Blog główny

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

"Dlaczego jestem przeciw gender?"

Pytanie tej treści zadała mi wczoraj Maria Magdalena. Ponieważ Państwo (jak zwykle, skądinąd...) nie wszyscy zrozumieliście to, co na ten temat pisałem poprzednio kilka razy, podsumuję teraz naszą wczorajszą rozmowę w sposób możliwie najprostszy:
  • Jestem przeciwko "gender" bo to taka sama utopia jak komunizm, ekologizm czy inne, podobne bzdury. Wszystkie tego rodzaju "projekty" obiecują ludziom raj na Ziemi. Ludzie wierzący powinni wiedzieć, że raju na Ziemi zbudować się nie da (sama propozycja jest już bluźnierstwem, na które Ten Na Górze reaguje dość alergicznie - że o wieży Babel przypomnę...). Ludzie niewierzący powinni tak, jak się sami deklarują, zachowywać w życiu szlachetny sceptycyzm (przynajmniej teoretycznie, bo jakoś w praktyce zwykle bardzo są łatwowierni...), a więc również - nie powinni łatwo dawać wiary tak daleko idącym obietnicom...


  • Jestem przeciwko "gender" bo jak każdy tego gatunku "projekt amelioracyjny" bez najmniejszej wątpliwości spowoduje znacznie więcej cierpienia niż zniesie (a przecież celem całego tego "projektu" jest nie co innego, jak właśnie rzekome likwidowanie ludzkiego cierpienia, w tym przypadku - cierpienia odmieńców seksualnych, jęczących pod jarzmem "opresji normatywnej"...). Bez najmniejszej wątpliwości powtarzam, bo tak jest zawsze i NIGDY nie było od tej reguły żadnego zgoła wyjątku - a tu akurat powód nieuchronnego niepowodzenia przewidzieć aż nadto łatwo. Jest nim, jak zwykle - typowe dla wszelkiej lewicy i całego "obozu postępu", a z gruntu błędne założenie, że ludzie są z natury dobrzy. G...no prawda! Ludzie są różni. Jedni dobrzy, inni źli, a wszyscy - słabi. I cała ta "opresja normatywna", o której pisałem poprzednim razem (i nie zostałem zrozumiany... przynajmniej, jak mi się wydaje, nie zostałem zrozumiany przez Grzesia...) po to jest, żeby nam w naszych słabościach dopomagać...
  • Jestem przeciwko "gender" całkiem niezależnie od tego, czy jest to dyaboliczny spisek wymierzony w Kościół, rodzinę i wartości, czy "projekt badawczy", który się nieco wymknął spod kontroli i żyje swoim własnym życiem (co skądinąd dość typowym zjawiskiem w naszym zbiurokratyzowanym świecie jest...), czy zgoła - pełen zacnych intencji akt współczucia. Skutki będą w każdym przypadku dokładnie takie same. Co mnie w związku z tym obchodzi jaka jest geneza..?
  • Jestem przeciwko "gender", bo to kolejny przykład na to, jak łatwo popaść w zabobony, gusła i przesądy, a nawet w zbrodnie - podpierając się niedojrzałą, niesprawdzoną, a często wręcz pozorną tylko nauką i "naukowością". Socjalizm w jednej ze swoich odmian wręcz sam się nazywał "naukowym". Eugenika, o której dziś mało kto chce pamiętać, uchodziła za naukę że ho, ho! Zespół nauk o człowieku, który zrodził współczesne "gender studies" to dyscypliny nie to że początkujące. One nawet nie zdefiniowały do tej pory, czym się właściwie zajmują..! Znaczy się sam przedmiot badań jest na gruncie socjologii, antropologii, psychologii - sporny. To jest stadium raczkowania nauki!!! Matematyka przeszła to stadium wraz z Euklidesem - 2500 lat temu. Psychologii dziś stanowczo za wcześnie na to, żeby miała kogokolwiek pouczać, a tym bardziej - "ratować od cierpienia"...

42 komentarze:

  1. Moim skromnym zdaniem Szanowny Autor najpierw powinien zdefiniować co rozumie przez gender. Niestety, w tym świecie wszystko najpierw trzeba definiować, żeby zostać właściwie zrozumianym.
    A gender można rozumieć na różne sposoby:
    1) Jako czystą i faktyczną naukę o rolach płci kulturowych tudzież naturalnych, o postrzeganiu ich w historii etc. Wtedy nie ma być co przeciw - bo naukowo każdy może sobie zajmować czym chce, byle tego nie finansować z budżetu państwa...W dodatku, można też sobie wyobrazić prawicowe "gender studies" - uczące, że kobieta z naturalnych względów bardziej nadaje się do tego, a mężczyzna do czego innego...
    2) Jako "feminizm x-tej fali" - czyli ideologię mającą na celu pozmienianie tradycyjnego postrzegania ról płci tudzież spowodowania, że ludzie w ogóle nie będą postrzegać płci jako czynnika determinującego jakąkolwiek rolę społeczną - co oczywiście jest lewackie, antytradycyjne, niezgodne z naturą człowieka etc.
    3) Jako ideologię mówiącą, że każdy sobie może zmieniać płeć w każdej chwili, postulującą, żeby mógł to zrobić prawnie i żeby siłą wymusić na "ciemnym ludzie", żeby to tolerował i np. Ryszarda Bęgowskiego nazywał Anną Grodzką.
    4) Jako "emancypantyzm" różnorakich "mniejszości seksualnych" od homosiów poczynając, domagający się np. zrównania praw małżeństw ze związkami homosiów (a konserwatysta jest za likwidacją małżeństw państwowych w ogóle...).
    5) Jako mieszaninę tego wszystkiego.
    6) Na dziesięć innych sposobów.

    Jak mówił Konfucjusz: "naprawę państwa należy rozpocząć od naprawy pojęć"...Więc definicje są przydatne.

    Zapraszam:
    http://milkblog.cba,pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A kiedykolwiek spotkał się Pan z pojęciem "gender" w pierwszym proponowanym rozumieniu..?

      Usuń
    2. MP...
      gender jest de facto punktem 1/, czyli nauką, choć zdania na temat, kto ma te badania finansować rzeczywiście są podzielone...
      a reszta?... jeśli za ideologię uznamy pojedyncze postulaty pojedynczych osób oparte na wnioskach /mniej lub bardziej prawidłowych/ z tych badań, niech sobie będzie, że to ideologia... w końcu każdy człowiek ma jakąś mniej lub bardziej sprecyzowaną ideologię...
      natomiast obecnie, w popularnym obiegu słowo "gender" funkcjonuje jako określenie stworka, który biega po ulicach i kobietom doszywa to, co mężczyznom obcina... pewna część naprawdę się tego stworka boi /strach przed fikcyjnym zagrożeniem nazywamy lękiem/, a reszta się z nich śmieje...

      Usuń
    3. Poproszę o jakiś dowód na "naukowość" tego steku bzdur...

      Usuń
    4. Aha! To, że za "naukowe" uważają te bzdury różni "naukowcy" to żaden dowód. Pamiętamy wszyscy co się stało, gdy Wielki Konstruktor Trurl kazał Maszynie Do Spełniania Życzeń Na Literę "N" zrobić "naukę"..?

      Usuń
    5. @Jacek Kobus...
      do kogo to było?... bo nie widzę ideogramu "@"...
      i o który rzekomy stek bzdur chodzi?... a zresztą, skoro już się arbitralnie tak dobitnie coś oceniło, to prośba o dowód na zaprzeczenie swojej opinii wygląda dość dziwnie... tak?...
      a co do Maszyny Trurla, do maszyna jest tylko maszyną... nawet gdyby się doszkoliła, opanowała litery "p" i "m", to gdyby odtworzyła skasowane pćmy i murkwie, to nie byłyby to do końca te same pćmy i murkwie...
      ale dość tych dywagacji...
      rozmawiamy, czy mam czytać jakiś hejting?... w tym drugim przypadku uprzedzam, że oznacza to zakończenie rozmowy...

      Usuń
    6. Jeśli ktoś wychodzi z propozycją utworzenia nowej dyscypliny naukowej - w tym przypadku "gender studies" - to na nim spoczywa ciężar udowodnienia potrzeby i sensowności takiego kroku. Otóż - poza mnożeniem etatów i grantów na uczelniach, jakoś takiego dowodu nigdy nie widziałem. Istnieje li on w ogóle..? A rozmawiać zaiste nie musimy. Nie ma takiej konieczności...

      Usuń
    7. A tutaj padła w ogóle jakaś propozycja, zacny Autorze? Czy może raczej to się po prostu STAŁO?

      Niektórzy nie widzą sensu istnienia (lub przynajmniej dotowania) socjologii, filozofii czy innych "humanistycznych bzdur" - i podają za główny powód takiego stanowiska to, że na kierunkach owych nie uczy się ludzi niczego przydatnego (do zawodu), no, może poza zawodem wykładowcy na takim kierunku.

      Usuń
    8. Rzecz jest tak świeża, że wciąż należy ją traktować w kategoriach "propozycji do rozważenia" i niczego więcej. Tragedią prawdziwą jest, że mając za całe uzasadnienie garść w żaden sposób nie zweryfikowanych, wstępnych propozycji ze stron tak właśnie "ugruntowanej" dyscypliny badawczej, już próbuje się coś zmieniać w prawie, czy choćby w edukacji...

      I samo nic się nie stało! Konkretne osoby przyznały konkretne pieniądze. Tak niedawno temu, że wciąż da się to sprawdzić..!

      Usuń
    9. @Kira...
      exactly... to się stało... po prostu ktoś zaczął badać sprawy, zjawiska kręcące się wokół płci, relacji miedzy nimi w kontekstach kulturowych, społecznych, religijnych, etc... te badania mają swoją nazwę /"gender"/, może jeszcze nie okrzepło to na tyle, by nazwać to nauką /pojęcie intuicyjne, stąd Maszyna Trurla nie mogła tego pojąć/, nie wiadomo, czy to nowa gałąź czegoś, czy dziedzina interdyscyplinarna, ale fakt jest faktem...
      odrębnym pytaniem jest, czy i na ile ma to finansować państwo, ale to jest problem, który dotyczy wszystkich nauk humanistycznych /i zapewne wszystkich innych/... być może za wcześnie na takie starania, ale nie rozumiem aż takiej paranoi na tym tle, jaką rozpętują tegoż przeciwnicy...
      natomiast nazywanie "gender" ideologią jest już kompletne chore... nauka to badanie jakiegoś tematu, zaś ideologia to postulaty, które mogą z wyników tych badań wynikać... na przykład nauka zwana /ogólnikowo/ atomistyką bada "co w tych atomach się wyprawia"... zaś ideologią będzie, na przykład, gdy będziemy dążyć /a/ do zrobienia bomby, /b/ budowania elektrowni, /c/ tworzenie nowych technologii medycznych... nikt zdrowy na umyśle nie nazwie "atomistyką" ani ideologii "a", ani "b", ani "c"...
      paranoję na tle kilku przedszkolanek, które wpadły na pomysł ubierania dzieciaków w sukienki podpierając się słowem "gender" /bo nie wynikami nawet/ już pominę...

      Usuń
    10. @Jacek Kobus
      Owszem, spotkałem się. Ale myślę, że nie ma co się kłócić o definicję, tylko po prostu trzeba zdefiniować: "ja przez gender rozumiem to i to i dlatego, a dlatego to odrzucam" i wtedy dyskutuje się o istocie, a nazwa jest mniej ważna...A co do tego meritum to myślę, że się mogę z Panem zgodzić, podobnie jak w wielu innych sprawach.
      @pkanalia
      No, myślę, że to nie są tylko "pojedyncze postulaty pojedynczych osób", bo są raczej całe wielkie ruchy i partie domagające się np. zrównania praw tzw. "związków partnerskich" homosiów z prawami małżeństw, karania za "mowę nienawiści", czyli na przykład nazywanie p.Bęgowskiego p.Bęgowskim, a nie Anną Grodzką, powszechnej przymusowej "edukacji seksualnej", finansowania przez państwo operacji zmiany płci, możliwości zmiany płci nawet bez operacji w każdej chwili etc. etc. Nie sądzę, żeby to były "pojedyncze pomysły pojedynczych osób"...
      Myślę, że akurat nikt się (jeszcze!) nie boi, że mu przymusowo zmienią płeć, boi się raczej tego, że samo pojęcie płci się rozmyje i będzie można pójść do więzienia za nazwanie kobiety kobietą...

      Zapraszam:
      http://milkblog.cba.pl

      Usuń
    11. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że "gender" jest PRZEDE WSZYSTKIM ideologią - i jest nader wątpliwe, czy kiedykolwiek stanie się nauką. To zresztą akurat całkiem normalne i typowe zjawisko. Ekonomiści, a raczej ludzie pretendujący do takiego tytułu najpierw zajmowali się zbawianiem całych narodów i "klas", a dopiero po długim czasie wzięli się za rachunkowość przedsiębiorstw czy badanie ludzkich decyzji na rynku, z czego czasem może być nawet jakaś praktyczna korzyść. Podobnie psychologowie - najpierw roili sobie o "uwolnieniu ludzkości od dręczących ją kompleksów", a dopiero niedawno wzięli się za jakieś bardziej przyziemne i praktyczne badania. Z czego zresztą póki co nader niewiele wynika. Z "gender studies" nie wynika zgoła NIC. Co oczywiście nie powstrzymuje wyznawców ideologii od stawiania nader daleko idących postulatów...

      Usuń
    12. @MP...
      kwestia formalizacji /czy rejestracji, błędnie zwanej "legalizacją"/ związków osób tej samej płci była podnoszona daleko wcześniej, zanim ktokolwiek zaczął badać sprawy, którymi zajmuje się gender... zaś temat został upolityczniony dość niedawno /połączony zresztą z kwestią uproszczenia procedur tej formalizacji dla związków osób różnej płci, bo odsetek ludzi orientacji homo jest zbyt mały, by tworzyć znaczący elektorat/, tylko nadal nie ma to nic wspólnego z samym przedmiotem badań gender...
      prywatnym problemem Anny Grodzkiej i oraz innymi kwestiami /włącznie z art.196/ związanymi z tym, że ktoś poczuł się źle po czyjejś publicznej wypowiedzi gender się nie zajmuje... za to zajmuje się być może kwestiami prawnymi związanymi z płciami, co byłoby dość zrozumiałe, gdyż prawo stanowione również jest elementem kultury danej zbiorowości...
      zaś sprawa tematyki związanej z seksem w szkołach jest przedmiotem dyskusji od bardzo dawna /w Polsce od czasów peerelu/...
      natomiast racją jest, że pewne postulaty dotyczące wspomnianego przez Ciebie finansowania lecznictwa ludzi mających problem z identyfikacją płciową lub kwestie prawno-administracyjne z tymi ludźmi związane mogą się opierać na badaniach gender, ale nie gender nie jest ich źródłem...
      tak więc jak widzisz urojony "demon gender" znikł po powyższym, niczym bańka mydlana po dotknięciu palcem...
      reasumując... problemem nie jest formująca się nauka zwana "gender", ale lęk /czyli strach przed urojonym zagrożeniem/ niektórych ludzi przed tym, co z wyników jej badań może wyniknąć...
      sformułowanie "WIELKIE ruchy i partie" proponuję uznać pospołu za drobny, nieszkodliwy chwyt erystyczny...

      Usuń
    13. @MP /ps/...
      rzecz jasna nic nie szkodzi nazywać sobie prywatnie po swojemu różne rzeczy i zjawiska /istniejące lub nie/... pewna moja znajoma do swojej kotki mówi czasem "koniu"... więc dlaczego nie "gender"?...
      słowo "gender" robi zresztą niezłą karierę w przeróżnych żartobliwych, czasem wręcz absurdalnych kontekstach... kiedyś mojego znajomego przyhaczyły dwie policjantki /ponoć bardzo ładne dziewczyny/, gdy trawersował ulicę "nie po pasach"... sympatyczna rozmowa zakończyła się dlań bez uszczerbku dla kieszeni /czyli pouczeniem/... gdy mi opowiadał o tym wydarzeniu /głównie o samych policjantkach/, spuentował to zdaniem "jak tu nie polubić gender?"...

      Usuń
    14. Ujmę to tak: JA nie uważam "geder" za naukę - w żadnym sensie tego słowa. Nie uważam też tej ideologii za niewinną i przemijającą modę. I MOJE zdanie jest tu absolutnie rozstrzygające, bo po prostu - JA mam tu absolutną i niepodważalną władzę. Jeśli Pan/Pani pkanalia tego nie dostrzega, to nie prowadzę tu forum swobodnych pogadanek, tylko ideologicznego bloga o skrajnie konserwatywnym obliczu ideowym. Przy czym ja się do ideologii przyznaję (z tą poprawką, że konserwatyzm jest co najwyżej "quasi-ideologią", bo nie potrzebuje żadnej zgoła idei, żeby poprawnie funkcjonować - zupełnie wystarczy sprzeciw wobec jakkolwiek rozumianych "idei postępowych" - i z tego względu, jest też konserwatyzm w pewnym sensie, "czystą negacją"..!), podczas gdy ulubionym manewrem "obozu postępu" jest podszywanie się pod "naukę" - na ten przykład...

      Usuń
    15. @pkanalia
      Zależy jak rozumieć "gender", ale to tak naprawdę nie ma znaczenia. "Demon gender" jest ideologicznym "demonem" jeżeli uznamy go za ideologię - jeżeli zdefiniujemy go jako pewną ideologię, z której wynikają liczne postulaty "feminizmu x-tej fali" ("równe płace", "parytety" czy inne takie), emancypatyzmu homosiów i innych "mniejszości seksualnych" czy tym podobne. I myślę, że jeśli ludzie mówią o gender jako o niebezpieczeństwie - zwykle mają to na myśli. Jest również charakterystyczne, że ludzie, którzy są przeciw rozwiązaniom Nowej Lewicy, takim jak edukacja seksualna, "związki homosiów", parytety etc.etc. zwykle właśnie nazywają gender ideologią - mając na myśli właśnie pewien zbiorczy twór ideologiczny, który miałby być źródłem postulatów, którym są przeciwni. Natomiast ludzie, którzy osobiście popierają rozwiązania "lewicowe obyczajowo" częstokroć nazywają gender właśnie "tylko nauką", nie widząc w niej ideologii, z której miałyby wynikać ich poglądy...
      Ja natomiast nie zamierzam kłócić się o to czym jest "gender", tylko oświadczam, że jestem za zniesieniem małżeństw państwowych w ogóle, że jestem za prywatyzacją edukacji, również seksualnej, że jestem przeciw karaniu za nazywanie mężczyzną mężczyzny, który poddałby się operacji zmiany płci i domagałby się, żeby wszyscy nazywali go kobietą, że jestem przeciw finansowaniu z budżetu państwa wszelkiej nauki, jak również operacji zmiany płci i że jestem przeciw temu, aby można było swobodnie zmienić sobie w papierach płeć na jaką się komu żywnie podoba - a może nawet jestem za tym, żeby w dowodzie osobistym i w papierach państwowych w ogóle rubryki "płeć" nie było - bo i po co to państwu...
      Jeżeli w takim razie ktoś uzna, że jestem przeciw gender - to jestem przeciw. A jeżeli uzna, że powyższe problemy nie mają z gender nic wspólnego - to też jego sprawa. I tyle po prostu...I myślę, że tak należy pisać w tym świecie, gdzie żadne pojęcie już nie jest jasne i jednoznaczne...

      Zapraszam:
      http://milkblog.cba.pl

      Usuń
    16. @MP...
      akurat ja słowa tu nie mruknąłem, za czym /lub przeciw czemu/ jestem, bo jak się dowiedzieliśmy, tu nie forum swobodnych pogadanek /czyli na przykład wymiany informacji tego typu/, tu trzeba potakiwać Gospodarzowi... tak więc sporo chyba ryzykujesz swoją deklaracją... zdziwiłbyś się jednak, gdybym Ci napisał w czym się z Tobą zgadzam, ale tu tego nie zrobię, bo to byłoby nie na temat...
      pozdrawiać serdecznie Obsadę Forum ze szczególnym uwzględnieniem Gospodarza /i piszę to poważnie, bez cienia ironii/...

      Usuń
    17. @pkanalia
      Nie sądzę żebym ryzykował, bo raczej Gospodarz się ze mną myślę zgodzi w tym, co napisałem, jako że, z tego co mogę wywnioskować z dosyć regularnej lektury wpisów od jakiegoś czasu, mamy z Gospodarzem bardzo podobne poglądy...
      Możliwe że bym się zdziwił, bo przypuszczam, że mimo, iż wnioskując z pewnych rzeczy można by Cię uznać za typowego przedstawiciela Nowej Lewicy (w kwestiach tzw. "obyczajowych"), to jednak nie jesteś aż tak typowo lewacki, jakim niektórzy chcieliby Cię widzieć...Czego dowodem może być choćby to, że czytujesz blogi konserwatystów i monarchistów...Ale i również powyższa deklaracja.

      Zapraszam:
      http://milkblog.cba.pl

      Usuń
    18. @MP...
      zacny MILK-u... mam nadzieję, że Gospodarz potraktuje równie ulgowo moje swobodne pogadanki, jak Twoje... ale nietaktem byłoby Ci nie odpowiedzieć... mam też nadzieję, że nie poczytasz mi to za tzw. "wycieczkę osobistą", gdy wyrażę pogląd, że tkwisz w pewnej pułapce pojęciowej /a co za tym idzie, terminologicznej/... pułapce podziałów "lewica vs. prawica" lub "konserwatyzm vs. postępowość"... nie szukaj mnie /moich poglądów/ w żadnej z tych szufladek... ja mam detektor ustawiony na wolność /ograniczoną przez zdrowy rozsądek/... poza tym może uściślijmy słownik i przywróćmy słowom ich naturalne znaczenie... np. "lewackość", która de facto oznacza myślenie a la Mao, Pol Pot czy Kim... chyba nie posądzasz mnie o takowe, bo wolności jest w tym tyle, co brudu za paznokciem świeżo wyszorowanego krasnoludka...
      trochę trudniejsze jest słowo "konserwatyzm", ze względu na dwuznaczność tego słowa:
      a/ konserwatyzm jako styl bycia, niekoniecznie po całości, ale przynajmniej w pewnych dziedzinach, sferach życia... tu nie ma problemu, bo rzeczywiście są takowe, w których sam jestem konserwatywny... problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś ten styl zaczyna narzucać innym... na różne sposoby... siłą, mową /niekoniecznie agresywną/, manipulacją lub dążeniem do pewnych rozwiązań prawnych... wtedy to już jest:
      2/ konserwatyzm jako ideologia... tu już mamy do czynienia z parciem na totalitaryzm, bardzo bezpośrednim, bo zaczyna się od psucia wolności osobistej, czyli tej najważniejszej... za taki konserwatyzm to ja dziękuję... o ile chodzi o ograniczanie takich zachowań i postaw ludzkich, które innym szkodzą, to wszystko jest okay, bo jest to zrozumiały ogranicznik wolności... ale konserwatyzm posuwa się dalej i dąży do uniformizacji, przy okazji gwałcąc prywatność... końcowym celem jest to samo, do czego dąży "lewackość"...
      może jeszcze omówmy szkicowo "postęp"... dla mnie postęp to może być np. techniczny, w nauce lub w leczeniu się z jakiejś choroby... postęp może być też np. cywilizacyjny /co też jest dwuznaczne, bo może oznaczać postęp w niszczeniu ekosystemu lub w jego naprawie/... itd, etc...
      czyli przeciwstawianie pojęcia "postęp" pojęciu "konserwatyzm" /jako ideologii/ nie ma za bardzo sensu... za to "konserwatyzm /lub inny totalitaryzm/ versus wolność" brzmi jak najbardziej logicznie...
      zaś konserwatyzm jako styl bycia, życia może być bardzo pomocny postępowi w różnych dziedzinach, gdyż starsze rozwiązania, sposoby bywają nieraz lepsze od nowych... tu tworzenie układu opozycyjnych do siebie pojęć jest zgoła absurdalne...
      ...
      aha, jeszcze dwa słowa o feminizmie... tu uchylę nieco rąbka tajemnicy w kwestii swoich poglądów /nadużywając nieco cierpliwości Gospodarza w temacie "pogadanki"/... otóż feminizm jest zbyt złożonym zjawiskiem, by można było jedno znacznie twierdzić, czy jest się "za", czy "przeciw"... są nurty, podnurty lub pojedyncze postulaty, które popieram, są takie, których jestem przeciwny... generalnie sympatyzuję z mało znanym w Polsce feminizmem "prosex", ale to tak z grubsza... zaś tzw. "parytetom" jestem przeciwny... może tyle wystarczy na razie...
      pozdrawiać...

      @Jacek Kobus...
      moje nie zwracanie się do Ciebie w tej dyskusji masz prawo odebrać jako ignorowanie Cię i masz prawo czuć się dotknięty... ale absolutnie nie było to moją intencją... po prostu dałeś wyraźnie do zrozumienia, że nie chcesz /a być może nie potrafisz, w to już nie wnikam/ rozmawiać... więc moje pozorne "olewanie" Cię było spełnieniem Twojej woli /na tym forum Ty jesteś szefem/ i przyjmij je jako okazanie Ci szacunku...
      pozdrawiać...

      Usuń
    19. Nie tkwię aż w takiej "pułapce pojęciowej" o jaką mógłbyś mnie posądzać, tzn. nie definiuję Lewicy i Prawicy tak, jak się to zazwyczaj robi w popularnym w Polsce nazewnictwie, o czym zapewne wiesz, jeśli czytasz na moim blogu nie tylko te wpisy, które komentujesz i ogólnie znasz zarys moich poglądów.
      Nie wiem czy jest sens kłócić się o pojęcia...Ja tylko powiem, że pod pojęciem "lewackości" (bardzo zresztą to nieprofesjonalne pojęcie) rozumiem to samo, co pod pojęciem tzw. "Nowej Lewicy", tj. neosocjalizmu, który zamienił w swoim rzekomym "uwalnianiu" proletariat "tradycyjny" na tzw. "proletariat zastępczy", składający się z kobiet, dzieci, mniejszości narodowych, etnicznych, tzw. mniejszości seksualnych, mniejszości religijnych, zwierząt itp. Ten "proletariat zastępczy" jest rzekomo dręczony i męczony przez, jak to określa JKM, "białego, heteroseksualnego mężczyznę" i stąd należy "uwolnić" go spod tego "jarzma" i stąd mamy różnorakie idee, ideologie czy jak to tam nazwać, które wchodzą w skład Nowej Lewicy, jak np. feminizm, ekologizm, pacyfizm, "emancypantyzm" i wiele innych. Wszystko to właściwie wywodzi się od Rousseau, ale może już darujemy sobie te rozważania o źródłach.

      Słowo konserwatyzm też może mieć różne znaczenia. Może być, jak sam zauważyłeś, czystą niechęcią do zmian, chęcią "zachowania" czegokolwiek co jest - np. obecnego ustroju III RP, za czym konserwatyzm jako ideologia polityczna zdecydowanie nie jest. Nie jest też konserwatyzm, jak może niesłusznie uważasz, rodzajem ideologii totalitarnej, chcącej odebrać ludziom wolność na równi z reżimami Pol-Pota, Stalina, Hitlera czy tym podobnych, zwanych totalitarnymi. Nie tak przynajmniej określa się go zazwyczaj w politologii, konserwatyzm daleki jest od takiego stanowiska, co wiedziałbyś, gdybyś na przykład przeczytał dokładnie mój wpis na temat książki prof. Wielomskiego "Konserwatyzm. Główne nurty, idee i postacie", który chyba właśnie skomentowałeś, zamieszczając rozróżnienie to samo, co w powyższym komentarzu. Jednak konserwatyści dalecy byli od chęci budowy państwa totalitarnego, taki Nicolas Gomez Davila twierdził, że źródłem wszelkiego zła jest nowożytne pojęcie "suwerenności państwa", a Carl-Ludwig von Haller był przeciw istnieniu podatków i miał poglądy bliskie libertarianizmowi...A mimo to trudno nie uznać ich za konserwatystów. Konserwatyzm bowiem nie jest przeciwny wolności, a przynajmniej nie każdej i nie każdy konserwatyzm, na pewno zaś nie konserwatywny liberalizm, za którego przedstawiciela się uważam...Tak, i też uważam, że podstawową zasadą, na której powinno zostać skonstruowane prawo państwowe jest zasada wolności, rozumianej jako prawo decydowania o sobie aż do granicy, jaką jest naruszenie tego samego prawa innych osób...Więc widzisz, że jestem jak najbardziej za wolnością, mimo, iż uważam się za konserwatystę w sensie ideowym i przecież nie jest to chyba całkiem bezpodstawne...

      c.d.n.

      Usuń
    20. cz. II

      Co do postępu to oczywiście są różne postępy. Jest postęp taki, którego jestem zwolennikiem - postęp naukowy - czyli odkrywanie nowych praw rządzących przyrodą, odkrywanie nowych praw chemii, fizyki, biologii etc, oraz wynikający z postępu naukowego postęp techniczny czy też technologiczny - czyli wykorzystywanie odkrytych praw do konstrukcji wynalazków, maszyn, budowli etc., za pomocą których człowiek czyni sobie Ziemię poddaną. Jest też jednak taki postęp, który nazywam "postępem", właśnie tak, ujmując to słowo w cudzysłów, ponieważ polega on na "postępie" ideowym, ideologicznym. Zmiana w materii, w nauce, w technice jest czymś naturalnym od początku świata, co innego natomiast próba zmiany Natury rozumianej jako pewne stałe prawa, rządzące naturą materialną, rządzące światem i człowiekiem, na czele z zasadą Władzy, która jest podstawową relacją między bytami. "Postępowcy" zaś chcą właśnie podważyć te odwieczne Zasady rządzące światem, uważają, że mogą je zmienić, zlikwidować, że mogą znieść Władzę, znieść podział na rządzących i rządzonych, znieść specjalizację natury ludzkiej, a w końcu znieść zasadę samego postępu właśnie, postępu prawdziwego i powrócić do "natury", rozumianej jako stan pierwotny! Wszak ideałem socjalistów jest wspólnota pierwotna, a ideał Rousseau jest "dobry dzikus", choć oczywiście zarówno nieznająca pojęcia własności wspólnota pierwotna, jak i "dobry dzikus" są jedynie fikcjami i utopiami, rojeniami chorych umysłów, niemających nic wspólnego z Rzeczywistością historyczną.
      Do feminizmu nie będę się odnosił, gdyż nie jestem w kwestii jego nurtów specjalistą. Lecz z tego co mogę powiedzieć to jako konserwatysta odrzucam to co się zwykle definiuje jako feminizm już od samych jego korzeni, od ruchu "sufrażystek", a nawet od wcześniejszych "pre-feminizmów".

      Zapraszam:
      http://milkblog.cba.pl

      Usuń
    21. @MILK...
      to nawet nie chodzi o pojmowanie słowa 'konserwatyzm" jako niechęć do zmian... sam na przykład bardzo lubię zmiany, różnorodność, nowinki /w większej skali zwane nowatorstwem/, jestem na to otwarty, ale z drugiej strony, pewnych nowości nie przyjmuję, bo nawet jeśli doceniam ich wartość, to mnie one nie pasują... np. do tej pory używam starej /kiedyś nowej/ poczciwej Noki Classic z klawiszami i dopóki zmiany na rynku mnie do tego nie zmuszą, do ekranów dotykowych nie dam się przekonać...
      słowo "konserwatyzm" jest też bardzo względne... na przykład stopniowe odradzanie się w społeczeństwach zdominowanych przez chrześcijaństwo dawnych religii rodzimych... spójrz z dystansu na oś czasu... w stosunku do dawnego pogaństwa /to jest termin używany też przez samych rodzimowierców, nie ma tu pejoratywu/ chrześcijaństwo było postępem... minęły wieki i okazało się, że chrześcijaństwo się nie sprawdza, nie działa... nie działa na przykład na poziomie ekologicznym, gdyż religie abrahamiczne powstały wśród koczowników działających na zasadzie "nasrać i uciec"... w warunkach geograficznych, w których funkcjonowały, było to zresztą racjonalne...
      ale zostawmy teraz ekologię... powrót do rodzimej wiary można uznać w krótszym dystansie jako postęp, zaś w nieco dłuższym jako konserwatyzm powrót do dawnych, zapomnianych wzorców...
      tak?
      ...
      z tym feminizmem to mnie zadziwiłeś /a tak naprawdę wcale nie zadziwiłeś/... bo zaprezentowałeś klasyczne rozumowanie konserwatystów /w sensie ideologicznym/, w stylu "nie znam dokładnie tematu, ale jestem przeciw, bo ktoś mi powiedział, by być przeciw"...
      no właśnie... nie poznawać, nie wątpić, ale wierzyć... podstawy społeczeństwa roju... tak więc jak widzisz porównanie ideologii konserwatyzmu do ideologii reżimów powszechnie, medialnie, niejako umownie uznanych za totalitarne ma mocne oparcie w rzeczywistości...
      ...
      jak widzisz, świetnie sobie radzę bez odwoływania się do myśli "znanych" ludzi i nie wpuszczam się w licytację, kto, co więcej przeczytał...
      a do Ciebie na bloga będę zaglądał i czasami też pogadamy wtedy... czyli mnie nie musisz zapraszać...
      oozdrawiać :)...

      Usuń
    22. No nie...Napisałem taki długi komentarz i mi zniknął...
      Więc krótko:

      1) Konserwatyzm jest dla mnie zbiorem konkretnych poglądów politycznych i konkretną wizją państwa. Nazwa "konserwatyzm" miała swój sens w określonym czasie i przestrzeni, dzisiaj może bardziej adekwatna byłaby nazwa "tradycjonalizm" lub "kontrrewolucjonizm", choć i te nazwy są niejednoznaczne.

      2) Napisałem, że z tego co wiem, z tego, co mogę powiedzieć jestem przeciw feminizmowi. Nie powiedziałem, że znam się na feminizmie i być może jest jakiś nurt, który by mi odpowiadał.

      3) Specjalizacja jest podstawą w społeczeństwie, każdy wierzy lekarzowi, każdy uznaje autorytet mechanika etc. Każdy jest autorytetem w danej dziedzinie, a tzw. elita jest, czy może była, autorytetem dla ludu w kwestiach polityki, wiary, filozofii etc. A lud dla elity w kwestii hydrauliki, mechaniki etc. Nie ma w tym nic dziwnego, tak działa normalne społeczeństwo. Rozwijałem to w licznych wpisach na blogu.

      4) Nie ma to nic wspólnego z totalitaryzmem, gdyż totalitaryzm jest zaprzeczeniem specjalizacji,oznacza uznanie, że państwo zna się absolutnie na wszystkim najlepiej i chce się wtrącać we wszystko. Totalitaryzm jest zaprzeczeniem specjalizacji, a więc i konserwatyzmu, którego specjalizacja jest jedną z podstaw.

      5) Nie licytuję się kto ile przeczytał, tylko podaję źródła wiedzy.

      6) Zaproszenie na bloga jest moim standardowym zakończeniem każdego komentarza i jest skierowane do ogółu Czytelników jako reklama.

      Zapraszam:
      http://milkblog.cba.pl

      Usuń
    23. Podstawowy błąd popełniany przez liberałów, libertarian i innych wielbicieli wolności polega na nadmiernym zaufaniu do abstrakcji. Nie istnieje taki byt jak "człowiek jako taki". Każdy człowiek jest czyimś dzieckiem, bywa małżonkiem, pracownikiem, podwładnym, szefem, rodzicem - nie istnieje "człowiek abstrakcyjny", oderwany od roli społecznej.

      Problem polega na tym, że tak samo jak aktor w teatrze kiepsko będzie grał rolę, gdy nie nauczy się tekstu, nie poświęci wcześniej wielu godzin na ćwiczenie dykcji czy gestu i nie będzie słuchał wskazówek reżysera, tak też i człowiek nie wypełni ról, które życie dało mu do odegrania, jeśli będzie musiał polegać tylko na sobie. Tradycja, kultura, Kościół, w ostateczności nawet i państwo (choć takich państw, które by to robiły, dziś już nie ma na świecie - liberałowie je zniszczyli w imię swoich wydumanych abstrakcji...) narzucając taką lub inną "opresję normatywną" pomaga ludziom wypełniać konkretne role społeczne.

      Każde eksperymentowanie w tej dziedzinie musi się skończyć bezmiarem ludzkiego nieszczęścia...

      Usuń
    24. @Jacek Kobus
      Tak, generalnie to prawda, z tym, że nie wiem czy jest to błąd popełniany akurat przez liberałów i libertarian, wszystko zależy jak rozumiemy liberalizm czy libertarianizm.
      Poza tym nie sądzę, żeby państwo miało narzucać człowiekowi rolę społeczną, w sensie: karać na przykład za to, że ktoś nie jest lekarzem, choć jego ojciec był czy ustanawiać np. prawne granice stanowe. Państwo powinno jedynie bronić wolności, tj. prawa każdego do decydowania o sobie. A jeżeli ktoś zdecyduje źle, nie posłucha rad starszych, Tradycji, autorytetów etc. i sprowadzi na siebie nieszczęście - to cóż: volenti non fit iniuria, suae quisque fortunae faber est etc.

      Zapraszam:
      http://milkblog.cba.pl

      Usuń
    25. Na tym właśnie polega herezja liberalizmu, że liberałom WYDAJE SIĘ, iż można sprowadzić gosudarstwo tylko do roli stróża nocnego, pilnującego ludzkiej wolności. Otóż - jest to w praktyce nierealne. Takie państwa nigdzie nie istnieją i nigdy nie istniały. Wybór jest tak naprawdę pomiędzy państwem, które tępi występek i krzewi cnotę (jak to ma w swojej nazwie jedna ze służb policyjnych Królestwa Saudów...), a takim, które tępi cnotę i krzewi występek (jak to notorycznie robią państwa tzw. "Zgniłego Zachodu" - np.: dając przywileje samotnym matkom kosztem małżeństw...).

      Usuń
    26. To znaczy co państwo ma jeszcze robić? Jakie "występki" ma tępić, a jakie "cnoty" krzewić?
      Oczywiście - tak naprawdę głównym celem państwa jest przetrwanie samego państwa, głównym celem króla jest obrona swojej władzy, jak to tu już kiedyś było zauważone - państwo nie istnieje po coś, ale dlatego, że jest naturalnym skutkiem żądzy Władzy i nierówności pomiędzy ludźmi.
      Ale mówimy tu o prawie. Na czym powinno być oparte prawo państwowe? Albo inaczej - czego powinno zakazywać prawo, za co powinno karać? Jakie jest kryterium?
      Liberalizm uważa, że tym kryterium jest generalnie naruszenie czyjejś wolności - państwo nie powinno karać mnie, używając przemocy (a każda kara wiąże się z użyciem przemocy, czyli z pozbawieniem wolności w takim czy innym znaczeniu), dopóki ja nie użyłem przemocy wobec innego, dopóki ja kogoś innego nie pozbawiłem wolności. Jest to zgodne z klasyczną definicją sprawiedliwości: "Iustitia es firma est perpetua voluntas suum cuique tribuendi", czyli, że sprawiedliwość jest stałą wolą oddawania każdemu tego, co mu się należy, co wyraża się też w znanej zasadzie "oko za oko, ząb za ząb", w tym przypadku: "przemoc za przemoc". Prawo oparte na takiej zasadzie jest sprawiedliwe.
      Oczywiście państwo może się też wziąć za wychowywanie obywateli. Pytanie - w jakiej moralności? Może - powiedzmy - w religijnej? Ależ przecież nie jest nawet realne, żeby państwo karało za każdy grzech, żeby kontrolowało uczestnictwo w niedzielnych Mszach Świętych, wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych w piątek etc. Nie można więc oprzeć prawa na zasadzie religijnej, to znaczy: nie można karać za coś dlatego, że jest grzechem, gdyż zwyczajnie nie jest realne karanie za każdy grzech.
      Na czym innym można oprzeć prawo? Na jakiej innej moralności? Jakie inne "cnoty" promować, a "występki" karać? Na jakiej podstawie oprzeć "moralność państwową", moralność prawa państwowego?
      Mnie wydaje się najlepsza i zgodna z konserwatyzmem, z realnym patrzeniem na możliwości państwa i jego interesy opcja liberalnego prawa, opartego na karaniu za pozbawienie wolności drugiego.

      Zapraszam:
      http://milkblog.cba.pl

      Usuń
    27. Nie mam czasu ani ochoty na tak abstrakcyjne dyskusje, ponieważ nic z nich nie wynika - nawet moja satysfakcja, bo niby dlaczego mam powtarzać po raz setny to, co już 99 razy wcześniej powiedziałem?

      W praktyce NIGDZIE nie istnieje takie państwo, które by się tylko do pilnowania wolności swoich poddanych ograniczało.

      Niemal każde prawo stanowione przez władzę jest jakoś "aksjologicznie nacechowane". Podałem przykład powyżej. Jeśli prawo stanowi, że samotnej matce łatwiej o miejsce dla dziecka w przedszkolu, a poza tym, przysługują jej zasiłki i dotacje, to tym samym państwo promuje życie w grzechu, a nie zawieranie małżeństw.

      Oczywiście, teoretyczne "państwo liberalne" nie powinno w ogóle zajmować się ani miejscami w przedszkolach, ani rozdzielaniem dotacji. Tyle, że takiego państwa nie ma - i co zrobić, skoro nie ma..?

      Poza tym, mogą być oddziaływania subtelniejsze, a nie tak prostackie. Moim ulubionym jest działanie przez przykład i modę. Władcy państwa JAKOŚ się zachowują. Jeśli używają rynsztokowego języka i chlubią się swoim życiowym sprytem - to nie można oczekiwać od poddanych, żeby postępowali inaczej. Jeśli przeciwnie, demonstrują nienaganne maniery, wyprostowaną postawę i angażują się w działalność charytatywną (na ten przykład) - to tak będą też postępowali ludzie tylko aspirujący do bycia elitą (a jest ich znacznie więcej niż władców faktycznych...).

      W skrócie: "liberalne prawo" to utopia. Mało tego! Jest to herezja. Bo próbuje zaprzeczyć tej niepodważalnej prawdzie, że ludzie są słabi i bez pomocy Autorytetu - zwykle szybko upadają...

      Usuń
    28. Dzisiaj nie istnieje chyba nie tylko żadne państwo, które byłoby wzorem dla liberała, ale też nie istnieje żadne państwo, które byłoby wzorem dla konserwatysty...
      Owszem, prawo jest zawsze "aksjologicznie nacechowane", zawsze jest oparte na jakiejś moralności. Z tym że ja jestem za tym, aby ta moralność sprowadzała się do nienaruszania wolności drugiego.
      Natomiast myślę, że nie tylko "państwo liberalne" nie powinno się zajmować tym, komu przysługuje miejsce w przedszkolu, ale również państwo konserwatywne, a już na pewno monarchia, gdyż jeżeli monarcha zajmuje się zbyt szczegółowymi sprawami, jeżeli zbyt dużo próbuje uregulować prawem skutkuje to tym, że prawo zaczyna być lekceważone, spada Autorytet monarchy, poczucie bojaźni i szacunku wobec państwa, prawa, króla, gdyż szacunek i Autorytet czujemy wobec tego, co rzadko spotykane, więc gdy spotykamy państwo na każdym kroku to nie wpływa to na wzrost szacunku wobec niego, tylko na spadek tegoż szacunku.
      Poza tym myślałem, że Szanowny Autor jest raczej nastawiony na państwo najmniejsze jak się da, a nie na państwo socjalne czy opiekuńcze. W jednym z ostatnich wpisów poświęconych służbie zdrowia napisał Pan, że są pewne usługi, które państwo musi zapewnić, są takie, których raczej na pewno fundować nie powinno, a reszta jest do dyskusji, ale "my raczej uważamy, że każdy sam jest kowalem swego losu i jeśli nie ma, a nikt go w potrzebie nie poratuje, to widać - tak miało być.", więc rozumiem, że nie opowiada się Pan raczej za tym, aby państwo zajmowało się w jakimś dużym stopniu opieką socjalną.

      A co do przykładu - to oczywiście! Ja tu mówię o prawie, o przymusie, o karze - natomiast nie mam nic przeciwko oddziaływaniu przykładem.

      Natomiast liberalne państwo, przynajmniej tak, jak je rozumiem, nie próbuje zaprzeczyć tej niepodważalnej prawdzie, że ludzie są słabi i bez pomocy Autorytetu szybko upadają. Absolutnie nie zaprzecza temu! Nikt nikomu nie broni słuchać Autorytetów, brać przykład z kogoś etc. - ale jeżeli ktoś chce eksperymentować, żyć niby to "bez pomocy autorytetów" etc. i wskutek tego szybko upadną - to czemu zabraniać im upadać i uczyć się na własnych błędach? A już zwłaszcza - dlaczego ma to robić państwo przez przymus, prawo, karanie? Państwo to nie rodzic, państwo nie jest od wychowywania. Państwo to, jak kiedyś napisałem, rodzaj mafii, gangu, który pobiera haracz za obronę przed innymi mafiami - i naprawdę przed nimi broni, oczywiście tylko we własnym interesie. Tyle że jest to mafia z jakąś sprawiedliwością, z jakimś prawem, regułami. "Państwa bez sprawiedliwości są bandami barbarzyńców" powiedział św. Augustyn, a więc państwo to nic innego jak banda, mafia z jakąś "sprawiedliwością".

      Wracając do meritum - ja nie kwestionuję tego, że człowiek potrzebuje Autorytetu, że powinien żyć wg Autorytetów, że potrzebuje dyscypliny, że powinien żyć tak i tak etc. Tyle, że uważam, że nie jest sprawą państwa bronić ludzi przed nimi samymi, bronić im upadać, bronić im zaćpywać się na śmierć, bronić im zapijać się na śmierć, bronić im wielu innych niemoralnych rzeczy. Bo państwo nie jest od tego, bo to obniża Autorytet państwa, a przede wszystkim - bo jest to po prostu niemożliwe, aby państwo karało za wszystko, co niemoralne.

      Zapraszam:
      http://milkblog.cba.pl

      Usuń
    29. Och, ależ to męczące..!

      Z faktu, że uważam "państwo liberalne" za utopię ("państwo konserwatywne" jest zresztą w chwili obecnej tak samo utopią, o czym nie tak dawno pisałem..) nie wynika bynajmniej iżbym uważał, że władca ma się zajmować przedszkolami.

      Problem polega na tym, że władcy w tej chwili wszędzie po prostu ZAJMUJĄ SIĘ tymi przedszkolami. I robią to tak, że promują występek, a zwalczają cnotę. No i co z tym zrobić..? Chodzić po mieście i krzyczeć "państwo nie powinno wtrącać się do przedszkoli"..?

      Zapewne - jest to jakiś pomysł na spędzanie wolnego czasu. Niejaki Korwin - Mikke robi to od dobrych 40 lat. I co z tego..? I tak większość słuchaczy myśli, że on chce im zabrać przedszkola (i inne rzeczy, do których przywykli), a nie, że chce im dostęp do nich de facto ułatwić, bo jak państwo przestanie się wtrącać, to pewnie i przedszkola stanieją...

      A jak się powie, że gosudarstwo zwalcza cnotę a promuje występek, to może się ktoś zastanowi..?

      Nie jest tak, że państwo może być POD JAKIMKOLWIEK WZGLĘDEM etycznie neutralne. Również w kwestii tego, z kogo i w jaki sposób ludzie biorąc przykład! Pomysł zaprezentowany przez Kolegę jest z gruntu naiwny. Oczywiście, że państwo nie jest od tego, żeby bronić ludzi przed nimi samymi. Natomiast państwo katolickie to takie, w którym władca (dyktator, prezydent, król - wszystko jedno...) za każdym razem gdy wspomni się w Jego obecności o narkotykach - skrzywi się z obrzydzeniem. A jak mu następca zacznie ćpać - to wydziedziczy i wygna z pałacu. Albo odeśle do karczowania lasu w Bieszczadach. I tak dalej i temu podobne - NIE MA żadnej tam "wolności osobistej"! To jest bajka dla (nie)grzecznych dzieci, że coś takiego w ogóle istnieje.

      Nie ma w ogóle sensu walczyć o jakąś "wolność". Po pierwsze - bo to absurd, bo "wolności" po prostu nie ma. Są tylko czyny - dobre albo złe. I walczyć trzeba o to, żeby ludzie (w tym władcy) popełniali jak najmniej złych, a jak najwięcej dobrych.

      A po drugie - dlatego, że ludzie tak naprawdę NIENAWIDZĄ wolności oferowanej im przez liberałów. Kojarzy im się wyłącznie z przykrą koniecznością podejmowania decyzji - a tego zdecydowana większość nie cierpi i nie potrafi. I dlatego bardzo chętnie się tej wolności pozbędą. Zatem "walka o wolność" jest nie tylko absurdalna, ale i bezcelowa - bo idzie pod prąd pragnień tych ludzi, którym rzekomo ma właśnie służyć...

      Usuń
    30. Jest różnica między utopią, a projektem, co do którego zdaje się nam, że jest obecnie mało możliwy do realizacji. Utopia jest to projekt, który NIGDY nie może zaistnieć na tym świecie, który jest absolutnie niemożliwy w ogóle do realizacji, bo jest niezgodny z naturą świata i człowieka.
      Natomiast my przecież dyskutujemy o, powiedzmy, ideałach. O naszych poglądach, o tym jak państwo wyglądać powinno, czym się zajmować, czym nie etc., a nie o tym jak przeprowadzić kontrrewolucję i czy są szanse powodzenia! My wyrażamy poglądy - przynajmniej ja to tak widzę. I uzasadniamy czemu powinno być tak, a nie tak, czemu monarchia lepsza od republiki i tysiące innych rzeczy. Ja tak postrzegam swoje pisanie na swoim blogu, jak również moje wszelakie dyskusje. Ja buduję po prostu pewien spójny (tak sądzę) system światopoglądowy, gdzie jedno wynika z drugiego - i przedstawiam go PT Czytelnikom mojego bloga - jak również promuję na innych blogach...

      Metody propagandy są oczywiście dyskusyjne - czyli to co mówić ludziom. Jednak to nie jest tak, że można zmieniać sobie model państwa, bo ludziom pasuje taki, a nie taki. To, że z gadania Korwina "nic" nie ma to jeszcze nie powód, żeby nie uznać jego poglądów za słuszne, a to, że z naszej dyskusji też nie wyniknie "nic" w praktyce, że nie zmieni się model państwa ani na liberalne, ani na konserwatywne, ani na konserwatywno-liberalne, nie oznacza, że nie możemy sobie podyskutować...

      Dobrze, jeżeli państwo "katolickie" to takie jedynie, gdzie król zrobi to, co Szanowny Autor napisał, to ja się pod tym mogę podpisać. Natomiast jeżeli "państwo katolickie" to takie, gdzie ćpanie przez zwykłych ludzi podlega karze, jest ścigane przez państwo etc. - to się podpisać nie mogę. Bo jest oczywiste, że na dworze królewskim musi panować Protokół, że jest pewien Ceremoniał i jest to, co królowi i jego rodzinie robić wypada - i to, czego robić nie wypada...

      Zależy co rozumiemy pod pojęciem "wolność". Ja też uważam, że tak naprawdę "wolności" w senie filozoficznym nie ma, ale to nie oznacza, że nie może jej być w sensie politycznym. A "wolność" w sensie politycznym oznacza, że mogę robić wszystko, pod warunkiem, że nie naruszam wolności innym - i że państwo mnie za to nie będzie karać.

      Oczywiście - większość nienawidzi wolności i woli bezpieczeństwo niż wolność. Ale jest ta mniejszość, która ryzykuje, która wolność lubi i która ceni ją bardziej niż bezpieczeństwo - i część z tej mniejszości zostaje elitą, która rządzi. A w d***kracji rządzi (teoretycznie) większość - i pozbawia wolności również elitę, narzucając wszystkim prymat bezpieczeństwa.
      Natomiast ja nie mam nic przeciwko temu, żeby większość wolności się pozbyła - i żeby powstał pewien rodzaj neofeudalizmu. Ale niech tym feudałem nie będzie d***kratyczne i biurokratyczne państwo! I niech nie pozbawia arbitralnie wolności wszystkich jednakowo...

      Zapraszam:
      http://milkblog.cba.pl

      Usuń
    31. Jestem zmęczony ideowymi dyskusjami i nic a nic mnie już one nie bawią. "Państwo liberalne" jest oczywiście utopią, ponieważ idzie wbrew naturze ludzkiej - usiłując ludzi przymusić do wolności, której nienawidzą. Skutkiem jest naturalnie niewola, bo ludzie (w wyborach chociażby, choć nie tylko...) pozbywają się tej przymusem im wręczonej wolności na rzecz każdego, kto im tylko obieca nawet nie michę - ale to, że już nie będą musieli tego lub owego wybierać!

      "Państwo konserwatywne" może i nie jest utopią sensu stricto, ale na razie jest niemożliwe i nie do pomyślenia i szkoda tracić czas na takie dywagacje.

      Natomiast problem przedszkoli jest realny - i trzeba z nim coś zrobić. Tu i teraz...

      Usuń
    32. Nie bawią? To po co Szanowny Autor pisze tego bloga?

      Zależy znowuż jak rozumieć "państwo liberalne", bo na przykład ciekawym eksperymentem byłaby liberalna monarchia...Tyle, że prawdziwa, nie jakaś tam "konstytucyjna" czy "parlamentarna" i właśnie za taką liberalną monarchią się opowiadam. Ściślej - za konserwatywno-liberalną.

      Jakiż to ten "problem przedszkoli" jest realny? Co Szanowny Autor może z nim zrobić jak nie jedynie podywagować właśnie - a jeżeli już dywagować, dyskutować, wyrażać poglądy - to te właściwe, te, które się ma naprawdę, a nie wybierać "mniejsze zło"...
      No i można jeszcze głosować w wyborach - na tą partię, która jest najbliższa poglądom.
      Ale co możemy jeszcze zrobić z "problemem przedszkoli", który jest niby to "realny" - co możemy z nim zrobić w ramach tego ustroju? No co? Nic, tylko dyskutować, tylko dywagować, wyrażać światopogląd, uzasadniać go, uzasadniać dlaczego inne światopoglądy są błędne etc. Tyle.

      A tak poza tym to miło by było, gdyby Szanowny Autor zdefiniował co rozumie przez "państwo liberalne", które rzekomo jest utopią -a co przez "państwo konserwatywne", bo wtedy wiemy o czym dyskutujemy. Bo może się okazać, że te państwa w praktyce prawa nie różnią się niczym - i spieramy się tylko o słówka, a nie o istotę definicji...Więc na przykład - czego nie zabrania "państwo liberalne", a czego, zdaniem Szanownego Autora, zabraniać powinno - i tym podobne. Takie definicje ułatwiają dyskusję.

      Zapraszam:
      http://milkblog.cba.pl

      Usuń
    33. Wciąż jeszcze wolno założyć własne przedszkole - na ten przykład!

      Przynajmniej w Polsce.

      Wolno też uczyć dzieci w domu. Czego np. w Niemczech już nie wolno.

      Wolno też olać cały ten bałagan i niczego "pozytywnego" nie proponując - krytykować do woli, dla ulżenia własnej wątrobie. Co niniejszym czynię. Do woli właśnie.

      Definiować mi się nie chce. Podam tylko przykład. Wprawdzie staram się nie czytać gazet, ale jak na ten przykład zdarzy mi się zajrzeć na Onet (a zdarza mi się, trudno, taka przywara, walczę z tym od pewnego czasu...), to za każdym razem utwierdzam się w przekonaniu, że porządne konserwatywne państwo musi mieć przede wszystkim... dobrą cenzurę..!

      Usuń
    34. To ja też się cieszę, że wolno założyć własne przedszkole i uczyć dzieci w domu. Szkoda tylko, że i tak i w jedno i w drugie, z tego co wiem, państwo się wtrąca...(zezwolenia na założenie przedszkola, które zapewne musi realizować w jakimś tam przynajmniej stopniu program MEN, a uczyć dzieci w domu wolno - ale egzaminy i tak muszą zdać państwowe...).

      Co do cenzury, to w każdej monarchii jakaś cenzura musi istnieć. Pytanie jak daleko cenzura ma sięgać. Prof. Wielomski twierdzi na przykład, że każde współczesne państwo autorytarne, każdy dyktator współczesny musi tworzyć własne profile społecznościowe - jak robią to Chiny, które prof. Wielomski podaje za przykład pod tym względem, bo inaczej zrobią mu "twitterową wiosnę"...
      To są kwestie dyskusyjne. JKM twierdzi na przykład, że o ile internet nie powinien podlegać cenzurze, to już telewizja jak najbardziej...
      Generalnie więc cenzura nie jest tym, co liberała drażni najbardziej...Zwłaszcza liberała konserwatywnego. Byle tylko nie była to cenzura zbyt rozbudowana, zapewne też nie prewencyjna i nie "tajna" - to jest niepozostawiająca śladów - bo taka cenzura bardziej pasuje do totalitaryzmów niż do porządnej konserwatywnej monarchii.

      Zapraszam:
      http://milkblog.cba.pl

      Usuń
    35. Nie ma obecnie na świecie takiego państwa, które by się do edukacji nie wtrącało. Jest to nieszczęście, ale nic się na to nie da poradzić - poddani sobie tego przecież wyraźnie życzą! Polska jest tu akurat jednym z najliberalniejszych reżimów...

      A cenzura w "państwie konserwatywnym" winna być surowa. Jak najsurowsza. Szczególnie jak chodzi o treści wykładów akademickich i książek. Idee mają konsekwencje. Ten świat cierpi na nadmiar wystrojonej w togi, bezczelnej głupoty...

      Usuń
    36. Być moźe źyczy sobie większość poddanych, ale ja nie jestem d***kratą, więc nie uważam, żeby większość miała zawsze rację...

      W dzisiejszym świecie raczej trudno byłoby stworzyć państwo, do którego nie przenikałyby szkodliwe idee, w którym byłyby one całkowicie nieobecne - i żadna cenzura nie jest w stanie tego zapewnić. Z tym że w monarchii, gdzie lud nie musi się zajmować polityką i z ulgą przyjmuje zdjęcie z niego tego cięźaru, gdzie nie ma wyborów - szkodliwe idee nie są tak groźne, o ile nie są pożywką dla antymonarchicznych terrorystów i spiskowców. I o ile nie docierają do króla - więc to co król czyta i ogląda powinno być zdecydowanie poddawane najostrzejszej cenzurze...

      Zapraszam:
      http://milkblog.cba.pl

      Usuń
    37. Szkoda czasu na przeciąganie tego tematu. Jak się wyrobię, to spróbuję dziś napisać nowego posta...

      Usuń
  2. a tak z innej beczki, mówisz o wieży Babel...

    pierwowzorem tej legendarnej budowli jest zapewne wzgórze Wawel, nasza pierwsza stolica, a nasz, polski naród okazuje się mieć nawet do 10000 lat...

    ...i aby było weselej to NIE jest żart, tylko fakt na 99,8%, który wyszedł po odkryciu haplogrupy R1a1a7

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest tzw. "genetyka ludowa". Nie ma się czym podniecać. A zbieżność nazw - całkowicie przypadkowa.

      Usuń
  3. "Biuro ds. Różnorodności i Akceptacji Uniwersytetu Tennessee" stworzyło zalecenia dla wykładowców, by w nowym roku akademickim, zwracali się do nowo poznanych ludzi w neutralny płciowo sposób, przy przywitaniu powinno się zapytać danej osoby jakie zamki chce by się względem niej używało...

    Podano nawet listę nowych, lepszych, neutralnych płciowo zaimków!

    "A few of the most common singular gender-neutral pronouns are they, them, their (used as singular), ze, hir, hirs, and xe, xem, xyr."

    Najśmieszniejsze, że to nie jest żart...
    http://diversity.utk.edu/2015/08/pronouns/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Język powinien ewoluować naturalnie, a nie zmieniać się pod przymusem. Wygląda na to, że mamy do czynienia z lajtową wersją "1984".

      Usuń