Blog główny

środa, 30 września 2015

Elysium

Od czterech miesięcy konsekwentnie "jadę" na najlepszym z możliwych dopalaczy - na mieszance hormonów odpowiedzialnych za stan zakochania. Pomijając krótkotrwałe bunty mojej prawej nerki, przez cały ten czas nawet nie kichnąłem, a wszystkie trapiące mnie wcześniej dolegliwości odeszły w niepamięć. Toteż kiedy pod koniec zeszłego tygodnia złapałem wirusa - byłem przede wszystkim zdziwiony...

No ale cóż - to się, koniec końców, kiedyś musiało stać, prawda? Nic poważnego mi nie jest, po prostu mam katar, a wieczory, kiedy skacze mi temperatura są... trudne. I przez tę trudność obejrzałem przedwczoraj połowę filmu - bo najpierw padłem wcześnie, a potem obudziłem się, zlany potem i zbyt słaby, żeby choć czytać książkę - i włączyłem od dawna nie używane pudło. Akurat na jednym z kanałów leciało takie coś:


(jak nie zadziała, to znalazłem na Youtube jeszcze pełne wersje po hiszpańsku i po rosyjsku - no i, oczywiście, trailery...)

Odniesienie do aktualnej sytuacji w Europie jest oczywiste! Mimo to NAPRAWDĘ NIE SĄDZĘ, aby już w 2013 roku ktoś w Hollywood planował inwazję Afryki i Bliskiego Wschodu na Jewrosojuz - i specjalnie nakręcił sobie "podgotowkę" dla rozmiękczenia Jewropiejców. Wiadomo nie od dziś że branża filmowa lewicowa jest i uwielbia takie łzawe historyjki, a teraz ktoś to po prostu wyciągnął z archiwum, bo wygodne... Zresztą - branża filmowa uwielbia łzawe historyjki, bo Wy je uwielbiacie, Drodzy Czytelnicy!

Tak jest! Mydłki z Was i moralni esteci. Lubicie tylko to, co ładnie opakowane, pachnące i przyjemne - a jak coś opakowania wcale nie posiada, czasem pośmiarduje i bywa bolesne (jak realne życie na ten przykład...) no to się Wam już nie podoba i krzywicie nosy...

Dlatego bardzo łatwo jest "sprzedać" w dzisiejszym świecie wszystkie takie idee, w których udaje się sprzęgnąć Wasze estetyczne przewrażliwienie - z jakimś przesłaniem.

Na ten przykład zabijanie nieładne jest. Przynajmniej - zabijanie bezbronnych zwierząt. Prawda? Co innego, jak się gladiatorzy czy inni poszukiwacze pierścienia majchrami widowiskowo szlachtują, to jeszcze ujdzie...

Bieda jest nieładna. Zresztą - to zależy jak się ją sfilmuje... A wielu jest takich, którym zależy na ODPOWIEDNIM filmowaniu tej biedy...

Niestety, rzeczywistość jest zbyt złożona, aby dało się ją w takich prostych, estetycznych kategoriach wziąć i rozkminić.

To prawda: Europa Zachodnia jest bogata, a Afryka i Bliski Wschód (w większości) - biedne.  Przy czym zarówno pojęcie "bogactwa", jak i pojęcie "biedy" jest czysto subiektywne i względne.

W estetycznym uproszczeniu jednak to, że Europa jest bogata, a inne kontynenty nie, jest "nieładne". I COŚ z tym koniecznie trzeba zrobić!

Najlepiej - szybko i widowiskowo. Na przykład - przyjąć milion czy półtora miliona imigrantów. Na początek. Bo potem będzie ich 10 czy 15 milionów. A potem 100 czy 150. Każdy, który dotrze do Niemiec i zasiłek dostanie pierwsze co robi przecież, to podładowuje swojego iPhone'a i obdzwania znajomych, którzy zostali w domowych pieleszach z prostym przesłaniem: Abdul, stary, pakuj klamoty i przyjeżdżaj! Tu jest zaj..ście! Nie trzeba popylać z osiołkiem na plecach po daktyle, wszystko ci pod nos dają. W dodatku te ich k...y nie dość, że cycki na wierzchu noszą, jakby się prosiły o przygodę, to - nie uwierzysz - mają wszystkie zęby..! Zaprawdę, Allah jest wielki..!

Jak Państwo doskonale wiecie, jestem zakutym zwolennikiem filozofii wuwei i niespieszno mi, żeby COŚ na wielką skalę, szybko i bez zastanowienia - robić! Na ogół doradzam najpierw pomyśleć...

Milion czy półtora miliona imigrantów, nawet razem z rodzinami - OK, damy radę.

10 czy 15 milionów - cienko to widzę, a już "transza" rzędu niemal miliona głów, jaka w tym wypadku przypadłaby na Naszą Umęczoną Ojczyznę - to jest nie-do-pomyślenia.

100 czy 150 milionów to koniec. Armageddon. Mad Max. Finis Europae. I nawet nie chodzi o to, że brzydkie muslimy zgwałcą, zaśmiecą, rozkradną i podpalą. Chodzi po prostu o to, że NIE WIERZĘ w zdolność służb komunalnych, opieki zdrowotnej czy policji w skali całej Europy do zagospodarowania takiej masy ludzi w krótkim czasie. Państwo wierzycie..?

Chyba, że na poziomie Afryki lub Bliskiego Wschodu. Tak. No i to rzeczywiście już falę migracji zatrzyma - bo skoro tu będzie tak samo jak tam, to po cholerę pchać się przez to śródziemne bajoro, prawda..?

Więc pytanie jest proste: chcemy żyć bogaciej niż żyje w tej chwili Afryka i Bliski Wschód - czy nie chcemy..?

Jeśli nie chcemy, to róbmy tak dalej jak robimy, a poziomy, jak to w naczyniach połączonych, szybko się wyrównają. W tym tempie - za trzy - cztery lata jak sądzę. Więcej nie potrzeba.

Jeśli jednak chcemy - no to falę imigracji trzeba zatrzmać. Jak najszybciej. Jak? Chyba się Państwo domyślacie, że nie rozdawaniem cukierków..?

Filmowe Elysium też bardzo szybko stałoby się bardzo paskudnym miejscem, gdyby tak każdy mógł sobie tam pojechać i zostać...

poniedziałek, 21 września 2015

Wolność i zniewolenie

Rozmawialiśmy sobie ostatnio z Marią Magdaleną przy sympatycznej kolacji (to był w ogóle Bardzo Udany i Pracowity Łykend... ale o tym może na blogu głównym, jeśli znajdę czas - o co nie łatwo...) i jakoś tak zeszło nam na problem wolności.
 
W rzeczy samej temat to niemal równie niewyczerpany jak rozmaitość definicji "szczęścia" na ten przykład (znaczy się - ja dobrze wiem, że np. dla pana Janusza z Gorzowa WSZYSTKO w ogóle, co tylko da się pomyśleć lub powiedzieć w tym i we wszystkich innych potencjalnie możliwych wszechświatach jest proste i jasne - ale dla mnie bynajmniej! Widać taki tępy z natury jestem...).
 
Miejscem, gdzie moje postrzeganie tego problemu różni się od liberalnej czy libertariańskiej definicji "wolności" jest postrzeganie człowieka. Dla liberała (będę używał tej nazwy, bo najkrótsza...) punktem wyjścia dla rozważań nad wolnością jest pewien abstrakcyjny byt - "człowiek jako taki".
 
Jasne, że nikt nigdy i nigdzie "człowieka jako takiego" na oczy nie widział. Do pewnego stopnia zrozumiałe jest używanie pojęcia "człowiek w ogóle", "człowiek jako taki" - jako skrótu. Dokładnie tak samo, jak ja pod pojęciem "liberał" podstawiam "każdego w ogólności zwolennika traktowania wolności jako WARTOŚCI NAJWYŻSZEJ".
 
 
Tyle tylko, że rozważając problem "wolności" liberał bynajmniej nie kieruje się wyłącznie ekonomią wypowiedzi, adresując swoje wskazówki do "każdego człowieka" (np. w słynnym zdaniu "wszyscy ludzie stworzeni są równymi"...) bo tak jest krócej i wygodniej! Nie - on usiłuje faktycznie wczuć się w sytuację takiego hipotetycznego bytu, który wprawdzie jest człowiekiem, ale też zarazem - nie jest niczyim synem lub córką, ojcem lub matką, poddanym lub zwierzchnikiem. I próbuje zaproponować rozumienie wolności, które byłoby uniwersalne i dla każdego człowieka, zupełnie niezależnie od tego, jaką pełni rolę społeczną, w co wierzy lub nie wierzy, jakim językiem mówi na co dzień - tak samo stosowne.
 
Dopóki rozważamy sobie (jak pokazani wyżej na obrazku sygnatariusze Deklaracji Niepodległości) głównie POLITYCZNY aspekt takiej "wolności" - i to jeszcze w środowisku, które w rzeczy samej wcale różnorodne czy skłócone nie jest - nie ma większego problemu.
 
Tyle tylko, że raz przyjąwszy taką metodę postępowania - przypominającą poszukiwanie najmniejszego wspólnego mianownika - nie mamy argumentów przeciw rozszerzeniu tejże metody także na inne, potencjalnie możliwe do pomyślenia aspekty "bycia człowiekiem".
 
Skoro nie jest rzeczą dobrą, z punktu widzenia miłośnika wolności - bycie poddanym władzy publicznej, na którą nie ma się żadnego wpływu (jak argumentowali swój pożałowania godny, choć niestety - za sprawą nieopatrznej interwencji francuskiej zwycięski bunt ówcześni Amerykanie...) - to czy jest rzeczą dobrą bycie poddanym władzy (tak czy inaczej się wyrażającej, to bez znaczenia...) pracodawcy? A władzy rodzicielskiej..?
 
Absurd? Ale przecież współcześni "miłośnicy wolności" TO właśnie robią! Kwestionują wszelkie wzorce kulturowe tyczące się relacji międzyludzkich - w imię a to "wyzwolenia kobiet", a to "równouprawnienia mniejszości seksualnych", czy innych. "Praw zwierząt" bynajmniej nie wyłączając (wtedy idą krok dalej i poszukują "najmniejszego wspólnego mianownika dla bycia istotą żywą"...). Dzień później, będąc w gościach u pp. M, naszych sąsiadów, mogliśmy się przekonać jak bardzo postąpiła owa "walka wyzwoleńcza"! Oto ich dwunastoletnia córka wróciła niedawno ze szkoły zmieszana i zawstydzona - okazało się, że im puszczano na lekcji (!) film pornograficzny. W ramach "przygotowania do życia w rodzinie"...
 
Że wielu "politycznych liberałów" powstrzymuje się przed popadnięciem w takie ekstremum..? Z logicznego punktu widzenia - nie mają racji i nie są konsekwentni...
 
Tymczasem nie można tracić z oczu tego oczywistego faktu, że żaden "człowiek jako taki" nie istnieje! Każdy człowiek jest PRZEDE WSZYSTKIM "istotą pozostającą w siatce pewnych, konkretnych relacji społecznych" (a więc jest synem lub córką, żoną lub mężem, ojcem lub matką, bratem lub siostrą, poddanym i - najczęściej - zarazem zwierzchnikiem, sąsiadem, itd., itp.), "istotą posiadającą pewne konkretne przekonania odnośnie życia i świata" (a więc wyznawcą jakiegoś światopoglądu - najczęściej zresztą nieświadomym...), wreszcie - "istotą wdrożoną do pewnej konkretnej kultury" (a więc członkiem określonego narodu, grupy,  mówiącą jakimś konkretnym językiem).
 
Abstrakcyjne i "redukcyjne" pojmowanie wolności prowadzi w konsekwencji do feminizmu, ideologii gender czy ideologii "wyzwolenia zwierząt", gdyż postrzega role społeczne (CO NAJMNIEJ w tym aspekcie, że są one predefiniowane i ŻADNA jednostka nie jest mocna sama dla siebie takiej roli zdefiniować - a w ekstremalnych przypadkach nawet i w tym, że W OGÓLE ISTNIEJĄ - bo skoro istnieją, to samym swoim istnieniem "ograniczają swobodę ekspresji osobowości") jako "ograniczenie wolności".
 
W ten sposób konsekwentny liberalizm prowadzi nawet nie do anarchizmu, tylko do całkowitego zaprzeczenia wszelkiej możliwości pokojowego życia społecznego - do takiej "wojny każdego z każdym", która się roiła Hobbesowi.
 
Brutalna prawda jest bowiem taka, że i największy geniusz sam sobie "roli społecznej" nie wymyśli od początku do końca (może co najwyżej dokonywać jakichś mniej lub bardziej udanych pastiszów...), a z braku interpersonalnego porozumienia z innymi, bez których współudziału takiej poddanej pastiszowi roli pełnić przecież nie może - pozostaje jako jedyny argument goła przemoc.
 
I to też nie jest żadne teoretyzowanie! Popatrzcie co się działo w różnych subkulturach, komunach, co się wreszcie dzieje na ulicach amerykańskich czy europejskich miast w miarę jak "postępują postępy postępu"..? Czyż nie jest to ciągła eskalacja przemocy? Czyż nie potrzeba wciąż więcej policjantów i kamer - w miarę jak coraz mniej ludzie mają wyuczonego odpowiednią w młodości tresurą sumienia..?
 
"Wolność" liberalna kończy się zatem totalnym zniewoleniem i zaprzeczeniem wszelkiego życia społecznego.
 
To na czym polega w takim razie "wolność rzeczywista"..? Ano na tym, żeby w takie zniewolenia nie popadać - żeby nie dać się opętać własnym namiętnościom i słabościom, w tym przede wszystkim: namiętności do tworzenia abstrakcyjnych konstrukcji myślowych. Wiem co piszę..! I nie bez przyczyny odżegnuję się od teoretyzowania, zaiste...
 
Z rolami społecznymi zaś jest tak, jak z etykietą. Dla kogoś, kto zaledwie uczy się tej trudnej sztuki - jest ona potwornym, bo niezrozumiałym ograniczeniem, wymagającym ciągłej uwagi. Ale biegły w niuansach adept etykiety osiąga wolność profanowi niedostępną - może w sposób nieskończenie subtelny wyrażać gamę odczuć i emocji dla profana zgoła niewyobrażalną. I robi to niemal odruchowo, bez wysiłku... Podobnie też niewolą wydaje się praca kiepskiemu pracownikowi, a władza rodzicielska ciąży nieposłusznemu dziecku. Wiem co piszę..!

wtorek, 15 września 2015

Nie jestem doskonały

Przeczytałem sobie dziś rano, dzięki koledze Przemysławowi, który udostępnił to na Mordoksiążce ten oto post. No i cóż mam powiedzieć..? Prawda, cała prawda i tylko prawda...
 
Nie jestem doskonały. Tak naprawdę PRAKTYKUJĄCYM katolikiem to jestem z powrotem od miesiąca. I kilku dni. I już się okazuje, że i to robię tylko na 99%, a nie na 100...
 
Inna rzecz - w życiu nie miałem nigdy czegoś, co można by w jakimkolwiek sensie tego słowa nazwać "doświadczeniem religijnym". Owszem, to co się teraz dzieje, to jest - po ludzku rzecz biorąc - skrajnie wręcz nieprawdopodobny i niemal niewytłumaczalny zwrot akcji.
 
Skądinąd jednak, nie ma takiego zdarzenia, którego nie dałoby się wytłumaczyć działaniem Prawa Wielkiej Liczby. Jeden przypadek nagłego zwrotu życiowego to cud. Milion podobnych przypadków w skali 6-miliardowej populacji całej planety to już wręcz konieczność...
 
Tak, czy inaczej deklaracje pana Cyraniaka o Jego obcowaniu z Duchem Świętym mogę  przyjmować jedynie "na rozum" - nie mam żadnej skali porównawczej, punktu odniesienia, wewnętrznego oglądu, nic zgoła! Taka deklaracja "brana na rozum" brzmi już zaś dużo mniej przekonująco, niż brana "na wiarę", prawda..?
 
Ba! Zalecenie papieża Franciszka, to o "rodzinie imigrantów na każdą parafię" - jako żywo ani nie zawiera takich treści, ani też nie zostało ogłoszone w takiej formie, żeby miało być ostatecznym, niepodważalnym i nieomylnym. Każdemu wolno się z nim zgadzać lub nie - i nie zgadzając się, nie grzeszy bynajmniej.

Jasne - tak samo jak charyzmatyk nie jest w stanie przekonać mnie (bo nie mam udziału w jego mistycznym doświadczeniu...), tak też podobna sofistyka nie przekona charyzmatyka (aż chciałoby się dodać złośliwie, że to dlatego, iż nie ma on udziału w praktycznym rozumie... ale może nie róbmy tego, co..? Ach, już to zrobiłem przecież, niedobry...).

Koniec końców, wszystkie znaki na Niebie i na Ziemi zgodnie wskazują, iż owi potrzebujący wsparcia i chrześcijańskiej miłości imigranci po prostu NIE CHCĄ gościny i opieki ze strony innych parafii niż niemieckie... Skoro tak, to czy mamy prawo narzucać im się z tą naszą miłością..? Gwałtem i przemocą sprowadzać ich do Bożego, Grabowa nad Pilicą, Głowaczowa, Warki itd., itp. - gdzie oni wcale, a wcale żyć i chrześcijańskiej miłości doświadczać nie chcą..?

Ktoś potem gotów pomyśleć, że (hipotetyczny...) samobójczy atak bombowy na warszawskie metro to był efekt jesiennego spleenu, w jaki gotów wpaść przywykły do słońca Erytrejczyk czy Somalijczyk (a nawet Syryjczyk, jeśli przypadkiem taki rzeczywiście się wśród mniemanych "uchodźców" trafi... no dobra: używam podłej sztuczki erystycznej i wszyscy o tym dobrze wiemy...) pod szarym, nisko zwieszonym chmurami niebem Boskiej Woli. A tego byśmy chyba nie chcieli, prawda..? Akurat, co prawda, na razie pogoda zupełnie nie jesienna, ale cóż - niech żywi nie tracą nadziei, wedle prognozy w nocy ma być deszcz.

W ostatecznym rachunku wydaje mi się, że granica pomiędzy "brakiem zaufania do Pana Boga", a "wystawianiem Pana Boga na próbę" jest cienka i śliska. Patrząc na obecny exodus z Bliskiego Wschodu i Afryki przez cyfrowe oczy Sieci nie widać w nim tłumu potrzebujących, którym bezwarunkowo należy się pomoc. Ja w każdym razie nie widzę.


Zgadzam się oczywiście, że ci ludzie maszerują do Europy, ponieważ to Europa ich marsz spowodowała - na różne sposoby: obalaniem Kadafiego i Assada, chorym rozdawnictwem niszczącym rolnictwo Afryki, mirażami beztroskiego życia na niemieckim socjalu. Pytanie brzmi, czy jak ci ludzie już dotrą do Monachium, Frankfurtu czy Bonn, to coś się zmieni, sytuacja ulegnie poprawie - tak w skali globalnej, jak i dla nich samych..? Nie wydaje mi się: jeśli nawet nie wszyscy, to większość z nich nadal będzie sfrustrowana i nieszczęśliwa (bo miraż beztroskiego życia na niemieckim socjalu ZAWSZE wygląda lepiej niż życie rzeczywiste...), a w kolejce będą stały dalsze miliony tylko zachęcone powodzeniem tej fali...

Oczywiście możemy poddać się bezwarunkowo Woli Boskiej i otworzyć granice bez żadnych zgoła warunków i ograniczeń. Zapewne w ciągu kilku lat masowe migracje ustaną. Bo wszyscy i tu w Europie i tam, za Morzem Śródziemnym - będziemy tak samo biedni, jak teraz jest biedna Afryka i Bliski Wschód.* Zanikną różnice, to zaniknie też i motywacja do wędrówek. Na pewno będzie bardziej "równo". Czy zarazem bardziej "sprawiedliwie"..? Z punktu widzenia biedaków zza morza, na pewno tak!

Nie wątpię, że na naszych 15,4 ha z powodzeniem dałoby się utrzymać ze dwie arabskie rodziny. Zakładając oczywiście, że chciałyby pracować w pocie czoła (a więc, że wszystkie doniesienia o nich, jakie się do tej pory pojawiały, są od początku do końca nieprawdziwe, z palca wyssane, zmanipulowane i nie o socjal im chodzi i beztroskie życie, tylko o godność, bezpieczeństwo i takie tam...). Piasek, bo piasek, ale kartofelki i żytko urosną - w miejsce "bezużytecznych", bo żadnym materialnym ludzkim potrzebom nie służących pastwisk dla  naszych równie bezużytecznych z czysto utylitarnego punktu widzenia koni.

Na jakiej wadze zważyć, czy Marii Magdaleny i moja potrzeba piękna, dla której tak uparcie trzymamy się naszego piachudru - jest mniej, bardziej, czy tyle samo warta co czyjaś - czysto hipotetyczna - potrzeba jedzenia..?

Oczywiście można to rozstrzygnąć po darwinowsku, siekierą i widłami (akurat nic lepszego nie mam...). Można. Tylko czy naprawdę tego właśnie chcemy..?

I to NIE JEST chwyt erystyczny! Bo jeśli przyjąć, że imigrantom aktualnym "należy się" - to na jakiej niby logicznej podstawie przyjmować potem, że ich kuzynom którzy na razie zostali w domach już się "nie należy"..? No słucham - na jakiej..? Jakieś pomysły? Jakiekolwiek..?

Jeśli nie chcemy jakiejś hobbesowsko - darwinowskiej rzezi, to może jednak nie wystawiajmy Pana Boga na próbę, nie oczekujmy cudu (tylko cud zatrzyma w domach kuzynów aktualnych imigrantów, gdy ci już dostaną to, czego chcą...) ot tak, bo inaczej nie potrafimy sobie poradzić - tylko właśnie: radźmy sobie!

Że to będzie wymagało brutalności wobec żywych, rzeczywistych ludzi, a nie abstrakcyjnych cyferek? Że taki wybór - "warto odmownie potraktować kilkaset tysięcy po to, aby nie wprawiać w ruch kolejnych milionów" - bardzo nieprzyjemnie przypomina zdanie "warto, aby jeden człowiek umarł za naród"?

Mam wrażenie, że poniekąd po to powstały klauzurowe klasztory, żeby naprawdę wrażliwym naturom takich praktycznych dylematów oszczędzać...
--------------------------------------------------------------------------------
*Wcale nie dlatego, że "wielkość bogactwa" jest skończona i można je tylko dzielić. Bynajmniej! Gdyby w Polsce żyło 100 milionów ludzi zamiast 35 czy 36 - Polska byłaby bogatsza niż jest. Pod warunkiem, że owe 100 milionów CHCIAŁOBY i UMIAŁO pracować. A to jest jednak co najmniej wątpliwe w tym przypadku...


środa, 9 września 2015

Polityka kawiarniana i blogowa

W dawnych, lepszych czasach, sto lat temu, panowie w tużurkach, melonikach i z monoklami siadywać zwykli rano, przed podjęciem obowiązków służbowych tajnego rzeczywistego radcy dworu, felczera albo "szkólnego" przy okrągłym, kawiarnianym stoliku i przy doskonałej, parzonej na węglach drzewnych kawie dyskutować treść porannych gazet. Gazety zresztą ukazywały się wtedy dwukrotnie w ciągu dnia (istniała zresztą zaciekła rywalizacja między gazetami porannymi - uchodzącymi za "poważniejsze" i popołudniówkami - o "lżejszej" treści...).
 
Panowie nowe koszule, chustki, bieliznę, spodnie i tużurki sprawiali sobie raz do roku, a meloniki - raz na dwa - trzy lata. Monokle zasadniczo były dożywotnie. Po tym jak wstali z puchowych piernat, za potrzebą musieli na ogół iść albo do wygódki, albo do wspólnej instalacji sanitarnej, jednej na całe piętro kamienicy - w tych, nielicznych, nowoczesnych miastach, które zaprowadziły sobie wodociągi i kanalizację. Ewentualnie - nocnik, trzymany pod łóżkiem, opróżniała służba, albo specjalnie tylko tym się zajmujący, dochodzący raz dziennie fachowcy, płatni (w carskiej jeszcze Warszawie) trzy grosze od nocnika. Myli się w miednicach, na ogół zimną wodą. Golił ich jeszcze po dawnemu golibroda, do którego wstępowali po drodze do kawiarni, choć upowszechnienie się tanich lusterek sprawiało, że niejeden już wówczas po cichu oszczędzał na tej usłudze, goląc się samemu.
 
 
Mógłbym tak ciągnąć jeszcze długo - punktując wszystkie po kolei różnice między tamtym, dawnym życiem, a naszym, dzisiejszym. Bo jasnym jest, że gdyby któryś z tych panów dosiadł wehikułu czasu (mogli już znać ten koncept, Welles jak raz zdążył opublikować swoją powieść...) i przeniósł się w nasze czasy - byłby zdziwiony tym, jacy my teraz jesteśmy bogaci i rozpieszczeni..!
 
Maria Magdalena, z którą rozmawiałem przez telefon jadąc do pracy przypomniała, że wśród pań o pozycji społecznej informował rodzaj noszonego gorsetu. Panie "z towarzystwa" nosiły gorsety sznurowane z tyłu - bo nie dało się ich założyć bez pomocy służącej:
 
 
Natomiast kobiety "z ludu" kontentowały się zapinanymi lub wiązanymi z przodu gorsetami, jakie dziś można zobaczyć na zdjęciach z Oktoberfest czy innego zjazdu fetyszystów, bo te dało się już założyć samodzielnie:
 

Ale to już naprawdę dygresja na marginesie..!
 
Istota sprawy sprowadza się do tezy, którą stawiałem już dawno temu - że mianowicie wiele się wprawdzie zmieniło, ale ludzie się nie zmienili ani trochę. I tak, jak sto lat temu panowie lubili sobie, dla dodania apetytu i animuszu podyskutować o polityce, śmiałe nieraz snując koncepty - tak i dziś, w przerwie między jedną umową a drugą, albo w oczekiwaniu na telefon od klienta i my lubimy popuścić wodze fantazji...
 
Dawniej dyskutowało  się w gronie bliższych lub dalszych znajomych. Teraz ogłasza się swoje przemyślenia nieomal całemu światu - bo, jak się kto uprze, to nawet i języka w którym tekst jest napisany znać nie musi, jest przecież Google Translator..!
 
W praktyce jednak - nic zgoła z tego nie wynika. Dziś - bardziej chyba nawet niż sto lat temu. Żeby przemówić w kawiarni, trzeba było jednak te minimum odwagi wykazać. A wklepać coś na klawiaturze..? Kiedy nikt nie patrzy? Każdy to potrafi...
 
Przyznaję, że dość jestem tą bezsilnością zmęczony. Nie, nie zamierzam porzucić blogowania. Koniec końców, mój "blog główny" to po prostu narzędzie marketingowe - mam nadzieję, że za rok będą źrebięta do sprzedania. A od czasu do czasu na pewno przyjdzie mi ochota na pouczenie Państwa ex cathedra o tym, co uważam za słuszne, a co nie.
 
Ale nie liczcie na mnie jak chcecie obmyślać plany "ustroju idealnego"..! Za długo żyję na tym świecie, żeby w jakiekolwiek "ustroje idealne" wierzyć. Konserwatywne monarchie też nie były lekiem na całe zło tego świata. Przecież wszystkie upadły - nieprawdaż..?


poniedziałek, 7 września 2015

W polskim złodziejstwie nadzieja...

Naprawdę nie mam nic przeciwko imigrantom. W 2001 roku byłem w Syrii, poznałem trochę Syryjczyków, głównie chrześcijan - i chętnie bym im pomógł. Ale wszystko należy robić z głową, a nie na łapu - capu! Na "łapu - capu" to stać Amerykanów, którzy Bóg jeden wie po co (albo i On nie wie...) najpierw destabilizują pokojowy i chroniący mniejszości (bo na nich oparty...) rząd Assadów, a potem dziwią się, że ich wahabiccy pupile bynajmniej nie zaprowadzają demokracji i równouprawnienia, tylko wprost przeciwnie...
 
Dlatego wczorajsze kazanie w kościele św. Maksymiliana Kolbe na warszawskim Służewcu, gdzieśmy z Marią Magdaleną nieco przypadkowo trafili przypomniało mi podobne kazania i listy pasterskie z 2004 roku: wtedy Episkopat namawiał Polaków do głosowania za przystąpieniem do Jewrosojuza twierdząc, że wierny polski naród na nowo zewangelizuje Europę. Akurat! Wskaźnik frekwencji w kościołach zdaje się spadł już poniżej 30%, a głównym skutkiem przystąpienia do Jewrosojuza są dziesiątki, albo i setki tysięcy do niczego niepotrzebnych i z założenia nieefektywnych inwestycji (jak wodociągi i kanalizacje w wiejskich gminach - zawsze będą droższe i mniej wygodne od własnych ujęć wody i szamb lub oczyszczalni ścieków...) oraz miliony emigrantów, którzy już nigdy do Polski nie wrócą, a i katolikami też w większości nie będą ani oni, ani ich dzieci... Oczywiście księża muszą być i optymistami i ludźmi życzliwymi całemu światu poniekąd "zawodowo" - ale ot tak sobie, beztrosko i mimochodem twierdzić, że "nie mamy się czego bać ludzi innej wiary, póki sami pozostaniemy chrześcijanami"..? Człowieka świeckiego, a jeszcze polityka, na taką beztroskę po prostu nie stać!
 
Na szczęście, jest w tym wszystkim światełko nadziei! Ale po kolei, po kolei...
 
Jeśli więc pomagać z głową, a nie na łapu - capu, to trzeba sobie powiedzieć najpierw - komu. A potem - w jaki sposób.
 
Otóż komu jest rzeczą względnie jasną. W Syrii wciąż przetrwał, w spadku po Imperium Ottomańskim system "milletów", czyli takich grup etniczno - religijnych, na czele których stoją na ogół przywódcy religijni. Dzięki temu chrześcijanie wszystkich wyznań są policzeni, zewidencjonowani, zorganizowani. Trochę tylko gorzej policzeni i zorganizowani są też inni: Druzowie, Jezydzi, Kurdowie, szyici różnych obediencji.
 
Wszystkie te mniejszości razem tworzyły do tej pory koalicję wspierającą rządy klanu Assadów i mają słuszne powody obawiać się zemsty sunnickiej większości: biedniejszej, do tej pory nie dopuszczanej do stanowisk rządowych, armii, urzędów czy szkół, dyszącej chęcią zemsty, a w tzw. "Państwie Islamskim" posiadającej zbrojne ramię, które będzie tej zemsty narzędziem.
 
Wojna się jednak jeszcze nie skończyła! Tak samo więc, jak nie widzę najmniejszego powodu, aby pomagać syryjskim sunnitom - bo nic, ale to nic im w rodzimym kraju nie grozi, a nawet wprost przeciwnie! - tak też nie widzę najmniejszego powodu, aby ratować mężczyzn w wieku poborowym. To przecież dezerterzy!
 
Sunnici - mężczyźni i chłopcy zdolni do walki powinni być zamykani w dobrze pilnowanych obozach. Pozostałych mężczyzn "uchodzących" z Syrii należy wyposażyć przynajmniej w broń osobistą (radomska fabryka będzie miała zbyt...), stosowny zapas amunicji, podstawowe środki medyczne (zwłaszcza opatrunkowe) - i odstawiać do Damaszku, żeby zasilili szeregi armii rządowej, która jako jedyna jest w stanie skutecznie przeciwstawić się wahabitom.
 
Kobiety i dzieci sunnitów, o ile takowe wśród uchodźców w ogóle się trafią (podobno prawie ich nie ma - dlaczego..?) powinny być odstawiane na tereny opanowane przez "ISIS" - ich obecność spowolni ruchy rebeliantów, zmusi ich do wydzielenia części żywności i paliwa na potrzeby cywilów. Azyl w Europie należy się kobietom i dzieciom pochodzącym z mniejszości etnicznych i religijnych Syrii, bo oni i tylko oni są rzeczywiście zagrożeni.
 
Skoro już wiemy komu - to pozostaje pytanie: jak..? To trudniejsza sprawa. Syria w ogólności, jak pamiętam z 2001 roku, najbardziej przypominała Polskę z lat 80-tych XX wieku. Podobny poziom techniki w każdym razie. Syryjczycy potrafią zatem obsługiwać maszyny, posługiwać się komputerami osobistymi - wśród chrześcijan jest wielu nauczycieli, lekarzy, urzędników, trochę rzemieślników. Druzowie to przede wszystkim żołnierze. Kurdowie i Jezydzi to głównie pasterze i rolnicy. Niestety: na ogół mówią pięknym językiem arabskim, co raczej niewiele pomaga w Naszej Umęczonej Ojczyźnie (a są też chrześcijanie - z jednej, jedynej wioski, która jest rodzajem "żywej skamieliny" - mówiący na co dzień po asyryjsku - ostatni żywi Asyryjczycy na tej planecie! To prawie jak dinozaury...). Najpowszechniej znanym w Syrii językiem obcym jest rosyjski, ale młodzi na ogół znają też choć trochę angielski.
 
"Integracja w społeczeństwie polskim" wydaje się dość abstrakcyjnym zadaniem, a przy tym - czy rzeczywiście należy do tego dążyć..? Naprawdę chcecie, żeby ostatni żywi Asyryjczycy przestali mówić po asyryjsku i uznali język polski za swój ojczysty..? To by przecież była niepowetowana szkoda dla kulturowego dziedzictwa ludzkości...
 
Skądinąd jednak, jakeśmy wczoraj spacerowali po Służewcu z psem (którym Maria Magdalena się właśnie opiekuje w zastępstwie właściciela...), to nie ma bloku, żeby na nim choć jedno ogłoszenie o sprzedaży mieszkania nie wisiało. A kilka stoi całkiem pustych, deweloper jeszcze nie sprzedał.
 
Co za problem kupić całe osiedle - i tam, porządnie, zorganizowanie, parafiami i sąsiedztwami, tych najbardziej zagrożonych przesiedlić? O ile oczywiście sami tego chcą.
 
Nie mówię wcale, żeby tworzyć getto! Ale tak będzie wszystkim łatwiej - no i nie prześlizgnie się żaden terrorysta, bo przecież swoi swoich znają najlepiej... Od razu pojawią się pierwsze miejsca pracy: własna szkoła, własna parafia (albo i parafie, bo wyznań chrześcijańskich jest tam kilka...), sklepy i restauracje z syryjskim jedzeniem, bazarek na którym rzemieślnicy będą mogli ciekawskim Polakom sprzedawać swoje "old hand made" wyklepane świeżo na zapleczu dzieła metaloplastyki, przyprawy, kawę czy dywany. Sam mam nad łóżkiem w chatce kobierzec kupiony na ulicy w pobliżu damasceńskiej Bab Tuma, czyli Bramy św. Tomasza - tej właśnie, gdzie Pan dotknął Szawła i zamienił go w Pawła!
 
 
Bredzę trzy po trzy, prawda..?
 
Jasne, że nikt tak nie postąpi, jak powyżej radzę..! Nie ma takiego rządu w Europie, który by się odważył "dyskryminować" na ten przykład sunnitów - co oczywiście będzie miało taki skutek, że ludzie naprawdę uciekający przed wahabickim terrorem z Syrii, zostaną w ciągu pokolenia czy dwóch zdominowani, stłamszeni i przymuszeni do konwersji na wahabicką odmianę sunnickiego islamu tam właśnie, dokąd uciekli - w Europie! Szybko bowiem sunnici staną się większością także i w skupiskach świeżo przybyłych azylantów i przejmą w nich władzę. Zresztą dla niemieckiego czy polskiego urzędnika każdy śniady to śniady i kto by ich tam rozróżniał...
 
To gdzie ja w takim razie widzę światełko nadziei..? Ano - w tytułowym polskim złodziejstwie. Natchnęli mnie tą nadzieją wczoraj, podczas krótkiego spotkania, pp. M., nasi sąsiedzi i dobrodzieje. Otóż - ulegli presji księgarza i przed nowym rokiem szkolnym nie kupili podręczników dla swojego pierwszoklasisty, któremu przysługiwały darmowe podręczniki, fundowane w ramach "kiełbasy wyborczej" przez rząd pani Kopacz za pośrednictwem samorządu.
 
Popełnili błąd! Podręczniki dostali stare i zniszczone - a podpisać musieli zobowiązanie, że jeśli takie na koniec roku oddadzą, zapłacą jak za nowe.
 
Znakiem tego ktoś:
  1. Rozkradł do szczętu dotację (jak czytamy na zalinkowanej powyżej stronie MEN, 221 mln PLN).
  2. Zebrał, zapewne oddawane za darmo, stare i zniszczone podręczniki i dał je pierwszoklasistom zamiast nowych.
  3. Na koniec roku szkolnego zbierze za te "darmowe" trupiszcza jeszcze raz kasę jak za nowe.
M. aż w głowę zachodził, kto był taki genialny, żeby tak totalny przekręt przeprowadzić! Aż strach wypowiedzieć to słowo, ale jego zdaniem to nie mogła być głowa bez pejsów i jarmułki... Choć ja tam w przemyślność przaśnych naszych, pszenno - buraczanych złodziei też wierzę..!
 
Z ewentualną "pomocą dla azylantów" będzie tak samo, albo i gorzej. Widzimy przecież, że i ci chrześcijanie, których parę tygodni wcześniej prywatna fundacja ściągała, już uciekają do Niemiec, bo w Polsce głodem padają - tak mało do nich trafia z obiecanej wcześniej pomocy. Owe 10 tysięcy, które nam Anielica Merkel chce wcisnąć, o ile tylko znajdą dziury w płotach ośrodków dla azylantów - prysną najdalej po paru tygodniach. Taki mamy klimat...



czwartek, 3 września 2015

Konserwatysty kłopot z gosudarstwem

Nie pierwszy już raz twierdzę, że konserwatyzm tak naprawdę trudno uznać za "ruch ideowy". Żeby być konserwatystą, nie tylko w potocznym sensie tego słowa, naprawdę nie trzeba bowiem wyznawać żadnych konkretnych idei! Zupełnie wystarczy, gdy człowiek instynktownie przeciwstawia się pospiesznym, rewolucyjnym, opartym na abstrakcyjnych koncepcjach zmianom.
 
Jest jednak także pewien głębszy powód, dla którego wstrzemięźliwość wydaje mi się najlepszym doradcą jak chodzi o formułowanie "myśli konserwatywnej". Co zrobić z gosudarstwem..?
 
Czysto teoretycznie konserwatysta nie może być anarchistą. Nie jeden raz zresztą i nie dwa polemizowałem z libertarianami. Państwo, jakkolwiek opresyjne i żałosne w swych uroszczeniach do wszechmocy by nie było, nie jest tworem "sztucznym" w takim sensie, w jakim sztucznym tworem jest na przykład tama przegradzająca bieg rzeki. Nikt nie wymyślił jako pierwszy, że założy państwo! Ono się samo zrodziło.
 
To prawda - już przy narodzinach państwo spłynęło krwią. I kąpie się w niej do tej pory. Tym niemniej, jak każdy z ludzkich tworów, państwo ma dobre i złe strony. Tym się, przy okazji, różnię od utylitarystów i innych liberałów, że ja nie poszukuję dobrych stron państwa w jego działalności, by tak rzec "usługowej" względem poddanych - ta działalność bowiem wcale nie jest dla istnienia państwa konieczna! Raczej widziałbym owe "dobre strony" we wpływie wychowawczym - tym najsubtelniejszym, bo polegającym na dawaniu dobrych przykładów.
 
Jak niedawno mówiłem Marii Magdalenie, wojowie Mieszka I (a zwłaszcza jego niepohamowanego synalka!) miłymi ludźmi nie byli. Wyobrażam ich sobie jako zgraję urodzonych morderców, rabusiów i gwałcicieli. Starczyło jednak niespełna 500 lat chrystianizacji i owego powolnego, przez przykład, a nie przez przymus (a przynajmniej - nie przede wszystkim przez przymus...) działającego wpływu panującej dynastii, a zyskaliśmy w ich potomkach spod Grunwaldu i z (niezbyt, skądinąd, przykładnego moralnie...) soboru w Konstancji galerię postaci raczej nie do wyobrażenia w lożach "Sowy i Przyjaciół", nieprawdaż..?
 
 
Przy okazji jest to dowód na wszechobecność entropii we Wszechświecie - starczyło lat zaledwie 300 degeneracji i znowu rządzą nami mordercy, rabusie i gwałciciele. Tyle, że gorsi od tamtych sprzed 1000 lat, bo na dodatek - tchórzliwi (nikt też od nich nie próbuje wymagać, aby własnego nadstawiali karku, co jednak dla wojów Mieszka było codziennym podpłomykiem...).
 
Problem polega na tym, że nie mam bladego pojęcia jak ten stan rzeczy odmienić na lepsze!
 
Jasne - luminarze "myśli konserwatywnej" dawno dali na to pytanie odpowiedź. Jest tą odpowiedzią konserwatywna i katolicka monarchia jako "ustrój idealny" (taka przecież, a nie inna, właśnie owych Zawiszów i Włodkowiców wychowała...). I konserwatywna, katolicka dyktatura jako najlepsza do owego "ustroju idealnego" droga.
 
Cóż, kiedy na całym tym Bożym świecie nigdzie już nie ma ani jednej konserwatywnej i katolickiej monarchii (poza Watykanem...) - i chyba nigdzie też nie ma nawet konserwatywnej i katolickiej dyktatury. A wszystkie, które wcześniej były - jak jedna przekształciły się w normalne, postępowe demokracje, co najwyżej zachowując jakieś dekoracje..!
 
Wobec takiego stanu rzeczy dyskusja ze zwolennikami demokracji i postępu bywa... trudna..? No i naprawdę bardzo, ale to bardzo trudno sobie wyobrazić zaprowadzenie konserwatywnej dyktatury w Naszym Umęczonym Kraju! Chyba, że po wojnie domowej, o czym nie tak dawno przecież pisałem.
 
Po wojnie domowej nie dlatego nawet, że naród by taki opór stawił. Broń Panie Boże! Opór katolickiej i konserwatywnej dyktaturze to by stawiło Wojsko Polskie - i jest to bodaj JEDYNE zagrożenie, przed którym te pasibrzuchy, lenie, nieudacznicy i notoryczni złodzieje w  mundurach rzeczywiście broniliby się orężnie. Rojenia p. JKM o tym, że "generałowie zrobią porządek z sejmokracją" od samego początku, gdy je po raz pierwszy przeczytałem - a było to na początku lat 90. ubiegłego wieku - mam za chore fantazje i nic więcej. Armia nasza jest niczym innym jak tylko jedną z dykasterii tłustej biurokracji (tyle, że jest dykasterią szczególnie uprzywilejowaną bo nic i nikt nie jest w stanie jej kontrolować...) i nic jej nie interesuje poza napychaniem kabzy oraz świętym spokojem - a każda wydana na nią złotówka jest złotówką nieodwołalnie i ostatecznie zmarnowaną.
 
Jest tedy konserwatywna dyktatura bytem na gruncie Naszej Umęczonej Ojczyzny utopijnym.
 
Z drugiej strony, trudno sobie doprawdy wyobrazić wyborcze zwycięstwo ruchu politycznego, który by obiecywał elektoratowi wyłącznie ciężką pracę, myślenie o samym sobie zamiast polegania na gosudarstwie i żadnych łupów do podziału. Nawet niepohamowany w swych chuciach Bolko, syn Mieszka, miałby problem, jak taki message wprost i bez ogródek przekazać swojej drużynie wojów..!
 
Jak się nie obróć - d...a z tyłu! Jak zwykła mawiać lat temu dwadzieścia parę mój dobry przyjaciel Siła, podsumowując w ten sposób zwykle wykłady z ekonomii...
 
I jak tu żyć, jak żyć..? Ano właśnie: zachowując wstrzemięźliwość w formułowaniu myśli i ideałów. W gruncie rzeczy tyle jest rozmaitych frontów walki z postępem, tyle groźnych nowych idei do zwalczania, że doprawdy - brak już nawet i czasu na jakieś "pozytywne wnioski i propozycje"...