Blog główny

piątek, 23 września 2016

Suwerenność agentów, czyli dlaczego Prawodawca prawie zawsze błądzi..?

Mistrz Lem w swej późnej publicystyce zastanawiał się, czy "cywilizacja przyszłości" będzie się różnić od współczesnej wyższym poziomem energetycznym (jak proponował Kardaszew), czy raczej - doskonałością wewnętrznej regulacji?

Nie zamierzam się tu wdawać w dyskusję na temat technologicznej osobliwości, możliwości stworzenia sztucznej inteligencji, czy też "przychylnego człowiekowi środowiska" - jak w niektórych powieściach Mistrza ("Wizja lokalna" chociażby). Te tematy zostawmy sobie na długie, zimowe wieczory...

Dziś chciałbym Państwu zwrócić uwagę na jeden drobny szczególik świata bynajmniej nie przyszłego, tylko tu i teraz realnie istniejącego. Szczególik, skądinąd, dobrze opisany przez cybernetyków, socjologów i ekonomistów. A mimo to - wciąż i wciąż, uparcie ignorowany przez Niemiłościwie Nam Panującego Prawodawcę!

Otóż - uchwalenie prawa przez Niemiłościwy Sejm (a nawet przez Najniemiłościwszą Komisję Jewropiejską...) bynajmniej NIE oznacza, że bodaj jeden liść drgnie na klombie przed gmachem odnośnej władzy.

Żeby cokolwiek się w praktyce wydarzyło, nowe prawo musi zostać, jak to się uczenie mówi, "zaimplementowane". Robią to różne mniej lub bardziej wyspecjalizowane służby. Od najwyższych organów władzy wykonawczej poczynając, a na prostych stójkowych i paniach z Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej kończąc.

Teoria i praktyka zgodnie mówią, że owi "agenci", realizujący wolę Niemiłościwego Prawodawcy, to zwykli ludzie jak Ty i ja, Drogi Czytelniku. Niedoskonali. Rzadko kiedy kierujący się jakimiś wygórowanymi standardami etycznymi. Na ogół - raczej umiłowaniem Świętego Spokoju i comiesięcznej pensji (ewentualnych dodatków - prawych lub lewych - nie wyłączając...). Czasem - także różnymi kompleksami, ambicjami, idiosynchrazjami - nie zawsze zdrowymi. Osobliwie na najniższych szczeblach. Które, pechowo, najczęściej wchodzą w interakcję z prostymi poddanymi Niemiłościwej Władzy.

I to jest ta rafa, na której najzacniejsze intencje Niemiłościwego Prawodawcy rozbijają się zwykle do cna!

Ot - program "500+". Program, który z całego serca popieram! I głęboko wierzę, że ma on przed sobą wielką przyszłość. Przede wszystkim dlatego właśnie, że gdyby go wprowadzić w pierwotnej wersji - potrzebowałby do realizacji bardzo niewielu "agentów" i żadnej zgoła nie dawałby im władzy.


Ale program "500+" w toku prac sejmowych popsuto. Niemiłościwy Prawodawca wyposażył agenta realizującego program - czyli kierowników Gminnych (Miejskich) Ośrodków Pomocy Społecznej w nową władzę. Taki kierownik może konkretnej rodzinie pieniądze wypłacić - ale może ich też nie wypłacić. Zależy, czy - jego zdaniem - rodzina wydaje otrzymywane pieniądze "prawidłowo".

Na przykład - wg interpretacji kierownik Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w jednej z gmin ościennych, na zakup żywności czy zabawek dla dzieci pieniądze z programu "500+" rodzinie wydać wolno. Ale już na urządzenie dziecinnego pokoju - nie.

Nie podoba się..? To idź, człowieku - i się z kierownikiem kłóć..! Ciekawe, kiedy wówczas następną wypłatę zobaczysz..?

Tak jest zawsze. Nie ma takiej władzy, która nie mogłaby zostać nadużyta. I - praktycznie - nie ma takiego prawa, które by jakiemuś "agentowi" nadającej się do nadużywania władzy nie dawało. Im zacniejsze intencje Niemiłościwego Prawodawcy, tym władza większa i dotkliwszych potrafi się dopuścić nadużyć.

Doskonałość regulacji..? Ha, ha, ha..!

środa, 27 lipca 2016

Publiczne i prywatne

Jadąc dziś do stolicy dyskutowaliśmy z Najlepszą z Żon o tym, co jest "publiczne", a co "prywatne".

Zwróciłem uwagę - idąc tu za wielotomowym dziełem "Historia życia prywatnego", którego część tylko, niestety, stoi u nas na półce biblioteczki - że to "życie publiczne" jest pierwotne. Pojęcie "życia prywatnego" wymyślono. Historycznie - gdzieś tak w okolicach panowania i podbojów Aleksandra Wielkiego. Kiedy nagle okazało się, że wprawdzie obywatele Aten (i innych miasteczek Grecji) po dawnemu mogą się zbierać na zgromadzeniu ludowym, obchodzić uroczyste święta i wybierać swoich urzędników - ale nie będzie już z tego ani pokoju, ani wojny, a co najwyżej - coś w rodzaju teatru. Bo o sprawach naprawdę istotnych decyduje się gdzie indziej. Na dworze jakiegoś króla lub w pałacu namiestnika.

Mając świadomość, że uczestnicząc w zgromadzeniu ludowym, obchodząc uroczyste święta czy wybierając urzędników, tak naprawdę są tylko aktorami w teatrze, a zgodnie z ówczesnym zwyczajem, aktorzy występowali w maskach, wymyślili sobie tedy Ateńczycy (i inni Grecy...), że kiedy już ów występ odbędą, to zdejmują maski i wtedy żyją "dla siebie" - "żyją prywatnie". Mieli zresztą po temu znacznie więcej niż dawniej czasu, skoro okoliczności zwolniły ich z obowiązku odbywania wypraw wojennych, czy długiego debatowania nad ważnymi sprawami republiki. Dalej już poszło.


Obecnie przeciwieństwo między "życiem publicznym" a "życiem prywatnym", między "sferą publiczną", a "sferą prywatną", czy też np. "życiem zawodowym", a "życiem prywatnym", wydaje się oczywiste i fundamentalne. Ale to tylko złudzenie. Bo było tak, jak wyżej napisałem. "Życie prywatne", "sfera prywatna" to coś, co zaczęło się jakieś 2300 lat temu - jest to fenomen dość nowy (bo cóż to jest 2300 lat wobec historii ludzkości...). Nigdzie też nie jest powiedziane, że będzie istniał po wiek wieków - "żyć prywatnie" można, jak się ma po temu warunki. A czy te warunki rzeczywiście zawsze już będą tak korzystne..?

Proporcje między "życiem prywatnym" a "życiem publicznym" wydają się też współcześnie zadziwiająco wręcz sztuczne. Chore. Na ten przykład - usiłuje się traktować religię jako "sprawę prywatną"!

Na jakiej niby podstawie..? Czy w Starym, albo w Nowym Testamencie gdziekolwiek napisane jest: wyznawajcie waszą wiarę potajemnie, w zaciszu waszych domów, nijak się z nią nie ujawniając..?

No chyba wprost przeciwnie! U św. Mateusza chociażby, mamy fragment (5, 13 - 16):
Wy jesteście solą ziemi. A jeśli sól zwietrzeje, czym będzie solona? Na nic się więcej nie przyda, tylko żeby była precz wyrzucona i podeptana przez ludzi.
Wy jesteście światłością świata. Nie może się skryć miasto leżące na górze. Ani nie zapalają świecy i nie kładą jej pod korzec, ale na świeczniku, aby świeciła wszystkim, którzy są w domu.
Tak niechaj świeci światłość wasza przed ludźmi, aby widzieli uczynki wasze dobre i chwalili Ojca waszego, który jest w niebiosach.
Zresztą, jak zauważyła Najlepsza z Żon - domaganie się od człowieka prawdziwie wierzącego, aby swoją wiarę wyznawał wyłącznie "prywatnie", to tak naprawdę żądanie jakiejś systematycznej hipokryzji i kłamstwa. Bo na czym to by niby miało polegać? Prywatnie taki człowiek ma przestrzegać Dziesięciu Przykazań (tak, jak je Kościół i Tradycja wykładają) - a publicznie to już nie..?

Owszem (czego nie zdążyłem dodać w naszej dyskusji) - bywały i takie sytuacje. Zawsze, gdy wierzący musieli się ukrywać przed prześladowaniami. W tradycji muzułmańskiej postawa taka nazywa się taqiyya (albo, po persku, ketman) - co wynika z faktu, że tam szyici przez wiele stuleci musieli udawać sunnitów, żeby ich od razu nie zabito. No cóż. Jeśli to ma być propozycja "współczesnego świata" względem ludzi wierzących - to szczytem bezczelności jest domaganie się jej przyjęcia inaczej, niż pod lufami karabinów!

Odwrotnie natomiast z pewnymi preferencjami łóżkowymi. Które, ostatnimi czasy, stają się jedną z najważniejszych, najbardziej palących kwestii publicznych, wręcz osią całej debaty politycznej! Gdzie tu sens, gdzie logika..?

Oczywiście - ma to swoje uzasadnienie zarówno ideologiczne, jak i taktyczne. Ale przy okazji - pokazuje jak sztuczny jest podział na "publiczne" i "prywatne" i jak ta, rzekomo oczywista dychotomia, nieoczywistą jest i niekonieczną...

poniedziałek, 25 lipca 2016

Talenty

Wszyscy pamiętają ze szkoły "Janka Muzykanta". Ale i w "Chłopach" jest podobny wątek (inna rzecz, że drugoplanowany...): Jagna pięknie z papieru wycina, a czytając jej rozmowy z klerykiem, na sam koniec "Lata", tuż przed tym, nim ją ze wsi wyświęcili, można odnieść wrażenie, że gdyby dziewczynie dano więcej edukacji i nie traktowano jak towar wymienny w matrymonialno - majątkowej transakcji, to byłaby jednostką twórczą i pożyteczną ogółowi (a nie tylko paru przeżywającym kryzys wieku średniego chłopom...).


Jedną z fundamentalnych tez szeroko rozumianej lewicy jest przekonanie, iż gdyby uwolnić ludzi od:
- kastowych, feudalnych przesądów,
- przesądów jako takich,
- troski o byt materialny,
- opresyjnych instytucji społecznych (typu, na ten przykład, małżeństwo...),
- w ogóle wszelakiej opresji (na przykład, przejawiającej się tym, iż każdy może mieć tylko jedną płeć i albo męską, albo żeńską...),
to ludzie natychmiast zakwitną rozlicznymi talentami. Spontanicznie będą tworzyć fenomenalne dzieła. Albo, co najmniej - żyć pięknie, szczęśliwie i pogodnie.

Nie ma chyba sporu co do tego, że jak do tej pory, ponad 200-letnia walka szeroko rozumianej lewicy o szczęście powszechne i powszechne uwolnienie ludzkich talentów spełzła na niczym, prawda? Uwolniony od kastowych, feudalnych przesądów, troski o byt materialny, a nawet od przesądów jako takich przeciętny Smith, Schmidt czy Kowalski zalega przed telewizorem i nie tylko niczego nie tworzy, ale i konsumuje bynajmniej nie pięknie, nie szczęśliwie i nie pogodnie, tylko zgoła wprost przeciwnie: po chamsku, prymitywnie i zgoła obrzydliwie, zyskując co najwyżej kompletne znieczulenie, pod którym kryje się wieczny i niemożliwy do nasycenia niedosyt. 

A jeśli nie zalega, to natychmiast w miejsce przesądów tradycyjnych wymyśla sobie nowe, postępowe przesądy, uwolniony od troski o byt materialny popada w pracoholizm na tle konieczności "bycia jak inni" i zdobycia środków już nie na przetrwanie, a na konsumpcję, którą jeszcze pół wieku temu nazwano by ostentacyjną i luksusową, a uwolniony od opresji instytucji społecznych, popada w opresję politycznej poprawności.

Innymi słowy - klapa na całej linii.

Spór między współczesną szeroko rozumianą lewicą a współczesną szeroko rozumianą prawicą sprowadza się do próby odpowiedzi na pytanie, czy w tej sytuacji lepiej jest Smith'a, Schmidta czy Kowalskiego uwalniać od wszelakiej opresji dalej i głębiej (czy on sam tego chce, czy nie...), aż się go wreszcie do szczęścia i twórczości przymusi w taki, lub w inny sposób - czy też zostawić samemu sobie i w przerażający świat wiecznej Kowalskiego pogoni za gromadą nie wnikać.

Tak naprawdę OBIE te odpowiedzi są, z punktu widzenia konserwatysty konsekwentnego - nie do przyjęcia. Mimo wszystko, jak zauważył ongiś Mistrz Herbert, jesteśmy stróżami naszych braci - i ani podsycanie najprymitywniejszych instynktów ludu, ani ich ignorowanie, trudno uznać za działanie dobroczynne.

Władza prawdziwie konserwatywna, powinna JEDNAK lud w miarę możliwości wychowywać. To znaczy robić rzeczy dokładnie przeciwne temu, co przez ostatnie 200 lat robiła szeroko rozumiana lewica. Mnożyć kulturowe restrykcje. Piętrzyć trudności społecznego awansu. Czynić kulturę elitarną możliwie jak najmniej zrozumiałą dla prostego ludu. W ten sposób ów lud, instynktownie naśladując (małpując czasem wręcz...) elitę - będzie zmuszony przysiąść fałdów i trochę się podciągnąć. A nawet jak mu się nie uda, coś jednak swojego przy okazji stworzy...

Tyle tylko, że takiej elity, która by rzeczywiście odpowiedni poziom prezentowała - od dawna już nie ma. I nie mam pojęcia, skąd takową można by wziąć..?

piątek, 15 lipca 2016

Jasia Bilewicza cnoty pożądanie

Przestudiowałem wczoraj w pociągu od deski do deski ostatni numer pisma "Miłujcie się!".

No i OK. Bardzo fajnie, że takie pismo jest. Skądinąd jednak, dobrym chęciami, jak wiadomo, wybrukowane są posadzki Konkurencji - i polecam P.T. Ojcom z Towarzystwa Chrystusowego, którzy pismo wydają uważniejszą nieco lekturę niektórych tekstów przed publikacją...

Nie przytoczę Państwu całości, bo akurat tego tekstu w wersji internetowej nie znalazłem. Chodzi o niejakiego Jasia Bilewicza (sam o sobie pisze "Jasiu", więc nie popełniam nadużycia, tak Autora tytułując...) "List do dziewcząt".

Czego tam nie ma..! Przyszła Małżonka pana Jana wiele powinna posiadać cnót: winna być pełna wdzięku, naturalna, nie za chuda, skromna, życzliwa, pobożna, pracowita... Nade wszystko zaś - powinna być dziewicą. Cytuję: bo tego pragnie przecież 95% mężczyzn - a o pozostałych 5% można mieć jak najgorsze zdanie...

Aż mi się chciało w trakcie lektury zapytać: kimże jest Jaś Bilewicz, że takie może stawiać wymagania..? Nazwisko, owszem, ładne, sienkiewiczowskie. To jakiś zabójczo zdolny i przystojny aktor? Model? Inny celebryta? Nie orientuję się w świecie mediów zbyt dobrze, mogłem przeoczyć... Ktoś z Państwa może wie? Potrafi podzielić się z innymi Czytelnikami wizerunkiem Jasia Bilewicza?

Przyznaję, że chyba nawet kolega Wojciech Majda, było nie było - zawodowy uwodziciel - aż tak wielką pewnością siebie nigdy nie błysnął jak Jaś Bilewicz. Pewność ta musi mieć przecież jakieś podstawy...

No dobra, dość tych kpin!

Jasną jest rzeczą, że tekst p. Jana stoi na głowie. Gdyby napisał, do jakich cnót sam będzie się starał dążyć, z Bożą pomocą - i zadeklarował, że naczelną spośród tych cnót będzie zachowanie do ślubu czystości - OK. Tekst stanąłby na nogach. Być może nawet jakieś dziewczęce serce żywiej by zabiło pod skromnym sweterkiem z mieszaniny wełny i poliestru.

Ale formułowanie tego rodzaju żądań wobec drugiej osoby? Jak zauważyła Najlepsza z Żon, gdy jej moje obserwacje zreferowałem, nawet biorąc to wszystko za dobrą monetę, z całkowitą powagą - to i tak przypadek Jasia Bilewicza źle rokuje jako kandydat na męża. Bo skoro z góry sobie stworzył obraz idealnej małżonki - to jaka rzeczywista kobieta zdoła się z tym obrazem zrównać? I czy każde, najdrobniejsze jej potknięcie nie zostanie od razu zinterpretowane jako skutek jakiegoś przed mężem zatajonego, a straszliwego grzechu..? Prosta droga do małżeńskiej katastrofy...

Chyba, że... żadnego Jasia Bilewicza w ogóle nie ma! I tylko któryś z Ojców Redaktorów, widać w pośpiechu przedwakacyjnym, pomylił tekst kazania (w którym żądania i wymogi jak najbardziej są i merytorycznie i stylistycznie na miejscu...) z tekstem przygotowywanego artykułu, który w zamyśle miał być na wyznania nastolatka stylizowany...

Oczywiście - nastolatki często cechuje zbytnia pewność siebie (albo całkowity brak pewności siebie...), a przy tym - radykalizm posuwający się łatwo także i do brutalności. O czym na innym miejscu pisałem! No ale jak ktoś pragnie młodzież wychowywać - to chyba powinien zwrócić uwagę, skorygować, w ostateczności - chociaż opatrzyć komentarzem..?

Bo, przyznaję, że tak jak jest, to mnie ten tekst do dalszego czytania pisma "Miłujcie się!" - gdyby mi jeszcze wpadło w ręce - nie zachęca...

Już abstrahują od kwestii, że nie wydaje mi się, aby akurat "demon pożądania" był największym zagrożeniem dla religii, cywilizacji i ludzkości - dawniej ludzie mniej o "tych sprawach" mówili, a panny częściej piekły raka na ślicznych liczkach - ale za to dużo więcej niż dziś było praktycznego działania. Co, przecież, po wyniku demograficznym jasno jak na dłoni widzimy...


czwartek, 14 lipca 2016

Czas wolny a czas pracy

Zdecydowana większość ludzi współczesnych pracuje po to, aby zarobić na "życie". Co oznacza, że owo "życie" zaczyna się po wyjściu z biura (fabryki, sklepu, itp.). Wielu jest co prawda takich, którzy pracy i (czasami) karierze poświęcają znacznie więcej - ale raczej traktuje się to jako swoistą patologię.

Nie tak się "żyło" i "pracowało" jeszcze dwa - trzy pokolenia temu! I nie tak się "żyje" i "pracuje" na roli. W tym przypadku "życie" i "praca" to jedno i to samo. Czynności, które finalnie mają na celu zarobek i czynności, które takiego celu nie mają, przeplatają się w ciągu całego dnia tak, że czasem nie sposób ich od siebie odróżnić (choćby dlatego, że część "produkcji gotowej" zużywa się jednak - coraz rzadziej, to prawda - także na własne potrzeby). Nie ma podziału doby na "czas pracy" i "czas wolny". Nie ma też, tak do końca, podziału na "miejsce pracy" i "miejsce do życia" - bo gospodarstwo to jedna całość i zarówno dzieciaki do obory włażą, jak i (czasami) - obora do domu (jak się np. trzeba zająć chorym inwentarzem, a nie ma jak inaczej...).

Być może podobnie doświadczają czasu tzw. "freelancerzy" w miastach? Nie wiem. Ale po przeprowadzce na wieś, miałem trudność, żeby się do takiego stylu życia dostosować. Bo przywykłem mobilizować się tylko przez kilka - kilkanaście godzin, a potem to już mi brakowało pary, żeby zrobić coś jeszcze. Nie pamiętałem o konieczności robienia przerw i rozkładania sobie pracy na całą dobę. Że nie miało to większych negatywnych konsekwencji, to tylko dlatego, że w sumie życiowo krytycznych czynności, przy tak ekstensywnej gospodarce jak nasza, to za wiele nie ma...

Rzecz ma także szerszy nieco kontekst. Niedawno rozmawialiśmy z Najlepszą z Żon o fundamentalnych zgoła trudnościach w zdobyciu pracowników. Czy to do gospodarstwa, czy to na budowę, czy też - do niewielkiej firmy ogrodniczej w mieście. Ludzi chętnych do pracy nie ma. No nie ma i już!

Jasne - pewnie by się znaleźli, gdyby oferować im znacznie wyższe płace.

Tylko jak to zrobić, skoro żadna z tych działalności nie generuje aż tak wielkiej "wartości dodanej", żeby się płaca "godna" w rozumieniu potencjalnego pracownika, jakkolwiek bądź zwróciła..?

Ludzie mają aspiracje. Każdy chciałby - po kilku, może kilkunastu godzinach pracy - "żyć". To znaczy: założyć rodzinę, mieszkać gdzieś "na swoim", konsumować co mu tam moda i opinia publiczna podpowiada.

Jak wiele razy tłumaczyłem, te aspiracje są zasadniczo niemożliwe do spełnienia. To jak gonienie horyzontu. Im szybciej za nim biec - tym szybciej ucieka. Nie ma takiego poziomu dobrobytu, który by kiedykolwiek mógł zostać uznany za "wystarczający"!

Dawniej ludzie byli rozsądniejsi i rzadziej oczekiwali rzeczy niemożliwych. Większość godziła się z tym, że "na swoim" żyć nigdy nie będzie - albo żyli i pracowali całymi klanami, w rozbudowanej , wielopokoleniowej wspólnocie rodzinnej, albo - kątem u kogoś, u kogo służyli.



Oczywiście, ta dawna, rozsądna postawa życiowa, źle służyła interesom wielkiego biznesu - i nic dziwnego, że tak zaciekle była na każdym froncie atakowana złudzeniem rzekomego "postępu" i "powszechnego dobrobytu", że nikt już o niej dziś nie pamięta. Ale - pomalutku, a rozsądek wróci..!

Mamy nadzieję...

wtorek, 28 czerwca 2016

Zdrajca

Niniejszym, Drodzy Państwo, składam uroczyście doniesienie. Powinienem je właściwie wysłać do Prokuratury Wojskowej - ale, przyznaję: nie chce mi się. Pisać urzędowe pisemka? I tak nic z tego nie wyniknie. Ale każdy z Państwa może mnie przecież wyręczyć. Wypowiedź była publiczna. Oto ona:
Jedyny słuszny kierunek ( z perspektywy historycznej) to wiązanie się w ramach UE coraz bardziej i stworzenie państwa Europa bo samodzielnie żadne państwo europejskie nie ma kompletnie żadnego znaczenia w starciu z Rosją a co dopiero z USA czy Chinami tudzież za jakiś czas Indiami. Potencjał UE jako całości potrafi sporo wymusić ( np. zatrzymanie ofensywy na Tibilisi czy zamrożenie agresji na Ukrainę) jak będziemy działać wspólnie to właśnie bajzel organizacyjny wynikający z braku zaufania osadzonego na historyzmach nie pozwala na skuteczną obronę interesów państw członkowskich. Anarchizacja UE i pośrednie dążenie do powrotu do polityki państwowej będzie kolejną katastrofą w historii Europy ( coś na kształt upadku Imperium Romanum w V wieku n.e chociaż oczywiście jest to mało porównywalne porównanie) i zmarginalizuje nasz kontynent dokumentnie ( to właśnie takie myślenie jak prezentujesz pozwoliło na wybuch nacjonalizmów które zdemolowały kontynent dwukrotnie momentalnie przenosząc państwa europejskie z ligi światowej do podmiotowej, okres Zimnej Wojny to okres uprzedmiotowienia w zasadzie wszystkich państw europejskich wobec ZSRS i USA... dopiero powstanie UE i jej zacieśnianie wybija Nas z powrotem na podmiotową pozycję). Stoczymy z podmiotowości na jaką się wybiliśmy w XVI do XVIII wieku do bycia przedmiotem polityki globalnej. Przypomnę takie problemy jak napływ nielegalnych migrantów, kwestie ekologiczne, kwestie utrzymywania standardów w tym przestrzegania praw człowieka, eksploracja kosmosu czy bezpieczeństwo będą o wiele skuteczniej realizowane przez Państwo Europejskie niż jakiekolwiek kraj członkowski. Kwestia jest sensownego rozdzielenia kompetencji ale kierunek od tysiącleci jest jeden... ku zjednoczeniu.
Wypowiedź ta, oczywiście, opatrzona była nie imieniem i nazwiskiem (choć wielu jest takich, którzy by się imieniem i nazwiskiem pod podobnym tekstem podpisać przecież nie wstydzili...), tylko nickiem i awatarem: "Kamaz73". Posiadacz konta w swoim profilu umieścił adnotację o zawodzie. Adnotacja ta brzmi: "żołnierz zawodowy". Jeśli to prawda, to posiadacz konta składał w swoim czasie ślubowanie o treści:
Ja żołnierz Wojska Polskiego przysięgam
służyć wiernie Rzeczypospolitej Polskiej,
bronić jej niepodległości i granic.
Stać na straży Konstytucji,
strzec honoru żołnierza polskiego,
sztandaru wojskowego bronić.
Za sprawę mojej Ojczyzny,
w potrzebie krwi własnej ani życia nie szczędzić.
Tak mi dopomóż Bóg.
Jak się ma jedno do drugiego, to już każdy z Państwa sam może sobie ocenić. Nie zabraknie z pewnością sofistów broniących zdrajcy. Ale Pan Zagłoba wiedziałby swoje:


piątek, 10 czerwca 2016

Prawo a sumienie

Jak zauważył już Lao Zi, im więcej w państwie praw, tym więcej przestępców. Jakoś się utarło ten cytat rozumieć w takim sensie, że istnieje odwrotna zależność proporcjonalna pomiędzy "ilością praw", a "moralnością publiczną". 

Nie przesądzając, czy taka zależność istnieje, czy nie, mam wrażenie, że starożytnemu Chińczykowi chodziło jednak o rzecz daleko prostszą: im więcej czynów państwo uznaje za zakazane - tym więcej ludzi będzie czyny zakazane popełniać. Co chyba nie wymaga obszerniejszego tłumaczenia..?

Jadąc dziś do pracy rozmawialiśmy z Najlepszą z Żon o sensie i bezsensie regulacji prawnych. Na kanwie przygody Najlepszej z Żon, która dnia poprzedniego trafiła w Warce na koreczek drogowy spowodowany przez bardzo powolną i przesadnie ostrożną jazdę pewnego starszego kierowcy. Pytanie: czy aby zapobiec takim sytuacjom osoby starsze powinny być pozbawiane prawa kierowania pojazdami? Albo poddawane obowiązkowym, cyklicznym kontrolom (jak, zdaje się, jest już teraz)?

Odpowiedź: nie!

Każda regulacja będzie tu niesprawiedliwa. Każda granica wieku - arbitralna. Są żwawi i bardzo sprawni 80-latkowie, dla których ograniczenia tego rodzaju byłyby uciążliwymi szykanami - i są czterdziestolatkowie dostający zawałów za kierownicą, których żadne badania i tak nie wychwycą.

Można, oczywiście, iść w kierunku policjanta stojącego nieustannie nad każdym poddanym i pilnującego dzień i noc, by nie zrobił sobie lub komuś innemu krzywdy. Tylko co to da..? I jaki będzie koszt takiego "absolutnego bezpieczeństwa"..?

Prawo nie jest w stanie zastąpić sumienia. W tym konkretnym przypadku staruszek, jadąc sobie wolniuteńko przez Warkę, krzywdy nikomu nie robił. Na trasie szybkiego ruchu, albo na przelotowych ulicach Warszawy... różnie by to się mogło skończyć..!

Zasada ta jest szczególnie widoczna w trakcie sporu o aborcję. Obie strony, ale osobliwie - zwolennicy "liberalizacji" tego prawa, uwielbiają epatować skrajnymi, niezmiernie rzadko spotykanymi, drastycznymi przykładami. A to - wyrodnej matki peklującej swoje już narodzone dzieci w beczkach po kapuście (że niby, jak się będą niechciane dzieci rodzić, to WSZYSTKIE tak skończą...). A to - bardzo rzadko spotykanych chorób genetycznych (że niby, jak się na powszechne badania prenatalne i eugenikę nie pozwoli, to już zdrowych dzieci nie będzie, same tylko "potworki"...).

Jest to nie tylko podły chwyt erystyczny - ale jest to także zwykły, merytoryczny błąd. NIE DA SIĘ zmusić nikogo przepisem prawnym, by kochał dzieci. Ani, by tylko zdrowe dzieci płodził. Wyrodne matki były, są i będą - najzupełniej niezależnie od tego, jakie przepisy w sprawie aborcji obowiązują. Choroby genetyczne będą się trafiać (być może częściej obecnie i w przyszłości niż dawniej...) - a powszechność badań prenatalnych i eugeniki co najwyżej może ten fakt ukryć. Ale go nie zmieni.

Prawo i sumienie to dwie rzeczywistości równoległe i nie zawsze mogą, ani też nie zawsze powinny wzajem się ze sobą stykać. Dużo ciekawszy jest zresztą spór o to, w którym kierunku pójść - czy "redukowania liczby praw" tak, aby o jak największej liczbie możliwych czynów wątpliwych decydowało tylko sumienie. Czy raczej - "redukowania liczby wyjątków" tak, aby to sumienie sędziego decydowało o ewentualnym odstąpieniu od kary w takim lub innym przypadku.

Moim zdaniem sensowne jest połączenie obu tych zasad. To znaczy - jak najmniej praw. Ale też: jak najmniej wyjątków.

Jeśli wprowadzamy do kodeksu zakaz zabójstwa - to nie musimy już osobno opisywać "zabójstwa kobiety" i "zabójstwa mężczyzny", ani też - "zabójstwa człowieka nie narodzonego". Mamy jeden czyn, jedno prawo, jedną karę - i jeden, w gruncie rzeczy, dopuszczalny wyjątek: gdy do zabójstwa dochodzi w bezpośredniej obronie dobra prawem chronionego, któremu zabity zagrażał. W każdym pozostałym przypadku decydować powinien sędzia: czy karać - i jak karać, jeśli karać...

No cóż. Panu Bogu jakoś wystarczyło raptem Dziesięć Przykazań. Co by to było, gdyby zadanie ich ułożenia powierzyć... Komisji Europejskiej..???


czwartek, 9 czerwca 2016

Jeszcze jedna różnica...

Istnieje jeszcze jedna różnica między "normalnym", "tradycyjnym" postrzeganiem ludzkiego życia, etyki, samego człowieczeństwa - a jego postrzeganiem "współczesnym".

Dawniej zakładano, że człowiek ma pewne "naturalne", "przyrodzone" obowiązki ("obowiązki stanu" w nauczaniu Kościoła...). Takie jak np. spłodzenie i wychowanie dzieci, służbę Bogu, służbę państwu. Ma te obowiązki wypełniać, a co sobie przy tym myśli - to jest, poniekąd, jego sprawa. Owszem, kultura starała się pomóc jednostce w wypełnianiu tych obowiązków i pomóc jej CZUĆ SIĘ przy tej okazji - szczęśliwą i spełnioną. Ale jeśli ktoś konkretny szczęśliwy i spełniony się nie czuł, ale obowiązki wypełniał - mówi się trudno. Na siłę przecież uszczęśliwić się nikogo nie da...


Obecnie odwrócono ten "naturalny" porządek rzeczy. Jednostka ma przede wszystkim "poszukiwać szczęścia" (termin "szukanie szczęścia", nota bene, jeszcze za czasów mojego dzieciństwa był nacechowany co najmniej wątpliwościami... co do zdrowego rozsądku "szukającego"..! A pojęcie "małżeństwo z miłości" to pół wieku temu kojarzyło się wręcz z obyczajowym skandalem...). A jak to robi i czy przy okazji pożyteczną jest społeczeństwu - mniejsza o to. Byleby się nie wychylała i nie była nadmiernie szkodliwa...

Co się dziwić, że liczba dzieci spada..? Skoro ZAKŁADA SIĘ, że te dzieci mają być "dla rodziców", mają im "szczęście dawać"..?

Tyle, że problemem nie są takie a nie inne uciążliwości lub radości z posiadania dzieci. Problemem, a właściwie szaleństwem - jest samo to założenie...

wtorek, 7 czerwca 2016

Liga Żon a szklany sufit

Ważne egzaminy (takie jak np. egzamin maturalny...), jeśli mają w nich brać udział kobiety, powinny odbywać się w czterech terminach, w czterech KOLEJNYCH tygodniach. Inaczej średnio 1/4 zdających pań podchodzi do egzaminu w - delikatnie pisząc - nieoptymalnej formie. I pewnie często oblewa - całkowicie niezasłużenie!

Aż dziw, dlaczego feministki nigdy nie wysunęły tak oczywistego - i tak łatwego do realizacji - postulatu..?

Czyżby na to nie wpadły? Albo - koniecznie pragną udowodnić, że kobieta niczym, ale to niczym nie różni się od mężczyzny? W tym drugim przypadku - można je wręcz podziwiać za upór w negowaniu rzeczywistości...


No ale w takim razie nie ma się co dziwić rozpostartemu nad żeńską częścią naszej populacji "szklanemu sufitowi". Konkurencja na tak nierównych warunkach nie może być równa. Hmm... temat dla Ligi Żon..?

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Humanizm czyli śmiech na sali

Humanizm to taka postawa moralna, która w miejsce etyki podstawia estetykę (najchętniej w landrynkowo - jarmarcznej tonacji, z naciskiem na disco polo...) i omdlewającą czułostkowość. Wartością najwyższą jest dla "humanizmu" dobre samopoczucie, a najwyższą cnotą - delikatność.

Z punktu widzenia "humanizmu" jakakolwiek etyka poważna, tradycyjna, czy będzie to praktycznie dowolna etyka filozoficzna, etyka katolicka, czy etyka muzułmańska (jest taka, a i owszem...) to skandal i zgorszenie. Choćby dlatego, że dbałość o dobre samopoczucie (bliźnich i własne) jako żywo - NIGDY nie była przedmiotem zainteresowania jakiejkolwiek etyki poważnej. W przeciwieństwie do "dobra", którego z "dobrym samopoczuciem" żadną miarą utożsamiać nie sposób. Pisał o tym już Platon, porównując kucharza i lekarza. Gdyby dzieci miały wybierać, pewnie, że kucharz byłby ich faworytem, bo rozdaje słodkie ciasteczka - a nie lekarz, który serwuje gorzkie lekarstwa!

"Humanizm" nie trzyma się kupy nawet w czysto ludzkich i czysto logicznych kategoriach. Jaka niby powinna być "humanistyczna" rada dla alkoholika czy innego nałogowca..? Przecież zabierając mu jego używkę - pogarsza się gwałtownie samopoczucie biedaka...


Doskonale się też wpisuje "humanizm" w charakterystyczne dla naszych czasów rządy silniejszego. Zranione uczucia matki widać - nie narodzonego dziecka nie. Zatem, w imię "dobrego samopoczucia" - cóż za problem, zabić to dziecko..? A zabić staruszka..? Jeśli nie ma już szans na "dobre samopoczucie"..? Grunt, żeby to estetycznie (landrynkowo) wyglądało..!

Cały tedy "humanizm" to śmiech na sali. Postawa nie warta trudu obszerniejszej krytyki. Nie pisałbym też o niej wcale gdyby nie to, że tak jest bezczelna i ekspansywna: słowa się nie da napisać na blogu, na forum internetowym (nawet końskim...),  żeby się zaraz stado "humanistów" nie zleciało i krakać nie zaczęło. Powiadam wam tedy, "humaniści": a sio..! Więcej nie jesteście warci...

wtorek, 31 maja 2016

Proces kołowy

Czy dzieje są procesem kołowym..? Ongiś tak powszechnie uważano. Po "wieku złotym", lokalizowanym w mgle mitów przychodził "wiek srebrny", a po nim "wiek żelazny" - następował upadek, a potem historia się powtarzała.

Od połowy XVIII wieku wśród tzw. "elit", a od połowy wieku XX także wśród prostego ludu upowszechniło się przekonanie, że dzieje to wzrost: wielkości, wspaniałości, łatwości, dobrobytu. Liniowy, momentami wręcz wykładniczy.

Od dawna przekonanie to wydaje mi się nader wątpliwym.

Ale żeby dowodem na cykliczność dziejów dać się zirytować..?

No cóż...

U początków ludzkiej cywilizacji prawie każdy musiał prawie wszystko zrobić samemu. Bo ludzi było niewielu i specjalizacja nie popłacała.

A współcześnie..? Współcześnie wprawdzie TEORETYCZNIE specjalizacja postępuje szybciej i głębiej niż kiedykolwiek wcześniej - ale jak chcesz mieć coś zrobione DOBRZE, a nie byle jak - musisz to zrobić samemu.*

Z rzeczy ważnych - przerażenie ogarnia mnie na myśl (nader, póki co, teoretyczną...) o posłaniu dziecka do szkoły. Jakiejkolwiek szkoły. Nie słyszałem, żeby w ogóle istniały współcześnie szkoły, do których można mieć choćby minimalne zaufanie... Telewizora w domu nie planujemy - bo takiej stacji telewizyjnej, do której można by mieć przynajmniej MINIMALNE zaufanie, że nie pokaże czegoś ewidentnie szkodliwego, nie ma z całą pewnością!

Z rzeczy codziennych - jak chcesz zreperować 24-letni samochód, musisz to robić sam. Bo inaczej zapłacisz taczkę pieniędzy, a i tak - wyjedziesz z warsztatu wozem, który się do niczego kompletnie nie nadaje. Jak ja wczoraj naszym Patrolem. Który nawet już ma hamulce, a i owszem. Silnik ma piękny dźwięk, nie powiem. I wygląda ładniej (ach, to sreberko w sprayu...). A jeździć nim i tak - nie można.

Bo Mistrz zamienił druciki w kostce przy prawym reflektorze. I teraz można mieć albo prawe długie, lewe krótkie, albo lewe długie, prawe krótkie. I na dodatek jest zwarcie i prąd "ucieka", od czego akumulator rozładowuje się w kilka minut. I to jest, zdaniem Mistrza, drobiazg - on przecież swoje zrobił, ciężko się napracował. A że mnie nic z tego, bo i tak samochodem jeździć nie mogę..?

Przecież śrubokręt i kombinerki mam...

-----------------------------------------------------------------------------
*Odnoszę nieodparte wrażenie, że tak marna jakość usług współcześnie, to właśnie jest SKUTEK zbyt daleko posuniętej specjalizacji. Mamy, być może, świetnych onkologów, pediatrów, ortopedów - ale prawie w ogóle nie mamy już LEKARZY. Którzy widzieliby całego pacjenta, a nie tylko kawałek jego tkanki. Mamy też świetnych mechaników wyspecjalizowanych w silnikach, czy w zawieszeniach, albo w elektryce - ale samochód nie pojedzie tak samo bez silnika, jak bez zawieszenia czy bez prądu.

Z całego tego przyrostu specjalistycznej wiedzy i sprawności - jaki pożytek, skoro pacjenci umierają nie zdiagnozowani i nie leczeni w kolejkach do kolejnych specjalistów - a stare i naprawdę solidne samochody nie jeżdżą z powodu "drobiazgów"..?

A nawet jeśli, koniec końców, jakoś się daje to wszystko połączyć - to, mnie przynajmniej, coraz trudniej przychodzi to bez popadania w białą furię...

Na pocieszenie:


Zdjęcie Krzysztofa Milewskiego

środa, 25 maja 2016

Liga Żon a wpływ klimatyzacji na PKB

Najlepsza z Żon upoważniła mnie, abym poddał pod dyskusję Ligi Żon (jest to organizacja na razie nie istniejąca, ale na pewno bardzo potrzebna..!) problem klimatyzacji w warszawskich biurowcach.

Na skutek różnica temperatur między klimatyzowanym biurem a światem zewnętrznym, mąż chodzi w ciepłej porze roku zakatarzony.

Kiedy mąż chodzi zakatarzony, to w nocy chrapie.

Kiedy mąż w nocy chrapie chrapie, Żona jest niewyspana, zmęczona i rozdrażniona.

Niewyspana, zmęczona i rozdrażniona Żona nie ma siły na zakupy.

Kiedy Żona nie ma siły na zakupy, PKB spada.

Kiedy PKB spada - maleje też zdolność rządu do zaciągania kredytów i budowania Lepszej Przyszłości...


piątek, 20 maja 2016

Subiektywne i obiektywne

Nie kijem go, to pałką. Wczoraj mnie Państwo nie zrozumieliście. Wytłumaczę zatem jeszcze raz. Powolutku. Krótkimi zdaniami.

Chodzi o ludzkie szczęście. Subiektywnie odczuwane. Kwestia "praw zwierząt" kompletnie mnie nie obchodzi. Sprawa czyjejkolwiek "emancypacji" ma znaczenie tylko o tyle, o ile wiąże się z tematem zasadniczym. A wiąże się, na ogół, negatywnie. Im więcej "emancypacji", tym mniej "szczęścia". Dlaczego? Poczytajcie sobie o problemach behawioralnych psów. O tym, jak odchorowują nadmierną uległość swoich panów. Nadskakiwanie z ich strony. Jak ich to wpędza w nerwice. Pozbawia poczucia bezpieczeństwa. Człowiek też zwierzę stadne. W ogromnej większości ludzie czują się lepiej gdy kto inny podejmuje decyzje. Oraz ponosi za nie odpowiedzialność. 

To jest fakt. O który nie zamierzam się spierać. Podobnie jak nie zamierzam się spierać o dzisiejszą pogodę. Patrzę przez okno i widzę: niebo jest bezchmurne...

Owszem, niektórzy ludzie nie lubią być rządzeni. Zwykle - sami lubią rządzić. W ramach "emancypacji" są może mniej nieszczęśliwi niż byliby - dopóki rządzić nie mogą. A co, gdy właśnie dorwali się do władzy..? Nie będą jej, uważacie, rozszerzać per fas et nefas..? Nie są nieszczęśliwi jeśli im się to nie udaje..?

Inna rzecz, że nie udaje się rzadko...

Rzeczywistość jest obiektywna. Samopoczucie, w tym szczęście lub nieszczęście - jest subiektywne. Ból chłopa, któremu właśnie zdechła ostatnia kulawa krowa, baba ma suchoty, a ostatnie żywe dziecko kołtun, to ból subiektywny. Ból "korposzczura" pominiętego w awansie, gonionego przez kredyty, którego wiecznie "nie stać" nawet na pierwsze dziecko, to również ból subiektywny.

Obiektywnie ten drugi jest pewnie z 1000 razy bogatszy od tego pierwszego. Czy to w jakikolwiek sposób zmniejsza jego subiektywny ból..?

Obiektywnie jesteśmy bogatsi niż nasi przodkowie 1000 lat temu, 100 lat temu, czy nawet 20 lat temu. Czy jesteśmy subiektywnie szczęśliwsi?


Trudne pytanie. Bo jak to zmierzyć? Jeśli liczbą czynników potencjalnie powodujących subiektywne poczucie nieszczęścia - to twierdzę, że 

ludzkość nigdy jeszcze nie była tak nieszczęśliwa jak obecnie.

Dlaczego tak twierdzę?

Dlatego, że trudno o poważniejszy powód do bycia nieszczęśliwym niż rozczarowanie. A kto jest częściej i bardziej rozczarowany? 

Ten, kto nie oczekuje wiele, poprzestaje na małym i potrafi się cieszyć tym, co ma? 

Czy ten, kto stale chce więcej. Ciągle mu mało. Nigdy nie usiedzi na miejscu. A kiedy usiądzie - zaraz go dopada poczucie winy, że siedząc "nie rozwija się", "nie dokonuje samorealizacji", "nie czyni postępów"? Ten, kto osiągnąwszy cel, który sobie wyznaczył (własne mieszkanie - na kredyt; wakacje na Krecie; start w triatlonie...) nieodmiennie odkrywa, że satysfakcja mija błyskawicznie - i pozostaje tylko niedosyt, który pcha dalej i dalej, wciąż w kołowrocie..?

Dawniej wielu ludzi poprzestawało na małym i potrafiło się cieszyć tym, co mieli. Sam pamiętam mojego dziadka... A i kultura i filozofia i religia to samo powtarzały ludziom - że winni ograniczać potrzeby, cieszyć się tym, co mają i za wszystko co ich spotyka dziękować Bogu. Pewnie. Większość traktowała to tak samo powierzchownie jak dziś większość traktuje każdą reklamę. Ale coś zostawało. Tak samo jak dziś coś zostaje z każdej reklamy. Gdyby nie zostawało nic - kto by płacił za robienie reklam..?

Ogrom subiektywnego nieszczęścia jest wprost proporcjonalny do mas obiektywnego dobrobytu. Bo przecież my się z dnia na dzień bogacimy naprawdę, a nie w marzeniach. Czy łatwo jest w tej sytuacji o samoograniczenie? Czy wiara w to, że jutro będzie jeszcze wspanialsze, nie wydaje się naturalna?

A że marzenia zawsze wyprzedzają rzeczywistość? Że każdy kiedyś w końcu przegra - jeśli nie z czym innym, to z własnym ciałem, które zestarzeje się, zbrzydnie i umrze? Że smak prawdziwego sukcesu nie umywa się do smaku marzeń o sukcesie, to...

czwartek, 19 maja 2016

Największe kłamstwo

Przez ponad dwa tysiące lat znanych nam dziejów myśli ludzkiej, choć wymyślono tysiące różnych recept na szczęście, na ogół wszystkie te recepty sprowadzały się do formuły, dzięki której człowiek mógłby pogodzić się z rzeczywistością. Na przykład - zaakceptować własną śmiertelność. Albo własne ubóstwo. Albo chociaż to, że jakiekolwiek szczęście by go nie spotkało - szczęście to nieuchronnie kiedyś się skończy. Podczas gdy nasze nieszczęścia potrafią trwać przy nas wiernie - do samego końca. Naszego, nie ich..!

Oczywiście, przez te tysiące lat, wśród tysięcy różnych recept na ową formułę szczęścia, zaistniało bardzo wiele pomysłów radykalnie sprzecznych. Na ścianie kościoła św. Trójcy w Grabowie nad Pilicą, gdzie wstąpiliśmy rano, aby uczcić święto Chrystusa Króla wypatrzyłem, wśród listy innych cnót, także cnotę "umiarkowania". Jak się Ojcom Kościoła udało owo arystotelesowskie "umiarkowanie" wpleść w osnowę chrześcijaństwa - pozostaje niemałą zagadką filozoficzną! "Umiarkowanie" pierwotnie, w myśli greckiej, oznaczało nie tylko miarkowanie własnych apetytów (to rzecz oczywista - niepohamowane uleganie apetytom kończy się bólem...), ale też - "umiarkowanie w cnocie" w tym sensie, że poza pewną granicą, człowiek mógł np. zrezygnować z życia, jeśli żyjąc dalej, miałby znosić  coś, co uznał za nie do zniesienia. Jak również - powinien sobie także od czasu do czasu pofolgować, żeby nie przeciągnąć struny...


Chrześcijaństwo takie rozumienie "umiarkowania" odrzuca - posuwając się do ekstremizmu niemalże nie spotykanego: chrześcijanin powinien wytrzymać wszystko, co tylko złego mu się przydarzy.

W tym sensie, konsekwentne chrześcijaństwo godzi człowieka ze światem radykalniej niż jakakolwiek znana mi filozofia. Podkreślam owo godzenie nie bez powodu. 

Największe kłamstwo współczesnego świata polega na tym, że ludzie zdają się wierzyć, iż pogodzenie się ze światem nie tylko nie jest potrzebne, ale wręcz - że ich ogranicza. Że właśnie POWINNI nieustannie świat zmieniać, ze światem wojować, "samorealizować się" (bez oglądania się na innych, na swoje obowiązki, na całą resztę świata...), "dokonywać ekspresji osobowości" - i co tam jeszcze "amerykańscy uczeni" nie wymyślili...

Jeśli potrzeba Wam dowodu na działanie w naszym pięknym świecie Ojca Kłamstwa - to właśnie to. Bo czyż absurdalność takiego pomysłu, jak mu się przyjrzeć staranniej, nie jest oczywista..?

poniedziałek, 16 maja 2016

Te niemoralne zyski...

Czekając wczoraj na Marię Magdalenę w samochodzie zdążyłem przeczytać początek artykułu w "Kurierze Wnet" (pismo to wcześniej było mi całkowicie nieznane) prezentującego założenia programowe jakiegoś kolejnego ruchu "trzeciej drogi", czy innej "konstytucyjnej zmiany" - nie powtórzę, bo nie mam teraz pisma przy sobie, a wyszukiwanie w necie niczego sensownego mi nie dało.

Nie jest to zresztą może dla sprawy najistotniejsze. Po tym, jak dziś rano (poniedziałek jest z założenia brutalny...) bezlitośnie wyrwałem Najlepszą z Żon ze snu i zaciągnąłem na stację kolejową w Warce, wciąż jeszcze nie do końca rozbudzona, wzięła ze sobą do pociągu rzeczone pismo i w drodze do Warszawy zdążyła przeczytać ten właśnie artykuł, z którego wstępem się zapoznałem. Sam w tym czasie czytałem na oślep wymacanego w biblioteczce i wrzuconego do plecaka "Nocnego Kowboja", co zdecydowanie NIE JEST dobrą lekturą na poniedziałkowy poranek! Brr...


Ech - to też właściwie nieistotne. Gubię się w dygresjach. Najlepszy dowód na to, że weekend był udany, prawda..?

W każdym razie nim się rozstaliśmy między stacjami, Najlepsza z Żon zdążyła mi zakomunikować, że Jej zdaniem artykuł był oderwany od rzeczywistości, a to głównie za sprawą postulatu rezygnacji z zysku jako głównego motywu ekonomicznego działania.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli: nigdy nie uważałem, że człowiek to jakiś "homo oeconomicus" i da się bez reszty do kwestii pieniężnych sprowadzić. To wyjątkowo wulgarne podejście do sprawy. Przede wszystkim "korzyść", a nawet "zysk" to pojęcia wieloznaczne i bynajmniej nie dadzą się ograniczyć do chomikowania cyferek na kontach. Ja tam na przykład całe życie chciałem być stetryczałym Panem Dziedzicem (tylko nie zawsze sam o tym wiedziałem...) - i, w sumie, wiele mi do tego nie brakuje, prawda..? Cyferki na kontach zupełnie mnie nie kręcą...


Jednak regularnie pojawiające się postulaty "uspołecznienia zysków", "demokracji ekonomicznej" i temu podobnych, ignorują jeden fundamentalny fakt. Zysk jest zapłatą za ryzyko. Tym większy zysk, im większe ryzyko. Zyski różnych Francise'ów Drake'ów okrążających świat w pogoni za łupami były bajeczne - ale też prawdopodobieństwo, że żywi ze swoich wypraw wrócą, przypominało jako żywo szansę trafienia w Lotka.

Pozbawienie ludzi możliwości swobodnego czerpania zysków spowodowałoby niechęć do inwestowania w przedsięwzięcia ryzykowne. Dyrektor państwowego przedsiębiorstwa, który wprawdzie własnym majątkiem nie ryzykuje w razie wpadki (ale jest rozliczany przez przełożonych, a zgodnie ze Spiżową Logiką Biurokracji, kto nic nie robi, ten nikomu nie podpadnie...), ale też nic nie ma ekstra jak mu błysk intuicji właściwie błyśnie - zazwyczaj podejmował będzie decyzje bardziej zachowawcze i mniej będzie skłonny do innowacji od prywatnego właściciela takiego samego przedsiębiorstwa.

Ewentualne "uspołecznienie zysków", czy inna "demokracja ekonomiczna" musiałaby zatem w krótkim czasie zabić innowacyjność (nie mówiąc już o tym, że powszechna, w takiej sytuacji, niechęć do podejmowania JAKICHKOLWIEK decyzji, sama w sobie doprowadzić musi do nadmiernej centralizacji - bo najlepszym, z punktu widzenia biurokraty, sposobem na uniknięcie odpowiedzialności, jest uzyskanie podpisu szefa...).

Że w świecie współczesnym największą stopę zysku oferują albo przedsięwzięcia nielegalne (jak szmugiel narkotyków, ropy, muzułmanów czy wywoływanie wojen...), albo wspierane przez różne niemiłościwie panujące gosudarstwa monopole (z monopolem bankowym na czele)? Ależ to tylko potwierdza wyjściową tezę!

W przypadku działań nielegalnych jest to oczywiste. Wysokość stopy zysku jest wprost proporcjonalna do zagrożenia karą i ryzyka wpadki.* Że zyski monopolistyczne mają podobną wielkość - to tylko dowodzi, jak bardzo boją się wpadki i kary autorzy tego rodzaju przekrętów...

------------------------------------------------------------------------------
*Sądzić należy, że "uspołecznienie zysków", czy inna "demokracja ekonomiczna" doprowadziłaby do przeniesienia WSZYSTKICH decyzji potencjalnie ryzykownych do sfery mroczno - kryminalnej. Innymi słowy decydent, który nie miałby w perspektywie podjęcia decyzji WŁASNEJ straty lub własnego zysku - podejmowałby decyzje już tylko za łapówki. Ale to już chyba przerabialiśmy..?

środa, 11 maja 2016

Stan stacjonarny

Podręczniki szkolne, literatura, w tym literatura popularna, kino - jednym słowem: wszystkie narzędzia, jakimi dysponuje kultura - wartościują pozytywnie tzw. "postęp". Rozumiany bardzo różnie, nad czym tutaj jednak pochylać się akurat nie zamierzam. Grunt, że wedle kultury współczesnej lepsze jest zawsze to co nowsze, a przyszłość powinna być wspanialsza od teraźniejszości, która z kolei nieodmiennie lepsza jest od przeszłości.

Ten ostatni pogląd (odnośnie wspanialszej przyszłości) poniekąd chyba się na naszych oczach właśnie załamuje. Pytanie co prawda, czy nie dzieje się tak dlatego tylko, że sami jesteśmy coraz starsi..? Co o tym sądzą ludzie DZIŚ młodzi? Spodziewają się naprawdę żyć "lepiej" od swoich rodziców..?

Kultura współczesna, oceniając przeszłość, pozytywnie wartościuje te epoki, które ocenia jako "postępowe", a negatywnie te, które uważa za "wsteczne" bądź "stagnacyjne". Te oceny co prawda zwykle nic nie mają wspólnego z rzeczywistością, ale to temat na osobne rozważania i nie o to tu chodzi.

Chodzi o to, że epok uważanych za "stagnacyjne" jest w dziejach ludzkości znacznie więcej niż "postępowych" i trwają zwykle znacznie, ale to znacznie dłużej.

W sumie to cała nasza "cywilizacja techniczna", od odlania pierwszego miecza z brązu począwszy, nie zbliżyła się jeszcze do czasu trwania "stagnacyjnego" neolitu, a paleolit to wciąż 9/10 znanych dziejów ludzkości...

Kultura współczesna uważa te długie "okresy zastosuje" za już to czas mozolnego przygotowania dzisiejszego "wzlotu" ludzkości - już to za ślepe, błędne manowce, na które ta lub owa część ludzkości zbłądziła (jak np. uważane popularnie za niezmiernie wręcz "stagnacyjne" Bizancjum - co kompletnie, co prawda, mija się z prawdą, ale wiele mówi o współczesnej kulturze...).

Tak się zastanawiam od pewnego już czasu - a na chol..rę nam cała ta napinka, ten stres, "wzlot" i "postęp"..? Nie fajniej byłoby pogrążyć się w ciepłym bagienku umysłowej, technicznej i kulturowej stagnacji, ze spokojem odtwarzać bezpieczne i sprawdzone wzorce wypracowane przez zapomnianych już nawet z imienia przodków, pilnować ortodoksji, w poczucie słuszności i prawa wieszać lub palić na stosach burzących spokój ludu nowatorów, zbytnio się nie przemęczać ani nie gimnastykować..?

Bo, tak szczerze pisząc, jak się nad tym na spokojnie zastanowić, to dla zaganianego w kieracie korporacji jak szczur w kołowrotku sararimana, cała ta "stagnacja" w formie, w jakiej to opisuje współczesna kultura popularna - to wcale nie jest zła propozycja...


Hmm... Czy stąd się przypadkiem nie bierze we współczesnej literaturze popularnej triumf fantasy (która jest, zasadniczo, czystym eskapizmem...) nad "hard sf"..?

A że - jak już kiedyś pisałem i to chyba nawet na tym blogu - tak naprawdę to tzw. "nadbudowa" jest pierwotna, a "baza" wtórna (innymi słowy, ludzie najpierw muszą czegoś chcieć,  żeby potem zrealizować to coś w rzeczywistości...), to pytaniem jest tylko - JAKI "stan stacjonarny" w najbliższej przyszłości zrealizujemy..?

Będzie to eurosocjalizm - czy islamski feudalizm (z niewolnictem, eunuchami, haremami, itp.)? A może jednak uda się stworzyć jakiś pastisz feudalizmu chrześcijańskiego..?

poniedziałek, 9 maja 2016

Koniec jest bliski!

Zaprawdę powiadam Wam: pokutujcie i módlcie się, albowiem koniec jest bliski!

Na własne uszy słyszałem wczoraj, jak warszawscy franciszkanie zapraszali na swoje święto do... kościoła OO Jezuitów!

I nic nie wspominali o konieczności zabrania przez laikat drabin, drągów, lin i innych materiałów oblężniczych...


niedziela, 24 kwietnia 2016

Islamizacja?

W miniony piątek odbyliśmy z Marią Magdaleną marszobieg po butikach. W poszukiwaniu m.in. sukienki na poprawiny. Zgodnie uważaliśmy, że taka sukienka powinna być choć odrobinę... niegrzeczna..?

No i co?

Że na Marywilskiej (to takie "chińskie centrum" - a właściwie wietnamskie bardziej...) były same worki byle jak pozszywane z materiałów odpadowych - to w sumie nic dziwnego.

Ale w "normalnym" centrum handlowym, poza tym, że jakość materiału i wykonania lepsza (no i ceny też, rzecz jasna...) - prawie wszystko co wisi na wieszakach wygląda jak wyjęte z szafy prababki. Bardzo konserwatywnej i wycofanej prababki. Najprawdopodobniej tercjarki bezhabitowego zakonu (były wtedy takie - istniejące w konspiracji, bo rząd carski zarejestrować ich nie dozwalał...).

Podobno moda lubi wracać do rzeczy "vintage", ale na Boga! Już nasze prababki nie wstydziły się pokazać a to nóżki, a to dekoltu. Generalnie nie jesteśmy młodą, niedojrzałą cywilizacją, w której buzują hormony, a poczucie własnej wartości jest tak niskie, że byle spojrzenie kogoś obcego na żonę może zruinować dobre samopoczucie jej męża na zawsze...

Że moda idzie do nas z Zachodu, nasuwa się jeden wniosek...


Ale to dowodzi u paryskich kreatorów nader nikłej zdolności obserwacji. Jak pamiętam bazar w Damaszku (fakt, że to było 15 lat temu - wtedy nikt jeszcze nie kwestionował "reżimu Assada", a przeżywalność wahabickich kaznodziejów w Syrii oscylowała wokół jednego tygodnia, przez co wędrowali tam tylko ci najbardziej spragnieni męczeństwa...), to owszem, była jedna alejka z burkami. Ale poza tym, to sprzedawano głównie takie rzeczy, w których dobra muzułmańska żona pokazuje się w domu swojemu mężowi. Jawnie sprzedawano. Nie to że w jakiejś szopie. Bez haseł tylko dla wtajemniczonych...

piątek, 22 kwietnia 2016

Co ludzie powiedzą?

Nie pamiętam już kiedy i w jakich okolicznościach - i czy opowiadała mi o tym Maria Magdalena, czy może przypadkiem nasz przyjaciel, Darek - ale szło to jakoś tak. Jeden ksiądz do drugiego: wiesz, promujemy odpowiedzialność, życie rodzinne, dbałość o dzieci - a tu Jezus: bez stałej pracy, bez żony i dzieci, włóczył się gdzieś w gromadzie podobnych obdartusów - no jaki to jest wzór..?

W rzeczy samej, próbując podsumować rozwlekłą i pełną emocji dyskusję na forum Re-Volta doszedłem do wniosku (nie po raz pierwszy zresztą...), że na czym jak na czym, ale na ludzkiej opinii i ludzkich konwencjach - to Panu Bogu kompletnie nie zależy.

No bo sami powiedzcie, jak to brzmi..? Panna pocznie i porodzi syna. Rany Boskie! Wszystkie panie Dulskie chwytają swoje córki za ręce i wloką do abortera..! A jak panie Dulskie są postępowe (takich ostatnio najwięcej...), to fundują dorastającym córeczkom różne tam wkładki domaciczne, czy choćby kuracje hormonalne. Żeby tylko brzucha nie było. Już wszystko jedno, czy dlatego, że - co ludzie powiedzą! Czy też dlatego, że - życie sobie dziecko zniszczysz, kariery nie zrobisz!


Oczywiście, że Pan Bóg to wiedział z góry. W końcu jest wszechwiedzący. I właśnie dlatego, że z góry to wiedział potrzebna była ciężarna Panna - a i włóczenie się w gromadzie obdartusów, bez zawracania sobie głowy, co też ludzie powiedzą

Skleroza to straszna rzecz! A wujek Google nie pomaga - tak już jest zaśmiecony, że zapytany, zwraca tylko sto tysięcy newsów o jakichś "skandalach w Kościele". Kto powiedział, że chrześcijaństwo samo w sobie jest skandalem..? Kierkegaard..?

środa, 20 kwietnia 2016

Ustawodawca jest idiotą

Czytam sobie właśnie w pociągach Kolei Mazowieckich (za te same pieniądze - wozimy was dłużej!) Ziemkiewicza. W zasadzie, można powiedzieć, że wychowałem się na Ziemkiewiczu - więc trudno mi się w czymkolwiek z nim nie zgadzać. Ale jednak jeden taki punkt znalazłem: Ziemkiewicz zdaje się odróżniać "wykształciuchów" od "starej inteligencji". Tych pierwszych (co jest oczywistą oczywistością) uznając słusznie za bezmyślnych półmózgów - ale do "starej inteligencji" ma stosunek wręcz czołobitny.

Może to cecha czysto biograficzna. Jestem od Ziemkiewicza dziesięć lat młodszy - i nie urodziłem się pod Warszawą, ani w Warszawie - i nigdy żadnego żywego przedstawiciela "starej inteligencji" nie poznałem.

Skądinąd tenże sam Ziemkiewicz przyznaje przecież, że inteligencja - warstwa społeczna spotykana WYŁĄCZNIE w krajach postkolonialnych (na pewno jest coś takiego jak "inteligencja indyjska" na ten przykład - ale nikt nigdzie nie używa zbitki frazeologicznej "inteligencja brytyjska"; we Francji, owszem, występują wcale obficie "intelektualiści", ale o "inteligencji francuskiej" nikt nigdy nie słyszał - choć "inteligencja wietnamska" nie wydaje się nam językowym dziwolągiem..) ZAWSZE miała charakter "kompradorski".

Inteligencja to po prostu "ludzie pomiędzy" - "ludzie zawieszeni między kulturą rodzimą a importowaną z Zachodu nowoczesnością". Pojawiają się wtedy, gdy kraj dokonuje modernizacji poprzez import wzorców wypracowanych gdzie indziej - no i potrzebni są specjaliści, którzy owe wzorce opanują i wdrożą. Oczywiście chodzi głównie o wzorce, by tak rzec, społeczne - nie tyle więc o drogi, mosty, koleje, fabryki, szkoły i szpitale, co o organizację i sposób życia.

Współcześnie w Polsce "inteligencja" zanika. Trzeba się z tego cieszyć! Znaczy się - dogoniliśmy nareszcie ów wymarzony Zachód i dalej już modernizować się nie ma po co.


Niestety, ów zanik "inteligencji" wiąże się też z kompletnym już zdziczeniem. Najlepiej widać to po zachowaniu tzw. "celebrytów" - zarówno język, którym się posługują, jak i sposób bycia, typowy jest dla półświatka, dla marginesu społecznego. Skąd zresztą bardzo wielu spośród tych indywiduów po prostu się wywodzi.

Etos marginesu społecznego dotyka nas na każdym kroku. Także w sprawach pozornie drobnych, a przecież tak naprawdę - podstawowych!

Wypełnialiśmy właśnie wspólnie z Marią Magdaleną rubryczki w urzędzie. No i, rzecz jasna, pani wpisała "Maria" jako pierwsze imię, a "Magdalena" jako drugie. Co jest oczywistą bzdurą! Podobnie jak bzdurą byłoby rozbijanie Paskowego "Jana Chryzostoma" na "Jana" i "Chryzostoma", czy Rokitowego "Jana Marię" na "Jana" i "Marię".

Przyznaję, że się uniosłem. Im jestem starszy, tym mniej mam cierpliwości dla idiotów. Co i Państwo cierpicie, bo zwykle nie mam też cierpliwości i z Wami się spierać. Po co miałbym to robić? Przecież ja po prostu mam rację! To irytujące, gdy ktoś nie przyjmuje tego oczywistego faktu do wiadomości...

W tym przypadku idiotą jest ustawodawca - o ile to on tak sobie zażyczył - a najpewniej jakiś informatyk, który urzędom stosowny program pisał i o istnieniu imion, które są pojedyncze mimo, że składają się z więcej niż jednego wyrazu, nigdy nie słyszał. Podejrzewam, że nie słyszała o tym zapewne także i większość świeżych absolwentów, pożal się Panie Boże, polonistyki (kolejny dowód na zbędność, a nawet szkodliwość wyższego wykształcenia...) - a z całą pewnością nie słyszała o tym pani urzędniczka, bo próbowała się kłócić. Ze mną..!

Sumarycznie, najbardziej winny jest ustawodawca. Jako ten "na samej górze". Który ustawę o języku polskim uchwalać potrafi - a dopilnować, żeby durne tabelki w urzędowych formularzach po polsku były napisane - to już nie raczy.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Państwo wyznaniowe - czyli jakie..?

Nie, nie - ABSOLUTNIE nie chodzi mi tym razem o ochronę nienarodzonych dzieci (i przykładne karanie ich nieudacznych ojców: jeśli nie za co innego, to przynajmniej za nieudacznictwo właśnie...). W ogóle nie obchodzi mnie w tym wpisie aktualna polityka.

Prawa konwergencji kulturowej są nieubłagane. Europa "ubogacona kulturowo" nie ostanie się jako "projekt laicki". To niemożliwe. Jak słusznie zauważył jakiś czas temu ksiądz proboszcz z Warki, cały ten "projekt laicki" jest po prostu śmieszny. Nie ma z czym dyskutować. Kto będzie umierał - i zabijał - w imię "tolerancji i praw człowieka"..? Sprzeczność sama w sobie..!

Europa przyszłości - i to przyszłości nieodległej - z całą pewnością będzie domeną państw wyznaniowych. Powstaje tylko pytanie - jakich? O ile dość dobrze wiemy jak wygląda państwo wyznaniowe muzułmańskie, a także państwo marksistowskie (to też jest przecież forma religii - a że się tak sama nie nazywa, a nawet głośno proklamuje swój "ateizm"..? Wieloryba nikt nie pytał, czy jest ssakiem, czy rybą, gdy mu nadawano nazwę...), czy państwo wojującego nacjonalizmu (religia jak mo..dę strzelił! Tyle że pogańska...) - o tyle nikt z żyjących nie pamięta już "państwa katolickiego".

Tak samo też nikt z żyjących nie pamięta "tradycyjnej monarchii".  Obawiam się zaś, że ani w jednym, ani w drugim przypadku, odgórnie zadekretować "religijno - tradycyjnej legitymizacji władzy" nie sposób. To tak nie działa. Najpierw dostatecznie dużo ludzi (przynajmniej - aktywna i dobrze zorganizowana mniejszość...) musi uwierzyć, że taka legitymizacja ma sens. 

A to jest bardzo trudne w przypadku rzeczonej właśnie "tradycyjnej monarchii" o tyle, że "prawdziwie tradycyjna monarchia", w jaskrawym kontraście do "państwa marksistowskiego", czy też "państwa tolerancji i praw człowieka" - nie daje się zredukować do kilku prostych sloganów, w rodzaju cztery nogi dobrze - dwie nogi źle, tak ukochanych przez naszą, pożal się Panie Boże, "klasę polityczną" (złożoną na ogół z patentowanych półgłówków - do polityki, wojska i biurokracji od dziesięcioleci mamy przecież "selekcję negatywną", idą tam tacy, co już do niczego innego się nie nadają...).

Co ja zresztą będę tłumaczył..? Bareja już to w końcówce "Misia" doskonale zrobił...


piątek, 15 kwietnia 2016

Prawo silniejszego

Niejeden już raz zwracałem Państwu uwagę, że różne mniej lub bardziej utopijne projekty "postępowej" poprawy ludzkiego bytu kończą się panowaniem nagiej przemocy - "prawem silniejszego". Im bardziej utopijne, tym tej przemocy więcej, ale i w tych wcale niemal nieutopijnych (w sensie - możliwych do praktycznego wdrożenia - lubo ze skutkami z reguły odwrotnymi do wzniosłych zamierzeń...) "prawo silniejszego" ujawnia się w całej okazałości.

W szczególności rozliczne działania awangardy jewropiejskiego progressa, których wspólnymi mianownikiem jest hasło "róbta co chcta" kończą się tym właśnie: że "robi co chce" ten, kto akurat może, bo ma na to dość "woli mocy". I tylko od jego dobrej woli zależy, czy weźmie pod uwagę interes jeszcze kogoś innego, czy nie?

Za dużo wiem, żebym uwierzył w popularny wśród innych katotalibów mit o tym, jak to "zawdy kawalerowie i panienki cnotliwi byli, przed ślubem ócz na się podnieść nie śmieli, rodziców we wszystkim słuchali, a już płodów to nigdy, przenigdy nie spędzali..!". Boy pisząc swoje "Piekło kobiet" faktów nie zmyślał. Mylił się tylko - jak wielu przed nim i po nim - co do recepty.

Owszem - kobiety zawsze w praktyce miały ostatnie słowo co do tego, czy chcą urodzić dziecko, czy też jednak je zepsują (jak zauważa nawet pani profesor Wanda Półtawska, której chyba nikt o nieprawowierność nie podejrzewa..?). To, że w pierwszej połowie XX wieku nagle zrobił się z tego wielki "problem społeczny", to poniekąd skutek gwałtownej urbanizacji: o ile dawniej w każdej wsi znalazła się baba, która wiedziała jakie ziółka, w jakich proporcjach i w jaki sposób podać, żeby się pozbyć kłopotu to, gdy młodzi hurmem ruszyli do miast, owe babki w większości zostały na wsiach i pomarły, swojej wstydliwej i tajnej wiedzy nikomu już nie przekazując - i stąd skakanie z szafy na łóżko, wtykanie drucianego wieszaka albo i wstrzykiwanie żrących płynów do mycia, czy tym podobne horrenda, które z taką lubością Boy opisuje.

Aż trudno uwierzyć, że komukolwiek mogło w tej sytuacji przyjść do głowy, że jak się pozwoli kobietom robić to samo, co zawdy w ukryciu i wstydzie robiły, tylko w majestacie prawa, to one się od tego zrobią zarazem i zdrowsze i "moralnie lepsze". Przecież to oczywista sprzeczność!

Minęło ponad pół wieku odkąd w większości rozwiniętych krajów jest i dowolność aborcji i powszechna edukacja seksualna (obecnie już od przedszkola - tu i ówdzie...) i najrozmaitsza antykoncepcja - i co? Coś się w związku z tym poprawiło? 

Mniej kobiet pewnie umiera z powodu powikłań - ale o ile więcej jest teraz bezpłodnych..?

Sama liczba aborcji bynajmniej nie maleje, a w krajach przodujących w edukacji seksualnej, jak Wielka Brytania, zdaje się nieustannie rosnąć (nie chciało mi się sprawdzać statystyk specjalnie na potrzeby tego krótkiego wpisu, jak mnie ktoś poprawi, obrażał się nie będę). A i niemowlęta na śmietnikach czy zgoła w beczkach na kapustę znajduje się wciąż tak samo, jak dawniej się znajdowało.

Ogólnie rzecz biorąc, cały ten progress po prostu nie działa. Miejsce moralności wprawdzie wysoce niedoskonałej, bo kolektywnej, opartej na wstydzie (co ludzie powiedzą...), ale jednak jakoś tam samowolę jednych i krzywdę drugich ograniczającej, zajęło nagie "prawo silniejszego". Ja już żyję, ja chcę żyć miło i wygodnie - więc ja będę zabijała, jeśli tak mi będzie wygodniej!

Cały ten progress działać nie może - bo oparty jest na fałszywej antropologii. Człowiek to w praktyce zwierzę leniwe, pożądliwe i nieskłonne do bohaterstwa. Żeby obudzić w nim wyższego rzędu moralność, nie na wstydzie, tylko na sumieniu opartą, Kościołowi i dwóch tysięcy lat okazało się - na skalę masową - wciąż za mało. Że jest to w ogóle możliwe, dowodzi przykład nielicznych. Tłumy niewiele wciąż się różnią od małpoludów w t-shirty i dżinsy odzianych i z końputerami biegających.

Nie jest wcale ów zatrważający stan "moralności publicznej" (jak to dawniej nazywano...) rzeczą prywatną. "Prawo silniejszego" raz przyjęte za zasadę naczelną, nie jedną tylko sferą ludzkiej działalności rządzi, tylko wszystkimi - i mamy w efekcie lekarzy, traktujących ludzi jak połcie mięsa (albo i gorzej...), nauczycieli którzy en mass zlewają totalnie cały ten biznes i walczą tylko o własne przywileje, urzędników z czystej złośliwości szkodzących bliźnim swoim i polityków, dla których jedyną wartością jest interes własnego klanu. 

Skąd niby mielibyśmy mieć innych..? "Prawo silniejszego" rządzi!

W gruncie rzeczy właśnie panowanie "prawa silniejszego" w całym naszym życiu społecznym jest powodem, dla którego wybieram emigrację wewnętrzną, a też i ucieczkę na wieś. 

Skądinąd, nie jestem od tego, żeby słusznych pomysłów na poprawę sytuacji nie popierać. I tak, uważam, że byłoby rzeczą istotnie nader pożyteczną, gdyby przy okazji nowelizacji ustawy z 7 stycznia 1993 roku o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego, itd. - zrealizować pomysł blogerki Kiry i wprowadzić surową karę dla ojca dziecka, które zostało zabite.

Kastracji nasz kodeks karny nie przewiduje - ale bezwzględna odsiadka w wymiarze nie krótszym niż dwa - trzy lata?


Już nie wnikajmy w to, czy zmusił matkę, czy nie zmusił do tego, co zrobiła. Ale skoro dopuścił do takiej sytuacji - a to przecież jego i głównie jego obowiązkiem było zapewnić jej komfort niezbędny w ciąży!* - odsiadka się należy.

Owszem, jest ryzyko, że raz na wiele tysięcy przypadków kobieta specjalnie zabije dziecko - i da się złapać - żeby tylko zaszkodzić chłopu, którego z takich czy innych powodów nienawidzi. Ale to marginalne ryzyko, nie ma się czym przejmować. O wiele rzędów wielkości mniejsze, niż w przypadku oskarżeń o gwałt czy molestowanie! Przy tym technika współczesna ryzyko pomyłki praktycznie wyklucza - skoro ojcostwo daje się obecnie ustalić z niemal 100% pewnością?**

A skutek masowy wydaje się dobroczynny i wychowawczy. Bardziej niż edukacja seksualna która, jak wiemy - nie działa. Od dawna tak dobrego pomysłu nie widziałem... Zobaczycie, że jeśli by coś takiego zrobić, to za 2 - 3 dziesięciolecia i lekarzy będziemy mieli lepszych i nauczycieli i nawet polityków..!
------------------------------------------------------------------------------------------
*I umówmy się: nie ma żadnego znaczenia, czy jest gówniarzem, czy podtatusiałym biznesmenem przeżywającym "drugą młodość". Od braku seksu jeszcze nikt nigdy i nigdzie nie umarł - jak nie jesteś pewien, że dasz radę przynajmniej przekonać kobiety, by urodziła twoje dziecko - trzymaj swojego przyjaciela w spodniach...
**Największą bodaj zaletą tego pomysłu jest prostota postępowania dowodowego - wystarczą jakiekolwiek próbki tkanek... Dlatego też drugiej części pomysłu blogerki Kiry (tej o rodzicach namawiających na aborcję) nie komentuję - tutaj o żadnej prostocie mowy już być nie może...

piątek, 8 kwietnia 2016

Kobiece i męskie 2

Jeszcze niespełna 200 lat temu służba osobista była głównie męska. Kto nie wierzy, niech poczyta chociażby "Pamiątki Soplicy" Wacława Rzewuskiego. Są tam "pokojowcy" - nie ma żadnych, ale to żadnych "pokojówek". Są "rękodajni", a żadnych "garderobianych". Są "sekretarze" wreszcie - nie ma "sekretarek".

I zajęcia te cieszą się prestiżem! "Pokojowcami", "rękodajnymi" Karola "Panie Kochanku" ks. Radziwiłła są synowie najlepszych szlacheckich rodzin z Litwy - i bardzo sobie ten zaszczyt cenią. Bycie "sekretarzem" takiej persony to już gotowa przepustka do majątku i kariery.

O bycie "pokojówką" już w drugiej połowie XIX wieku, raptem kilka dziesięcioleci po tym, jak Rzewuski swój zbiór opowieści napisał, to się mogła ubiegać co najwyżej uboga panna ze wsi pochodzenia włościańskiego - dla szlachcianki, choćby najbiedniejszej, byłby to straszny dyshonor.


Pokazuje to względność i zmienność "tego co męskie" i "tego co kobiece". Przemiana ta jest także koronnym dowodem na względność i zmienność prestiżu, jakim ludzie zwykli obdarzać poszczególne zawody i pozycje społeczne (ten prestiż zawsze jest czysto konwencjonalny - bo niby gdzie jest napisane, że bycie pokojówką to coś gorszego od bycia na ten przykład - nauczycielką..?).

Co charakterystyczne - wartościowane dodatnio zwykle były w historii zajęcia męskie. Wydaje się to o tyle naturalne, że i samego wartościowania dokonywały zwykle... kobiety! To przecież one mówiły swoim dzieciom: e, lepiej nie bawcie się w służbę, to nie przystoi albo tak synku, ładnie się bawisz w lekarza... (zupełnie inną sprawą jest podział "ról płciowych" między małymi nawet dziećmi, bo ten jednak wydaje się "z natury", a nie "z kultury" - małe dziewczynki wszędzie na świecie przytulają i kołyszą lalki nawet, jeśli im tego aktywnie zabraniać, a mali chłopcy tak czy inaczej bawią się w wojnę...).

Skoro wartościowania "zawodów" dokonują zwykle kobiety, to nic dziwnego, że - "dodatnio" wartościowane są zajęcia... męskie! Takie, w których kobiety same nie uczestniczą.

Pytanie: czy jeśli awangardzie jewropiejskiego postępu uda się doprowadzić do równouprawnienia totalnego i kobiety będą już mogły absolutnie wszystko i zawsze - to co się tak naprawdę stanie? Rzecz nie jest ani łatwa, ani mała - a skutki, jak się nad tym zastanowić, mogą być opłakane...

czwartek, 7 kwietnia 2016

Marksizm kulturowy a krótkowzroczność

Charakterystyczną cechą marksizmu "klasycznego" było przeciwstawianie "interesu robotnika" "interesowi kapitalisty". Rzeczywiście, na krótką metę da się to zrobić: każdy chciałby zarobić, a się nie narobić i na tym tle różnica zdań, a nawet kłótnia jest jak najbardziej możliwa.

Ale w dłuższym okresie "interes robotnika" jest zbieżny z "interesem kapitalisty": bo i jeden i drugi zarobi (jakkolwiek by się nie musieli przy tym narobić...) tylko pod warunkiem, że nabywcy kupią towar, który wspólnie wytwarzają. Kto inny da jednemu i drugiemu pieniądze..?

Charakterystyczną cechą marksizmu "kulturowego" jest obecnie równie krótkowzroczne przeciwstawianie interesów np. różnych członków rodziny. I tak "interes matki" ma być rozbieżny, a nawet sprzeczny z "interesem dziecka" - i stąd marksizm kulturowy, oparty, jak wszystkie ideologie wyrastające z Wieku Ciemnoty (który sam siebie zwał "Wiekiem Światła"...) na "prawie silniejszego" postuluje, aby matka mogła dowolnie i bezkarnie zabijać swoje dziecko. Przynajmniej dopóki go nie urodzi. Co, przyznacie chyba Państwo, jest granicą czysto konwencjonalną - bo właściwie dlaczego nie miałaby tego samego móc zrobić z dzieckiem już urodzonym - tak długo, póki jest od niego silniejsza..?

Jednak założenie o przeciwstawności "interesu matki" i "interesu dziecka" nie wytrzymuje krytyki nie tylko z punktu widzenia teologii (takiej lub innej...), ale też - socjobiologii i ewolucjonizmu. Matka ma ten podstawowy interes WSPÓLNY z dzieckiem, że dziecko jest sposobem, dzięki któremu może przedłużyć istnienie swoich genów.*

OK - dążenie do przedłużenia swojej linii genetycznej to tylko instynkt i można argumentować, że człowiek, jako istota rozumna, zdolny jest działać w oderwaniu od swoich instynktów.

Z czym chętnie się zgodzę - ale jeśli człowiek może działać w oderwaniu od swoich instynktów w ten sposób, że skutecznie buntuje się przeciw jednemu z najsilniejszych, tj. instynktowi macierzyńskiemu - to TYM BARDZIEJ może się też i zbuntować przeciw o wiele słabszym instynktom i przywarom, takim jak lenistwo, egoizm, tchórzostwo. 

Ba! Jest to bunt co najmniej porównywalny, jak chodzi o dramatyzm dokonywanego wyboru z poświęceniem - istotnie heroicznym i istotnie wykraczającym poza czysto biologiczną celowość związaną z przekazywaniem genów - jakiego wymaga przyjęcie i podjęcie opieki nad dzieckiem nieuleczalnie chorym.

Podstawianie tego co chwilowe, mało istotne, powierzchowne w miejsce tego co naprawdę istotne, trwałe i fundamentalne, wydaje się jednak typowe dla wszystkich ideologii Wieku Ciemnoty. Może nie przypadkiem zaczęło się to wszystko we Francji, słynnej z lekkości bytu..?


*Na forum Re-volta.pl zostałem zmiażdżony burzą oburzenia po tym, jak ośmieliłem się wystąpić w obronie nienarodzonych dzieci, bo wcześniej, w innej dyskusji, optowałem za strzelaniem do nielegalnych migrantów. A przecież to są dwie, nierozdzielne strony tego samego medalu! W MOIM interesie "biologicznym" leży, aby MOI potomkowie mieli dostateczny "lebensraum" do wygodnego życia - i żeby w ogóle byli (i z tego punktu widzenia nie życzę sobie, aby kobietom przyznać prawo do dowolnego decydowania o potencjalnym ich życiu lub śmierci...). Jak można czegoś tak oczywistego nie dostrzegać..?