Blog główny

niedziela, 21 czerwca 2015

Dobrego dzikusa kłopoty sercowe

Mam graniczące z pewnością podejrzenie, że kiedyś już o tym pisałem. Niestety - jak się ma w dorobku dobrze ponad 1,5 tysiąca wpisów i zaawansowaną sklerozę, to i tagowanie nie pomaga: nie pamiętam dokładnie gdzie tego szukać. No cóż - powtórzymy! Mam tylko nadzieję, że jak ktoś z Państwa znajdzie poprzedni na ten temat tekst, to się nie okaże, że sam sobie przeczę..? Bo i tak być może...

Człowiek ma tę fundamentalną wadę, że nie znosi niepewności. Kiedy więc czegoś nie wie, to sobie brakujące fragmenty dopowiada. Szczególnym przypadkiem takiego "dopowiadania" są różne mody i manie przytrafiające się ludzkiej nauce. Jak teoria flogistonu swego czasu. Eugenika (która wynikła z paru nader nieostrożnych "dopowiedzeń" na tle teorii ewolucji - których, tak szczerze pisząc, to nie jestem pewien, czy nasi współcześni luminarze zdołali się już pozbyć..?).

Ponieważ takie "dopowiedzenia" są zwykle chwytliwsze, bo prostsze i łatwiej przemawiające do wyobraźni niż fakty, które je obalają - bardzo często jest tak, że potem nawet dawno już porzucony "mit nauki" funkcjonuje jako ugruntowana i niekwestionowana prawda wśród polityków, pisarzy, zwykłych ludzi wreszcie. Jest to, poniekąd, mój główny i najważniejszy argument przeciw jakiejkolwiek centralnie sterowanej inżynierii społecznej! Taka inżynieria bowiem, siłą rzeczy z jakiejś musi wynikać teorii - i prawie zawsze jest to teoria już w momencie podjęcia próby implementacji co najmniej nieaktualna. Politycy, jako podgatunek ludzi szczególnie upośledzonych intelektualnie (bo, jak niedawno dowodziłem, ewolucyjnie zapóźnionych...) mają wrodzoną zdolność do wybierania w pierwszej kolejności pomysłów możliwie najgłupszych. 

Pisarzy nie przypadkiem wymieniłem na drugim miejscu. Mój matematyk z liceum twierdził, że humaniści to ludzie pozbawieni wyobraźni. Oczywiście, że miał rację! Nie bez powodu już Starożytni wszystkie sztuki piękne hurtem zaliczali do "mimetyki" - "sztuki naśladowczej". Pisarz, który by istotnie coś nowego wymyślił, nie miałby najmniejszych szans na powodzenie (przynajmniej za życia!). Literatura, jeśli ma trafiać do czytelników, musi odpowiadać ich wyobrażeniom. Z natury zatem przeżuwa wątki i motywy dobrze tym czytelnikom znane. Najbardziej lubię filmy, które już widziałem - to jedna z najgłębszych sentencji w historii polskiego kina! Nawet różne literackie "sensacje" to w 100% odgrzewane kotlety. Jak niejakiego Browna "sensacja" o Marii z Magdali i Jezusie: nie czytałem, filmu też nie oglądałem, bo i po co..? Gnostycką legendę o pochodzeniu Kapetyngów poznałem gdzieś w okolicach starszych klas szkoły podstawowej, czyli - za Jaruzelskiego jeszcze... Gdzie tu sensacja..? 

Na samym końcu tego łańcuszka są "zwykli ludzie" - bo ich nasączyć takim czy innym mitem zabiera czasem i 300 lat, a czasem i więcej. W każdym razie około 300 lat zajęło nasączenie głów ludzi nam dzisiaj współczesnych teorią niejakiego Jana Jakuba Rousseau - dawno już pogrzebaną i to po cichu, bez hucznych ceremonii czy salw honorowych (jako że, tak po prawdzie, to nie za bardzo było co grzebać - taka to i "teoria"...), na gruncie pedagogiki czy psychologii.

Rousseau, podobnie jak inni tzw. "filozofowie" Wieku Zaciemnienia żył absurdalnym zupełnie przekonaniem, że człowiek jest z natury "dobry" (cokolwiek by to nie miało znaczyć w praktyce...) i że "przyrodzone" mu instynkty, przejawiające się w działaniu jego "serca" (a więc - nieświadomych, czy przynajmniej nie do końca świadomych zachceń, preferencji, uraz, itp.), byle im tylko nie przeszkadzać, zawsze będą go prowadziły ku dobremu. Cywilizacja (rozumiana przede wszystkim jako zestaw norm regulujących zachowanie jednostki i reglamentujących jej możliwości zaspokojenia owych naturalnych żądz) jest zaś źródłem zła i cierpienia. Trzeba ją tedy zburzyć, a przynajmniej - wywrócić do góry nogami - a zapanuje powszechne szczęście.

Jakie widzimy tu błędy..?

Po pierwsze - jest Rousseau (i inni tzw. "filozofowie" Wieku Zaciemnienia...) znacznie mniej rewolucyjny, niż mu się samemu wydaje. Owszem, odwraca tradycyjny "porządek rzeczy" (w myśli klasycznej, co najmniej od Arystotelesa zaczynając, "kultura" ceniona była znacznie bardziej od "natury"), ale to jest wciąż przestawianie tych samych klocków. Nuuuda..! Prawdziwą rewolucją byłoby zakwestionowanie podziału na "kulturę" (czy tam "cywillizację"...) i "naturę". Albowiem to, że człowiek wytwarza kulturę, jest przecież zjawiskiem pod każdym możliwym względem "naturalnym". Siedzą nad nami jacyś Reptilianie i każą pod groźbą bata filozofować, książki pisać, dobrych manier się uczyć czy grać w rozmaite gry..? No chyba nie..?! "Kulturę" zresztą nie tylko człowiek wytwarza, jest to zjawisko w świecie natury powszechne. Mój przyjaciel Jacek swego czasu badał trele ptaszków (tylko już nie pamiętam jakich...): okazuje się, że ptaki pewnego gatunku mają swoje "narzecza", nieco inaczej śpiewając - i da się ich pochodzenie po takim "narzeczu" zidentyfikować.

Po drugie - jak w przypadku bardzo wielu innych "mitów nauki", teoria Rousseau postuluje istnienie hipotetycznego bytu, którego w praktyce odnaleźć się nie udało. Owego "serca". Przyrodzonego każdemu człowiekowi siedliska, węzła "dobrych", a zarazem nieuświadomionych, czy też nie do końca uświadomionych "dobrych odruchów", "dobrych zachceń".

Państwo oczywiście doskonale wiecie, że Wasze serca to tylko szczególnego rodzaju mięsień, pełniący życiowo istotną rolę pompy ssąco - tłoczącej krew. To, że na widok najsympatyczniejszej z koleżanek ów mięsień zaczyna kurczyć się gwałtowniej niż przedtem, to tylko skutek wyrzucenia przez gruczoły dokrewne pewnych hormonów, na które chemoreceptory reagują przyspieszeniem przepływu krwi. Te same hormony wydzielają się zresztą przez skórę i - najwyraźniej - na chemoreceptorach najsympatyczniejszej z koleżanek nie robią pozytywnego wrażenia. Nic się na to nie da poradzić. Jak stwierdził Osioł chemia nie teges. 



Państwo to wszystko doskonale wiecie. Mam nadzieję, że wciąż uczą takich rzeczy w szkole..?

Chemia nie teges - i co dalej..?

Skoro WSZYSTKIE ludzkie zachcianki, byleby tylko "wypływały z serca" są "dobre" i "słuszne", to na gruncie teorii Rousseau należy z konieczności założyć, że te również. Jeśli zatem nie dochodzi do ich spełnienia, to dlatego, że przeszkadza w tym "cywilizacja". Np.: zbyt poważne traktowanie obowiązków, konwenansów, opinii innych ludzi, itp. Romantyczny bohater modo Rousseau powinien te przeszkody albo pokonać - albo zginąć. Na przykład śmiercią samobójczą, jak młody Werter.*

Jasne, że to się kupy nie trzyma. W ramach koniecznego dostosowania teorii do praktyki życia codziennego, cywilizacja współczesna oferuje w takich przypadkach sesje psychoterapii, coaching, albo - nieco bardziej tradycyjnie - flaszkę.

Mimo tak oczywistej sprzeczności między teorią a doświadczeniem, większość z Państwa, osobliwie wśród dam podziela jednak przekonanie, że "człowiek powinien kierować się sercem". Metaforycznie oczywiście. Bo nawet dobrze wiedząc, że z sercem jako takim nie ma to nic wspólnego, wciąż sądzicie, że jest w Was jakieś tajemnicze "coś", co Wam podpowiada, kogo lubić, a kogo nie i czego pragnąć, a czego nie. I że to "coś" jest właśnie dobre i szlachetne. Chemoreceptory zdecydowanie nie brzmią "szlachetnie"..!

Jest zresztą rzeczą niezmiernie wręcz charakterystyczną, że tego rodzaju fałszywe przekonania (udowodnił ktoś istnienie tego tajemniczego "czegoś"..?) powodują u sporej części populacji  kłopotliwy życiowo brak pomiarkowania.

Albo idziemy za każdym odruchem, zachceniem, zachcianką wręcz - albo zgoła wprost przeciwnie, oczekujemy wyłącznie "zachceń najwyższej jakości", o intensywności opiewanej w telenowelach i romansach.

Pierwsza postawa powoduje, że jakiekolwiek trwałe związki między ludźmi stają się niemożliwe (chemoreceptory z czasem obojętnieją na stale powtarzany bodziec - i na to też NIC się nie da poradzić...). Druga zaś sprawia, że tak wielkie mnóstwo ludzi, zwłaszcza kobiet, jest obecnie tak głęboko nieszczęśliwych: bo nie potrafią kontentować się tym, co mają, oczekując czegoś większego, co może się nigdy w życiu nie przytrafić. O czym zresztą nie tak dawno pisałem!

Zanikła sztuka kompromisu. Samo pojęcie "życiowego kompromisu" jest zresztą obłożone swoistą anatemą. Kto szuka kompromisu, a nie "spełnienia", ten zdaje się w dzisiejszych czasach kimś małym, niegodnym, nieinteresującym (w najlepszym razie...). A przecież gdyby nie właściwa ludziom - zarówno z natury, jak i z kultury - zdolność osiągania kompromisu, to nasze ulice pełne byłyby gwałcicieli i samobójców! Bo jak niby inaczej spełniać WSZYSTKIE "odruchy serca" (skoro wszystkie są "tak samo dobre" i "tak samo godne") - gdy są one najoczywiściej sprzeczne..?

Poza tym, Drodzy Państwo - postawa "wszystko albo nic" jakże jest prostacka..! Dawniej, kiedy ludzie byli biedniejsi, więc czy chcieli czy nie, samo życie zmuszało ich do kompromisów nieustannie - jakoś udawało się pogodzić cnotę z przyjemnością, dbałość o dobre imię z szukaniem wrażeń, obowiązek z rozrywką. Fakt - nie było badań DNA. Ani telefonów komórkowych czy kamer na każdym rogu ulicy. Ale to, że dzisiaj takie przeszkody w osiągnięciu szczęścia istnieją - powinno być chyba tylko tym większym wyzwaniem..? Co powiedziawszy - zabieram się za pielenie ogródka...

----------------------
*szkoda, swoją drogą, że jakoś nikt się nie porwał na literackie oddanie tej metody radzenia sobie z przeciwnościami "cywilizacji", którą w swoim życiu stosował sam autor "Emila" - który mianowiecie liczne nieślubne dzieci oddawał seriami do przytułków, żeby mu nie przeszkadzały...

7 komentarzy:

  1. Owe prawdziwie "szlachetne odruchy serca" wydają mi się rzadkością. Ale w istnienie czegoś takiego jak sumienie wierzę. Nie u każdego, a i u większości jest ono - zazwyczaj! - uśpione, ale jednak.

    Opozycja natura-cywilizacja została znakomicie oddana w filmie pt. "Into the wild" ("Wszystko za życie"), o którym zresztą pisałam. Sama natura jest nam obojętna, to MY - jakkolwiek byśmy nie byli ułomni, jakkolwiek by nasza cywilizacja nie była durna - jesteśmy w stanie wykrzesać z siebie dobro - lub zło. Czy sami z siebie, w toku ewolucji doszliśmy do takiej umiejętności, czy to Bóg ustanowił pewne obiektywnie słuszne zasady, który my, inteligentne zwierzęta, musimy ODKRYĆ (skłaniam się właśnie ku tej drugiej teorii), to już w kontekście owej opozycji bez znaczenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to sumienie przejawia się niezależnie od doświadczenia życiowego, socjalizacji, akulturacji i wszystkiego innego, co kształtuję siatkę neuronową mózgu - ot tak, samo z siebie..? Dziecko wychowane w dżungli, bez kontaktu z ludźmi - będzie miało "samo z siebie" sumienie, czy bynajmniej..?

      Co do opozycji "natura" - "kultura". W przeciwieństwie do Koleżanki nie jestem moralistą i moralność mnie, w gruncie rzeczy, mało obchodzi. W każdym razie problemu nie da się do samej tylko moralności ograniczyć, a gdyby nawet - to skąd mniemanie, że inne zwierzęta moralności nie mają..?

      Usuń
    2. Natknęłam się na jedną czy dwie historie odnalezienia dorosłego już człowieka, którego "wychowywały" zwierzęta. Nie wiem, jak to jest w przypadku innych zwierząt, ale NAM, ludziom, zdecydowanie takie "wychowanie" nie służy. Przeciwnie, tacy nieszczęśnicy są upośledzeni nie tylko intelektualnie, ale i emocjonalnie.

      Tak więc zgadzam się, że sumienie trzeba w sobie WYROBIĆ. Ale jeśli w świecie zachodzą zmiany zapoczątkowywane przez JEDNOSTKI buntujące się przeciwko masom, to oznacza to, iż nie tylko wpływ środowiska kształtuje nasze sumienie.

      Czy moralność nie jest zbiorem zasad ograniczających nie tyle naszych współplemieńców, ile nas samych? A które zwierzę - poza człowiekiem - nakłada na siebie nie wynikające z chęci osiągnięcia korzyści ograniczenia? Przecież nawet wierzący nie tylko z myślą o zbawieniu duszy swojej pomagają innym, o ateistach nie mówiąc.

      Usuń
    3. Każde zwierzę, które przestrzega reguł właściwego zachowania w swoim stadzie, tym samym ogranicza swoją ekspersję. Nie ma innych ograniczeń niż takie, które to właśnie robią: wykluczają pewne zachowania jednostki potencjalnie możliwe (a nawet celowe!).

      Na szczęście nie jesteśmy mrówkami czy robotami. Nawet żyjąc w tak wielkiej i skomplikowanej grupie (a nawet: ZWŁASZCZA dzięki temu, że jest ona tak wielka i tak skomplikowana...), poszczególne jednostki są w stanie wytwarzać zaskakującą wielką różnorodność idei i zachowań.

      To swoją drogą ciekawy temat na osobne rozważania. Nie ma nonkonformistów (a przynajmniej - żywych nonkonformistów) w małej grupce rozbitków na tratwie ratunkowej. Czy wśród więźniów spod jednej celi. Nonkonformizm i różnorodność zachowań wymagają pewnej minimalnej "przestrzeni" - i jest to, jak najbardziej przestrzeń społeczna. Wydaje się, że o nonkonformizm tam jest najłatwiej, gdzie jednostka ma największe szanse nawiązywać relacji z bardzo różnymi ludźmi i poznawać różne idee - bez zgubnych dla siebie skutków. A to wymaga "wielkiego" społeczeństwa, z całym jego bogactwem i komplikacją. Poniekąd truizm. Ale jeszcze o tym pomyślę...

      Usuń
    4. Oho! Widzę, że Ty również mylisz nonkonformistów z jawnymi buntownikami. :)

      Usuń
    5. Nawet, jeśli jest jakaś różnica między nimi, to mnie to nie interesuje. Jak już pisałem, moralistą nie jestem, dzieje moralności też mnie nic nie obchodzą, a jednostki nie postrzegam ani trochę heroicznie...

      Usuń
    6. Na podobny temat napisałem ostatnio wpis:
      http://milkblog.cba.pl/?p=1208
      gdzie generalnie popieram stanowisko Szanownego Autora.
      Zapraszam do lektury.

      Zapraszam też w ogóle na mój blog:
      http://milkblog.cba.pl

      Usuń