Blog główny

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

"Dlaczego jestem przeciw gender?"

Pytanie tej treści zadała mi wczoraj Maria Magdalena. Ponieważ Państwo (jak zwykle, skądinąd...) nie wszyscy zrozumieliście to, co na ten temat pisałem poprzednio kilka razy, podsumuję teraz naszą wczorajszą rozmowę w sposób możliwie najprostszy:
  • Jestem przeciwko "gender" bo to taka sama utopia jak komunizm, ekologizm czy inne, podobne bzdury. Wszystkie tego rodzaju "projekty" obiecują ludziom raj na Ziemi. Ludzie wierzący powinni wiedzieć, że raju na Ziemi zbudować się nie da (sama propozycja jest już bluźnierstwem, na które Ten Na Górze reaguje dość alergicznie - że o wieży Babel przypomnę...). Ludzie niewierzący powinni tak, jak się sami deklarują, zachowywać w życiu szlachetny sceptycyzm (przynajmniej teoretycznie, bo jakoś w praktyce zwykle bardzo są łatwowierni...), a więc również - nie powinni łatwo dawać wiary tak daleko idącym obietnicom...


  • Jestem przeciwko "gender" bo jak każdy tego gatunku "projekt amelioracyjny" bez najmniejszej wątpliwości spowoduje znacznie więcej cierpienia niż zniesie (a przecież celem całego tego "projektu" jest nie co innego, jak właśnie rzekome likwidowanie ludzkiego cierpienia, w tym przypadku - cierpienia odmieńców seksualnych, jęczących pod jarzmem "opresji normatywnej"...). Bez najmniejszej wątpliwości powtarzam, bo tak jest zawsze i NIGDY nie było od tej reguły żadnego zgoła wyjątku - a tu akurat powód nieuchronnego niepowodzenia przewidzieć aż nadto łatwo. Jest nim, jak zwykle - typowe dla wszelkiej lewicy i całego "obozu postępu", a z gruntu błędne założenie, że ludzie są z natury dobrzy. G...no prawda! Ludzie są różni. Jedni dobrzy, inni źli, a wszyscy - słabi. I cała ta "opresja normatywna", o której pisałem poprzednim razem (i nie zostałem zrozumiany... przynajmniej, jak mi się wydaje, nie zostałem zrozumiany przez Grzesia...) po to jest, żeby nam w naszych słabościach dopomagać...
  • Jestem przeciwko "gender" całkiem niezależnie od tego, czy jest to dyaboliczny spisek wymierzony w Kościół, rodzinę i wartości, czy "projekt badawczy", który się nieco wymknął spod kontroli i żyje swoim własnym życiem (co skądinąd dość typowym zjawiskiem w naszym zbiurokratyzowanym świecie jest...), czy zgoła - pełen zacnych intencji akt współczucia. Skutki będą w każdym przypadku dokładnie takie same. Co mnie w związku z tym obchodzi jaka jest geneza..?
  • Jestem przeciwko "gender", bo to kolejny przykład na to, jak łatwo popaść w zabobony, gusła i przesądy, a nawet w zbrodnie - podpierając się niedojrzałą, niesprawdzoną, a często wręcz pozorną tylko nauką i "naukowością". Socjalizm w jednej ze swoich odmian wręcz sam się nazywał "naukowym". Eugenika, o której dziś mało kto chce pamiętać, uchodziła za naukę że ho, ho! Zespół nauk o człowieku, który zrodził współczesne "gender studies" to dyscypliny nie to że początkujące. One nawet nie zdefiniowały do tej pory, czym się właściwie zajmują..! Znaczy się sam przedmiot badań jest na gruncie socjologii, antropologii, psychologii - sporny. To jest stadium raczkowania nauki!!! Matematyka przeszła to stadium wraz z Euklidesem - 2500 lat temu. Psychologii dziś stanowczo za wcześnie na to, żeby miała kogokolwiek pouczać, a tym bardziej - "ratować od cierpienia"...

czwartek, 20 sierpnia 2015

Opresja normatywna

Nie to, żebym w jakiś ekshibicjonizm popadał - ale od czego mam zaczynać, jak nie od osobistych doświadczeń..? Od teorii? Nie znam się na teorii. Jak już zresztą kiedyś chyba wyjaśniałem - konserwatyzm jest zaprzeczeniem teoretyzowania. Konserwatyzm to postawa czysto i do gruntu praktyczna. Konserwatyzm to afirmacja świata takiego, jakim on jest - i radykalne zaprzeczenie próbom wywracania go na nice w imię bezdusznych abstrakcji, choćby i w najszlachetniejsze strojących się ideały..!
 
Sięgając tedy do osobistych doświadczeń pamiętam - o czym niedawno opowiedziałem Marii Magdalenie - że gdy siedziałem w licealnej ławie, lat temu... ho, ho, ho..! - pojęcie "życia na kocią łapę", jak to w zamierzchłej przeszłości, kojarzyło się z czymś rozkosznie zakazanym i nieprzyzwoitym, wzbudzając dreszczyk podniecenia. Teraz, po latach, jeszcze bardziej kręci mnie perspektywa małżeństwa! Ze wszystkimi szykanami - na dobre i na złe, bez zwrotów i reklamacji...
 
 
Można powiedzieć, że dojrzałem. Szkoda tylko, że potrzeba było w tym celu aż tak dramatycznych przeżyć.
 
Być może dojrzałbym szybciej, gdyby panująca kultura była w stanie mi w tym pomóc - dostarczając stosownych wzorców i konsekwentnie konformizm wobec tych wzorców wymuszając. Innymi słowy - gdybym we właściwym czasie został poddany "opresji normatywnej", jak to zwykli zwać zwolennicy postępu i szczęścia ludzkości.
 
Teoretycznie takie wzorce oczywiście cały czas istnieją - a zwolennicy postępu i szczęścia ludzkości wciąż uparcie twierdzą, że są one nie czym innym, jak "opresją normatywną" wymuszane w życiu. Ale co to za "opresja", gdy tak łatwo i właściwie bez kosztów własnych można się przeciw wzorcowi zbuntować..? To nie jest opresja, tylko właśnie - zachęcanie do buntu i anarchii! Zakazać coś lub coś nakazać, ale wcale nie karać za złamanie zakazu lub nieprzestrzeganie nakazu..? Hulaj dusza, piekła nie ma!
 
A czasu cofnąć się nie da. I nawet, gdy ktoś po latach zmądrzeje i dostrzeże, że wzorzec naprawdę był dobry i mądry - co z tego? Nie każdy będzie miał drugą szansę, jak ja...
 
Pokazuje to, jaką głupotą jest obalanie "opresji normatywnej" w imię rzekomej wolności wyboru. Wolność to oczywiście piękna rzecz, ale powiedzmy to sobie szczerze: mało kto potrafi z niej naprawdę korzystać. Dla większości ludzi, tak samo jak dla mnie, taka wolność może co najwyżej stać się powodem cierpienia.
 
Przy czym tak naprawdę kwestia tego, czy mężczyźni i kobiety żyją ze sobą w wolnych związkach czy w małżeństwie nie jest bynajmniej sprawą najważniejszą: nawet w Kościele bezwzględny nakaz zawierania formalnych małżeństw ma raptem niecałe 500 lat. Zakusy zwolenników postępu i szczęścia ludzkości sięgają o wiele głębiej - oni chcą uczynić sprawą "wolnego wyboru" nawet to, czy ktoś czuje się mężczyzną, kobietą czy zgoła psem albo taboretem.
 
Wprost stwierdził to niejaki doktor Jacek Kochanowski, którego cytuję za moim ulubionym historycznym forum, pisząc: ''Polityka wiążąca się z wiedzą wypracowywaną w ramach queer studies umożliwia osiągnięcie celu strategicznego: dekonstrukcję i destabilizację kategorii płci i seksualności, a co za tym idzie, destrukcję opartego na tych kategoriach systemu stratyfikacji społecznej, z jego wykluczeniami i jego przemocą. Jest to cel dalekosiężny i o wiele bardziej doniosły niż doraźne sukcesy taktyczne, ale tylko on prowadzić może do uwolnienia naszych ciał i pragnień z opresji normatywnej, co jest zasadniczym przedmiotem zabiegów polityki queer''
 
Katastrofalne skutki sukcesu tej rewolucji nietrudno przewidzieć. Usunięcie owej osławionej "opresji normatywnej" z procesu formowania tożsamości płciowej młodego człowieka oznaczać będzie, że zostanie on pozostawiony samemu sobie - tudzież wpływom najdzikszych i najbardziej bezwzględnych spośród gotowych do grasowania na młodych ciałach i umysłach drapieżców (bo tacy przede wszystkim nie ulękną się sankcji grożących za wywieranie "opresji"...). Naprawdę sądzicie, że przeciętny młody człowiek będzie umiał sobie ot tak - poradzić..?
 
Cierpienie niewielkiej, pomijalnej wręcz garstki odmieńców być może ustanie (acz wcale nie byłbym tego taki pewien) - za cenę nieporównanie większego cierpienia ogromnej większości. Nawet dla utylitarysty (a utylitarystą w żadnym razie nie jestem i mam tę filozofię za szczyt bezmyślności...) taka "wymiana" chyba nie wygląda korzystnie..?