Blog główny

czwartek, 30 lipca 2015

Konstruktywnie - dla odmiany

Żeby nie było, że osuwam się w nihilizm i tylko wojnę wieszczę, dziś będzie konstruktywnie. Jakieś trzy tygodnie temu rozmawialiśmy z Marią Magdaleną o tzw. "służbie zdrowia". Wydaje mi się, że to jest temat, gdzie konstruktywne podejście jest jak najbardziej możliwe pomimo ideologicznych różnic.
 
Żeby takie konstruktywne podejście było w ogóle możliwe, strony ewentualnego sporu muszą przede wszystkim zapomnieć o tym, że mają inną wizję państwa, jego stosunku do poddanych (przez niektórych zwanych także "obywatelami"), itd. Trzeba się skoncentrować na tym, co technicznie i ekonomicznie możliwe, a co nie - i efekt, po dostatecznie długim namyśle, powinien wyjść sam!
 
Spośród różnego rodzaju "usług medycznych" są takie, które każde szanujące się państwo zapewnić musi - nie dlatego, że "taki jest standard", albo że "takie są oczekiwania", tylko dlatego, że od ich zapewnienia zależy przetrwanie własnej jego organizacji. Moim zdaniem należy tu zwalczanie tych chorób zakaźnych, które powodują szybką i gwałtowną śmierć lub trwałe uszkodzenie ciała (co by to było, gdyby słudzy gosudarstwa: urzędnicy, wojskowi, policjanci, ich rodziny - zaczęli nagle umierać tysiącami..? A i "baza podatkowa" nie powinna się tak gwałtownie i bez ostrzeżenia zmniejszać...), oraz zapewnienie podstawowej opieki zdrowotnej (tzn. przede wszystkim leczenia urazów, ewentualnie także zatruć spowodowanych gwałtownymi czynnikami zewnętrznymi) na wypadek klęski żywiołowej lub wojny (z tego samego powodu co zwalczanie gwałtownych epidemii).
 
Są to jak raz najstarsze z funkcji "zdrowotnych" państwa - były powszechnie wykonywane, w taki lub inny sposób, już w odległej starożytności, a w średniowieczu przybrały formy instytucjonalne.
 
 
Na przeciwnym biegunie mieszczą się takie funkcje i programy, których skuteczność jest niemierzalna i - oględnie rzecz ujmując - nader wątpliwa. Jak na ten przykład różne "państwowe programy zwalczania problemów alkoholowych", "walka z narkomanią", "walka z depresją" czy temu podobne. Biorąc pod uwagę stosunek kosztów do osiąganego efektu, co najmniej równie bezsensowne wydaje się zaangażowanie państwa w jakkolwiek rozumianą medycynę kosmetyczną (o ile nie jest ona związana bezpośrednio z restytucją funkcji cielesnych i wyglądu naruszonego skutkiem gwałtownego działania zewnętrznego, szczególnie w służbie gosudarstwa - mowa o rannych żołnierzach, strażakach czy policjantach..), czy tak wydumane projekty jak finansowanie zabiegów in vitro. Nie dlatego, że moglibyśmy mieć do nich jakieś zastrzeżenia moralne (choć może i moglibyśmy) - tylko dlatego, że przy braku zagrożenia życia fundowanie tak kosztownych, bo wciąż relatywnie niedojrzałych terapii, winno podlegać ocenie ekonomicznej. Trudno sobie zaś wyobrazić, żeby in vitro mogło być tańsze od... adopcji dziecka!
 
Z oczywistych względów trudno sobie też wyobrazić uzasadnienie dla fundowania takich zabiegów jak "zmiana płci" (cudzysłów jest tu konieczny, wszak genotypu zmienić nie potrafimy...).
 
Wszystko co pomiędzy tymi ekstremami - jest do dyskusji. Państwo może leczenie tych chorób w taki lub w inny sposób finansować - ale nie musi. Jeśli to robi, bo ma na to środki, to trzeba tylko dbać o to, aby środki te były używane efektywnie. Jeśli tego nie robi, to nic się złego nie stanie o tyle, że brak państwowych środków na leczenie np. raka, chorób serca czy zaćmy nie znaczy przecież wcale, że nikt tych chorób leczyć nie będzie. Przez tysiące lat ludzie radzili sobie sami, bez żadnych środków podatkowych, a nawet bez ubezpieczeń - jak bolało, to brali pod pachę gąskę i szli do dochtora, co by coś pomógł...
 
 
Jasne, że nowoczesne terapie są na ogół dużo kosztowniejsze od wywaru z kory wierzbowej czy, nie daj Panie Boże, sproszkowanych kości nietoperza (i wcale nie dlatego, że nietoperze są pod ochroną ostatnimi czasy...). Gąska może nie wystarczyć!
 
Ale to jest tak na dobrą sprawę problem tego - kto/co ma decydować o ludzkim życiu..? Czy ma o nim decydować bogactwo - choć, jak widzimy ostatnio, nawet i ekstremalne bogactwo nie pomoże, jeśli ktoś ma pecha (pomijając naturalne w takiej sytuacji teorie spiskowe, oczywiście...) - czy też dojścia, układy, spryt?
 
Jak by nie patrzeć dla wszystkich na pewno nie wystarczy. I każdy wcześniej czy później tę walkę przegra. Szeroko rozumiana lewica lubi decydować za innych i nie ma oporów przed braniem na sumienia cudzego życia - będzie zatem zawsze optować za rozszerzeniem "państwowego koszyka usług medycznych". Z takim skutkiem, że dostęp do nich będą sobie, wedle własnych kryteriów, regulować owych usług dysponenci. My raczej uważamy, że każdy sam jest kowalem swego losu i jeśli nie ma, a nikt go w potrzebie nie poratuje, to widać - tak miało być.
 
Nie to, żebym się łudził możliwością implementacji takich pomysłów jak powyższe. W praktyce przecież nie żadna ekonomiczna racjonalność i nawet nie wybory moralne decydują o tym, co państwo finansuje (lub deklaruje, że finansuje, bo to nie zawsze to samo...) - tylko nadzieja na wyborczy sukces. Co jest jeszcze jednym przyczynkiem do bezsensowności demokracji...


środa, 29 lipca 2015

Pochwała wojny domowej

Zostałem właśnie na moim ulubionym forum historycznym zaliczony do debili lub prowokatorów. Nie mogę Państwu zalinkować, bo to "zabezpieczone forum". Idzie o wątek, w którym debatuje się na temat tzw. "rewolucji genderowej". Poszło o to, że wobec widocznej niemożności przekonania którejkolwiek ze stron, zaproponowałem użycie argumentu rozstrzygającego - przemocy.
 
Zaproponowałem całkowicie na serio - i nie uważam się, w związku z tym, za prowokatora. Co zrozumiałe, nie wydaje mi się też, żebym był debilem bez piątej klepki (choć tu oczywiście mojego własnego świadectwa nie można brać zbyt poważnie...).
 
Państwu, moim wiernym Czytelnikom, należy się jednak obszerniejsza argumentacja.
 
Po pierwsze - czy wojna domowa to rzeczywiście takie kuriozum, żeby jej w ogóle nie brać pod uwagę jako sposobu rozstrzygania światopoglądowych sporów w nowoczesnym, demokratycznym społeczeństwie..? Żeby taki pomysł od razu klasyfikować jako prowokacyjny lub szalony..?
 
No cóż: w roku 1861 Stany Zjednoczone były jednym z najbardziej demokratycznych państw ówczesnego świata (właściwie to zaraz po Wielkiej Brytanii należałoby je wymienić jako jedno z dwóch zaledwie mocarstw rzeczywiście godnych tego miana...). A jednak wobec nierozwiązywalnego w żaden inny sposób sporu, ich obywatele chwycili przeciw sobie za broń. Ktoś obecnie podważa osiągnięte w ten sposób rozstrzygnięcie..?
 
 
Im bliżej współczesności tym trudniej znaleźć, to prawda, równie oczywisty przykład. Wojen domowych wprawdzie było wiele, kończyły się różnie - w jednych zwyciężali sympatyczni nam konserwatyści i ustanawiali na pewien czas równie nam sympatyczną dyktaturę, która jednak zawsze nieodmiennie się koniec końców demokratyzowała i cały sukces Dyabli brali - w innych z kolei zwyciężały wraże "siły postępu" - ale i ich sukcesy trudno uznać za trwałe, skoro już nie tylko w Moskwie panuje kapitalizm, ale nawet Hawana nawiązuje z powrotem stosunki dyplomatyczne z Waszyngtonem... O greckiej, malajskiej, indonezyjskiej wojnie domowej za mało wiem, żeby cośkolwiek opowiadać.
 
 
Tak, czy inaczej, nie można z sensem argumentować, iż wojna domowa to rzecz absolutnie obca demokracji! Owszem, różnym państwom demokratycznym w przeszłości wojny domowe się przytrafiały. Nie ma żadnego powodu sądzić, że skoro przytrafiały się w przeszłości, to już w żaden sposób nie mogą się przytrafić w przyszłości..!
 
Tu oczywiście nie ma i nie będzie zgody między nami, ludźmi rozsądku, a zakutymi wielbicielami demokracji. Ci drudzy uważają bowiem, że jeśli nawet ich ukochanemu ustrojowi przydarzały się jakieś "błędy i wypaczenia", to jest to rozdział definitywnie zamknięty, a teraz to już tylko cud, miód i orzeszki...
 
Czy ja naprawdę muszę udowadniać że czarne jest czarne, a białe jest białe..? Przecież takiej wiary średnio rozgarnięty sześciolatek nie potraktuje na serio..! Przede wszystkim, ci sami ludzie którzy twierdzą, iż "dojrzała liberalna demokracja chroni mniejszość przed tyranią większości" bez zmrużenia oka popierają najdzikszą zupełnie tyranię nikłej mniejszości nad osłupiałą większością - czyli właśnie nie co innego, jak ową "rewolucję genderową"..! Z takimi paniami i panami nie ma jak i o czym dyskutować.*
 
Tym sposobem przechodzimy płynnie do punktu drugiego: dlaczego uważam, że wojna domowa w naszej sytuacji byłaby dobra i pożądana..?
 
Właśnie dlatego! Spór, który w tej chwili dzieli Polaków (czy szerzej: ludzi białych...) nie jest sporem, który dałoby się rozstrzygnąć przy stoliku, między kawą z koniakiem a szarlotką. Jakichkolwiek argumentów użyłaby jedna ze stron, druga nie przyjmie ich do wiadomości albo zrozumie całkiem na odwrót. Taka jest właśnie natura najgłębszych, najbardziej istotnych sporów światopoglądowych. Brak tu pola do dyskusji, bo żeby z sensem dyskutować, trzeba koniecznie uznawać jakąś wspólną podstawę, mieć jakieś pojęcia dla obu stron jednoznaczne. Tu się można co najwyżej przekrzykiwać, ośmieszać wzajemnie w oczach zdumionej gawiedzi, pozyskiwać, w taki lub w inny sposób niezdecydowanych i nie mających jeszcze zdania.
 
Jeśli trafia się, że ktoś z głębiej w ten spór zaangażowanych zmienia zdanie, to nie jest to efekt rozumowej argumentacji, tylko nawrócenia. Które wynika z całkiem odmiennych mechanizmów, z dyskusją nic na ogół nie mających wspólnego. Sam, gdyby nie Maria Magdalena, pozostałbym pewnie tym "znakiem drogowym, który nie musi podążać w stronę, którą wskazuje", jak to ongiś zgrabnie podsumował jeden z działaczy ZChN pytany, czemu jest bezdzietnym kawalerem, skoro wychwala zalety tradycyjnej rodziny - do tej pory bowiem, przyznaję, mój stosunek do wiary, tradycji i Kościoła jako żywo przypominał Nowosilcowa z mickiewiczowych "Dziadów": w przeciwieństwie do sporej części nominalnych katolików w Polsce, co to "wierzą w Boga, ale nie wierzą w Kościół" uważałem, iż Bogu - jeśli jest - nic po modlitwach, hołdach i rytuałach, a takie pojęcia jak "dusza", "życie wieczne", "zbawienie" są po ludzku rzecz biorąc wewnętrznie sprzeczne i, w związku z tym, nie ma się nimi co przejmować, bo i tak nic się mądrego nie wymyśli - pewien za to byłem (i jestem), że czego jak czego, ale Kościoła ten świat potrzebuje bardziej niż czegokolwiek. A teraz przyjdzie ugiąć karku, pomaszerować do spowiedzi, wdrożyć się na powrót do dyscypliny. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej mi się to... podoba! Dziwnie jestem przy tym spokojny, że wszystko gładko pójdzie...
 
 
Absurdem jest rozstrzyganie tego rodzaju sporów w głosowaniu. Po pierwsze dlatego, że nikt takiego rozstrzygnięcia nie uzna za trwałe i ostateczne. Po drugie dlatego, że jest to metoda w oczywisty sposób  korzystna dla naszych wrogów!
 
Każde państwo to dominacja zorganizowanej mniejszości nad niezorganizowaną większością. Tak było za czasów Mieszka I i jego zbrojnej drużyny - i tak jest obecnie. Zmieniły się tylko metody - i wcale nie uważam, iżby zmieniły się na lepsze! Ostatecznie - jeśli nawet Mieszko I, a zwłaszcza jego niepohamowany synalek bywali dla swoich poddanych ciężkimi, to gwałcili tylko ich ciała i mienie. Obecnie zorganizowana mniejszość gwałci umysły i sumienia (a na mienie po staremu łakoma...) - jej dominacja jest bowiem oparta na zmasowanej propagandzie, na indoktrynacji.
 
W takiej walce, jak już o tym dawno temu pisałem, ten ma z natury przewagę, komu bardziej zależy, kto jest bardziej zdeterminowany i kto lepiej potrafi z samej walki, z samego sporu - żyć. A to jest właśnie "obóz postępu"!
 
Oczywistym jest, że tzw. "mniejszościom seksualnym" bardziej zależy na uzyskaniu przywilejów, niż heteroseksualnej większości na obronie status quo - normalny człowiek ma na co dzień dość innych problemów, żeby miał się jeszcze takimi głupotami przejmować. To dokładnie tak samo jak z lobbyingiem! Wszyscy stracili na poronionej regulacji jewrosojuznej, zakazującej normalnych żarówek (wszyscy zresztą na co dzień tracą na tysiącach takich regulacji, tak jewrosojuznych, jak narodowych...), ale nikomu nie zależało w szczególności na tej sprawie aż tak bardzo, żeby ją wbrew zaciekłemu lobbyingowi kilku zaledwie producentów - na czas powstrzymać lub skutecznie odwrócić.
 
Co więcej - lobbyści i tzw. "działacze" świetnie potrafią żyć z tego, czym się na co dzień, zawodowo, zajmują. Dla normalnego człowieka zaś, oderwanie się od pracy i zajęć dnia codziennego, żeby udzielać się jeszcze i publicznie - to ofiara, na którą nie każdy może sobie pozwolić, a nikt nie zrobi tego w takim wymiarze jak profesjonalista.
 
Jasnym jest więc, że tzw. "milcząca większość" nie ma właściwie swojej politycznej reprezentacji i mieć jej w systemie demokratycznym nie może (przynajmniej nie trwale...). Nic też dziwnego, że często nie ma kogo wybrać do ciał obieralnych, skoro polityką w ogólności zajmują się najczęściej psychopaci lub (zawsze!) podejrzanej moralności zawodowcy.
 
Jeśli nawet czasem mobilizuje się wielotysięczne, a nawet wielomilionowe tłumy w obronie tego lub owego - to są to mobilizacje z natury rzeczy krótkotrwałe. Na dłuższą metę i tak wygrają zawodowi lobbyści - będą tak długo zabiegać, indoktrynować, intrygować, powtarzać głosowania - aż osiągną swoje. I, co równie oczywiste - natychmiast wyznaczą sobie następny, jeszcze ambitniejszy cel...
 
 
To nie jest żaden spisek, zamach, konspiracja. To trwały, ustrojowy mechanizm wbudowany w samą istotę tego poronionego systemu. To prawda, że w systemach niedemokratycznych wiele konfliktów utrzymywanych jest w ukryciu i wybuchają one potem z siłą zwielokrotnioną, bardzo często - krwawo. Ale to i tak lepsze od demokracji, która tworzy tysiące konfliktów pozornych, rozpala ogniska urojonych kompletnie sporów i ekscytuje ludzi takimi głupotami, że w każdej osiedlowej piaskownicy poważniej i poważniejsze sprawy się rozstrzyga, niż w okrągłym budynku przy ulicy Wiejskiej w Warszawie...
 
Wojna domowa naprawdę ma wiele zalet! Przede wszystkim - mamy szansę ją wygrać. Nawet jeśli tylko na chwilę - i tak warto. Ta "chwila" może pozwolić naszym z Marią Magdaleną wciąż jeszcze nie poczętym dzieciom (czekamy przecież do ślubu...) dorosnąć w normalnym otoczeniu... Jeśli zaś nie wygramy, to i tak sprawa się niniejszym rozstrzygnie, bo nie będzie już nas wśród żywych - ergo: przestanie nas to kompletnie obchodzić.
 
Poza tym, jakkolwiek by się wypadki nie potoczyły, wojna domowa wydaje się rozwiązaniem szybszym, tańszym i mniej męczącym od tego, z czym mamy obecnie do czynienia...
--------------------------------
*Ile by nie udowadniać, że tyranią wobec większości jest właśnie owa rzekoma "obrona mniejszości", że nie ma tu żadnego "wyzwolenia", ani żadnej "równości praw" - nikt z przeciwnego obozu takich argumentów nie przyjmie przecież do wiadomości. Stosowny wątek na forum ma już 177 stron, ponad 2.600 postów i nic z tej wymiany zdań zgoła nie wynikło...


poniedziałek, 20 lipca 2015

Obrzydliwość

Dawno nie spotkałem tak obrzydliwego tekstu jak ten "przeklej" z (lewackiej skądinąd) brytyjskiej gazetki.
 
 
 
Może by mnie to aż tak nie wzburzyło, ale poniekąd - żyję teraz podobnym tematem. Próbujemy wzajemnie dopasować swoje plany i ambicje, ułożyć życie we dwoje. Tymczasem ukrytym, ale bardzo dobrze widocznym założeniem takich właśnie tekstów (których skądinąd wiele...) jest przekonanie, że to niemożliwe. Że człowiek to takie bydlę, które co by się nie działo, w swoją ciągnie stronę. Musi dominować, tłamsić, wykorzystywać, innego wyjścia nie ma - i, w związku z tym, najlepiej to jakby każdy sam był sobie sterem, żeglarzem, okrętem...
 
Normalnie, jakem czarnosecinny konserwatysta, po mordzie bym za takie wywody dał! Że jednak podpisana pod tekstem "Rose Hackman" to najpewniej kobieta, poza tym daleko, a "redachtory" Onetu jak zwykle anonimowe (że też nikt jeszcze nie podpalił siedziby tej gadzinówki..? Gdzie to w ogóle jest..?), pozostaje wyżyć się słownie: a tfu..!