Blog główny

środa, 29 lipca 2015

Pochwała wojny domowej

Zostałem właśnie na moim ulubionym forum historycznym zaliczony do debili lub prowokatorów. Nie mogę Państwu zalinkować, bo to "zabezpieczone forum". Idzie o wątek, w którym debatuje się na temat tzw. "rewolucji genderowej". Poszło o to, że wobec widocznej niemożności przekonania którejkolwiek ze stron, zaproponowałem użycie argumentu rozstrzygającego - przemocy.
 
Zaproponowałem całkowicie na serio - i nie uważam się, w związku z tym, za prowokatora. Co zrozumiałe, nie wydaje mi się też, żebym był debilem bez piątej klepki (choć tu oczywiście mojego własnego świadectwa nie można brać zbyt poważnie...).
 
Państwu, moim wiernym Czytelnikom, należy się jednak obszerniejsza argumentacja.
 
Po pierwsze - czy wojna domowa to rzeczywiście takie kuriozum, żeby jej w ogóle nie brać pod uwagę jako sposobu rozstrzygania światopoglądowych sporów w nowoczesnym, demokratycznym społeczeństwie..? Żeby taki pomysł od razu klasyfikować jako prowokacyjny lub szalony..?
 
No cóż: w roku 1861 Stany Zjednoczone były jednym z najbardziej demokratycznych państw ówczesnego świata (właściwie to zaraz po Wielkiej Brytanii należałoby je wymienić jako jedno z dwóch zaledwie mocarstw rzeczywiście godnych tego miana...). A jednak wobec nierozwiązywalnego w żaden inny sposób sporu, ich obywatele chwycili przeciw sobie za broń. Ktoś obecnie podważa osiągnięte w ten sposób rozstrzygnięcie..?
 
 
Im bliżej współczesności tym trudniej znaleźć, to prawda, równie oczywisty przykład. Wojen domowych wprawdzie było wiele, kończyły się różnie - w jednych zwyciężali sympatyczni nam konserwatyści i ustanawiali na pewien czas równie nam sympatyczną dyktaturę, która jednak zawsze nieodmiennie się koniec końców demokratyzowała i cały sukces Dyabli brali - w innych z kolei zwyciężały wraże "siły postępu" - ale i ich sukcesy trudno uznać za trwałe, skoro już nie tylko w Moskwie panuje kapitalizm, ale nawet Hawana nawiązuje z powrotem stosunki dyplomatyczne z Waszyngtonem... O greckiej, malajskiej, indonezyjskiej wojnie domowej za mało wiem, żeby cośkolwiek opowiadać.
 
 
Tak, czy inaczej, nie można z sensem argumentować, iż wojna domowa to rzecz absolutnie obca demokracji! Owszem, różnym państwom demokratycznym w przeszłości wojny domowe się przytrafiały. Nie ma żadnego powodu sądzić, że skoro przytrafiały się w przeszłości, to już w żaden sposób nie mogą się przytrafić w przyszłości..!
 
Tu oczywiście nie ma i nie będzie zgody między nami, ludźmi rozsądku, a zakutymi wielbicielami demokracji. Ci drudzy uważają bowiem, że jeśli nawet ich ukochanemu ustrojowi przydarzały się jakieś "błędy i wypaczenia", to jest to rozdział definitywnie zamknięty, a teraz to już tylko cud, miód i orzeszki...
 
Czy ja naprawdę muszę udowadniać że czarne jest czarne, a białe jest białe..? Przecież takiej wiary średnio rozgarnięty sześciolatek nie potraktuje na serio..! Przede wszystkim, ci sami ludzie którzy twierdzą, iż "dojrzała liberalna demokracja chroni mniejszość przed tyranią większości" bez zmrużenia oka popierają najdzikszą zupełnie tyranię nikłej mniejszości nad osłupiałą większością - czyli właśnie nie co innego, jak ową "rewolucję genderową"..! Z takimi paniami i panami nie ma jak i o czym dyskutować.*
 
Tym sposobem przechodzimy płynnie do punktu drugiego: dlaczego uważam, że wojna domowa w naszej sytuacji byłaby dobra i pożądana..?
 
Właśnie dlatego! Spór, który w tej chwili dzieli Polaków (czy szerzej: ludzi białych...) nie jest sporem, który dałoby się rozstrzygnąć przy stoliku, między kawą z koniakiem a szarlotką. Jakichkolwiek argumentów użyłaby jedna ze stron, druga nie przyjmie ich do wiadomości albo zrozumie całkiem na odwrót. Taka jest właśnie natura najgłębszych, najbardziej istotnych sporów światopoglądowych. Brak tu pola do dyskusji, bo żeby z sensem dyskutować, trzeba koniecznie uznawać jakąś wspólną podstawę, mieć jakieś pojęcia dla obu stron jednoznaczne. Tu się można co najwyżej przekrzykiwać, ośmieszać wzajemnie w oczach zdumionej gawiedzi, pozyskiwać, w taki lub w inny sposób niezdecydowanych i nie mających jeszcze zdania.
 
Jeśli trafia się, że ktoś z głębiej w ten spór zaangażowanych zmienia zdanie, to nie jest to efekt rozumowej argumentacji, tylko nawrócenia. Które wynika z całkiem odmiennych mechanizmów, z dyskusją nic na ogół nie mających wspólnego. Sam, gdyby nie Maria Magdalena, pozostałbym pewnie tym "znakiem drogowym, który nie musi podążać w stronę, którą wskazuje", jak to ongiś zgrabnie podsumował jeden z działaczy ZChN pytany, czemu jest bezdzietnym kawalerem, skoro wychwala zalety tradycyjnej rodziny - do tej pory bowiem, przyznaję, mój stosunek do wiary, tradycji i Kościoła jako żywo przypominał Nowosilcowa z mickiewiczowych "Dziadów": w przeciwieństwie do sporej części nominalnych katolików w Polsce, co to "wierzą w Boga, ale nie wierzą w Kościół" uważałem, iż Bogu - jeśli jest - nic po modlitwach, hołdach i rytuałach, a takie pojęcia jak "dusza", "życie wieczne", "zbawienie" są po ludzku rzecz biorąc wewnętrznie sprzeczne i, w związku z tym, nie ma się nimi co przejmować, bo i tak nic się mądrego nie wymyśli - pewien za to byłem (i jestem), że czego jak czego, ale Kościoła ten świat potrzebuje bardziej niż czegokolwiek. A teraz przyjdzie ugiąć karku, pomaszerować do spowiedzi, wdrożyć się na powrót do dyscypliny. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej mi się to... podoba! Dziwnie jestem przy tym spokojny, że wszystko gładko pójdzie...
 
 
Absurdem jest rozstrzyganie tego rodzaju sporów w głosowaniu. Po pierwsze dlatego, że nikt takiego rozstrzygnięcia nie uzna za trwałe i ostateczne. Po drugie dlatego, że jest to metoda w oczywisty sposób  korzystna dla naszych wrogów!
 
Każde państwo to dominacja zorganizowanej mniejszości nad niezorganizowaną większością. Tak było za czasów Mieszka I i jego zbrojnej drużyny - i tak jest obecnie. Zmieniły się tylko metody - i wcale nie uważam, iżby zmieniły się na lepsze! Ostatecznie - jeśli nawet Mieszko I, a zwłaszcza jego niepohamowany synalek bywali dla swoich poddanych ciężkimi, to gwałcili tylko ich ciała i mienie. Obecnie zorganizowana mniejszość gwałci umysły i sumienia (a na mienie po staremu łakoma...) - jej dominacja jest bowiem oparta na zmasowanej propagandzie, na indoktrynacji.
 
W takiej walce, jak już o tym dawno temu pisałem, ten ma z natury przewagę, komu bardziej zależy, kto jest bardziej zdeterminowany i kto lepiej potrafi z samej walki, z samego sporu - żyć. A to jest właśnie "obóz postępu"!
 
Oczywistym jest, że tzw. "mniejszościom seksualnym" bardziej zależy na uzyskaniu przywilejów, niż heteroseksualnej większości na obronie status quo - normalny człowiek ma na co dzień dość innych problemów, żeby miał się jeszcze takimi głupotami przejmować. To dokładnie tak samo jak z lobbyingiem! Wszyscy stracili na poronionej regulacji jewrosojuznej, zakazującej normalnych żarówek (wszyscy zresztą na co dzień tracą na tysiącach takich regulacji, tak jewrosojuznych, jak narodowych...), ale nikomu nie zależało w szczególności na tej sprawie aż tak bardzo, żeby ją wbrew zaciekłemu lobbyingowi kilku zaledwie producentów - na czas powstrzymać lub skutecznie odwrócić.
 
Co więcej - lobbyści i tzw. "działacze" świetnie potrafią żyć z tego, czym się na co dzień, zawodowo, zajmują. Dla normalnego człowieka zaś, oderwanie się od pracy i zajęć dnia codziennego, żeby udzielać się jeszcze i publicznie - to ofiara, na którą nie każdy może sobie pozwolić, a nikt nie zrobi tego w takim wymiarze jak profesjonalista.
 
Jasnym jest więc, że tzw. "milcząca większość" nie ma właściwie swojej politycznej reprezentacji i mieć jej w systemie demokratycznym nie może (przynajmniej nie trwale...). Nic też dziwnego, że często nie ma kogo wybrać do ciał obieralnych, skoro polityką w ogólności zajmują się najczęściej psychopaci lub (zawsze!) podejrzanej moralności zawodowcy.
 
Jeśli nawet czasem mobilizuje się wielotysięczne, a nawet wielomilionowe tłumy w obronie tego lub owego - to są to mobilizacje z natury rzeczy krótkotrwałe. Na dłuższą metę i tak wygrają zawodowi lobbyści - będą tak długo zabiegać, indoktrynować, intrygować, powtarzać głosowania - aż osiągną swoje. I, co równie oczywiste - natychmiast wyznaczą sobie następny, jeszcze ambitniejszy cel...
 
 
To nie jest żaden spisek, zamach, konspiracja. To trwały, ustrojowy mechanizm wbudowany w samą istotę tego poronionego systemu. To prawda, że w systemach niedemokratycznych wiele konfliktów utrzymywanych jest w ukryciu i wybuchają one potem z siłą zwielokrotnioną, bardzo często - krwawo. Ale to i tak lepsze od demokracji, która tworzy tysiące konfliktów pozornych, rozpala ogniska urojonych kompletnie sporów i ekscytuje ludzi takimi głupotami, że w każdej osiedlowej piaskownicy poważniej i poważniejsze sprawy się rozstrzyga, niż w okrągłym budynku przy ulicy Wiejskiej w Warszawie...
 
Wojna domowa naprawdę ma wiele zalet! Przede wszystkim - mamy szansę ją wygrać. Nawet jeśli tylko na chwilę - i tak warto. Ta "chwila" może pozwolić naszym z Marią Magdaleną wciąż jeszcze nie poczętym dzieciom (czekamy przecież do ślubu...) dorosnąć w normalnym otoczeniu... Jeśli zaś nie wygramy, to i tak sprawa się niniejszym rozstrzygnie, bo nie będzie już nas wśród żywych - ergo: przestanie nas to kompletnie obchodzić.
 
Poza tym, jakkolwiek by się wypadki nie potoczyły, wojna domowa wydaje się rozwiązaniem szybszym, tańszym i mniej męczącym od tego, z czym mamy obecnie do czynienia...
--------------------------------
*Ile by nie udowadniać, że tyranią wobec większości jest właśnie owa rzekoma "obrona mniejszości", że nie ma tu żadnego "wyzwolenia", ani żadnej "równości praw" - nikt z przeciwnego obozu takich argumentów nie przyjmie przecież do wiadomości. Stosowny wątek na forum ma już 177 stron, ponad 2.600 postów i nic z tej wymiany zdań zgoła nie wynikło...


5 komentarzy:

  1. "Pochwała wojny domowej"
    Nie sądzę.
    Rozsądni Ludzie cenią sobie spokój i dobrobyt.
    Problemem jest bycie rozsądnym, bo to kwestia genów i diety, tak tak...po prostu chemicznie uwarunkowany związek przyczynowo skutkowy.
    Oczekiwanie rozsądku, powiedzmy w przesadzie, od napitego Pijaka jest mało rozsądne.
    Większość zamula sobie mózgi na różne sposoby i nie ma sposobu, by Im wyjaśnić najprostsze kwestie powiedzmy jak naprawić zmywarkę, a co dopiero bardziej złożone, powiedzmy jak zbudować fabrykę, czy tak złożone jak funkcjonowanie Państwa.

    Oczywistym jest, że czasem nie ma wyjścia i pozostaje tylko ultima ratio.
    No cóż, gdyby w RP doszło do takie sytuacji z przykrością należałoby zdecydować się na "rozwiązania siłowe" dla zachowania spokoju.
    W tym miejscu podkreślam, że obecnie nie ma żadnych przesłanek do wojny domowej.
    Spory Blogerów na jakieś wydumane tematy, na pewno nie przeniosą się na ulice.
    "Kryteria uliczne" to efekt długotrwałych działań Debili u Władzy skutkujące bankructwem i powszechna nędzą - oczywista oczywistość...

    Tak na marginesie, cybernetyczny analog wojen domowych to choroby autoimmunologiczne, wystarczy zapoznać się z etiologią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma ludzi rozsądnych, gdy w grę wchodzą najważniejsze ze sporów - światopoglądowe. Prawda bowiem nie leży pośrodku, tylko tam gdzie leży - i miejsce jej spoczynku jest przedmiotem najgwałtowniejszej kontrowersji. Żadne kompromisy nie są tu na dłuższą metę możliwe.

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Jakichkolwiek argumentów użyłaby jedna ze stron, druga nie przyjmie ich do wiadomości albo zrozumie całkiem na odwrót. Taka jest właśnie natura najgłębszych, najbardziej istotnych sporów światopoglądowych. Brak tu pola do dyskusji, bo żeby z sensem dyskutować, trzeba koniecznie uznawać jakąś wspólną podstawę, mieć jakieś pojęcia dla obu stron jednoznaczne. Tu się można co najwyżej przekrzykiwać, ośmieszać wzajemnie w oczach zdumionej gawiedzi, pozyskiwać, w taki lub w inny sposób niezdecydowanych i nie mających jeszcze zdania."

    No, to było akurat oczywiste nawet dla mnie, choć z ludźmi mam styczność dość rzadko. Ale wystarczy poczytać blogi, fora i komentarze pod artykułami, by pojąć, że przekonać można co najwyżej tych, którzy nie mają jeszcze zdania.

    Ano właśnie - a jeśli większość nie ma zdania? I mieć nie chce? Jeśli przewalające się przez media światopoglądowe nawałnice o aborcji, in vitro, związkach partnerskich czy marihuanie są olewane przez lwią część społeczeństwa? No to i wojny domowej nie będzie. Co najwyżej pobiją się "postępacy", liberałowie, libertyni z narodowcami, tradycjonalistami, konserwatystami - będzie to jednak nie wojna, a kilka(naście? dziesiąt?) potyczek, po których truchła pozbierają w miarę sprawnie służby porządkowe. Sam przyznajesz, że przeciętny polski ludź ma co innego na głowie niż zajmować się takimi bzdetami.

    Gorzej, że nie chcemy - a i zapewne nie możemy, gdyż brak nam wiedzy, siły przebicia, znajomości, czasu, odwagi, etc - walczyć o rzeczy naprawdę ważne, np. o odpchlenie prawa z niepotrzebnych przepisów czy choćby jego przestrzeganie. Słusznie zatem prawisz, że zorganizowana grupa, choćby i mała, zawsze zwycięży rozproszone w motłoch jednostki. Niemniej ów motłoch może zastosować tzw. bierny opór: łamać złe prawo (skoro już i dobre jest olewane, np. przez skorumpowanych czy skurwionych sędziów), sączącą się z mediów ideologią taką czy siaką, odrzucić "nowoczesność" bądź "tradycyjność", i w ogóle - żyć po swojemu, w wybranym przez siebie gronie ludzi.

    I nie chodzi mi o powrót do wspólnoty plemiennej, nie nawołuję do żadnej zidiociałej anarchii. Marzy mi się silne, sprawnie i ROZSĄDNIE zarządzane państwo, z surowo egzekwowanym, i przy tym nie traktującym o pierdołach prawem. Ale to nie jest Polska A.D 2015 - i być takim państwem nie może, żadna bowiem większość czy działająca OBECNIE mniejszość do stworzenia takiego państwa nie dąży.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, nie sądziłem że kiedyś do tego dojdzie, ale - zgadzam się z Tobą...

      Usuń