Blog główny

czwartek, 31 marca 2016

Kobiece i męskie

Rozmowa z panią z poradni małżeńskiej (obowiązkowa wizyta przed ślubem...) zaczęła się, rzecz jasna, od klasycznej wyliczanki, jak to mężczyźni są zawsze gotowi, szybcy, otwarci, ciekawi, podczas gdy kobiety są zamknięte, ukryte, wycofane, potrzebują więcej czasu, itd.

Jak widzę co miesiąc, od niemal roku Bubę gwałcącą biednego Juliana na naszym padoku, tak nie mogę nie przyznać w tym aspekcie racji "genderystom": to, co "kobiece" i to co "męskie" tak średnio wynika z biologii (Buba jest akurat czystą biologią w tej sprawie przynajmniej...), a zdecydowanie bardziej - z konwencji.


Tyle tylko, że takie konwencje są nam potrzebne! Jeśli ze stwierdzenia faktu, iż "kobiecość" i "męskość" są w znacznej mierze pojęciami konwencjonalnymi wynika postulat likwidacji lub przedefiniowania tych pojęć (a tym samym radykalnego przekreślenia Tradycji sięgającej co najmniej górnego paleolitu - od którego to zamierzchłego czasu różne cywilizacje i kultury pracowicie gromadzą tego rodzaju "konwencje", "przesądy", itp.) - to nie ma się co dziwić, że mamy na bogatej Północy miliony sfrustrowanych kobiet oraz oziębłych mężczyzn (i odwrotnie...).

Swoją drogą, naprowadza to nas na trop całkiem nowego argumentu przemawiającego za naturalnym planowaniem rodziny, nauką Kościoła, itp. Poddanie się tego rodzaju konwencjom po prostu gwarantuje... znacznie lepsze życie seksualne! Katolicyzm jest sexy. Ot co...

piątek, 18 marca 2016

Zadufanie

W sieci pełno jest ludzi zadufanych w sobie. Na wielu płaszczyznach. Polityki, ekonomii, religii. W zależności od nastroju i zainteresowań różne gatunki zadufańców w odmienny sposób działają mi na nerwy. Dziś będzie o zadufańcach religijnych - poniekąd dlatego, że tych relatywnie najłatwiej jest odróżnić!

Tu uwaga na marginesie: jak poznać zadufańca..? Główną cechą takiej postaci jest niezwalczony optymizm poznawczy. Od tysięcy lat najmędrsze głowy pocą się nad takim lub innym pytaniem - jakie życie jest najlepsze? co jest osnową bytu? dlaczego na świecie istnieje zło i cierpienie? - a koniec końców wszystkie zakumulowane przez te wieki wieków próby odpowiedzi, przy całej ich monumentalnej, porywającej niekiedy wzniosłości, pozostają tylko wstępnymi wprawkami, nie wychodzącymi daleko poza sokratesowe wiem, że nic nie wiem.

Na człowieka normalnego świadomość niedostateczności wysiłków Platona, Arystotelesa, św. Tomasza, Pascala (żeby wymienić tylko kilku...) działa jak solidny kubeł zimnej wody. Im się nie udało, a ja mam niby dojść do czegoś pewnego..?

Stąd też, człowieka normalnego cechuje zawsze, gdy mowa o wartościach, umiarkowanie i konserwatyzm. Nie ma sposobu na stworzenie "w pełni naukowego, niezachwianie pewnego i nie podlegającego dyskusji" światopoglądu. Bezpieczniej tedy i rozsądniej opierać się na tradycji Ojców, nowinki i herezje tępiąc ogniem i mieczem - bo z nich i tak z całą pewnością nic dobrego nie wyrośnie!

W dyskusjach aksjologicznych knut, nahajka, stryczek, pal czy kulka ołowiu znacznie wyższą mają wartość przekonującą od innych argumentów - ŻADEN bowiem argument w tej materii ostatecznym być z definicji nie może, a tak dyskusja przynajmniej się kończy z braku oponentów i można zająć się czym innym, być może bardziej konstruktywnym...

Zadufańca religijnego tedy rozpoznać bardzo łatwo. Jest to każdy, komu się śni, że jest mędrszy od Magisterium Kościoła. Koniec i kropka.

Jasne! Jest to probierz aż arogancki w swojej arbitralności, boż nie jest przecież Kościół jedynym, który się dysponentem i powiernikiem Prawdy mieni. Ale! Kościół mieni się takowym - i nie bez racji, czemu nikt przy zdrowych zmysłach zaprzeczyć nie może - względem ponad miliarda ludzi przez dwa milenia. Z braku innych, jest to argument rozstrzygający, bo jedyny możliwy. Niektórych spotyka Łaska i dowiadują się bardziej bezpośrednio, czego Najwyższy od nich oczekuje, ale na ogół (chyba?) tak jednak nie jest - a że jakoś trzeba sobie radzić, tedy głupiec tylko, albo zadufaniec właśnie (co jest po prostu pewną formą głupoty, dotykającą szczególnie ludzie inteligentnych...), nie korzysta z tej życiowej podpory, którą ma tak dogodnie pod ręką...

Skąd zatem tylu ich jest, ludzi zadufanych z "religijnym" feblikiem..?

Clive Staples Lewis w swojej książeczce "Cuda" zauważył, że bardzo wielu ludzi (szczególnie inteligentnych) popada zwłaszcza w jakiś rodzaj panteizmu - "ubóstwienia całego świata". Jest to istotnie wierzenie bardzo stare i bardzo powszechne. Wynika ono ze strachu. Tak sądzę przynajmniej. Ten sam Lewis w jednej z książek cyklu narnijskiego (akurat film widziałem, tylko nie pamiętam, który...) włożył w usta fauna Tumnusa, widzącego jak lew Aslan odchodzi słowa: on nie jest do końca oswojony...


Tak niestety jest z Bogiem chrześcijan. Z Bogiem Wszechmogącym, w Trójcy Świętej Jedynym. On nie jest oswojony! Nie da się Go zrozumieć, ogarnąć, przewidzieć co zrobi. Jasne - zapewnia nas, że chce tylko naszego dobra i powinniśmy Mu ufać. Ale nie każdy i nie zawsze potrafi.

A ubóstwiona Przyroda? Furda tam..! Codziennie bezkarnie wyrywamy jej całe kawały żywego mięcha! Czego tu się bać..?

piątek, 11 marca 2016

Zawracanie Wisły kijem...



Tekst ten i projekt nie byłby niczym szczególnym, gdyby nie ta jego cecha charakterystyczna, iż ujawnia on prawdziwe intencje autorek. Autorkom wcale nie chodzi o żadną tam "wolność", "prawo wyboru", czy temu podobne..! O nie!

"Wolność" i "prawo wyboru" to kobiety już obecnie mają. Koniec końców - jeśli chcą, to wcale nie muszą brać urlopu macierzyńskiego, a jeśli wolą, aby to tatuś zajmował się dzieckiem, ówże może wziąć "tacierzyński".

Tyle, że najwidoczniej kobiety wolą jednak dłużej pozostawać w domach i same zajmować się dziećmi, skoro z tej możliwości na ogół nie korzystają - jak tego dowodzi analizowany przez autorki materiał statystyczny.

Co się więc zatem proponuje..? Ano - nie chcą być równe..? To je do tego zmusimy! 

Zastanawia mnie przede wszystkim, jaka jest właściwie podstawa ontologiczna tak kategorycznego żądania? O co tu chodzi? Nie to, żebym się odpowiedzi spodziewał po "doktorkach" Janinie Petelczyc i Paulinie Roickiej ("Instytut Polityki Społecznej UW"...) - panie te, w oczywisty sposób są zbyt głupie na to, aby umiały prawdziwie powiedzieć, "co im w duszach gra". Ale może Państwo macie jakieś hipotezy na ten temat..?

czwartek, 10 marca 2016

Szczęście i nieszczęście

Od czasu do czasu słychać gdzieś o poglądzie filozoficznym, wedle którego płodzenie dzieci jest niemoralne. Na bazie zupełnie na ogół bezrefleksyjnej podobny pogląd wyrażają zwłaszcza panie, które niekiedy demonstrują aktywne obrzydzenie wobec dzieci i kobiet z dziećmi lub ciężarnych (co aż nadto usprawiedliwia przypisywanie tego zachowania ich własnej traumie - braku podobnej pociechy...).

Pogląd ten opiera się na swoiście rozumianym "rachunku szczęścia i nieszczęścia", wedle którego ludzkie życie to jedno wielkie pasmo bólu, upokorzeń, nieszczęść i tragedii, zakończone klęską ostateczną - śmiercią.

Jak Państwo zapewne doskonale wiecie, nie szanuję utylitaryzmu w żadnej postaci, uważając wszelkie odmiany tej filozofii za prymitywizm porównywalny tylko z ulotkami Światków Jehowy, przedstawiającymi "budowę" Raju przy pomocy buldożerów i spychaczy. Ale taki "rachunek antynatalistyczny" to już prymityw zgoła porażający!

Nadużyciem jest przede wszystkim umieszczanie w nim śmierci jako "ostatecznej klęski". Każdy na tym świecie musi umrzeć. Każde imperium upadnie, każdy naród przestanie kiedyś istnieć, każdy język kiedyś stanie się językiem martwym - jedynym, który otrzymał od Boga obietnicę przetrwania aż po kres czasów jest Kościół powszechny (zakładając oczywiście, że w to wierzymy - bo, rzecz jasna, żadnego "twardego" dowodu nie ma i być nie może). Śmierć, zanik, rozpad, upadek to nie tylko konieczna "druga strona" życia, ale też - jego nieodzowny warunek! Gdyby ludzie nie umierali, nie rodziliby się też nowi - bo po co?

Skoro zaś śmierć jest faktem najzupełniej podstawowym i powszechnym, to jakaż w niej niby "klęska"..? "Klęską" to może być co najwyżej dla kogoś, kto uwierzył, że nigdy nie umrze i zderza się w końcu z rzeczywistością. Ale co mnie, za przeproszeniem, obchodzą czyjeś irracjonalne urojenia..?

Co do owej "sumy szczęścia i nieszczęścia", to myśląc w tak perwersyjny sposób, antynataliści tylko ujawniają swój brak zdolności abstrahowania. Jest rzeczą oczywistą i ewolucyjnie korzystną, że człowiek łatwiej POSTRZEGA zagrożenia i nieszczęścia, niż chwile dobre. Szczęście to sprawa indywidualna, dla przetrwania gatunku w gruncie rzeczy obojętna - ale zdolność dobrego wyobrażania sobie przyszłych nieszczęść sprzyja przetrwaniu, bo pobudza do zachowania czujności. Na zasadzie pewnej perwersji trafiają się widać osobnicy, którzy już nic innego postrzegać nie potrafią...


Ogólnie rzecz biorąc jasne że wszyscy będziemy cierpieć i umrzemy. To nieuniknione. A skoro coś jest nieuniknione - to i rozwodzić się nad tym nie ma co. O wiele sensowniej jest skupić się na poszukiwaniu szczęścia, ponieważ o ile nieszczęścia zwykle przychodzą z zewnątrz i na ogół nie mamy na ich pojawienie się wpływu, o tyle do szczęścia dojść można tylko aktywnym wysiłkiem i tylko dzięki sobie.

"Rachunek" zatem, jeśli ma być przeprowadzony, daje zgoła odwrotny wynik! Jeśli pojawia się dziecko, to tylko od niego samego zależy, czy będzie w przyszłości szczęśliwym człowiekiem. Ma zatem po temu wszelkie dane - najzupełniej niezależnie od jakichkolwiek okoliczności zewnętrznych...

wtorek, 1 marca 2016

Chleba naszego powszedniego...

Tak się zastanawiam, trochę na kanwie wczorajszych nauk przedmałżeńskich, a trochę w związku z bardzo smutną dyskusją na moim ulubionym historycznym forum, czy tytułowe słowa, z Ojcze nasz wzięte, mają jeszcze jakieś znaczenie dla tych spośród "młodych, wykształconych z wielkich miast", którzy używają tylko dietetycznych substytutów dawnego pieczywa (osobliwie w Ameryce, gdzie chleba właściwie się już od dawna wcale nie je...):



Nie, żeby te wszystkie placki odległe były od oryginału, który posłużył w czasie Ostatniej Wieczerzy:



(nota bene nawet na pewnym ściśle konfesyjnym blogu znalazłem ongiś dowód kompletnego zapoznania tematu - autorka dziwiła się bowiem, że hostia może być nazywana chlebem - choć jest nim niewątpliwie i więcej ma z owym oryginałem wspólnego niż wielkie bochny czarnego razowca, które skądinąd bardzo lubię...) - ale problem nie tyle do formy się sprowadza, co do wyobrażenia, że pożywienie i to pożywienie podstawowe, wcale nie wykwintne, może być jakimkolwiek "błogosławieństwem"!

"Błogosławieństwem"..? Przecież od chleba się tyje..!

Nie, żebym miał się tym jakoś szczególnie przejmować. Koniec końców to raczej "młodzi, wykształceni z wielkich miast" mają problem (nawet, jeśli jeszcze tego nie wiedzą...).