Blog główny

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Absolutyzm a minimalizm

Jedna z fejsowych znajomych wrzuciła link do tekstu opublikowanego przez Frondę. Poniekąd i tak miałem byłem się powymądrzać na podobny temat - nie bez związku z poprzednim wpisem. Czyli, jak się już Państwo domyślacie, znowu będzie o seksie..!
 
Nie zamierzam polemizować z księdzem Rybickim. Gdzie mnie do tego..? Wszystko, na co chciałbym zwrócić uwagę, to fakt, że miłość nie jest ani częstym, ani oczywistym stanem emocjonalnym.
 
Przede wszystkim, miłość to nie jest stan dany nam bezpośrednio w doświadczeniu. Jak głód czy pragnienie. Gdy jestem głodny, to wiem o tym i nie mam najmniejszych wątpliwości, że pora coś zjeść. Tak "bezpośrednio dane" są zresztą nie tylko doświadczenia fizyczne. Jeśli się tęskni, to na ogół nie ma wątpliwości, że tęsknota jest tęsknotą. Podobnie pożądanie jest bez wątpienia pożądaniem - tak się je, bezpośrednio i bez wątpliwości odczuwa. Ale czy połączenie pożądania i tęsknoty to już miłość..? To kwestia interpretacji...
 
Ludzie oczywiście bardzo często mówią "kocham" - a osobliwie mężczyźni kobietom, bo nauczyli się, że te ostatnie tego właśnie na ogół oczekują. Ale czy szczerze mówią i czy wiedzą co mówią?
 
Podejrzewam, że z miłością jest trochę jak ze szczęściem. Na ogół ten, kto szczęśliwy, nie zadaje sobie trudu, by swoje szczęście kontemplować i jeśli je sobie uświadamia, to zazwyczaj post factum - gdy przeminęło i stan obecny staje się, przez porównanie, dotkliwą stratą. Szczęście bowiem, czymkolwiek jest, jest z pewnością stanem uogólnionym, obejmującym wiele różnych doznań. I podobnie miłość: da się w niej wyodrębnić różne elementy, ale te elementy, choć zależne od siebie, wcale nie muszą zawsze występować jednocześnie. Można pożądać i nie tęsknić na ten przykład. Albo tęsknić i nie pożądać. Pewien wieszcz zgrabny wiersz o tym napisał, a pewien znany śpiewak dorobił do niego muzykę:
 
 
Na tym wniosku kończy się rozumowanie dedukcyjne, więc takie, co do którego skłonny byłbym ewentualnie spierać się na gruncie logiki czy biologii, gdyby ktoś z Państwa chciał mi stawiać zarzuty. Zaczynam zaś od tego miejsca wprowadzać Państwa w moje intuicje, które w najlepszym razie da się zaklasyfikować do rzędu rozumowań indukcyjnych, a w najgorszym - do swobodnego rzeźbienia, które już żadnej zgoła ocenie dowodowej nie podlega.
 
Miłość, czymkolwiek jest, jako się rzekło, jest, analogicznie do szczęścia, stanem uogólnionym, obejmującym zarówno pożądanie - i to wyłączne, bez żadnego tam oglądania się za spódniczkami - jak i cały szereg różnych innych przymiotów, doznań, zastrzeżeń i warunków, w wymienianiu których ksiądz Rybicki z pewnością będzie bieglejszy ode mnie. Nie na darmo od dwóch tysiącleci Kościół, Matka nasza, pracowicie rozwija wysoce wysublimowaną i abstrakcyjną teorię miłości.
 
W całkowitym zresztą oderwaniu od życiowej praktyki większości swoich owieczek, którym do niedawna starczały mniej wykwintne pokarmy dla zaspokojenia zarówno cielesnej, jak i duchowej chuci.
 
Niewielu zapewne jest ludzi, którzy nigdy nie przeżyli zauroczenia jakąś osobą płci przeciwnej (naturalnie, za wyjątkiem zdeklarowanych homoseksualistów płci obojga...). Takie zauroczenie, charakterystyczne głównie dla pierwszej, drugiej i trzeciej młodości (jako mężczyzna, oczywiście że piszę z męskiego punktu widzenia...) sytuuje się gdzieś w okolicy owego przez księdza Rybickiego opisywanego pragnienia. Zwykle trwa od kilku godzin do kilku miesięcy, choć u osobników z wrodzoną skłonnością do idealizacji i wyżywania się raczej słowem niż czynem, może potrwać i dłużej - czasem i całe życie, że o Petrarce wspomnę w tym miejscu.
 
Charakterystyczne jest, że słowo "urok", w języku polskim raczej nacechowane pozytywnie (choć już niekoniecznie w wyrażeniu "rzucać urok" - jeśli to wiedźma rzuca...), w bratnich językach wschodniosłowiańskich nabiera grozy: jurodiwyj to szaleniec, ale taki szaleniec, przez którego może i sam Bóg przemawiać od czasu do czasu, lepiej się go tedy strzec. Co nasuwa przypuszczenie, że starosłowiański źródłosłów musiał w jednym terminie dwa rodzaje szaleństwa: i to miłosne i to całkiem dosłowne - łączyć.
 
W każdym razie, to jest właśnie ten moment, gdy łatwo mężczyźnie stracić rozum. Zakładając, naturalnie, że go kiedykolwiek posiadał - moje sympatyczne koleżanki na ogół nie są o tym przekonane.
 
Jeśli pragnienie zostanie w jakikolwiek bądź sposób skonsumowane, włączają się hormonalne dopalacze, szprycujące mózg dopaminami i endorfiną - i można mówić o zakochaniu. Który to stan trwa, póki gruczoły szprycują, a receptory nie zobojętniały na serwowaną im chemię. Od kilku miesięcy do kilku lat. Jeśli trwa krócej, to jednak chyba nie jest do końca normalne - natura tak to urządziła, żeby ogłupić, ogłuszyć i oślepić chemicznie parę ludzi na czas potrzebny dla spłodzenia potomstwa i szczęśliwego przebrnięcia przez najgorsze dwa - trzy lata.
 
Na tym etapie u normalnych, zdrowych psychicznie ludzi pojawić się może przywiązanie. Które stanowi zdecydowany krok wstecz jak chodzi o hormonalne fajerwerki. Bynajmniej nie oznacza ślepoty na przechodzące w pobliżu spódniczki. Ale zwykłym ludziom przez tysiące lat wystarczało do tego, żeby w normalnych warunkach wieść wspólnie w miarę normalne życie. Raz lepsze, raz gorsze.
 
W dawnym systemie, gdzie spora część małżeństw była aranżowana bez większego udziału przyszłych małżonków, właściwie owo przywiązanie stanowiło o istocie i jakości związku małżeńskiego - za udane małżeństwa uchodziły takie, w którym małżonkom udało się do siebie przywiązać. Skądinąd, presja ekonomiczna i tak trzymała ludzi razem.
 
Współcześnie nie ma już owej ekonomicznej presji. Nie to, żebym był jakimś marksistą, czy innym materialistą - ale, jak wiadomo, tak się gra, jak przeciwnik pozwala. Skoro bez chłopa tylko pod most i z głodu zdychać, to choćby pił, bił i sobaczył - trzeba się go było jakoś trzymać. Teraz już nie trzeba.
 
A jednocześnie zachodzi zmiana kulturowa. Ludziom, zresztą płci obojga, przestaje wystarczać przywiązanie. Pragną miłości pokazywanej im w komediach romantycznych czy innych filmidłach. Miłości, o której naucza m.in. ksiądz Rybicki.
 
I, jak to zwykle bywa, można do problemu podejść na dwa sposoby. Zawsze jest szkoła falenicka i szkoła otwocka. Ludzie skłonni do moralnego i życiowego absolutyzmu - który konsekwentnie od dwóch tysiącleci zaleca Kościół, Matka nasza (nie znajdując na ogół w tej materii zrozumienia u swoich wiernych owieczek...) - mogą w obecnej sytuacji widzieć szansę. Skoro ludzi już ze sobą żadna presja ekonomiczna nie trzyma. Skoro powszechnie nie zadowalają się byle czym i pożądają "związków wysokiej jakości", takich, które spaja nie żadne tam letnie i bezkrwiste przywiązanie, tylko pełnowartościowa, absolutna miłość - no to wreszcie zbliżamy się do prawdziwego raju na Ziemi!
 
Natomiast minimaliści i malkontenci mogą sobie pomrukiwać z cicha w swoim ponurym kącie, że nie takie to proste i że owo dążenie do absolutu znacznie więcej związków niszczy niż na wieki cementuje. Przywiązanie też wymagało kompromisu i pielęgnacji. Trzeba było drugą osobę co najmniej tolerować - bez chemii, gdy gruczoły już nie pompowały do mózgu substancji ogłupiających. Teraz pod pretekstem "poszukiwania prawdziwej miłości" można sobie pracowite budowanie kompromisu i tolerancji na dziwactwa czy ohydztwa drugiego człowieka odpuścić i gdy chemia przestanie działać - poszukać wcale nie żadnej "miłości", tylko... kolejnego stymulatora..?
 
A Twoim zdaniem, Drogi Czytelniku, jak to jest..?

6 komentarzy:

  1. Jako ciekawostke podam iz czytalem kiedys ze kobiety czytajce duzo Harlequinow czy ogladajce duzo romansow sa znacznie mniej zadowolone ze swoich zwiazkow.Podobnie z probami spania w ramionach ukochanego-te pary ktore probuja tak spac znacznie szybciej sie do siebie zniechecaja(to jest zwyczajnie niewygodne i na dluzsza mete chyba buduje jakas podswiadoma niechec).Podobnie zreszta ogladanie duzo porno prowadzi do niezadowolenia z zycia seksulnego(na zasadzie porownania do filmowego "idealu" co to zawsze,wszedzie i na wszytskie sposoby).
    Co do wyboru max vs min to max zdaje sie byc swoista romantyczna utopia ale na co dzien kroluje postawa minimalistyczna i to raczej taka z poszukiwaniem kolejnego stymulatora.

    Piotr34

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Harlequiny to odpowiednik pornosów dla kobiet. Podobnie jak rzadko która kobieta wygląda jak gwiazda porno (zwłaszcza jeżeli chodzi o wielkość piersi), tak mało który mężczyzna jest przystojnym, dominującym, miliarderem, który skrywa swoje bogactwo udając hydraulika, bo chce znaleźć prawdziwą miłość.

      Spanie na łyżeczki pod warunkiem, że nie jest za gorąco, jest moim zdaniem dość wygodne, nie mniej będąc dzieckiem swoich czasów, żaden mój związek z kobietą nie trwał dłużej niż 2 lata, więc co ja tam wiem...

      Usuń
    2. Powiedziałbym, że demonstrowanie na zewnątrz absolutystycznych i maksymalistycznych przekonań jest doskonałym uzasadnieniem dla prozaicznego lenistwa i braku dbałości o związek. Bo widać, skoro nie wszystko układa się idealnie - to jednak nie jest ta jedna, jedyna Prawdziwa Miłość...

      Natomiast kolega Wojciech jawnie i otwarcie przyznaje się do poszukiwania wrażeń cielesnych, więc jego to, oczywiście, nie dotyczy..!

      Usuń
    3. "Bo widać, skoro nie wszystko układa się idealnie - to jednak nie jest ta jedna, jedyna Prawdziwa Miłość..."

      Sadze ze wsrod kobieta ta postawa jest dosc czesta obecnie,faceci zdaja sie tu byc minimalistami(takze w tym sensie iz to minimum zdaje im sie wystarczac).Jakbym byl zwolennikiem teorii spiskowej to bym powiedzial ze to kolejny front ataku na rodzine ale pewnie to tylko zwykle bzdury(bazujace na starych "memach")robione sztampowo i seryjnie dla kasy.

      @Wojciech Majda

      Wiem ze Harlequiny to pornosy dla kobiet-chyba kazdy to wie oprocz samych kobiet;)Ale spanie na lyzeczke to jest fajne na 5 minut,potem sie czlowiek "gotuje".

      Piotr34

      Usuń
    4. @Jacek,

      Że poszukuję wrażeń cielesnych, nie oznacza, że nie chcę Prawdziwej Miłości. Zawsze przecież można zjeść ciastko i mieć ciastko - wystarczy tylko mieć co najmniej dwa. Mam wrażenie, że to wymysł kultury mającej zapewnić każdemu mężczyźnie kobietę, że kochać można tylko jedną kobietę naraz.

      Przyjemność fizyczna jest też większa gdy kobieta cię kocha. Inaczej dla przeciętnego faceta (lub hedonisty) taniej byłoby chadzać do panien sprzedajnych. Nie mam nawet na myśli teraz kosztów rozwodu (co niekiedy ludzie liczą), tylko takie obliczenia ile kosztuje utrzymanie kobiety. Podobnie jest z chodzeniem do restauracji a posiłkiem przygotowanym z troską i miłością. Niby to pierwsze jest dobre, może nawet bardziej wykwintne, ale jednak domowy posiłek to co innego.

      @Piotr34
      Ja mam niedoczynność tarczycy, więc mój stosunek do ciepła jest inny ;)

      @Temat wpisu
      Tutaj 2minutowy przykład z popkultury nt. zjawiska:
      http://movieclips.com/JHfAW-vicky-cristina-barcelona-movie-counter-intuitive-love/

      Usuń
    5. Życie we dwoje jest zdecydowanie tańsze niż w pojedynkę. Widzę to po własnym budżecie. Mimo, że jem byle co i wcale nie w restauracjach i bynajmniej nie szaleję z wydatkami w innych kategoriach (poza transportem, bo od śmierci Dalii jeżdżę do pracy na ogół samochodem - żeby móc szybko wrócić jak by co...). Ale porównując nakład do efektu, czyli komfortu bytowania - to jest katastrofa...

      Usuń