały ten progress działać nie może - bo oparty jest na fałszywej antropologii. Człowiek to w praktyce zwierzę leniwe, pożądliwe i nieskłonne do bohaterstwa. Żeby obudzić w nim wyższego rzędu moralność, nie na wstydzie, tylko na sumieniu opartą, Kościołowi i dwóch tysięcy lat okazało się - na skalę masową - wciąż za mało. Że jest to w ogóle możliwe, dowodzi przykład nielicznych. Tłumy niewiele wciąż się różnią od małpoludów w t-shirty i dżinsy odzianych i z końputerami biegających.

Nie jest wcale ów zatrważający stan "moralności publicznej" (jak to dawniej nazywano...) rzeczą prywatną. "Prawo silniejszego" raz przyjęte za zasadę naczelną, nie jedną tylko sferą ludzkiej działalności rządzi, tylko wszystkimi - i mamy w efekcie lekarzy, traktujących ludzi jak połcie mięsa (albo i gorzej...), nauczycieli którzy en mass zlewają totalnie cały ten biznes i walczą tylko o własne przywileje, urzędników z czystej złośliwości szkodzących bliźnim swoim i polityków, dla których jedyną wartością jest interes własnego klanu. 

Skąd niby mielibyśmy mieć innych..? "Prawo silniejszego" rządzi!

W gruncie rzeczy właśnie panowanie "prawa silniejszego" w całym naszym życiu społecznym jest powodem, dla którego wybieram emigrację wewnętrzną, a też i ucieczkę na wieś. 

Skądinąd, nie jestem od tego, żeby słusznych pomysłów na poprawę sytuacji nie popierać. I tak, uważam, że byłoby rzeczą istotnie nader pożyteczną, gdyby przy okazji nowelizacji ustawy z 7 stycznia 1993 roku o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego, itd. - zrealizować pomysł blogerki Kiry i wprowadzić surową karę dla ojca dziecka, które zostało zabite.

Kastracji nasz kodeks karny nie przewiduje - ale bezwzględna odsiadka w wymiarze nie krótszym niż dwa - trzy lata?


Już nie wnikajmy w to, czy zmusił matkę, czy nie zmusił do tego, co zrobiła. Ale skoro dopuścił do takiej sytuacji - a to przecież jego i głównie jego obowiązkiem było zapewnić jej komfort niezbędny w ciąży!* - odsiadka się należy.

Owszem, jest ryzyko, że raz na wiele tysięcy przypadków kobieta specjalnie zabije dziecko - i da się złapać - żeby tylko zaszkodzić chłopu, którego z takich czy innych powodów nienawidzi. Ale to marginalne ryzyko, nie ma się czym przejmować. O wiele rzędów wielkości mniejsze, niż w przypadku oskarżeń o gwałt czy molestowanie! Przy tym technika współczesna ryzyko pomyłki praktycznie wyklucza - skoro ojcostwo daje się obecnie ustalić z niemal 100% pewnością?**

A skutek masowy wydaje się dobroczynny i wychowawczy. Bardziej niż edukacja seksualna która, jak wiemy - nie działa. Od dawna tak dobrego pomysłu nie widziałem... Zobaczycie, że jeśli by coś takiego zrobić, to za 2 - 3 dziesięciolecia i lekarzy będziemy mieli lepszych i nauczycieli i nawet polityków..!
------------------------------------------------------------------------------------------
*I umówmy się: nie ma żadnego znaczenia, czy jest gówniarzem, czy podtatusiałym biznesmenem przeżywającym "drugą młodość". Od braku seksu jeszcze nikt nigdy i nigdzie nie umarł - jak nie jesteś pewien, że dasz radę przynajmniej przekonać kobiety, by urodziła twoje dziecko - trzymaj swojego przyjaciela w spodniach...
**Największą bodaj zaletą tego pomysłu jest prostota postępowania dowodowego - wystarczą jakiekolwiek próbki tkanek... Dlatego też drugiej części pomysłu blogerki Kiry (tej o rodzicach namawiających na aborcję) nie komentuję - tutaj o żadnej prostocie mowy już być nie może...

piątek, 8 kwietnia 2016

Kobiece i męskie 2

Jeszcze niespełna 200 lat temu służba osobista była głównie męska. Kto nie wierzy, niech poczyta chociażby "Pamiątki Soplicy" Wacława Rzewuskiego. Są tam "pokojowcy" - nie ma żadnych, ale to żadnych "pokojówek". Są "rękodajni", a żadnych "garderobianych". Są "sekretarze" wreszcie - nie ma "sekretarek".

I zajęcia te cieszą się prestiżem! "Pokojowcami", "rękodajnymi" Karola "Panie Kochanku" ks. Radziwiłła są synowie najlepszych szlacheckich rodzin z Litwy - i bardzo sobie ten zaszczyt cenią. Bycie "sekretarzem" takiej persony to już gotowa przepustka do majątku i kariery.

O bycie "pokojówką" już w drugiej połowie XIX wieku, raptem kilka dziesięcioleci po tym, jak Rzewuski swój zbiór opowieści napisał, to się mogła ubiegać co najwyżej uboga panna ze wsi pochodzenia włościańskiego - dla szlachcianki, choćby najbiedniejszej, byłby to straszny dyshonor.


Pokazuje to względność i zmienność "tego co męskie" i "tego co kobiece". Przemiana ta jest także koronnym dowodem na względność i zmienność prestiżu, jakim ludzie zwykli obdarzać poszczególne zawody i pozycje społeczne (ten prestiż zawsze jest czysto konwencjonalny - bo niby gdzie jest napisane, że bycie pokojówką to coś gorszego od bycia na ten przykład - nauczycielką..?).

Co charakterystyczne - wartościowane dodatnio zwykle były w historii zajęcia męskie. Wydaje się to o tyle naturalne, że i samego wartościowania dokonywały zwykle... kobiety! To przecież one mówiły swoim dzieciom: e, lepiej nie bawcie się w służbę, to nie przystoi albo tak synku, ładnie się bawisz w lekarza... (zupełnie inną sprawą jest podział "ról płciowych" między małymi nawet dziećmi, bo ten jednak wydaje się "z natury", a nie "z kultury" - małe dziewczynki wszędzie na świecie przytulają i kołyszą lalki nawet, jeśli im tego aktywnie zabraniać, a mali chłopcy tak czy inaczej bawią się w wojnę...).

Skoro wartościowania "zawodów" dokonują zwykle kobiety, to nic dziwnego, że - "dodatnio" wartościowane są zajęcia... męskie! Takie, w których kobiety same nie uczestniczą.

Pytanie: czy jeśli awangardzie jewropiejskiego postępu uda się doprowadzić do równouprawnienia totalnego i kobiety będą już mogły absolutnie wszystko i zawsze - to co się tak naprawdę stanie? Rzecz nie jest ani łatwa, ani mała - a skutki, jak się nad tym zastanowić, mogą być opłakane...

czwartek, 7 kwietnia 2016

Marksizm kulturowy a krótkowzroczność

Charakterystyczną cechą marksizmu "klasycznego" było przeciwstawianie "interesu robotnika" "interesowi kapitalisty". Rzeczywiście, na krótką metę da się to zrobić: każdy chciałby zarobić, a się nie narobić i na tym tle różnica zdań, a nawet kłótnia jest jak najbardziej możliwa.

Ale w dłuższym okresie "interes robotnika" jest zbieżny z "interesem kapitalisty": bo i jeden i drugi zarobi (jakkolwiek by się nie musieli przy tym narobić...) tylko pod warunkiem, że nabywcy kupią towar, który wspólnie wytwarzają. Kto inny da jednemu i drugiemu pieniądze..?

Charakterystyczną cechą marksizmu "kulturowego" jest obecnie równie krótkowzroczne przeciwstawianie interesów np. różnych członków rodziny. I tak "interes matki" ma być rozbieżny, a nawet sprzeczny z "interesem dziecka" - i stąd marksizm kulturowy, oparty, jak wszystkie ideologie wyrastające z Wieku Ciemnoty (który sam siebie zwał "Wiekiem Światła"...) na "prawie silniejszego" postuluje, aby matka mogła dowolnie i bezkarnie zabijać swoje dziecko. Przynajmniej dopóki go nie urodzi. Co, przyznacie chyba Państwo, jest granicą czysto konwencjonalną - bo właściwie dlaczego nie miałaby tego samego móc zrobić z dzieckiem już urodzonym - tak długo, póki jest od niego silniejsza..?

Jednak założenie o przeciwstawności "interesu matki" i "interesu dziecka" nie wytrzymuje krytyki nie tylko z punktu widzenia teologii (takiej lub innej...), ale też - socjobiologii i ewolucjonizmu. Matka ma ten podstawowy interes WSPÓLNY z dzieckiem, że dziecko jest sposobem, dzięki któremu może przedłużyć istnienie swoich genów.*

OK - dążenie do przedłużenia swojej linii genetycznej to tylko instynkt i można argumentować, że człowiek, jako istota rozumna, zdolny jest działać w oderwaniu od swoich instynktów.

Z czym chętnie się zgodzę - ale jeśli człowiek może działać w oderwaniu od swoich instynktów w ten sposób, że skutecznie buntuje się przeciw jednemu z najsilniejszych, tj. instynktowi macierzyńskiemu - to TYM BARDZIEJ może się też i zbuntować przeciw o wiele słabszym instynktom i przywarom, takim jak lenistwo, egoizm, tchórzostwo. 

Ba! Jest to bunt co najmniej porównywalny, jak chodzi o dramatyzm dokonywanego wyboru z poświęceniem - istotnie heroicznym i istotnie wykraczającym poza czysto biologiczną celowość związaną z przekazywaniem genów - jakiego wymaga przyjęcie i podjęcie opieki nad dzieckiem nieuleczalnie chorym.

Podstawianie tego co chwilowe, mało istotne, powierzchowne w miejsce tego co naprawdę istotne, trwałe i fundamentalne, wydaje się jednak typowe dla wszystkich ideologii Wieku Ciemnoty. Może nie przypadkiem zaczęło się to wszystko we Francji, słynnej z lekkości bytu..?


*Na forum Re-volta.pl zostałem zmiażdżony burzą oburzenia po tym, jak ośmieliłem się wystąpić w obronie nienarodzonych dzieci, bo wcześniej, w innej dyskusji, optowałem za strzelaniem do nielegalnych migrantów. A przecież to są dwie, nierozdzielne strony tego samego medalu! W MOIM interesie "biologicznym" leży, aby MOI potomkowie mieli dostateczny "lebensraum" do wygodnego życia - i żeby w ogóle byli (i z tego punktu widzenia nie życzę sobie, aby kobietom przyznać prawo do dowolnego decydowania o potencjalnym ich życiu lub śmierci...). Jak można czegoś tak oczywistego nie dostrzegać..?