Blog główny

niedziela, 18 stycznia 2015

Extinction Level Event czyli czy jestem stróżem brata mego..?

Jeśli wierzyć współczesnej nauce (oczywiście nie ma obowiązku: można wierzyć kolorowej prasie, telewizji, twórcom komiksów czy innym żądnym zysku szarlatanom - z czego oczywiście nie wynika, że instytucjonalna nauka wolna jest od żądzy zysku i fałszerstw - ale to już temat na osobne rozważania...) pięciokrotnie w przeszłości biosfera naszej planety otarła się o całkowitą zagładę życia, przynajmniej wielokomórkowego - w relatywnie krótkim, tj. mierzonym zaledwie setkami tysięcy lat czasie wymarło do 70% szacunkowej liczby istniejących w danym momencie gatunków. A jeszcze kilkanaście razy życie wielokomórkowe trzebione było przez nie aż tak straszne katastrofy.

Ponieważ nie znamy nikogo, kto widziałby chociażby najmniejszą z tych katastrof, nie mamy oczywiście stuprocentowej pewności, co je wywołało. Do grona "podejrzanych" należą impaktory (jest niemal pewnym, że to właśnie upadek asteroidy na Jukatanie wytłukł dinozaury - co było zaledwie ostatnią z tych "najgorszych" katastrof i wcale nie największą), superwulkany (jak ten pod Yellowstone, najbardziej znany, bo Amerykanie już parę filmów o jego spodziewanej erupcji nakręcili ale całkiem blisko mamy niewiele mniejszy pod Neapolem - a jest ich jeszcze sporo i każdy może pewnego pięknego dnia wywalić do atmosfery te minimum 1000 kilometrów sześciennych różnych, na ogół trujących lub palących substancji - choć potem, po kolejnym lat milionie, fajnie będzie na nich trawa rosła...), a nawet różne mniej lub bardziej hipotetyczne zagrożenia z Kosmosu (zaczynając od chmur pyłu, przez które nasz układ planetarny periodycznie wędruje, przez różne nie znane nam na razie ciała kosmiczne, których bliskość może wywoływać nieprzyjemne efekty).

Wspólnym mianownikiem wszystkich tych strasznych wydarzeń jest wielce prawdopodobna daremność ludzkich wysiłków zapobieżenia im lub zminimalizowania ich skutków. Przynajmniej - na poziomie indywidualnym. I najlepiej przygotowany "prepers" umrze bowiem, w najlepszym dla niego wypadku - naturalną śmiercią ze starości - nim będzie mógł ze swojego schronu wyjść ponownie na powierzchnię planety. Skoro takie katastrofy potrafią trwać i po pareset tysięcy lat..? Skoro życie po ich ustąpieniu potrafi odradzać się i przez kilka milionów lat?


Skoro tak, to pojawia się dylemat moralno - polityczno - księgowy. Czy powinniśmy, jako podatnicy, łożyć środki na działania, które mogą albo zapobiec takiej hipotetycznej katastrofie, albo też, uchronić przynajmniej ludzkość lub jej część przed jej skutkami - skoro jest rzeczą więcej niż pewną, że nikt z żyjących i tak nie ocaleje dzięki tym działaniom, a to z tego prostego powodu, że horyzont czasowy takiej inwestycji znacznie wykracza poza czas trwania najdłuższego ludzkiego życia?

Bardzo wielu polityków czy komentatorów ma tej materii jasno sprecyzowaną odpowiedź: NIE. Nie powinniśmy robić niczego, co wykracza poza naszą bezpośrednią codzienność. Niemoralnym jest fundowanie lotów w Kosmos nielicznym (choć właśnie owe loty w Kosmos są naszą największą szansą na ocalenie - jeśli nie Ziemi, to chociaż życia, które można ewentualnie przenieść gdzieś indziej - albo chociaż przeczekać, aż się na Ziemi poprawi...), skoro tak liczni cierpią z powodu niezaspokojenia swoich - słusznych w ich mniemaniu - aspiracji.

Jak Państwo doskonale wiecie, jestem przeciwnego zdania. Poniekąd jednak, do tej pory nie zastanawiałem się specjalnie nad moralną stroną tego zagadnienia. Wyszedłem bowiem od założenia, że próby zaspokojenia ludzkich aspiracji są daremne - o wiele bardziej daremne niż próby uratowania ludzkości przed zagładą!

To oczywiście bardzo smutne, że gdzieś tam są biedne dzieci, które umierają może nawet z głodu, a na pewno - z braku stosownych lekarstw czy czystej wody. Ale jeśli nawet da się tym dzieciom żywność, lekarstwa i wodę - to przecież wcale od tego suma nieszczęść na naszej planecie się nie zmniejszy! Mając żywność, lekarstwa i wodę - będą miały marzenia. Z których, naturalną koleją rzeczy - ogromna większość się nie spełni. I będą nieszczęśliwe. Tylko powody tego nieszczęścia będą bardziej subtelne (albo i nie...). Nie ma sensu walczyć z biedą czy nieszczęściem, bo to jest walka, która nie ma końca i w której, co najważniejsze, nie sposób zdefiniować jakiegoś ostatecznego celu - każdy jest tylko chwilowy, bo ludzkie aspiracje i frustracje są, w przeciwieństwie do Wszechświata, z całą pewnością nieskończone...

Tymczasem ludzkość (i w ogóle życie w jego znanej nam formie) z pewnością da się uratować, czy to przed asteroidą, czy przed skutkami erupcji superwulkanu - przenosząc je w części lub nawet w całości (gdy nie będzie innego wyjścia) gdzie indziej. Do stacji orbitalnych. Na Marsa. Poza Układ Słoneczny. Szczegóły techniczne nie są tu szczególnie istotne. Wiadomo, że kosztowałoby to od cholery i ciut ciut - ale, ostatecznie, przynajmniej da się ten koszt policzyć, podczas gdy koszt walki z ludzkimi frustracjami jest, podobnie jak owe frustracje - nieskończony. 

I czystą demagogią są wyliczenia, jak to zwalczenie malarii na całym świecie kosztowałoby tyle, co jeden myśliwiec V generacji - bo może i zwalczenie malarii kosztowałoby tylko tyle, ale - to dopiero początek! Ludzie żywi, bo nie umarli na malarię, dopiero będą mieli wymagania...*

Tak więc za tym, żeby zajmować się raczej Kosmosem niż malarią lub dostępem do czystej wody dla biednych Sudańczyków, przemawia kalkulacja czysto ekonomiczna. Ponieważ koszt "walki z biedą" jest nieskończony, to ile by nie kosztowała eksploracja Kosmosu, zawsze będzie od owej walki tańsza.

Skądinąd jednak, ludzie notorycznie podejmują się całkowicie daremnych wysiłków - nie dlatego, że czegoś się po nich spodziewają, a dlatego, że tak należy. Być może zatem - z moralnego punktu widzenia, należy właśnie walczyć z biedą, choć jest to walka o której daremności z góry wiadomo - a nie troszczyć się o jakąś tam katastrofę która nadejdzie gdy (miejmy nadzieję) wszyscy będziemy od dawna martwi..?

Mam co prawda dość brzydkie w tej materii podejrzenie. Otóż - nie narodzeni i nawet jeszcze nie planowani, z pewnością nie głosują. Kto zatem, starając się o poparcie żywych, a głodnych (lub wrażliwych na cudzy głód...) będzie się przejmował czymś, co może się wydarzyć za lat 1000 czy 10.000..? Jasne, że tylko polityczny samobójca!

Tu się rodzi pytanie: a jak to się udawało w dawnych wiekach, gdy katedry, żadnym bieżącym biedom przecież nie służące, i po 500 lat kolejne pokolenia potrafiły budować..? Czyżby owa rzekoma "wyższa efektywność" współczesnej liberalnej demokracji była jeno przesądem, światło ćmiącym, a w rzeczy samej mamy obecnie system rządów GORSZY niż w średniowieczu, a możliwy tylko dzięki temu, że wytwarzamy wiele tysięcy razy wydajniej bogactwo, które ten system może spokojnie marnotrawić, bez jawnie widocznych konsekwencji..?

-------------------------------
*z koliberalnego punktu widzenia, to też nie do końca tak: bo raz, że skoro będą żywi, to będą też wytwarzać jakieś bogactwo, które inaczej wcale by nie powstało - i to jest oczywiście argument za tym, żeby zwalczać zarazy i choroby nawet takie, które bezpośrednio nam tutaj nie zagrażają - a dwa: można podejrzewać, że ogólny koszt "walki z biedą" znacznie przekracza wszystko, co w rezultacie trafia do biednych (co prawda to samo dotyczyłoby też i ekspansji w Kosmos, gdyby miały się nią zajmować państwa - ale już napisałem, że szczegóły techniczne nieszczególnie mnie interesują...). O czym wspominam raczej dla porządku, wszak świat realny nie jest koliberalny. Aspiracje wyzwolonych od groźby śmierci na malarię, o ile miałyby być kanalizowane i (nie)zaspakajane tak, jak to się w świecie realnym dzieje, czyli przemocą lub groźbą przemocy - mogą być niebezpieczne. Trudny wybór! Z jednej strony, przykro patrzeć jak z głodu giną (niejednokrotnie dlatego z głodu giną, że już ich dziadowie zwykli żyć z pomocy humanitarnej i nikt niczego nie uprawia - ale to też temat na inną czytankę...). Ale z drugiej - nakarmisz, to zaczną ci bomby podkładać, domagając się Bóg wie czego jeszcze...

wtorek, 6 stycznia 2015

Duchowe głębie

Pewien Anglik wyjechał do Jakucji w poszukiwaniu "duchowej głębi". "Duchowej głębi" nie znalazł - szamanów, jak się dowiedział dopiero na miejscu (no co za szok..!) wyłapano i pozabijano jeszcze za Stalina.

Skądinąd jednak, dużo bardziej symptomatyczne jest, że w taki właśnie sposób owej "duchowej głębi" szukał - co pokazało na ekranie BBC. To samo BBC zresztą, jakiś czas temu, w programie kulinarnym zapodało, iż "osobą uduchowioną" jest uczestniczka tego programu, która interesuje się okultyzmem, astrologią i temu podobnymi, urągającymi rozumowi bzdurami.

To samo BBC w urywku programu przyrodniczego, na który trafiłem, przerzucając kanały stwierdza, iż coś tam coś tam uczy nas, że nikt nie powinien posiadać więcej niż potrzebuje.

No cóż: rzeczywiście argumenty za tym, żeby jednak wyrzucić w cholerę cały ten dekoder i telewizor są. Dobrze, że nie mamy dzieci! Doszło do tego, że już nawet programów kulinarnych, podróżniczych czy przyrodniczych nie można bez komentarza zostawiać...

Co więcej - założę się (przecież ja to dobrze wiem...), że i wśród Państwa moje twierdzenia, iż "astrologia to stek bzdur najoczywiściej sprzecznych z doświadczeniem", że "żadnych zjaw, duchów ani innych zjawisk nadprzyrodzinych z całą pewnością nigdy nie było, nie ma i nie będzie, bo jest to sprzeczne z najbardziej fundamentalnymi prawami przyrody", "hipoteza, iż to kosmici zbudowali Egipcjanom piramidy nie jest nawet niedorzeczna - ona jest zwyczajnie do niczego niepotrzebna" - itd., itp. - będą uchodziły za - hmm... - kontrowersyjne?

I pewnie jeszcze się obrazicie jak Wam napiszę, że jak chcecie poszukiwać "duchowej głębi" to może jednak warto byłoby zacząć od złożenia wizyty u najbliższego geograficznie... no dobra: niekoniecznie proboszcza!* Ale już - dominikanina..? Łatwo ich znaleźć. Takie charakerystyczne białe habity. Rzucają się w oczy. Najlepiej wypatrywać w pobliżu większych uniwersytetów...


Z "duchową głębią" jest tak samo jak z nauką i sztuką. Do uprawiania każdej z tych rzeczy potrzebny jest nielichy talent, którego żadne znajomości, formalizmy czy drogi na skróty nie zastąpią. Jak ktoś talentu z natury nie ma, a w dodatku nie chce mu się przysiąść fałdów, studiować, medytować, pościć, biczować się - czy co tam jeszcze dla osiągnięcia "duchowej głębi" ludzie przez te paredziesiąt tysięcy lat nieustannych prób wymyślili - no to pozostaje już tylko stoczenie się w śmieszność.

--------------------
*z proboszczami faktycznie nie jest łatwo. Wczoraj pod moją nieobecność odwiedziła Lepszą Połowę sąsiadka próbując pożyczyć pieniądze na datek dla kolendującego proboszcza: po sto złotych od członka rodziny kasuje... Niestety: akurat w domu żadnych pieniędzy nie było, nie wypłaciłem z konta, a co wcześniej było, to wszystko miałem w portfelu, bo kupowałem nowy bilet miesięczny...