Blog główny

niedziela, 21 czerwca 2015

Dobrego dzikusa kłopoty sercowe

Mam graniczące z pewnością podejrzenie, że kiedyś już o tym pisałem. Niestety - jak się ma w dorobku dobrze ponad 1,5 tysiąca wpisów i zaawansowaną sklerozę, to i tagowanie nie pomaga: nie pamiętam dokładnie gdzie tego szukać. No cóż - powtórzymy! Mam tylko nadzieję, że jak ktoś z Państwa znajdzie poprzedni na ten temat tekst, to się nie okaże, że sam sobie przeczę..? Bo i tak być może...

Człowiek ma tę fundamentalną wadę, że nie znosi niepewności. Kiedy więc czegoś nie wie, to sobie brakujące fragmenty dopowiada. Szczególnym przypadkiem takiego "dopowiadania" są różne mody i manie przytrafiające się ludzkiej nauce. Jak teoria flogistonu swego czasu. Eugenika (która wynikła z paru nader nieostrożnych "dopowiedzeń" na tle teorii ewolucji - których, tak szczerze pisząc, to nie jestem pewien, czy nasi współcześni luminarze zdołali się już pozbyć..?).

Ponieważ takie "dopowiedzenia" są zwykle chwytliwsze, bo prostsze i łatwiej przemawiające do wyobraźni niż fakty, które je obalają - bardzo często jest tak, że potem nawet dawno już porzucony "mit nauki" funkcjonuje jako ugruntowana i niekwestionowana prawda wśród polityków, pisarzy, zwykłych ludzi wreszcie. Jest to, poniekąd, mój główny i najważniejszy argument przeciw jakiejkolwiek centralnie sterowanej inżynierii społecznej! Taka inżynieria bowiem, siłą rzeczy z jakiejś musi wynikać teorii - i prawie zawsze jest to teoria już w momencie podjęcia próby implementacji co najmniej nieaktualna. Politycy, jako podgatunek ludzi szczególnie upośledzonych intelektualnie (bo, jak niedawno dowodziłem, ewolucyjnie zapóźnionych...) mają wrodzoną zdolność do wybierania w pierwszej kolejności pomysłów możliwie najgłupszych. 

Pisarzy nie przypadkiem wymieniłem na drugim miejscu. Mój matematyk z liceum twierdził, że humaniści to ludzie pozbawieni wyobraźni. Oczywiście, że miał rację! Nie bez powodu już Starożytni wszystkie sztuki piękne hurtem zaliczali do "mimetyki" - "sztuki naśladowczej". Pisarz, który by istotnie coś nowego wymyślił, nie miałby najmniejszych szans na powodzenie (przynajmniej za życia!). Literatura, jeśli ma trafiać do czytelników, musi odpowiadać ich wyobrażeniom. Z natury zatem przeżuwa wątki i motywy dobrze tym czytelnikom znane. Najbardziej lubię filmy, które już widziałem - to jedna z najgłębszych sentencji w historii polskiego kina! Nawet różne literackie "sensacje" to w 100% odgrzewane kotlety. Jak niejakiego Browna "sensacja" o Marii z Magdali i Jezusie: nie czytałem, filmu też nie oglądałem, bo i po co..? Gnostycką legendę o pochodzeniu Kapetyngów poznałem gdzieś w okolicach starszych klas szkoły podstawowej, czyli - za Jaruzelskiego jeszcze... Gdzie tu sensacja..? 

Na samym końcu tego łańcuszka są "zwykli ludzie" - bo ich nasączyć takim czy innym mitem zabiera czasem i 300 lat, a czasem i więcej. W każdym razie około 300 lat zajęło nasączenie głów ludzi nam dzisiaj współczesnych teorią niejakiego Jana Jakuba Rousseau - dawno już pogrzebaną i to po cichu, bez hucznych ceremonii czy salw honorowych (jako że, tak po prawdzie, to nie za bardzo było co grzebać - taka to i "teoria"...), na gruncie pedagogiki czy psychologii.

Rousseau, podobnie jak inni tzw. "filozofowie" Wieku Zaciemnienia żył absurdalnym zupełnie przekonaniem, że człowiek jest z natury "dobry" (cokolwiek by to nie miało znaczyć w praktyce...) i że "przyrodzone" mu instynkty, przejawiające się w działaniu jego "serca" (a więc - nieświadomych, czy przynajmniej nie do końca świadomych zachceń, preferencji, uraz, itp.), byle im tylko nie przeszkadzać, zawsze będą go prowadziły ku dobremu. Cywilizacja (rozumiana przede wszystkim jako zestaw norm regulujących zachowanie jednostki i reglamentujących jej możliwości zaspokojenia owych naturalnych żądz) jest zaś źródłem zła i cierpienia. Trzeba ją tedy zburzyć, a przynajmniej - wywrócić do góry nogami - a zapanuje powszechne szczęście.

Jakie widzimy tu błędy..?

Po pierwsze - jest Rousseau (i inni tzw. "filozofowie" Wieku Zaciemnienia...) znacznie mniej rewolucyjny, niż mu się samemu wydaje. Owszem, odwraca tradycyjny "porządek rzeczy" (w myśli klasycznej, co najmniej od Arystotelesa zaczynając, "kultura" ceniona była znacznie bardziej od "natury"), ale to jest wciąż przestawianie tych samych klocków. Nuuuda..! Prawdziwą rewolucją byłoby zakwestionowanie podziału na "kulturę" (czy tam "cywillizację"...) i "naturę". Albowiem to, że człowiek wytwarza kulturę, jest przecież zjawiskiem pod każdym możliwym względem "naturalnym". Siedzą nad nami jacyś Reptilianie i każą pod groźbą bata filozofować, książki pisać, dobrych manier się uczyć czy grać w rozmaite gry..? No chyba nie..?! "Kulturę" zresztą nie tylko człowiek wytwarza, jest to zjawisko w świecie natury powszechne. Mój przyjaciel Jacek swego czasu badał trele ptaszków (tylko już nie pamiętam jakich...): okazuje się, że ptaki pewnego gatunku mają swoje "narzecza", nieco inaczej śpiewając - i da się ich pochodzenie po takim "narzeczu" zidentyfikować.

Po drugie - jak w przypadku bardzo wielu innych "mitów nauki", teoria Rousseau postuluje istnienie hipotetycznego bytu, którego w praktyce odnaleźć się nie udało. Owego "serca". Przyrodzonego każdemu człowiekowi siedliska, węzła "dobrych", a zarazem nieuświadomionych, czy też nie do końca uświadomionych "dobrych odruchów", "dobrych zachceń".

Państwo oczywiście doskonale wiecie, że Wasze serca to tylko szczególnego rodzaju mięsień, pełniący życiowo istotną rolę pompy ssąco - tłoczącej krew. To, że na widok najsympatyczniejszej z koleżanek ów mięsień zaczyna kurczyć się gwałtowniej niż przedtem, to tylko skutek wyrzucenia przez gruczoły dokrewne pewnych hormonów, na które chemoreceptory reagują przyspieszeniem przepływu krwi. Te same hormony wydzielają się zresztą przez skórę i - najwyraźniej - na chemoreceptorach najsympatyczniejszej z koleżanek nie robią pozytywnego wrażenia. Nic się na to nie da poradzić. Jak stwierdził Osioł chemia nie teges. 



Państwo to wszystko doskonale wiecie. Mam nadzieję, że wciąż uczą takich rzeczy w szkole..?

Chemia nie teges - i co dalej..?

Skoro WSZYSTKIE ludzkie zachcianki, byleby tylko "wypływały z serca" są "dobre" i "słuszne", to na gruncie teorii Rousseau należy z konieczności założyć, że te również. Jeśli zatem nie dochodzi do ich spełnienia, to dlatego, że przeszkadza w tym "cywilizacja". Np.: zbyt poważne traktowanie obowiązków, konwenansów, opinii innych ludzi, itp. Romantyczny bohater modo Rousseau powinien te przeszkody albo pokonać - albo zginąć. Na przykład śmiercią samobójczą, jak młody Werter.*

Jasne, że to się kupy nie trzyma. W ramach koniecznego dostosowania teorii do praktyki życia codziennego, cywilizacja współczesna oferuje w takich przypadkach sesje psychoterapii, coaching, albo - nieco bardziej tradycyjnie - flaszkę.

Mimo tak oczywistej sprzeczności między teorią a doświadczeniem, większość z Państwa, osobliwie wśród dam podziela jednak przekonanie, że "człowiek powinien kierować się sercem". Metaforycznie oczywiście. Bo nawet dobrze wiedząc, że z sercem jako takim nie ma to nic wspólnego, wciąż sądzicie, że jest w Was jakieś tajemnicze "coś", co Wam podpowiada, kogo lubić, a kogo nie i czego pragnąć, a czego nie. I że to "coś" jest właśnie dobre i szlachetne. Chemoreceptory zdecydowanie nie brzmią "szlachetnie"..!

Jest zresztą rzeczą niezmiernie wręcz charakterystyczną, że tego rodzaju fałszywe przekonania (udowodnił ktoś istnienie tego tajemniczego "czegoś"..?) powodują u sporej części populacji  kłopotliwy życiowo brak pomiarkowania.

Albo idziemy za każdym odruchem, zachceniem, zachcianką wręcz - albo zgoła wprost przeciwnie, oczekujemy wyłącznie "zachceń najwyższej jakości", o intensywności opiewanej w telenowelach i romansach.

Pierwsza postawa powoduje, że jakiekolwiek trwałe związki między ludźmi stają się niemożliwe (chemoreceptory z czasem obojętnieją na stale powtarzany bodziec - i na to też NIC się nie da poradzić...). Druga zaś sprawia, że tak wielkie mnóstwo ludzi, zwłaszcza kobiet, jest obecnie tak głęboko nieszczęśliwych: bo nie potrafią kontentować się tym, co mają, oczekując czegoś większego, co może się nigdy w życiu nie przytrafić. O czym zresztą nie tak dawno pisałem!

Zanikła sztuka kompromisu. Samo pojęcie "życiowego kompromisu" jest zresztą obłożone swoistą anatemą. Kto szuka kompromisu, a nie "spełnienia", ten zdaje się w dzisiejszych czasach kimś małym, niegodnym, nieinteresującym (w najlepszym razie...). A przecież gdyby nie właściwa ludziom - zarówno z natury, jak i z kultury - zdolność osiągania kompromisu, to nasze ulice pełne byłyby gwałcicieli i samobójców! Bo jak niby inaczej spełniać WSZYSTKIE "odruchy serca" (skoro wszystkie są "tak samo dobre" i "tak samo godne") - gdy są one najoczywiściej sprzeczne..?

Poza tym, Drodzy Państwo - postawa "wszystko albo nic" jakże jest prostacka..! Dawniej, kiedy ludzie byli biedniejsi, więc czy chcieli czy nie, samo życie zmuszało ich do kompromisów nieustannie - jakoś udawało się pogodzić cnotę z przyjemnością, dbałość o dobre imię z szukaniem wrażeń, obowiązek z rozrywką. Fakt - nie było badań DNA. Ani telefonów komórkowych czy kamer na każdym rogu ulicy. Ale to, że dzisiaj takie przeszkody w osiągnięciu szczęścia istnieją - powinno być chyba tylko tym większym wyzwaniem..? Co powiedziawszy - zabieram się za pielenie ogródka...

----------------------
*szkoda, swoją drogą, że jakoś nikt się nie porwał na literackie oddanie tej metody radzenia sobie z przeciwnościami "cywilizacji", którą w swoim życiu stosował sam autor "Emila" - który mianowiecie liczne nieślubne dzieci oddawał seriami do przytułków, żeby mu nie przeszkadzały...

niedziela, 14 czerwca 2015

Dlaczego Oktawian i Alex to świnki z klasą, a Lenin - bynajmniej?!

Niewiele mam do czynienia ze współczesną młodzieżą. I na ogół jestem z tego zadowolony. Ta młodzież, którą (wyłącznie z konieczności...) spotykam w pracy, wydaje mi się kompletnie nieinteresująca - do tego stopnia, że aż wypada cieszyć się, że sam nie mam dzieci, bo gdyby miały być takie, jak moja młoda współpracownica, to chyba musiałbym z domu wygonić..! 

Wczoraj jednak miałem nieukrywaną przyjemność obcować przez krótką chwilę z egzemplarzem młodzieży młodszej nawet jeszcze, bo maturalnej, inteligentnym (wiadomo - rodzina!), bystrym i świata ciekawym. I właśnie stąd - dzisiejszy wpis. Egzemplarz ów bowiem stoi na progu zarażenia najgłupszą z istniejących na tym Bożym świecie filozofii - anglosaskim utylitaryzmem. Nawet pruski heglizm nie jest aż tak idiotyczny..!

Oba zresztą czerpią z tego samego źródła, czyli z tzw. "oświecenia" - które "zaciemnieniem" słuszniej zwać by należało, bo nie ma w dziejach myśli ludzkiej epoki głębszego i bardziej żenującego upadku...

Egzemplarz młodzieży maturalnej nie mógł zrozumieć, dlaczego Oktawian August i Aleksander (poufale zwany Alexem...) to "świnki z klasą", a ubierane właśnie w nowy garnitur truchło Lenina -  bynajmniej?

Ponieważ wydaje mi się, że i Państwo możecie mieć podobny problem z młodzieżą lub z cudzoziemcami, rzecz warta jest wytłumaczenia.

Otóż: nie ulega najmniej wątpliwości, że zarówno Oktawian, jak i Aleksander to świnie. I jeden i drugi kłamali, kradli, oszukiwali, wykorzystywali, udawali bóstwo, tarzali się w rui, porubstwie i wszelkich przyjemnościach, które tylko dać może niczym nieograniczona władza. A także zabijali - często: bez szczególnego powodu. Łamali innym ludziom życie, pozbawiali ich marzeń, wolności i majątku. Oktawian na dodatek jest postacią wybitnie nieromantyczną. Aż czuję z nim duchowe pokrewieństwo z tego właśnie powodu...

Lenin robił z grubsza to samo, ale jak chodzi o życie osobiste, to przy Oktawianie i Aleksie wydaje się wręcz mnichem: kontentował się Krupską (plotki o jego syfilisie są, koniec końców, podobnie jak w przypadku Hitlera, tylko plotkami...), żył w miarę skromnie, zabijał raczej z powodów politycznych niż dla kaprysu.

Dlaczego zatem Lenin jest świnią nie mieszczącą się w skali - a Oktawian i Alex, to mimo wszystko świnki miłe, przyjemne, wesołe i z klasą..?

Właśnie dlatego! Oktawian i Aleksander robili to, co robili z czystego pragmatyzmu. Nie - naprawdę nie chodzi o same tylko możliwości techniczne. I jeden i drugi, żywcem przeniesiony w czasy współczesne, stałby się w najgorszym razie takim Franco czy innym Pinochetem - postacią, w gruncie rzeczy, w znacznym stopniu pozytywną.

Naprawdę, możliwości techniczne są bez znaczenia. Liczba ofiar jest bez znaczenia. To, co się liczy, to uzasadnienie, ideologia i cel.

Najważniejszym, najbardziej fundamentalnym przejawem idiotyzmu anglosaskiej filozofii utylitarnej jest przekonanie, że wszystko na tym Bożym świecie czemuś pożytecznemu służy. I takie na ten przykład państwo służy temu, żeby łapać złodziei, pilnować przestrzegania zasad ruchu drogowego czy dbać o zachowanie cen nieruchomości. Bzdura..!

Państwo nie służy NICZEMU. Państwo istnieje nie po to, żeby coś załatwić, wykonać, ułatwić czy zapewnić. Państwo istniej TYLKO DLATEGO, że większość ludzi to tchórzliwi konformiści, którzy nigdy w życiu nie zbuntują się przeciw obyczajowi, status quo, prawu czy zwierzchności. Państwo istnieje dlatego, że ludzie jako ssaki terytorialne i stadne zarazem, potrzebują koniecznie dla zachowania psychicznego komfortu jasnej i niekwestionowanej hierarchii w stadzie (zwykłym idiotyzmem jest mniemanie takiego np. p. Wodzińskiego, czy innych libertarian, że ludzie mogliby żyć dalej w stadach po 40 - 50 osobników tak, jak to robili w paleolicie...). Państwo istnieje dlatego, że pewna, niezbyt wielka mniejszość ludzi przejawia ambicję sprawowania władzy i życia na cudzy koszt.

Tak było, jest i będzie - aż po skończenie świata. Ktokolwiek twierdzi, że da się z tego mechanizmu wyzwolić i państwo obalić - głupcem jest lub kłamcą.

Kto zaś zaakceptuje ten stan rzeczy, ten zrozumie od razu, dlaczego wyżej moralnie cenić należy Oktawiana i Aleksandra, a niżej - zdecydowanie niżej - Lenina.


Pierwsi dwaj rządzili dla własnej przyjemności, dla korzyści swego rodu, dla sławy swego narodu. Lenin obiecywał wszystkim swoim poddanym radykalną poprawę bytu. Ameliorację życia totalną i kompletną. Zmianę na skalę wręcz apokaliptyczną.

Nie ma znaczenia, czy sam w to wierzył, czy użył tylko takiej ideologii dla uzasadnienia swojej władzy. Grunt, że skoro jej użył, to musiał się też i trzymać - przynajmniej w ogólnych zarysach. Musiał zatem, dążąc do owej radykalnej poprawy ludzkiego losu, całkowicie życie wszystkich swoich poddanych wywrócić do góry nogami.

Już i w starożytności byli tacy, którym podobne pomysły chodziły po głowie. No chociażby Platon..! Potem było parę podobnych ruchów na tle religijnym - katarzy, taboryci, anabatpyści. Nic z tego nie wyszło bo przed początkiem wieku XX wydajność ludzkiej pracy była zbyt niska, by całe narody i pokolenia żyły życiem fałszywym i utopijnym. I tylko ta "techniczna" różnica jak chodzi o Lenina ma znaczenie. Lenin jako pierwszy nie tylko chciał, ale i mógł. Mógł zrobić coś, co ani Oktawianowi, ani Aleksandrowi w ogóle by nie przyszło do głowy - wywrócić do góry nogami życie wszystkich swoich poddanych. Wszystkich ludzi na całym świecie - przynajmniej według planów i zamierzeń!

Nie ten jest zły, kto dla siebie chce dobrze (a przynajmniej chce tego, co jemu dobre się wydaje...). To normalna, ludzka, zrozumiała postawa. Prawdziwe przerażenie budzić winien ten, kto chce dobrze dla wszystkich bez wyjątku..!

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Absolutyzm a minimalizm

Jedna z fejsowych znajomych wrzuciła link do tekstu opublikowanego przez Frondę. Poniekąd i tak miałem byłem się powymądrzać na podobny temat - nie bez związku z poprzednim wpisem. Czyli, jak się już Państwo domyślacie, znowu będzie o seksie..!
 
Nie zamierzam polemizować z księdzem Rybickim. Gdzie mnie do tego..? Wszystko, na co chciałbym zwrócić uwagę, to fakt, że miłość nie jest ani częstym, ani oczywistym stanem emocjonalnym.
 
Przede wszystkim, miłość to nie jest stan dany nam bezpośrednio w doświadczeniu. Jak głód czy pragnienie. Gdy jestem głodny, to wiem o tym i nie mam najmniejszych wątpliwości, że pora coś zjeść. Tak "bezpośrednio dane" są zresztą nie tylko doświadczenia fizyczne. Jeśli się tęskni, to na ogół nie ma wątpliwości, że tęsknota jest tęsknotą. Podobnie pożądanie jest bez wątpienia pożądaniem - tak się je, bezpośrednio i bez wątpliwości odczuwa. Ale czy połączenie pożądania i tęsknoty to już miłość..? To kwestia interpretacji...
 
Ludzie oczywiście bardzo często mówią "kocham" - a osobliwie mężczyźni kobietom, bo nauczyli się, że te ostatnie tego właśnie na ogół oczekują. Ale czy szczerze mówią i czy wiedzą co mówią?
 
Podejrzewam, że z miłością jest trochę jak ze szczęściem. Na ogół ten, kto szczęśliwy, nie zadaje sobie trudu, by swoje szczęście kontemplować i jeśli je sobie uświadamia, to zazwyczaj post factum - gdy przeminęło i stan obecny staje się, przez porównanie, dotkliwą stratą. Szczęście bowiem, czymkolwiek jest, jest z pewnością stanem uogólnionym, obejmującym wiele różnych doznań. I podobnie miłość: da się w niej wyodrębnić różne elementy, ale te elementy, choć zależne od siebie, wcale nie muszą zawsze występować jednocześnie. Można pożądać i nie tęsknić na ten przykład. Albo tęsknić i nie pożądać. Pewien wieszcz zgrabny wiersz o tym napisał, a pewien znany śpiewak dorobił do niego muzykę:
 
 
Na tym wniosku kończy się rozumowanie dedukcyjne, więc takie, co do którego skłonny byłbym ewentualnie spierać się na gruncie logiki czy biologii, gdyby ktoś z Państwa chciał mi stawiać zarzuty. Zaczynam zaś od tego miejsca wprowadzać Państwa w moje intuicje, które w najlepszym razie da się zaklasyfikować do rzędu rozumowań indukcyjnych, a w najgorszym - do swobodnego rzeźbienia, które już żadnej zgoła ocenie dowodowej nie podlega.
 
Miłość, czymkolwiek jest, jako się rzekło, jest, analogicznie do szczęścia, stanem uogólnionym, obejmującym zarówno pożądanie - i to wyłączne, bez żadnego tam oglądania się za spódniczkami - jak i cały szereg różnych innych przymiotów, doznań, zastrzeżeń i warunków, w wymienianiu których ksiądz Rybicki z pewnością będzie bieglejszy ode mnie. Nie na darmo od dwóch tysiącleci Kościół, Matka nasza, pracowicie rozwija wysoce wysublimowaną i abstrakcyjną teorię miłości.
 
W całkowitym zresztą oderwaniu od życiowej praktyki większości swoich owieczek, którym do niedawna starczały mniej wykwintne pokarmy dla zaspokojenia zarówno cielesnej, jak i duchowej chuci.
 
Niewielu zapewne jest ludzi, którzy nigdy nie przeżyli zauroczenia jakąś osobą płci przeciwnej (naturalnie, za wyjątkiem zdeklarowanych homoseksualistów płci obojga...). Takie zauroczenie, charakterystyczne głównie dla pierwszej, drugiej i trzeciej młodości (jako mężczyzna, oczywiście że piszę z męskiego punktu widzenia...) sytuuje się gdzieś w okolicy owego przez księdza Rybickiego opisywanego pragnienia. Zwykle trwa od kilku godzin do kilku miesięcy, choć u osobników z wrodzoną skłonnością do idealizacji i wyżywania się raczej słowem niż czynem, może potrwać i dłużej - czasem i całe życie, że o Petrarce wspomnę w tym miejscu.
 
Charakterystyczne jest, że słowo "urok", w języku polskim raczej nacechowane pozytywnie (choć już niekoniecznie w wyrażeniu "rzucać urok" - jeśli to wiedźma rzuca...), w bratnich językach wschodniosłowiańskich nabiera grozy: jurodiwyj to szaleniec, ale taki szaleniec, przez którego może i sam Bóg przemawiać od czasu do czasu, lepiej się go tedy strzec. Co nasuwa przypuszczenie, że starosłowiański źródłosłów musiał w jednym terminie dwa rodzaje szaleństwa: i to miłosne i to całkiem dosłowne - łączyć.
 
W każdym razie, to jest właśnie ten moment, gdy łatwo mężczyźnie stracić rozum. Zakładając, naturalnie, że go kiedykolwiek posiadał - moje sympatyczne koleżanki na ogół nie są o tym przekonane.
 
Jeśli pragnienie zostanie w jakikolwiek bądź sposób skonsumowane, włączają się hormonalne dopalacze, szprycujące mózg dopaminami i endorfiną - i można mówić o zakochaniu. Który to stan trwa, póki gruczoły szprycują, a receptory nie zobojętniały na serwowaną im chemię. Od kilku miesięcy do kilku lat. Jeśli trwa krócej, to jednak chyba nie jest do końca normalne - natura tak to urządziła, żeby ogłupić, ogłuszyć i oślepić chemicznie parę ludzi na czas potrzebny dla spłodzenia potomstwa i szczęśliwego przebrnięcia przez najgorsze dwa - trzy lata.
 
Na tym etapie u normalnych, zdrowych psychicznie ludzi pojawić się może przywiązanie. Które stanowi zdecydowany krok wstecz jak chodzi o hormonalne fajerwerki. Bynajmniej nie oznacza ślepoty na przechodzące w pobliżu spódniczki. Ale zwykłym ludziom przez tysiące lat wystarczało do tego, żeby w normalnych warunkach wieść wspólnie w miarę normalne życie. Raz lepsze, raz gorsze.
 
W dawnym systemie, gdzie spora część małżeństw była aranżowana bez większego udziału przyszłych małżonków, właściwie owo przywiązanie stanowiło o istocie i jakości związku małżeńskiego - za udane małżeństwa uchodziły takie, w którym małżonkom udało się do siebie przywiązać. Skądinąd, presja ekonomiczna i tak trzymała ludzi razem.
 
Współcześnie nie ma już owej ekonomicznej presji. Nie to, żebym był jakimś marksistą, czy innym materialistą - ale, jak wiadomo, tak się gra, jak przeciwnik pozwala. Skoro bez chłopa tylko pod most i z głodu zdychać, to choćby pił, bił i sobaczył - trzeba się go było jakoś trzymać. Teraz już nie trzeba.
 
A jednocześnie zachodzi zmiana kulturowa. Ludziom, zresztą płci obojga, przestaje wystarczać przywiązanie. Pragną miłości pokazywanej im w komediach romantycznych czy innych filmidłach. Miłości, o której naucza m.in. ksiądz Rybicki.
 
I, jak to zwykle bywa, można do problemu podejść na dwa sposoby. Zawsze jest szkoła falenicka i szkoła otwocka. Ludzie skłonni do moralnego i życiowego absolutyzmu - który konsekwentnie od dwóch tysiącleci zaleca Kościół, Matka nasza (nie znajdując na ogół w tej materii zrozumienia u swoich wiernych owieczek...) - mogą w obecnej sytuacji widzieć szansę. Skoro ludzi już ze sobą żadna presja ekonomiczna nie trzyma. Skoro powszechnie nie zadowalają się byle czym i pożądają "związków wysokiej jakości", takich, które spaja nie żadne tam letnie i bezkrwiste przywiązanie, tylko pełnowartościowa, absolutna miłość - no to wreszcie zbliżamy się do prawdziwego raju na Ziemi!
 
Natomiast minimaliści i malkontenci mogą sobie pomrukiwać z cicha w swoim ponurym kącie, że nie takie to proste i że owo dążenie do absolutu znacznie więcej związków niszczy niż na wieki cementuje. Przywiązanie też wymagało kompromisu i pielęgnacji. Trzeba było drugą osobę co najmniej tolerować - bez chemii, gdy gruczoły już nie pompowały do mózgu substancji ogłupiających. Teraz pod pretekstem "poszukiwania prawdziwej miłości" można sobie pracowite budowanie kompromisu i tolerancji na dziwactwa czy ohydztwa drugiego człowieka odpuścić i gdy chemia przestanie działać - poszukać wcale nie żadnej "miłości", tylko... kolejnego stymulatora..?
 
A Twoim zdaniem, Drogi Czytelniku, jak to jest..?