Blog główny

czwartek, 28 maja 2015

Chuć

Najsympatyczniejsza ze wszystkich koleżanek nie uwierzyła w moje zapewnienia o doskonałym zdrowiu i formie Mirasgula. Jest w tym duża doza antropomorfizacji. W dodatku, jak by pewnie powiedział(a) adept(ka) gender studies - kulturowo zakorzenionej. To u homo sapiens sapiens, osobliwie w tzw. "śródziemnomorskim kręgu kulturowym", zdrowy samiec powinien być zawsze gotowy do kopulacji - wszystko jedno (w pewnych, mam nadzieję, granicach..?) jaka samica wyrazi na nią przyzwolenie...


Gatunek equus caballus cechuje na ogół wyrazista periodyczność zachowań seksualnych. Na ogół, bo w niewoli, jak u wielu innych gatunków zwierząt, to się zmienia. Nie bez przyczyny twierdziłem i twierdzę, że moje kobyły skłonne są do seksu nawet wtedy, gdy dzieci z tego żadną miarą być nie może. Tak po prostu jest, niezależnie od tego, że w podręcznikach o koniach co innego można przeczytać! 

Zachowanie takie nie jest jednak bynajmniej dla ich gatunku typowe i normalne. Wynika z szeregu przyczyn w naturze nie występujących: moje kobyły nigdy nie są głodne - nie znają w ogóle takiego uczucia, które dzikim zwierzętom towarzyszy przecież przez cały czas. Ilekroć tylko chcą, jedzenia zawsze jest pod dostatkiem, więcej niż są w stanie zjeść. Nie grożą im też żadne niebezpieczeństwa. Nigdy nie musiały uciekać przed drapieżnikiem. Nudzą się. A jak zauważyli już starożytni Chińczycy, obfitość pożywienia i brak zajęcia to pierwszy i najważniejszy krok do rozpusty...

Podobnie zmieniają się zachowania innych blisko związanych z człowiekiem gatunków: kotów, psów, świń. Podobno rośnie też ich inteligencja. Cóż: jaki pan, taki kram...

Mirasgul odmawiając Trzem Zołzom przyjemności kiedy czuje, że nic z tego być nie może, postępuje zatem - w ramach swojej gatunkowej normy - w sposób konserwatywny i przyzwoity. Tak się właśnie ogier stadny zachowywać powinien. Co też nie jest prawdą w praktyce, bo w tzw. "hodowli kulturalnej" życie ogiera jest na ogół ciężkie, nudne i pełne absurdalnych zupełnie rygorów - przez co rzadko który tak trzymany osobnik nie jest psychopatą (łagodnie rzecz ujmując...).

U człowieka seks pełni - zdaniem antropologów - znacznie ważniejszą rolę, niż u większości innych zwierząt. Wynika to z długiego okresu bezradnego dzieciństwa, kiedy potomstwo potrzebuje opieki obojga rodziców: matka uprawiając seks zwiększa szanse przeżycia tego potomstwa, które już posiada - bo wiąże ze sobą samca, który może pójść do lasu i przynieść mięcho. Dlatego robi to nie tylko wtedy, gdy jest płodna (choć taki Korwin - Mikke na przykład, a trudno doprawdy nie uznać go za autorytet w TEJ dziedzinie, lata temu twierdził w swoim Vademecum ojca, że zwykle panie są chętniejsze w dni płodne...).

Ba! Jest też teoria, że w ogóle inteligencja u hominidów rozwinęła się z tego właśnie powodu: dla polityki i to głównie właśnie - polityki, by tak rzec, międzypłciowej i rodzinnej. W skrócie pisząc, taki goryl na przykład, który jest wielki jak stodoła i żywi się owocami, spokojnie mógłby nie różnić się inteligencją od krowy (ani go nic nie zje, bo za duży i za silny, ani sam nad jedzeniem kombinować nie musi, bo owoce nie kryją się i nie odgryzają...). Tymczasem to wcale zmyślna istota. Po co mu to, jak nie do przekonywania gorylic do małego bara - bara i - ewentualnie - intrygowania w celu objęcia przywództwa nad stadem..?

Teoria ta ma, moim zdaniem, jeden mały minus. Skoro inteligencja wzięła się z polityki - to jak wytłumaczyć intelektualną mizerię (widoczną przecież gołym okiem...) wszystkich praktycznie współczesnych polityków..?

No cóż - niektórzy mogliby to uznać właśnie za dowód potwierdzający! Politycy po prostu pozostali na poziomie jakichś australopiteków, czy innych pitekantropów - podczas gdy reszta ludzkości poszła do przodu...

Zauważmy jednak, że skoro widzę naocznie jak odmienne od naturalnych warunki życia zmieniają zachowanie moich kobył, to nie sposób oczekiwać, że zachowania ludzi w tej kwestii pozostaną od  warunków życia niezależne i niezmienne.

Ideologia gender w pewnym sensie ma rację. Wiele razy już o tym pisałem: kobieta współczesna tak naprawdę do niczego już nie potrzebuje mężczyzny. Do zapłodnienia też nie. Co prawda partenogenezy jeszcze nie uprawiamy (ale to tylko kwestia czasu...) - ale od czego banki spermy..?

Z całą pewnością - nie do utrzymywania potomstwa! Od tego jest opieka społeczna (w tzw. "państwach opiekuńczych"), albo własna kariera zawodowa, wspomagana takimi instytucjami jak żłobki, przedszkola i niańki.

Pytanie brzmi: skoro kobieta nie potrzebuje mężczyzny na co dzień - to skąd w takim razie oczekiwanie, że mężczyzna, po staremu, pozostanie jurny, chętny i gotowy na każde jej skinienie, gdy akurat przyjdzie jej fantazja się zabawić - a..? Przecież to jest ewidentnie niesprawiedliwe! No i niepraktyczne. Po jaką cholerę inwestować tyle energii i wysiłku? Ani z tego satysfakcji (dłuższej niż ten ułamek sekundy...), ani dzieci, ani chociażby tak elementarnej rzeczy jak szacunek, uznanie, duchowe wsparcie...

Nie, nie, nie moje drogie panie. Tak się nie da. Albo rybki - albo akwarium. Jak chcecie być materialnie niezależne, samodzielne i same o sobie decydować - to oczekiwanie, że w łykend posiądzie was włochaty prymityw w skórze i z maczugą możliwe jest do spełnienia tylko wtedy, gdy ów prymityw zostanie adekwatnie wynagrodzony pieniężnie.

O czym, skądinąd, lata temu pisałem...

Poniekąd są to rozważania oderwane i teoretyczne. Nie jestem zdrowy. W przeciwieństwie do Mirasgula! Biją mnie nawet schody - nie ma sensu oczekiwać, że dałbym rady kobiecie. Dlatego mogę być bardziej niż zwykle zgorzkniały (a tryskającym optymizmem bon vivant'em chyba nigdy nie byłem..?). Oddaję się im tylko dlatego, że... nie mogę zasnąć. Choć jestem potwornie niewyspany. Taki paradoks. Oprócz tego od poniedziałku pocę się ze strachu ilekroć mam odwiedzić kibel - boli..! Trudno sobie, doprawdy, wyobrazić mniej romantyczne okoliczności przyrody. 

Co prawda inna koleżanka wysnuła teorię, że to wszystko tylko fizyczny objaw stresu i żalu (jako prawy Kociewiak kropli łzy nie uroniłem, więc mi się w zamian organizm buntuje...). Z czego wynika logicznie wniosek, że gdyby jakaś dobra kobieta się mną zaopiekowała, to może bym i wrócił do formy. Pytanie tylko - po co właściwie miałaby to robić..?

Co najmniej tak samo prawdopodobna jest hipoteza, że po prostu się kończę. A że żadne badania niczego konkretnego nie wykazały to tylko jeden więcej dowód na to, że lekarze i policjanci dobrze wyglądają tylko w serialach, a nie w prawdziwym życiu. Na razie sączę łyskacza (co za wstyd, swoją drogą, że musiałem w sklepie kupić, zamiast samemu zrobić...) - i mam nadzieję, że jak się jeszcze trochę zmęczę, to może zasnę. Czego i Państwu życzę!