Blog główny

niedziela, 27 grudnia 2015

ZarozumiałeBuce.pl

Jak sobie czasem z Marią Magdaleną rozmawiamy w samochodzie (w sumie, jadąc gdzieś razem, najwięcej mamy czasu na rozmowę... a jeździmy bardzo bardzo wiele!), schodzi nam również na bieżącą politykę. Która mnie, przyznaję, mało na ogół obchodzi: od młodości brak mi wiary w działanie zbiorowe, surmy i bębny fałszywą mi grają melodię, a czego sam nie jestem w stanie zrobić (najlepiej własnymi rękoma...), to zwykle pozostaje i tak niezrobione, ile bym w to sił nie włożył - więc po co mi kolejne rozczarowania..?

W każdym razie już jakiś czas temu tak sobie rozmawiając stwierdziłem, że w sumie fakt, iż PO ma/miała tak wielu wyborców to dobrze. To są przecież ludzie zadowoleni z życia! Fakt. Przyczyny ich zadowolenia mogą się nam wydawać dziwne, a oni sami - to na pewno ludzie krótkowzroczni, by nie powiedzieć dosadniej. Ale nie ma się co obrażać na naturę ludzką, ludzie w większości są krótkowzroczni, wśród niezadowolonych też jest ich ogromna liczba (różnią się od głosujących na PO tym tylko, że jeszcze nie mają tego, co tamci już osiągnęli i bardzo by chcieli ich naśladować - najlepiej jak najmniejszym przy tym wysiłkiem - kosztem kogoś innego na ten przykład...). No ale są. W punkcie wyjścia, którego większość z Państwa pewnie nie pamięta, czyli w roku 1989 ludzi jakkolwiek zadowolonych z życia można było pewnie w Polsce rachować na parę tysięcy - teraz są ich miliony...

Jak sobie dzisiaj rozmawialiśmy, kolejne odhaczając setki kilometrów, tak stwierdziłem, że poplecznicy partii "ZarozumiałeBuce.pl" to jednak zupełnie nowa jakość! O ile zwykły leming uwielbia, kiedy poprawia mu się samopoczucie (i dlatego do mnie lemingi nie zaglądają, bo ja samopoczucie Państwa, P.T. Czytelników mam... gdzieś!) - to po raz pierwszy chyba mamy do czynienia z partią, której jedyną racją istnienia jest poprawianie samopoczucia własnych członków... Aż jestem ciekaw: czy ludzie to nie tylko w sondażach, ale i w prawdziwych wyborach "kupią"..?

środa, 30 września 2015

Elysium

Od czterech miesięcy konsekwentnie "jadę" na najlepszym z możliwych dopalaczy - na mieszance hormonów odpowiedzialnych za stan zakochania. Pomijając krótkotrwałe bunty mojej prawej nerki, przez cały ten czas nawet nie kichnąłem, a wszystkie trapiące mnie wcześniej dolegliwości odeszły w niepamięć. Toteż kiedy pod koniec zeszłego tygodnia złapałem wirusa - byłem przede wszystkim zdziwiony...

No ale cóż - to się, koniec końców, kiedyś musiało stać, prawda? Nic poważnego mi nie jest, po prostu mam katar, a wieczory, kiedy skacze mi temperatura są... trudne. I przez tę trudność obejrzałem przedwczoraj połowę filmu - bo najpierw padłem wcześnie, a potem obudziłem się, zlany potem i zbyt słaby, żeby choć czytać książkę - i włączyłem od dawna nie używane pudło. Akurat na jednym z kanałów leciało takie coś:


(jak nie zadziała, to znalazłem na Youtube jeszcze pełne wersje po hiszpańsku i po rosyjsku - no i, oczywiście, trailery...)

Odniesienie do aktualnej sytuacji w Europie jest oczywiste! Mimo to NAPRAWDĘ NIE SĄDZĘ, aby już w 2013 roku ktoś w Hollywood planował inwazję Afryki i Bliskiego Wschodu na Jewrosojuz - i specjalnie nakręcił sobie "podgotowkę" dla rozmiękczenia Jewropiejców. Wiadomo nie od dziś że branża filmowa lewicowa jest i uwielbia takie łzawe historyjki, a teraz ktoś to po prostu wyciągnął z archiwum, bo wygodne... Zresztą - branża filmowa uwielbia łzawe historyjki, bo Wy je uwielbiacie, Drodzy Czytelnicy!

Tak jest! Mydłki z Was i moralni esteci. Lubicie tylko to, co ładnie opakowane, pachnące i przyjemne - a jak coś opakowania wcale nie posiada, czasem pośmiarduje i bywa bolesne (jak realne życie na ten przykład...) no to się Wam już nie podoba i krzywicie nosy...

Dlatego bardzo łatwo jest "sprzedać" w dzisiejszym świecie wszystkie takie idee, w których udaje się sprzęgnąć Wasze estetyczne przewrażliwienie - z jakimś przesłaniem.

Na ten przykład zabijanie nieładne jest. Przynajmniej - zabijanie bezbronnych zwierząt. Prawda? Co innego, jak się gladiatorzy czy inni poszukiwacze pierścienia majchrami widowiskowo szlachtują, to jeszcze ujdzie...

Bieda jest nieładna. Zresztą - to zależy jak się ją sfilmuje... A wielu jest takich, którym zależy na ODPOWIEDNIM filmowaniu tej biedy...

Niestety, rzeczywistość jest zbyt złożona, aby dało się ją w takich prostych, estetycznych kategoriach wziąć i rozkminić.

To prawda: Europa Zachodnia jest bogata, a Afryka i Bliski Wschód (w większości) - biedne.  Przy czym zarówno pojęcie "bogactwa", jak i pojęcie "biedy" jest czysto subiektywne i względne.

W estetycznym uproszczeniu jednak to, że Europa jest bogata, a inne kontynenty nie, jest "nieładne". I COŚ z tym koniecznie trzeba zrobić!

Najlepiej - szybko i widowiskowo. Na przykład - przyjąć milion czy półtora miliona imigrantów. Na początek. Bo potem będzie ich 10 czy 15 milionów. A potem 100 czy 150. Każdy, który dotrze do Niemiec i zasiłek dostanie pierwsze co robi przecież, to podładowuje swojego iPhone'a i obdzwania znajomych, którzy zostali w domowych pieleszach z prostym przesłaniem: Abdul, stary, pakuj klamoty i przyjeżdżaj! Tu jest zaj..ście! Nie trzeba popylać z osiołkiem na plecach po daktyle, wszystko ci pod nos dają. W dodatku te ich k...y nie dość, że cycki na wierzchu noszą, jakby się prosiły o przygodę, to - nie uwierzysz - mają wszystkie zęby..! Zaprawdę, Allah jest wielki..!

Jak Państwo doskonale wiecie, jestem zakutym zwolennikiem filozofii wuwei i niespieszno mi, żeby COŚ na wielką skalę, szybko i bez zastanowienia - robić! Na ogół doradzam najpierw pomyśleć...

Milion czy półtora miliona imigrantów, nawet razem z rodzinami - OK, damy radę.

10 czy 15 milionów - cienko to widzę, a już "transza" rzędu niemal miliona głów, jaka w tym wypadku przypadłaby na Naszą Umęczoną Ojczyznę - to jest nie-do-pomyślenia.

100 czy 150 milionów to koniec. Armageddon. Mad Max. Finis Europae. I nawet nie chodzi o to, że brzydkie muslimy zgwałcą, zaśmiecą, rozkradną i podpalą. Chodzi po prostu o to, że NIE WIERZĘ w zdolność służb komunalnych, opieki zdrowotnej czy policji w skali całej Europy do zagospodarowania takiej masy ludzi w krótkim czasie. Państwo wierzycie..?

Chyba, że na poziomie Afryki lub Bliskiego Wschodu. Tak. No i to rzeczywiście już falę migracji zatrzyma - bo skoro tu będzie tak samo jak tam, to po cholerę pchać się przez to śródziemne bajoro, prawda..?

Więc pytanie jest proste: chcemy żyć bogaciej niż żyje w tej chwili Afryka i Bliski Wschód - czy nie chcemy..?

Jeśli nie chcemy, to róbmy tak dalej jak robimy, a poziomy, jak to w naczyniach połączonych, szybko się wyrównają. W tym tempie - za trzy - cztery lata jak sądzę. Więcej nie potrzeba.

Jeśli jednak chcemy - no to falę imigracji trzeba zatrzmać. Jak najszybciej. Jak? Chyba się Państwo domyślacie, że nie rozdawaniem cukierków..?

Filmowe Elysium też bardzo szybko stałoby się bardzo paskudnym miejscem, gdyby tak każdy mógł sobie tam pojechać i zostać...

poniedziałek, 21 września 2015

Wolność i zniewolenie

Rozmawialiśmy sobie ostatnio z Marią Magdaleną przy sympatycznej kolacji (to był w ogóle Bardzo Udany i Pracowity Łykend... ale o tym może na blogu głównym, jeśli znajdę czas - o co nie łatwo...) i jakoś tak zeszło nam na problem wolności.
 
W rzeczy samej temat to niemal równie niewyczerpany jak rozmaitość definicji "szczęścia" na ten przykład (znaczy się - ja dobrze wiem, że np. dla pana Janusza z Gorzowa WSZYSTKO w ogóle, co tylko da się pomyśleć lub powiedzieć w tym i we wszystkich innych potencjalnie możliwych wszechświatach jest proste i jasne - ale dla mnie bynajmniej! Widać taki tępy z natury jestem...).
 
Miejscem, gdzie moje postrzeganie tego problemu różni się od liberalnej czy libertariańskiej definicji "wolności" jest postrzeganie człowieka. Dla liberała (będę używał tej nazwy, bo najkrótsza...) punktem wyjścia dla rozważań nad wolnością jest pewien abstrakcyjny byt - "człowiek jako taki".
 
Jasne, że nikt nigdy i nigdzie "człowieka jako takiego" na oczy nie widział. Do pewnego stopnia zrozumiałe jest używanie pojęcia "człowiek w ogóle", "człowiek jako taki" - jako skrótu. Dokładnie tak samo, jak ja pod pojęciem "liberał" podstawiam "każdego w ogólności zwolennika traktowania wolności jako WARTOŚCI NAJWYŻSZEJ".
 
 
Tyle tylko, że rozważając problem "wolności" liberał bynajmniej nie kieruje się wyłącznie ekonomią wypowiedzi, adresując swoje wskazówki do "każdego człowieka" (np. w słynnym zdaniu "wszyscy ludzie stworzeni są równymi"...) bo tak jest krócej i wygodniej! Nie - on usiłuje faktycznie wczuć się w sytuację takiego hipotetycznego bytu, który wprawdzie jest człowiekiem, ale też zarazem - nie jest niczyim synem lub córką, ojcem lub matką, poddanym lub zwierzchnikiem. I próbuje zaproponować rozumienie wolności, które byłoby uniwersalne i dla każdego człowieka, zupełnie niezależnie od tego, jaką pełni rolę społeczną, w co wierzy lub nie wierzy, jakim językiem mówi na co dzień - tak samo stosowne.
 
Dopóki rozważamy sobie (jak pokazani wyżej na obrazku sygnatariusze Deklaracji Niepodległości) głównie POLITYCZNY aspekt takiej "wolności" - i to jeszcze w środowisku, które w rzeczy samej wcale różnorodne czy skłócone nie jest - nie ma większego problemu.
 
Tyle tylko, że raz przyjąwszy taką metodę postępowania - przypominającą poszukiwanie najmniejszego wspólnego mianownika - nie mamy argumentów przeciw rozszerzeniu tejże metody także na inne, potencjalnie możliwe do pomyślenia aspekty "bycia człowiekiem".
 
Skoro nie jest rzeczą dobrą, z punktu widzenia miłośnika wolności - bycie poddanym władzy publicznej, na którą nie ma się żadnego wpływu (jak argumentowali swój pożałowania godny, choć niestety - za sprawą nieopatrznej interwencji francuskiej zwycięski bunt ówcześni Amerykanie...) - to czy jest rzeczą dobrą bycie poddanym władzy (tak czy inaczej się wyrażającej, to bez znaczenia...) pracodawcy? A władzy rodzicielskiej..?
 
Absurd? Ale przecież współcześni "miłośnicy wolności" TO właśnie robią! Kwestionują wszelkie wzorce kulturowe tyczące się relacji międzyludzkich - w imię a to "wyzwolenia kobiet", a to "równouprawnienia mniejszości seksualnych", czy innych. "Praw zwierząt" bynajmniej nie wyłączając (wtedy idą krok dalej i poszukują "najmniejszego wspólnego mianownika dla bycia istotą żywą"...). Dzień później, będąc w gościach u pp. M, naszych sąsiadów, mogliśmy się przekonać jak bardzo postąpiła owa "walka wyzwoleńcza"! Oto ich dwunastoletnia córka wróciła niedawno ze szkoły zmieszana i zawstydzona - okazało się, że im puszczano na lekcji (!) film pornograficzny. W ramach "przygotowania do życia w rodzinie"...
 
Że wielu "politycznych liberałów" powstrzymuje się przed popadnięciem w takie ekstremum..? Z logicznego punktu widzenia - nie mają racji i nie są konsekwentni...
 
Tymczasem nie można tracić z oczu tego oczywistego faktu, że żaden "człowiek jako taki" nie istnieje! Każdy człowiek jest PRZEDE WSZYSTKIM "istotą pozostającą w siatce pewnych, konkretnych relacji społecznych" (a więc jest synem lub córką, żoną lub mężem, ojcem lub matką, bratem lub siostrą, poddanym i - najczęściej - zarazem zwierzchnikiem, sąsiadem, itd., itp.), "istotą posiadającą pewne konkretne przekonania odnośnie życia i świata" (a więc wyznawcą jakiegoś światopoglądu - najczęściej zresztą nieświadomym...), wreszcie - "istotą wdrożoną do pewnej konkretnej kultury" (a więc członkiem określonego narodu, grupy,  mówiącą jakimś konkretnym językiem).
 
Abstrakcyjne i "redukcyjne" pojmowanie wolności prowadzi w konsekwencji do feminizmu, ideologii gender czy ideologii "wyzwolenia zwierząt", gdyż postrzega role społeczne (CO NAJMNIEJ w tym aspekcie, że są one predefiniowane i ŻADNA jednostka nie jest mocna sama dla siebie takiej roli zdefiniować - a w ekstremalnych przypadkach nawet i w tym, że W OGÓLE ISTNIEJĄ - bo skoro istnieją, to samym swoim istnieniem "ograniczają swobodę ekspresji osobowości") jako "ograniczenie wolności".
 
W ten sposób konsekwentny liberalizm prowadzi nawet nie do anarchizmu, tylko do całkowitego zaprzeczenia wszelkiej możliwości pokojowego życia społecznego - do takiej "wojny każdego z każdym", która się roiła Hobbesowi.
 
Brutalna prawda jest bowiem taka, że i największy geniusz sam sobie "roli społecznej" nie wymyśli od początku do końca (może co najwyżej dokonywać jakichś mniej lub bardziej udanych pastiszów...), a z braku interpersonalnego porozumienia z innymi, bez których współudziału takiej poddanej pastiszowi roli pełnić przecież nie może - pozostaje jako jedyny argument goła przemoc.
 
I to też nie jest żadne teoretyzowanie! Popatrzcie co się działo w różnych subkulturach, komunach, co się wreszcie dzieje na ulicach amerykańskich czy europejskich miast w miarę jak "postępują postępy postępu"..? Czyż nie jest to ciągła eskalacja przemocy? Czyż nie potrzeba wciąż więcej policjantów i kamer - w miarę jak coraz mniej ludzie mają wyuczonego odpowiednią w młodości tresurą sumienia..?
 
"Wolność" liberalna kończy się zatem totalnym zniewoleniem i zaprzeczeniem wszelkiego życia społecznego.
 
To na czym polega w takim razie "wolność rzeczywista"..? Ano na tym, żeby w takie zniewolenia nie popadać - żeby nie dać się opętać własnym namiętnościom i słabościom, w tym przede wszystkim: namiętności do tworzenia abstrakcyjnych konstrukcji myślowych. Wiem co piszę..! I nie bez przyczyny odżegnuję się od teoretyzowania, zaiste...
 
Z rolami społecznymi zaś jest tak, jak z etykietą. Dla kogoś, kto zaledwie uczy się tej trudnej sztuki - jest ona potwornym, bo niezrozumiałym ograniczeniem, wymagającym ciągłej uwagi. Ale biegły w niuansach adept etykiety osiąga wolność profanowi niedostępną - może w sposób nieskończenie subtelny wyrażać gamę odczuć i emocji dla profana zgoła niewyobrażalną. I robi to niemal odruchowo, bez wysiłku... Podobnie też niewolą wydaje się praca kiepskiemu pracownikowi, a władza rodzicielska ciąży nieposłusznemu dziecku. Wiem co piszę..!

wtorek, 15 września 2015

Nie jestem doskonały

Przeczytałem sobie dziś rano, dzięki koledze Przemysławowi, który udostępnił to na Mordoksiążce ten oto post. No i cóż mam powiedzieć..? Prawda, cała prawda i tylko prawda...
 
Nie jestem doskonały. Tak naprawdę PRAKTYKUJĄCYM katolikiem to jestem z powrotem od miesiąca. I kilku dni. I już się okazuje, że i to robię tylko na 99%, a nie na 100...
 
Inna rzecz - w życiu nie miałem nigdy czegoś, co można by w jakimkolwiek sensie tego słowa nazwać "doświadczeniem religijnym". Owszem, to co się teraz dzieje, to jest - po ludzku rzecz biorąc - skrajnie wręcz nieprawdopodobny i niemal niewytłumaczalny zwrot akcji.
 
Skądinąd jednak, nie ma takiego zdarzenia, którego nie dałoby się wytłumaczyć działaniem Prawa Wielkiej Liczby. Jeden przypadek nagłego zwrotu życiowego to cud. Milion podobnych przypadków w skali 6-miliardowej populacji całej planety to już wręcz konieczność...
 
Tak, czy inaczej deklaracje pana Cyraniaka o Jego obcowaniu z Duchem Świętym mogę  przyjmować jedynie "na rozum" - nie mam żadnej skali porównawczej, punktu odniesienia, wewnętrznego oglądu, nic zgoła! Taka deklaracja "brana na rozum" brzmi już zaś dużo mniej przekonująco, niż brana "na wiarę", prawda..?
 
Ba! Zalecenie papieża Franciszka, to o "rodzinie imigrantów na każdą parafię" - jako żywo ani nie zawiera takich treści, ani też nie zostało ogłoszone w takiej formie, żeby miało być ostatecznym, niepodważalnym i nieomylnym. Każdemu wolno się z nim zgadzać lub nie - i nie zgadzając się, nie grzeszy bynajmniej.

Jasne - tak samo jak charyzmatyk nie jest w stanie przekonać mnie (bo nie mam udziału w jego mistycznym doświadczeniu...), tak też podobna sofistyka nie przekona charyzmatyka (aż chciałoby się dodać złośliwie, że to dlatego, iż nie ma on udziału w praktycznym rozumie... ale może nie róbmy tego, co..? Ach, już to zrobiłem przecież, niedobry...).

Koniec końców, wszystkie znaki na Niebie i na Ziemi zgodnie wskazują, iż owi potrzebujący wsparcia i chrześcijańskiej miłości imigranci po prostu NIE CHCĄ gościny i opieki ze strony innych parafii niż niemieckie... Skoro tak, to czy mamy prawo narzucać im się z tą naszą miłością..? Gwałtem i przemocą sprowadzać ich do Bożego, Grabowa nad Pilicą, Głowaczowa, Warki itd., itp. - gdzie oni wcale, a wcale żyć i chrześcijańskiej miłości doświadczać nie chcą..?

Ktoś potem gotów pomyśleć, że (hipotetyczny...) samobójczy atak bombowy na warszawskie metro to był efekt jesiennego spleenu, w jaki gotów wpaść przywykły do słońca Erytrejczyk czy Somalijczyk (a nawet Syryjczyk, jeśli przypadkiem taki rzeczywiście się wśród mniemanych "uchodźców" trafi... no dobra: używam podłej sztuczki erystycznej i wszyscy o tym dobrze wiemy...) pod szarym, nisko zwieszonym chmurami niebem Boskiej Woli. A tego byśmy chyba nie chcieli, prawda..? Akurat, co prawda, na razie pogoda zupełnie nie jesienna, ale cóż - niech żywi nie tracą nadziei, wedle prognozy w nocy ma być deszcz.

W ostatecznym rachunku wydaje mi się, że granica pomiędzy "brakiem zaufania do Pana Boga", a "wystawianiem Pana Boga na próbę" jest cienka i śliska. Patrząc na obecny exodus z Bliskiego Wschodu i Afryki przez cyfrowe oczy Sieci nie widać w nim tłumu potrzebujących, którym bezwarunkowo należy się pomoc. Ja w każdym razie nie widzę.


Zgadzam się oczywiście, że ci ludzie maszerują do Europy, ponieważ to Europa ich marsz spowodowała - na różne sposoby: obalaniem Kadafiego i Assada, chorym rozdawnictwem niszczącym rolnictwo Afryki, mirażami beztroskiego życia na niemieckim socjalu. Pytanie brzmi, czy jak ci ludzie już dotrą do Monachium, Frankfurtu czy Bonn, to coś się zmieni, sytuacja ulegnie poprawie - tak w skali globalnej, jak i dla nich samych..? Nie wydaje mi się: jeśli nawet nie wszyscy, to większość z nich nadal będzie sfrustrowana i nieszczęśliwa (bo miraż beztroskiego życia na niemieckim socjalu ZAWSZE wygląda lepiej niż życie rzeczywiste...), a w kolejce będą stały dalsze miliony tylko zachęcone powodzeniem tej fali...

Oczywiście możemy poddać się bezwarunkowo Woli Boskiej i otworzyć granice bez żadnych zgoła warunków i ograniczeń. Zapewne w ciągu kilku lat masowe migracje ustaną. Bo wszyscy i tu w Europie i tam, za Morzem Śródziemnym - będziemy tak samo biedni, jak teraz jest biedna Afryka i Bliski Wschód.* Zanikną różnice, to zaniknie też i motywacja do wędrówek. Na pewno będzie bardziej "równo". Czy zarazem bardziej "sprawiedliwie"..? Z punktu widzenia biedaków zza morza, na pewno tak!

Nie wątpię, że na naszych 15,4 ha z powodzeniem dałoby się utrzymać ze dwie arabskie rodziny. Zakładając oczywiście, że chciałyby pracować w pocie czoła (a więc, że wszystkie doniesienia o nich, jakie się do tej pory pojawiały, są od początku do końca nieprawdziwe, z palca wyssane, zmanipulowane i nie o socjal im chodzi i beztroskie życie, tylko o godność, bezpieczeństwo i takie tam...). Piasek, bo piasek, ale kartofelki i żytko urosną - w miejsce "bezużytecznych", bo żadnym materialnym ludzkim potrzebom nie służących pastwisk dla  naszych równie bezużytecznych z czysto utylitarnego punktu widzenia koni.

Na jakiej wadze zważyć, czy Marii Magdaleny i moja potrzeba piękna, dla której tak uparcie trzymamy się naszego piachudru - jest mniej, bardziej, czy tyle samo warta co czyjaś - czysto hipotetyczna - potrzeba jedzenia..?

Oczywiście można to rozstrzygnąć po darwinowsku, siekierą i widłami (akurat nic lepszego nie mam...). Można. Tylko czy naprawdę tego właśnie chcemy..?

I to NIE JEST chwyt erystyczny! Bo jeśli przyjąć, że imigrantom aktualnym "należy się" - to na jakiej niby logicznej podstawie przyjmować potem, że ich kuzynom którzy na razie zostali w domach już się "nie należy"..? No słucham - na jakiej..? Jakieś pomysły? Jakiekolwiek..?

Jeśli nie chcemy jakiejś hobbesowsko - darwinowskiej rzezi, to może jednak nie wystawiajmy Pana Boga na próbę, nie oczekujmy cudu (tylko cud zatrzyma w domach kuzynów aktualnych imigrantów, gdy ci już dostaną to, czego chcą...) ot tak, bo inaczej nie potrafimy sobie poradzić - tylko właśnie: radźmy sobie!

Że to będzie wymagało brutalności wobec żywych, rzeczywistych ludzi, a nie abstrakcyjnych cyferek? Że taki wybór - "warto odmownie potraktować kilkaset tysięcy po to, aby nie wprawiać w ruch kolejnych milionów" - bardzo nieprzyjemnie przypomina zdanie "warto, aby jeden człowiek umarł za naród"?

Mam wrażenie, że poniekąd po to powstały klauzurowe klasztory, żeby naprawdę wrażliwym naturom takich praktycznych dylematów oszczędzać...
--------------------------------------------------------------------------------
*Wcale nie dlatego, że "wielkość bogactwa" jest skończona i można je tylko dzielić. Bynajmniej! Gdyby w Polsce żyło 100 milionów ludzi zamiast 35 czy 36 - Polska byłaby bogatsza niż jest. Pod warunkiem, że owe 100 milionów CHCIAŁOBY i UMIAŁO pracować. A to jest jednak co najmniej wątpliwe w tym przypadku...


środa, 9 września 2015

Polityka kawiarniana i blogowa

W dawnych, lepszych czasach, sto lat temu, panowie w tużurkach, melonikach i z monoklami siadywać zwykli rano, przed podjęciem obowiązków służbowych tajnego rzeczywistego radcy dworu, felczera albo "szkólnego" przy okrągłym, kawiarnianym stoliku i przy doskonałej, parzonej na węglach drzewnych kawie dyskutować treść porannych gazet. Gazety zresztą ukazywały się wtedy dwukrotnie w ciągu dnia (istniała zresztą zaciekła rywalizacja między gazetami porannymi - uchodzącymi za "poważniejsze" i popołudniówkami - o "lżejszej" treści...).
 
Panowie nowe koszule, chustki, bieliznę, spodnie i tużurki sprawiali sobie raz do roku, a meloniki - raz na dwa - trzy lata. Monokle zasadniczo były dożywotnie. Po tym jak wstali z puchowych piernat, za potrzebą musieli na ogół iść albo do wygódki, albo do wspólnej instalacji sanitarnej, jednej na całe piętro kamienicy - w tych, nielicznych, nowoczesnych miastach, które zaprowadziły sobie wodociągi i kanalizację. Ewentualnie - nocnik, trzymany pod łóżkiem, opróżniała służba, albo specjalnie tylko tym się zajmujący, dochodzący raz dziennie fachowcy, płatni (w carskiej jeszcze Warszawie) trzy grosze od nocnika. Myli się w miednicach, na ogół zimną wodą. Golił ich jeszcze po dawnemu golibroda, do którego wstępowali po drodze do kawiarni, choć upowszechnienie się tanich lusterek sprawiało, że niejeden już wówczas po cichu oszczędzał na tej usłudze, goląc się samemu.
 
 
Mógłbym tak ciągnąć jeszcze długo - punktując wszystkie po kolei różnice między tamtym, dawnym życiem, a naszym, dzisiejszym. Bo jasnym jest, że gdyby któryś z tych panów dosiadł wehikułu czasu (mogli już znać ten koncept, Welles jak raz zdążył opublikować swoją powieść...) i przeniósł się w nasze czasy - byłby zdziwiony tym, jacy my teraz jesteśmy bogaci i rozpieszczeni..!
 
Maria Magdalena, z którą rozmawiałem przez telefon jadąc do pracy przypomniała, że wśród pań o pozycji społecznej informował rodzaj noszonego gorsetu. Panie "z towarzystwa" nosiły gorsety sznurowane z tyłu - bo nie dało się ich założyć bez pomocy służącej:
 
 
Natomiast kobiety "z ludu" kontentowały się zapinanymi lub wiązanymi z przodu gorsetami, jakie dziś można zobaczyć na zdjęciach z Oktoberfest czy innego zjazdu fetyszystów, bo te dało się już założyć samodzielnie:
 

Ale to już naprawdę dygresja na marginesie..!
 
Istota sprawy sprowadza się do tezy, którą stawiałem już dawno temu - że mianowicie wiele się wprawdzie zmieniło, ale ludzie się nie zmienili ani trochę. I tak, jak sto lat temu panowie lubili sobie, dla dodania apetytu i animuszu podyskutować o polityce, śmiałe nieraz snując koncepty - tak i dziś, w przerwie między jedną umową a drugą, albo w oczekiwaniu na telefon od klienta i my lubimy popuścić wodze fantazji...
 
Dawniej dyskutowało  się w gronie bliższych lub dalszych znajomych. Teraz ogłasza się swoje przemyślenia nieomal całemu światu - bo, jak się kto uprze, to nawet i języka w którym tekst jest napisany znać nie musi, jest przecież Google Translator..!
 
W praktyce jednak - nic zgoła z tego nie wynika. Dziś - bardziej chyba nawet niż sto lat temu. Żeby przemówić w kawiarni, trzeba było jednak te minimum odwagi wykazać. A wklepać coś na klawiaturze..? Kiedy nikt nie patrzy? Każdy to potrafi...
 
Przyznaję, że dość jestem tą bezsilnością zmęczony. Nie, nie zamierzam porzucić blogowania. Koniec końców, mój "blog główny" to po prostu narzędzie marketingowe - mam nadzieję, że za rok będą źrebięta do sprzedania. A od czasu do czasu na pewno przyjdzie mi ochota na pouczenie Państwa ex cathedra o tym, co uważam za słuszne, a co nie.
 
Ale nie liczcie na mnie jak chcecie obmyślać plany "ustroju idealnego"..! Za długo żyję na tym świecie, żeby w jakiekolwiek "ustroje idealne" wierzyć. Konserwatywne monarchie też nie były lekiem na całe zło tego świata. Przecież wszystkie upadły - nieprawdaż..?


poniedziałek, 7 września 2015

W polskim złodziejstwie nadzieja...

Naprawdę nie mam nic przeciwko imigrantom. W 2001 roku byłem w Syrii, poznałem trochę Syryjczyków, głównie chrześcijan - i chętnie bym im pomógł. Ale wszystko należy robić z głową, a nie na łapu - capu! Na "łapu - capu" to stać Amerykanów, którzy Bóg jeden wie po co (albo i On nie wie...) najpierw destabilizują pokojowy i chroniący mniejszości (bo na nich oparty...) rząd Assadów, a potem dziwią się, że ich wahabiccy pupile bynajmniej nie zaprowadzają demokracji i równouprawnienia, tylko wprost przeciwnie...
 
Dlatego wczorajsze kazanie w kościele św. Maksymiliana Kolbe na warszawskim Służewcu, gdzieśmy z Marią Magdaleną nieco przypadkowo trafili przypomniało mi podobne kazania i listy pasterskie z 2004 roku: wtedy Episkopat namawiał Polaków do głosowania za przystąpieniem do Jewrosojuza twierdząc, że wierny polski naród na nowo zewangelizuje Europę. Akurat! Wskaźnik frekwencji w kościołach zdaje się spadł już poniżej 30%, a głównym skutkiem przystąpienia do Jewrosojuza są dziesiątki, albo i setki tysięcy do niczego niepotrzebnych i z założenia nieefektywnych inwestycji (jak wodociągi i kanalizacje w wiejskich gminach - zawsze będą droższe i mniej wygodne od własnych ujęć wody i szamb lub oczyszczalni ścieków...) oraz miliony emigrantów, którzy już nigdy do Polski nie wrócą, a i katolikami też w większości nie będą ani oni, ani ich dzieci... Oczywiście księża muszą być i optymistami i ludźmi życzliwymi całemu światu poniekąd "zawodowo" - ale ot tak sobie, beztrosko i mimochodem twierdzić, że "nie mamy się czego bać ludzi innej wiary, póki sami pozostaniemy chrześcijanami"..? Człowieka świeckiego, a jeszcze polityka, na taką beztroskę po prostu nie stać!
 
Na szczęście, jest w tym wszystkim światełko nadziei! Ale po kolei, po kolei...
 
Jeśli więc pomagać z głową, a nie na łapu - capu, to trzeba sobie powiedzieć najpierw - komu. A potem - w jaki sposób.
 
Otóż komu jest rzeczą względnie jasną. W Syrii wciąż przetrwał, w spadku po Imperium Ottomańskim system "milletów", czyli takich grup etniczno - religijnych, na czele których stoją na ogół przywódcy religijni. Dzięki temu chrześcijanie wszystkich wyznań są policzeni, zewidencjonowani, zorganizowani. Trochę tylko gorzej policzeni i zorganizowani są też inni: Druzowie, Jezydzi, Kurdowie, szyici różnych obediencji.
 
Wszystkie te mniejszości razem tworzyły do tej pory koalicję wspierającą rządy klanu Assadów i mają słuszne powody obawiać się zemsty sunnickiej większości: biedniejszej, do tej pory nie dopuszczanej do stanowisk rządowych, armii, urzędów czy szkół, dyszącej chęcią zemsty, a w tzw. "Państwie Islamskim" posiadającej zbrojne ramię, które będzie tej zemsty narzędziem.
 
Wojna się jednak jeszcze nie skończyła! Tak samo więc, jak nie widzę najmniejszego powodu, aby pomagać syryjskim sunnitom - bo nic, ale to nic im w rodzimym kraju nie grozi, a nawet wprost przeciwnie! - tak też nie widzę najmniejszego powodu, aby ratować mężczyzn w wieku poborowym. To przecież dezerterzy!
 
Sunnici - mężczyźni i chłopcy zdolni do walki powinni być zamykani w dobrze pilnowanych obozach. Pozostałych mężczyzn "uchodzących" z Syrii należy wyposażyć przynajmniej w broń osobistą (radomska fabryka będzie miała zbyt...), stosowny zapas amunicji, podstawowe środki medyczne (zwłaszcza opatrunkowe) - i odstawiać do Damaszku, żeby zasilili szeregi armii rządowej, która jako jedyna jest w stanie skutecznie przeciwstawić się wahabitom.
 
Kobiety i dzieci sunnitów, o ile takowe wśród uchodźców w ogóle się trafią (podobno prawie ich nie ma - dlaczego..?) powinny być odstawiane na tereny opanowane przez "ISIS" - ich obecność spowolni ruchy rebeliantów, zmusi ich do wydzielenia części żywności i paliwa na potrzeby cywilów. Azyl w Europie należy się kobietom i dzieciom pochodzącym z mniejszości etnicznych i religijnych Syrii, bo oni i tylko oni są rzeczywiście zagrożeni.
 
Skoro już wiemy komu - to pozostaje pytanie: jak..? To trudniejsza sprawa. Syria w ogólności, jak pamiętam z 2001 roku, najbardziej przypominała Polskę z lat 80-tych XX wieku. Podobny poziom techniki w każdym razie. Syryjczycy potrafią zatem obsługiwać maszyny, posługiwać się komputerami osobistymi - wśród chrześcijan jest wielu nauczycieli, lekarzy, urzędników, trochę rzemieślników. Druzowie to przede wszystkim żołnierze. Kurdowie i Jezydzi to głównie pasterze i rolnicy. Niestety: na ogół mówią pięknym językiem arabskim, co raczej niewiele pomaga w Naszej Umęczonej Ojczyźnie (a są też chrześcijanie - z jednej, jedynej wioski, która jest rodzajem "żywej skamieliny" - mówiący na co dzień po asyryjsku - ostatni żywi Asyryjczycy na tej planecie! To prawie jak dinozaury...). Najpowszechniej znanym w Syrii językiem obcym jest rosyjski, ale młodzi na ogół znają też choć trochę angielski.
 
"Integracja w społeczeństwie polskim" wydaje się dość abstrakcyjnym zadaniem, a przy tym - czy rzeczywiście należy do tego dążyć..? Naprawdę chcecie, żeby ostatni żywi Asyryjczycy przestali mówić po asyryjsku i uznali język polski za swój ojczysty..? To by przecież była niepowetowana szkoda dla kulturowego dziedzictwa ludzkości...
 
Skądinąd jednak, jakeśmy wczoraj spacerowali po Służewcu z psem (którym Maria Magdalena się właśnie opiekuje w zastępstwie właściciela...), to nie ma bloku, żeby na nim choć jedno ogłoszenie o sprzedaży mieszkania nie wisiało. A kilka stoi całkiem pustych, deweloper jeszcze nie sprzedał.
 
Co za problem kupić całe osiedle - i tam, porządnie, zorganizowanie, parafiami i sąsiedztwami, tych najbardziej zagrożonych przesiedlić? O ile oczywiście sami tego chcą.
 
Nie mówię wcale, żeby tworzyć getto! Ale tak będzie wszystkim łatwiej - no i nie prześlizgnie się żaden terrorysta, bo przecież swoi swoich znają najlepiej... Od razu pojawią się pierwsze miejsca pracy: własna szkoła, własna parafia (albo i parafie, bo wyznań chrześcijańskich jest tam kilka...), sklepy i restauracje z syryjskim jedzeniem, bazarek na którym rzemieślnicy będą mogli ciekawskim Polakom sprzedawać swoje "old hand made" wyklepane świeżo na zapleczu dzieła metaloplastyki, przyprawy, kawę czy dywany. Sam mam nad łóżkiem w chatce kobierzec kupiony na ulicy w pobliżu damasceńskiej Bab Tuma, czyli Bramy św. Tomasza - tej właśnie, gdzie Pan dotknął Szawła i zamienił go w Pawła!
 
 
Bredzę trzy po trzy, prawda..?
 
Jasne, że nikt tak nie postąpi, jak powyżej radzę..! Nie ma takiego rządu w Europie, który by się odważył "dyskryminować" na ten przykład sunnitów - co oczywiście będzie miało taki skutek, że ludzie naprawdę uciekający przed wahabickim terrorem z Syrii, zostaną w ciągu pokolenia czy dwóch zdominowani, stłamszeni i przymuszeni do konwersji na wahabicką odmianę sunnickiego islamu tam właśnie, dokąd uciekli - w Europie! Szybko bowiem sunnici staną się większością także i w skupiskach świeżo przybyłych azylantów i przejmą w nich władzę. Zresztą dla niemieckiego czy polskiego urzędnika każdy śniady to śniady i kto by ich tam rozróżniał...
 
To gdzie ja w takim razie widzę światełko nadziei..? Ano - w tytułowym polskim złodziejstwie. Natchnęli mnie tą nadzieją wczoraj, podczas krótkiego spotkania, pp. M., nasi sąsiedzi i dobrodzieje. Otóż - ulegli presji księgarza i przed nowym rokiem szkolnym nie kupili podręczników dla swojego pierwszoklasisty, któremu przysługiwały darmowe podręczniki, fundowane w ramach "kiełbasy wyborczej" przez rząd pani Kopacz za pośrednictwem samorządu.
 
Popełnili błąd! Podręczniki dostali stare i zniszczone - a podpisać musieli zobowiązanie, że jeśli takie na koniec roku oddadzą, zapłacą jak za nowe.
 
Znakiem tego ktoś:
  1. Rozkradł do szczętu dotację (jak czytamy na zalinkowanej powyżej stronie MEN, 221 mln PLN).
  2. Zebrał, zapewne oddawane za darmo, stare i zniszczone podręczniki i dał je pierwszoklasistom zamiast nowych.
  3. Na koniec roku szkolnego zbierze za te "darmowe" trupiszcza jeszcze raz kasę jak za nowe.
M. aż w głowę zachodził, kto był taki genialny, żeby tak totalny przekręt przeprowadzić! Aż strach wypowiedzieć to słowo, ale jego zdaniem to nie mogła być głowa bez pejsów i jarmułki... Choć ja tam w przemyślność przaśnych naszych, pszenno - buraczanych złodziei też wierzę..!
 
Z ewentualną "pomocą dla azylantów" będzie tak samo, albo i gorzej. Widzimy przecież, że i ci chrześcijanie, których parę tygodni wcześniej prywatna fundacja ściągała, już uciekają do Niemiec, bo w Polsce głodem padają - tak mało do nich trafia z obiecanej wcześniej pomocy. Owe 10 tysięcy, które nam Anielica Merkel chce wcisnąć, o ile tylko znajdą dziury w płotach ośrodków dla azylantów - prysną najdalej po paru tygodniach. Taki mamy klimat...



czwartek, 3 września 2015

Konserwatysty kłopot z gosudarstwem

Nie pierwszy już raz twierdzę, że konserwatyzm tak naprawdę trudno uznać za "ruch ideowy". Żeby być konserwatystą, nie tylko w potocznym sensie tego słowa, naprawdę nie trzeba bowiem wyznawać żadnych konkretnych idei! Zupełnie wystarczy, gdy człowiek instynktownie przeciwstawia się pospiesznym, rewolucyjnym, opartym na abstrakcyjnych koncepcjach zmianom.
 
Jest jednak także pewien głębszy powód, dla którego wstrzemięźliwość wydaje mi się najlepszym doradcą jak chodzi o formułowanie "myśli konserwatywnej". Co zrobić z gosudarstwem..?
 
Czysto teoretycznie konserwatysta nie może być anarchistą. Nie jeden raz zresztą i nie dwa polemizowałem z libertarianami. Państwo, jakkolwiek opresyjne i żałosne w swych uroszczeniach do wszechmocy by nie było, nie jest tworem "sztucznym" w takim sensie, w jakim sztucznym tworem jest na przykład tama przegradzająca bieg rzeki. Nikt nie wymyślił jako pierwszy, że założy państwo! Ono się samo zrodziło.
 
To prawda - już przy narodzinach państwo spłynęło krwią. I kąpie się w niej do tej pory. Tym niemniej, jak każdy z ludzkich tworów, państwo ma dobre i złe strony. Tym się, przy okazji, różnię od utylitarystów i innych liberałów, że ja nie poszukuję dobrych stron państwa w jego działalności, by tak rzec "usługowej" względem poddanych - ta działalność bowiem wcale nie jest dla istnienia państwa konieczna! Raczej widziałbym owe "dobre strony" we wpływie wychowawczym - tym najsubtelniejszym, bo polegającym na dawaniu dobrych przykładów.
 
Jak niedawno mówiłem Marii Magdalenie, wojowie Mieszka I (a zwłaszcza jego niepohamowanego synalka!) miłymi ludźmi nie byli. Wyobrażam ich sobie jako zgraję urodzonych morderców, rabusiów i gwałcicieli. Starczyło jednak niespełna 500 lat chrystianizacji i owego powolnego, przez przykład, a nie przez przymus (a przynajmniej - nie przede wszystkim przez przymus...) działającego wpływu panującej dynastii, a zyskaliśmy w ich potomkach spod Grunwaldu i z (niezbyt, skądinąd, przykładnego moralnie...) soboru w Konstancji galerię postaci raczej nie do wyobrażenia w lożach "Sowy i Przyjaciół", nieprawdaż..?
 
 
Przy okazji jest to dowód na wszechobecność entropii we Wszechświecie - starczyło lat zaledwie 300 degeneracji i znowu rządzą nami mordercy, rabusie i gwałciciele. Tyle, że gorsi od tamtych sprzed 1000 lat, bo na dodatek - tchórzliwi (nikt też od nich nie próbuje wymagać, aby własnego nadstawiali karku, co jednak dla wojów Mieszka było codziennym podpłomykiem...).
 
Problem polega na tym, że nie mam bladego pojęcia jak ten stan rzeczy odmienić na lepsze!
 
Jasne - luminarze "myśli konserwatywnej" dawno dali na to pytanie odpowiedź. Jest tą odpowiedzią konserwatywna i katolicka monarchia jako "ustrój idealny" (taka przecież, a nie inna, właśnie owych Zawiszów i Włodkowiców wychowała...). I konserwatywna, katolicka dyktatura jako najlepsza do owego "ustroju idealnego" droga.
 
Cóż, kiedy na całym tym Bożym świecie nigdzie już nie ma ani jednej konserwatywnej i katolickiej monarchii (poza Watykanem...) - i chyba nigdzie też nie ma nawet konserwatywnej i katolickiej dyktatury. A wszystkie, które wcześniej były - jak jedna przekształciły się w normalne, postępowe demokracje, co najwyżej zachowując jakieś dekoracje..!
 
Wobec takiego stanu rzeczy dyskusja ze zwolennikami demokracji i postępu bywa... trudna..? No i naprawdę bardzo, ale to bardzo trudno sobie wyobrazić zaprowadzenie konserwatywnej dyktatury w Naszym Umęczonym Kraju! Chyba, że po wojnie domowej, o czym nie tak dawno przecież pisałem.
 
Po wojnie domowej nie dlatego nawet, że naród by taki opór stawił. Broń Panie Boże! Opór katolickiej i konserwatywnej dyktaturze to by stawiło Wojsko Polskie - i jest to bodaj JEDYNE zagrożenie, przed którym te pasibrzuchy, lenie, nieudacznicy i notoryczni złodzieje w  mundurach rzeczywiście broniliby się orężnie. Rojenia p. JKM o tym, że "generałowie zrobią porządek z sejmokracją" od samego początku, gdy je po raz pierwszy przeczytałem - a było to na początku lat 90. ubiegłego wieku - mam za chore fantazje i nic więcej. Armia nasza jest niczym innym jak tylko jedną z dykasterii tłustej biurokracji (tyle, że jest dykasterią szczególnie uprzywilejowaną bo nic i nikt nie jest w stanie jej kontrolować...) i nic jej nie interesuje poza napychaniem kabzy oraz świętym spokojem - a każda wydana na nią złotówka jest złotówką nieodwołalnie i ostatecznie zmarnowaną.
 
Jest tedy konserwatywna dyktatura bytem na gruncie Naszej Umęczonej Ojczyzny utopijnym.
 
Z drugiej strony, trudno sobie doprawdy wyobrazić wyborcze zwycięstwo ruchu politycznego, który by obiecywał elektoratowi wyłącznie ciężką pracę, myślenie o samym sobie zamiast polegania na gosudarstwie i żadnych łupów do podziału. Nawet niepohamowany w swych chuciach Bolko, syn Mieszka, miałby problem, jak taki message wprost i bez ogródek przekazać swojej drużynie wojów..!
 
Jak się nie obróć - d...a z tyłu! Jak zwykła mawiać lat temu dwadzieścia parę mój dobry przyjaciel Siła, podsumowując w ten sposób zwykle wykłady z ekonomii...
 
I jak tu żyć, jak żyć..? Ano właśnie: zachowując wstrzemięźliwość w formułowaniu myśli i ideałów. W gruncie rzeczy tyle jest rozmaitych frontów walki z postępem, tyle groźnych nowych idei do zwalczania, że doprawdy - brak już nawet i czasu na jakieś "pozytywne wnioski i propozycje"...


poniedziałek, 31 sierpnia 2015

"Dlaczego jestem przeciw gender?"

Pytanie tej treści zadała mi wczoraj Maria Magdalena. Ponieważ Państwo (jak zwykle, skądinąd...) nie wszyscy zrozumieliście to, co na ten temat pisałem poprzednio kilka razy, podsumuję teraz naszą wczorajszą rozmowę w sposób możliwie najprostszy:
  • Jestem przeciwko "gender" bo to taka sama utopia jak komunizm, ekologizm czy inne, podobne bzdury. Wszystkie tego rodzaju "projekty" obiecują ludziom raj na Ziemi. Ludzie wierzący powinni wiedzieć, że raju na Ziemi zbudować się nie da (sama propozycja jest już bluźnierstwem, na które Ten Na Górze reaguje dość alergicznie - że o wieży Babel przypomnę...). Ludzie niewierzący powinni tak, jak się sami deklarują, zachowywać w życiu szlachetny sceptycyzm (przynajmniej teoretycznie, bo jakoś w praktyce zwykle bardzo są łatwowierni...), a więc również - nie powinni łatwo dawać wiary tak daleko idącym obietnicom...


  • Jestem przeciwko "gender" bo jak każdy tego gatunku "projekt amelioracyjny" bez najmniejszej wątpliwości spowoduje znacznie więcej cierpienia niż zniesie (a przecież celem całego tego "projektu" jest nie co innego, jak właśnie rzekome likwidowanie ludzkiego cierpienia, w tym przypadku - cierpienia odmieńców seksualnych, jęczących pod jarzmem "opresji normatywnej"...). Bez najmniejszej wątpliwości powtarzam, bo tak jest zawsze i NIGDY nie było od tej reguły żadnego zgoła wyjątku - a tu akurat powód nieuchronnego niepowodzenia przewidzieć aż nadto łatwo. Jest nim, jak zwykle - typowe dla wszelkiej lewicy i całego "obozu postępu", a z gruntu błędne założenie, że ludzie są z natury dobrzy. G...no prawda! Ludzie są różni. Jedni dobrzy, inni źli, a wszyscy - słabi. I cała ta "opresja normatywna", o której pisałem poprzednim razem (i nie zostałem zrozumiany... przynajmniej, jak mi się wydaje, nie zostałem zrozumiany przez Grzesia...) po to jest, żeby nam w naszych słabościach dopomagać...
  • Jestem przeciwko "gender" całkiem niezależnie od tego, czy jest to dyaboliczny spisek wymierzony w Kościół, rodzinę i wartości, czy "projekt badawczy", który się nieco wymknął spod kontroli i żyje swoim własnym życiem (co skądinąd dość typowym zjawiskiem w naszym zbiurokratyzowanym świecie jest...), czy zgoła - pełen zacnych intencji akt współczucia. Skutki będą w każdym przypadku dokładnie takie same. Co mnie w związku z tym obchodzi jaka jest geneza..?
  • Jestem przeciwko "gender", bo to kolejny przykład na to, jak łatwo popaść w zabobony, gusła i przesądy, a nawet w zbrodnie - podpierając się niedojrzałą, niesprawdzoną, a często wręcz pozorną tylko nauką i "naukowością". Socjalizm w jednej ze swoich odmian wręcz sam się nazywał "naukowym". Eugenika, o której dziś mało kto chce pamiętać, uchodziła za naukę że ho, ho! Zespół nauk o człowieku, który zrodził współczesne "gender studies" to dyscypliny nie to że początkujące. One nawet nie zdefiniowały do tej pory, czym się właściwie zajmują..! Znaczy się sam przedmiot badań jest na gruncie socjologii, antropologii, psychologii - sporny. To jest stadium raczkowania nauki!!! Matematyka przeszła to stadium wraz z Euklidesem - 2500 lat temu. Psychologii dziś stanowczo za wcześnie na to, żeby miała kogokolwiek pouczać, a tym bardziej - "ratować od cierpienia"...

czwartek, 20 sierpnia 2015

Opresja normatywna

Nie to, żebym w jakiś ekshibicjonizm popadał - ale od czego mam zaczynać, jak nie od osobistych doświadczeń..? Od teorii? Nie znam się na teorii. Jak już zresztą kiedyś chyba wyjaśniałem - konserwatyzm jest zaprzeczeniem teoretyzowania. Konserwatyzm to postawa czysto i do gruntu praktyczna. Konserwatyzm to afirmacja świata takiego, jakim on jest - i radykalne zaprzeczenie próbom wywracania go na nice w imię bezdusznych abstrakcji, choćby i w najszlachetniejsze strojących się ideały..!
 
Sięgając tedy do osobistych doświadczeń pamiętam - o czym niedawno opowiedziałem Marii Magdalenie - że gdy siedziałem w licealnej ławie, lat temu... ho, ho, ho..! - pojęcie "życia na kocią łapę", jak to w zamierzchłej przeszłości, kojarzyło się z czymś rozkosznie zakazanym i nieprzyzwoitym, wzbudzając dreszczyk podniecenia. Teraz, po latach, jeszcze bardziej kręci mnie perspektywa małżeństwa! Ze wszystkimi szykanami - na dobre i na złe, bez zwrotów i reklamacji...
 
 
Można powiedzieć, że dojrzałem. Szkoda tylko, że potrzeba było w tym celu aż tak dramatycznych przeżyć.
 
Być może dojrzałbym szybciej, gdyby panująca kultura była w stanie mi w tym pomóc - dostarczając stosownych wzorców i konsekwentnie konformizm wobec tych wzorców wymuszając. Innymi słowy - gdybym we właściwym czasie został poddany "opresji normatywnej", jak to zwykli zwać zwolennicy postępu i szczęścia ludzkości.
 
Teoretycznie takie wzorce oczywiście cały czas istnieją - a zwolennicy postępu i szczęścia ludzkości wciąż uparcie twierdzą, że są one nie czym innym, jak "opresją normatywną" wymuszane w życiu. Ale co to za "opresja", gdy tak łatwo i właściwie bez kosztów własnych można się przeciw wzorcowi zbuntować..? To nie jest opresja, tylko właśnie - zachęcanie do buntu i anarchii! Zakazać coś lub coś nakazać, ale wcale nie karać za złamanie zakazu lub nieprzestrzeganie nakazu..? Hulaj dusza, piekła nie ma!
 
A czasu cofnąć się nie da. I nawet, gdy ktoś po latach zmądrzeje i dostrzeże, że wzorzec naprawdę był dobry i mądry - co z tego? Nie każdy będzie miał drugą szansę, jak ja...
 
Pokazuje to, jaką głupotą jest obalanie "opresji normatywnej" w imię rzekomej wolności wyboru. Wolność to oczywiście piękna rzecz, ale powiedzmy to sobie szczerze: mało kto potrafi z niej naprawdę korzystać. Dla większości ludzi, tak samo jak dla mnie, taka wolność może co najwyżej stać się powodem cierpienia.
 
Przy czym tak naprawdę kwestia tego, czy mężczyźni i kobiety żyją ze sobą w wolnych związkach czy w małżeństwie nie jest bynajmniej sprawą najważniejszą: nawet w Kościele bezwzględny nakaz zawierania formalnych małżeństw ma raptem niecałe 500 lat. Zakusy zwolenników postępu i szczęścia ludzkości sięgają o wiele głębiej - oni chcą uczynić sprawą "wolnego wyboru" nawet to, czy ktoś czuje się mężczyzną, kobietą czy zgoła psem albo taboretem.
 
Wprost stwierdził to niejaki doktor Jacek Kochanowski, którego cytuję za moim ulubionym historycznym forum, pisząc: ''Polityka wiążąca się z wiedzą wypracowywaną w ramach queer studies umożliwia osiągnięcie celu strategicznego: dekonstrukcję i destabilizację kategorii płci i seksualności, a co za tym idzie, destrukcję opartego na tych kategoriach systemu stratyfikacji społecznej, z jego wykluczeniami i jego przemocą. Jest to cel dalekosiężny i o wiele bardziej doniosły niż doraźne sukcesy taktyczne, ale tylko on prowadzić może do uwolnienia naszych ciał i pragnień z opresji normatywnej, co jest zasadniczym przedmiotem zabiegów polityki queer''
 
Katastrofalne skutki sukcesu tej rewolucji nietrudno przewidzieć. Usunięcie owej osławionej "opresji normatywnej" z procesu formowania tożsamości płciowej młodego człowieka oznaczać będzie, że zostanie on pozostawiony samemu sobie - tudzież wpływom najdzikszych i najbardziej bezwzględnych spośród gotowych do grasowania na młodych ciałach i umysłach drapieżców (bo tacy przede wszystkim nie ulękną się sankcji grożących za wywieranie "opresji"...). Naprawdę sądzicie, że przeciętny młody człowiek będzie umiał sobie ot tak - poradzić..?
 
Cierpienie niewielkiej, pomijalnej wręcz garstki odmieńców być może ustanie (acz wcale nie byłbym tego taki pewien) - za cenę nieporównanie większego cierpienia ogromnej większości. Nawet dla utylitarysty (a utylitarystą w żadnym razie nie jestem i mam tę filozofię za szczyt bezmyślności...) taka "wymiana" chyba nie wygląda korzystnie..?

czwartek, 30 lipca 2015

Konstruktywnie - dla odmiany

Żeby nie było, że osuwam się w nihilizm i tylko wojnę wieszczę, dziś będzie konstruktywnie. Jakieś trzy tygodnie temu rozmawialiśmy z Marią Magdaleną o tzw. "służbie zdrowia". Wydaje mi się, że to jest temat, gdzie konstruktywne podejście jest jak najbardziej możliwe pomimo ideologicznych różnic.
 
Żeby takie konstruktywne podejście było w ogóle możliwe, strony ewentualnego sporu muszą przede wszystkim zapomnieć o tym, że mają inną wizję państwa, jego stosunku do poddanych (przez niektórych zwanych także "obywatelami"), itd. Trzeba się skoncentrować na tym, co technicznie i ekonomicznie możliwe, a co nie - i efekt, po dostatecznie długim namyśle, powinien wyjść sam!
 
Spośród różnego rodzaju "usług medycznych" są takie, które każde szanujące się państwo zapewnić musi - nie dlatego, że "taki jest standard", albo że "takie są oczekiwania", tylko dlatego, że od ich zapewnienia zależy przetrwanie własnej jego organizacji. Moim zdaniem należy tu zwalczanie tych chorób zakaźnych, które powodują szybką i gwałtowną śmierć lub trwałe uszkodzenie ciała (co by to było, gdyby słudzy gosudarstwa: urzędnicy, wojskowi, policjanci, ich rodziny - zaczęli nagle umierać tysiącami..? A i "baza podatkowa" nie powinna się tak gwałtownie i bez ostrzeżenia zmniejszać...), oraz zapewnienie podstawowej opieki zdrowotnej (tzn. przede wszystkim leczenia urazów, ewentualnie także zatruć spowodowanych gwałtownymi czynnikami zewnętrznymi) na wypadek klęski żywiołowej lub wojny (z tego samego powodu co zwalczanie gwałtownych epidemii).
 
Są to jak raz najstarsze z funkcji "zdrowotnych" państwa - były powszechnie wykonywane, w taki lub inny sposób, już w odległej starożytności, a w średniowieczu przybrały formy instytucjonalne.
 
 
Na przeciwnym biegunie mieszczą się takie funkcje i programy, których skuteczność jest niemierzalna i - oględnie rzecz ujmując - nader wątpliwa. Jak na ten przykład różne "państwowe programy zwalczania problemów alkoholowych", "walka z narkomanią", "walka z depresją" czy temu podobne. Biorąc pod uwagę stosunek kosztów do osiąganego efektu, co najmniej równie bezsensowne wydaje się zaangażowanie państwa w jakkolwiek rozumianą medycynę kosmetyczną (o ile nie jest ona związana bezpośrednio z restytucją funkcji cielesnych i wyglądu naruszonego skutkiem gwałtownego działania zewnętrznego, szczególnie w służbie gosudarstwa - mowa o rannych żołnierzach, strażakach czy policjantach..), czy tak wydumane projekty jak finansowanie zabiegów in vitro. Nie dlatego, że moglibyśmy mieć do nich jakieś zastrzeżenia moralne (choć może i moglibyśmy) - tylko dlatego, że przy braku zagrożenia życia fundowanie tak kosztownych, bo wciąż relatywnie niedojrzałych terapii, winno podlegać ocenie ekonomicznej. Trudno sobie zaś wyobrazić, żeby in vitro mogło być tańsze od... adopcji dziecka!
 
Z oczywistych względów trudno sobie też wyobrazić uzasadnienie dla fundowania takich zabiegów jak "zmiana płci" (cudzysłów jest tu konieczny, wszak genotypu zmienić nie potrafimy...).
 
Wszystko co pomiędzy tymi ekstremami - jest do dyskusji. Państwo może leczenie tych chorób w taki lub w inny sposób finansować - ale nie musi. Jeśli to robi, bo ma na to środki, to trzeba tylko dbać o to, aby środki te były używane efektywnie. Jeśli tego nie robi, to nic się złego nie stanie o tyle, że brak państwowych środków na leczenie np. raka, chorób serca czy zaćmy nie znaczy przecież wcale, że nikt tych chorób leczyć nie będzie. Przez tysiące lat ludzie radzili sobie sami, bez żadnych środków podatkowych, a nawet bez ubezpieczeń - jak bolało, to brali pod pachę gąskę i szli do dochtora, co by coś pomógł...
 
 
Jasne, że nowoczesne terapie są na ogół dużo kosztowniejsze od wywaru z kory wierzbowej czy, nie daj Panie Boże, sproszkowanych kości nietoperza (i wcale nie dlatego, że nietoperze są pod ochroną ostatnimi czasy...). Gąska może nie wystarczyć!
 
Ale to jest tak na dobrą sprawę problem tego - kto/co ma decydować o ludzkim życiu..? Czy ma o nim decydować bogactwo - choć, jak widzimy ostatnio, nawet i ekstremalne bogactwo nie pomoże, jeśli ktoś ma pecha (pomijając naturalne w takiej sytuacji teorie spiskowe, oczywiście...) - czy też dojścia, układy, spryt?
 
Jak by nie patrzeć dla wszystkich na pewno nie wystarczy. I każdy wcześniej czy później tę walkę przegra. Szeroko rozumiana lewica lubi decydować za innych i nie ma oporów przed braniem na sumienia cudzego życia - będzie zatem zawsze optować za rozszerzeniem "państwowego koszyka usług medycznych". Z takim skutkiem, że dostęp do nich będą sobie, wedle własnych kryteriów, regulować owych usług dysponenci. My raczej uważamy, że każdy sam jest kowalem swego losu i jeśli nie ma, a nikt go w potrzebie nie poratuje, to widać - tak miało być.
 
Nie to, żebym się łudził możliwością implementacji takich pomysłów jak powyższe. W praktyce przecież nie żadna ekonomiczna racjonalność i nawet nie wybory moralne decydują o tym, co państwo finansuje (lub deklaruje, że finansuje, bo to nie zawsze to samo...) - tylko nadzieja na wyborczy sukces. Co jest jeszcze jednym przyczynkiem do bezsensowności demokracji...


środa, 29 lipca 2015

Pochwała wojny domowej

Zostałem właśnie na moim ulubionym forum historycznym zaliczony do debili lub prowokatorów. Nie mogę Państwu zalinkować, bo to "zabezpieczone forum". Idzie o wątek, w którym debatuje się na temat tzw. "rewolucji genderowej". Poszło o to, że wobec widocznej niemożności przekonania którejkolwiek ze stron, zaproponowałem użycie argumentu rozstrzygającego - przemocy.
 
Zaproponowałem całkowicie na serio - i nie uważam się, w związku z tym, za prowokatora. Co zrozumiałe, nie wydaje mi się też, żebym był debilem bez piątej klepki (choć tu oczywiście mojego własnego świadectwa nie można brać zbyt poważnie...).
 
Państwu, moim wiernym Czytelnikom, należy się jednak obszerniejsza argumentacja.
 
Po pierwsze - czy wojna domowa to rzeczywiście takie kuriozum, żeby jej w ogóle nie brać pod uwagę jako sposobu rozstrzygania światopoglądowych sporów w nowoczesnym, demokratycznym społeczeństwie..? Żeby taki pomysł od razu klasyfikować jako prowokacyjny lub szalony..?
 
No cóż: w roku 1861 Stany Zjednoczone były jednym z najbardziej demokratycznych państw ówczesnego świata (właściwie to zaraz po Wielkiej Brytanii należałoby je wymienić jako jedno z dwóch zaledwie mocarstw rzeczywiście godnych tego miana...). A jednak wobec nierozwiązywalnego w żaden inny sposób sporu, ich obywatele chwycili przeciw sobie za broń. Ktoś obecnie podważa osiągnięte w ten sposób rozstrzygnięcie..?
 
 
Im bliżej współczesności tym trudniej znaleźć, to prawda, równie oczywisty przykład. Wojen domowych wprawdzie było wiele, kończyły się różnie - w jednych zwyciężali sympatyczni nam konserwatyści i ustanawiali na pewien czas równie nam sympatyczną dyktaturę, która jednak zawsze nieodmiennie się koniec końców demokratyzowała i cały sukces Dyabli brali - w innych z kolei zwyciężały wraże "siły postępu" - ale i ich sukcesy trudno uznać za trwałe, skoro już nie tylko w Moskwie panuje kapitalizm, ale nawet Hawana nawiązuje z powrotem stosunki dyplomatyczne z Waszyngtonem... O greckiej, malajskiej, indonezyjskiej wojnie domowej za mało wiem, żeby cośkolwiek opowiadać.
 
 
Tak, czy inaczej, nie można z sensem argumentować, iż wojna domowa to rzecz absolutnie obca demokracji! Owszem, różnym państwom demokratycznym w przeszłości wojny domowe się przytrafiały. Nie ma żadnego powodu sądzić, że skoro przytrafiały się w przeszłości, to już w żaden sposób nie mogą się przytrafić w przyszłości..!
 
Tu oczywiście nie ma i nie będzie zgody między nami, ludźmi rozsądku, a zakutymi wielbicielami demokracji. Ci drudzy uważają bowiem, że jeśli nawet ich ukochanemu ustrojowi przydarzały się jakieś "błędy i wypaczenia", to jest to rozdział definitywnie zamknięty, a teraz to już tylko cud, miód i orzeszki...
 
Czy ja naprawdę muszę udowadniać że czarne jest czarne, a białe jest białe..? Przecież takiej wiary średnio rozgarnięty sześciolatek nie potraktuje na serio..! Przede wszystkim, ci sami ludzie którzy twierdzą, iż "dojrzała liberalna demokracja chroni mniejszość przed tyranią większości" bez zmrużenia oka popierają najdzikszą zupełnie tyranię nikłej mniejszości nad osłupiałą większością - czyli właśnie nie co innego, jak ową "rewolucję genderową"..! Z takimi paniami i panami nie ma jak i o czym dyskutować.*
 
Tym sposobem przechodzimy płynnie do punktu drugiego: dlaczego uważam, że wojna domowa w naszej sytuacji byłaby dobra i pożądana..?
 
Właśnie dlatego! Spór, który w tej chwili dzieli Polaków (czy szerzej: ludzi białych...) nie jest sporem, który dałoby się rozstrzygnąć przy stoliku, między kawą z koniakiem a szarlotką. Jakichkolwiek argumentów użyłaby jedna ze stron, druga nie przyjmie ich do wiadomości albo zrozumie całkiem na odwrót. Taka jest właśnie natura najgłębszych, najbardziej istotnych sporów światopoglądowych. Brak tu pola do dyskusji, bo żeby z sensem dyskutować, trzeba koniecznie uznawać jakąś wspólną podstawę, mieć jakieś pojęcia dla obu stron jednoznaczne. Tu się można co najwyżej przekrzykiwać, ośmieszać wzajemnie w oczach zdumionej gawiedzi, pozyskiwać, w taki lub w inny sposób niezdecydowanych i nie mających jeszcze zdania.
 
Jeśli trafia się, że ktoś z głębiej w ten spór zaangażowanych zmienia zdanie, to nie jest to efekt rozumowej argumentacji, tylko nawrócenia. Które wynika z całkiem odmiennych mechanizmów, z dyskusją nic na ogół nie mających wspólnego. Sam, gdyby nie Maria Magdalena, pozostałbym pewnie tym "znakiem drogowym, który nie musi podążać w stronę, którą wskazuje", jak to ongiś zgrabnie podsumował jeden z działaczy ZChN pytany, czemu jest bezdzietnym kawalerem, skoro wychwala zalety tradycyjnej rodziny - do tej pory bowiem, przyznaję, mój stosunek do wiary, tradycji i Kościoła jako żywo przypominał Nowosilcowa z mickiewiczowych "Dziadów": w przeciwieństwie do sporej części nominalnych katolików w Polsce, co to "wierzą w Boga, ale nie wierzą w Kościół" uważałem, iż Bogu - jeśli jest - nic po modlitwach, hołdach i rytuałach, a takie pojęcia jak "dusza", "życie wieczne", "zbawienie" są po ludzku rzecz biorąc wewnętrznie sprzeczne i, w związku z tym, nie ma się nimi co przejmować, bo i tak nic się mądrego nie wymyśli - pewien za to byłem (i jestem), że czego jak czego, ale Kościoła ten świat potrzebuje bardziej niż czegokolwiek. A teraz przyjdzie ugiąć karku, pomaszerować do spowiedzi, wdrożyć się na powrót do dyscypliny. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej mi się to... podoba! Dziwnie jestem przy tym spokojny, że wszystko gładko pójdzie...
 
 
Absurdem jest rozstrzyganie tego rodzaju sporów w głosowaniu. Po pierwsze dlatego, że nikt takiego rozstrzygnięcia nie uzna za trwałe i ostateczne. Po drugie dlatego, że jest to metoda w oczywisty sposób  korzystna dla naszych wrogów!
 
Każde państwo to dominacja zorganizowanej mniejszości nad niezorganizowaną większością. Tak było za czasów Mieszka I i jego zbrojnej drużyny - i tak jest obecnie. Zmieniły się tylko metody - i wcale nie uważam, iżby zmieniły się na lepsze! Ostatecznie - jeśli nawet Mieszko I, a zwłaszcza jego niepohamowany synalek bywali dla swoich poddanych ciężkimi, to gwałcili tylko ich ciała i mienie. Obecnie zorganizowana mniejszość gwałci umysły i sumienia (a na mienie po staremu łakoma...) - jej dominacja jest bowiem oparta na zmasowanej propagandzie, na indoktrynacji.
 
W takiej walce, jak już o tym dawno temu pisałem, ten ma z natury przewagę, komu bardziej zależy, kto jest bardziej zdeterminowany i kto lepiej potrafi z samej walki, z samego sporu - żyć. A to jest właśnie "obóz postępu"!
 
Oczywistym jest, że tzw. "mniejszościom seksualnym" bardziej zależy na uzyskaniu przywilejów, niż heteroseksualnej większości na obronie status quo - normalny człowiek ma na co dzień dość innych problemów, żeby miał się jeszcze takimi głupotami przejmować. To dokładnie tak samo jak z lobbyingiem! Wszyscy stracili na poronionej regulacji jewrosojuznej, zakazującej normalnych żarówek (wszyscy zresztą na co dzień tracą na tysiącach takich regulacji, tak jewrosojuznych, jak narodowych...), ale nikomu nie zależało w szczególności na tej sprawie aż tak bardzo, żeby ją wbrew zaciekłemu lobbyingowi kilku zaledwie producentów - na czas powstrzymać lub skutecznie odwrócić.
 
Co więcej - lobbyści i tzw. "działacze" świetnie potrafią żyć z tego, czym się na co dzień, zawodowo, zajmują. Dla normalnego człowieka zaś, oderwanie się od pracy i zajęć dnia codziennego, żeby udzielać się jeszcze i publicznie - to ofiara, na którą nie każdy może sobie pozwolić, a nikt nie zrobi tego w takim wymiarze jak profesjonalista.
 
Jasnym jest więc, że tzw. "milcząca większość" nie ma właściwie swojej politycznej reprezentacji i mieć jej w systemie demokratycznym nie może (przynajmniej nie trwale...). Nic też dziwnego, że często nie ma kogo wybrać do ciał obieralnych, skoro polityką w ogólności zajmują się najczęściej psychopaci lub (zawsze!) podejrzanej moralności zawodowcy.
 
Jeśli nawet czasem mobilizuje się wielotysięczne, a nawet wielomilionowe tłumy w obronie tego lub owego - to są to mobilizacje z natury rzeczy krótkotrwałe. Na dłuższą metę i tak wygrają zawodowi lobbyści - będą tak długo zabiegać, indoktrynować, intrygować, powtarzać głosowania - aż osiągną swoje. I, co równie oczywiste - natychmiast wyznaczą sobie następny, jeszcze ambitniejszy cel...
 
 
To nie jest żaden spisek, zamach, konspiracja. To trwały, ustrojowy mechanizm wbudowany w samą istotę tego poronionego systemu. To prawda, że w systemach niedemokratycznych wiele konfliktów utrzymywanych jest w ukryciu i wybuchają one potem z siłą zwielokrotnioną, bardzo często - krwawo. Ale to i tak lepsze od demokracji, która tworzy tysiące konfliktów pozornych, rozpala ogniska urojonych kompletnie sporów i ekscytuje ludzi takimi głupotami, że w każdej osiedlowej piaskownicy poważniej i poważniejsze sprawy się rozstrzyga, niż w okrągłym budynku przy ulicy Wiejskiej w Warszawie...
 
Wojna domowa naprawdę ma wiele zalet! Przede wszystkim - mamy szansę ją wygrać. Nawet jeśli tylko na chwilę - i tak warto. Ta "chwila" może pozwolić naszym z Marią Magdaleną wciąż jeszcze nie poczętym dzieciom (czekamy przecież do ślubu...) dorosnąć w normalnym otoczeniu... Jeśli zaś nie wygramy, to i tak sprawa się niniejszym rozstrzygnie, bo nie będzie już nas wśród żywych - ergo: przestanie nas to kompletnie obchodzić.
 
Poza tym, jakkolwiek by się wypadki nie potoczyły, wojna domowa wydaje się rozwiązaniem szybszym, tańszym i mniej męczącym od tego, z czym mamy obecnie do czynienia...
--------------------------------
*Ile by nie udowadniać, że tyranią wobec większości jest właśnie owa rzekoma "obrona mniejszości", że nie ma tu żadnego "wyzwolenia", ani żadnej "równości praw" - nikt z przeciwnego obozu takich argumentów nie przyjmie przecież do wiadomości. Stosowny wątek na forum ma już 177 stron, ponad 2.600 postów i nic z tej wymiany zdań zgoła nie wynikło...


poniedziałek, 20 lipca 2015

Obrzydliwość

Dawno nie spotkałem tak obrzydliwego tekstu jak ten "przeklej" z (lewackiej skądinąd) brytyjskiej gazetki.
 
 
 
Może by mnie to aż tak nie wzburzyło, ale poniekąd - żyję teraz podobnym tematem. Próbujemy wzajemnie dopasować swoje plany i ambicje, ułożyć życie we dwoje. Tymczasem ukrytym, ale bardzo dobrze widocznym założeniem takich właśnie tekstów (których skądinąd wiele...) jest przekonanie, że to niemożliwe. Że człowiek to takie bydlę, które co by się nie działo, w swoją ciągnie stronę. Musi dominować, tłamsić, wykorzystywać, innego wyjścia nie ma - i, w związku z tym, najlepiej to jakby każdy sam był sobie sterem, żeglarzem, okrętem...
 
Normalnie, jakem czarnosecinny konserwatysta, po mordzie bym za takie wywody dał! Że jednak podpisana pod tekstem "Rose Hackman" to najpewniej kobieta, poza tym daleko, a "redachtory" Onetu jak zwykle anonimowe (że też nikt jeszcze nie podpalił siedziby tej gadzinówki..? Gdzie to w ogóle jest..?), pozostaje wyżyć się słownie: a tfu..!

niedziela, 21 czerwca 2015

Dobrego dzikusa kłopoty sercowe

Mam graniczące z pewnością podejrzenie, że kiedyś już o tym pisałem. Niestety - jak się ma w dorobku dobrze ponad 1,5 tysiąca wpisów i zaawansowaną sklerozę, to i tagowanie nie pomaga: nie pamiętam dokładnie gdzie tego szukać. No cóż - powtórzymy! Mam tylko nadzieję, że jak ktoś z Państwa znajdzie poprzedni na ten temat tekst, to się nie okaże, że sam sobie przeczę..? Bo i tak być może...

Człowiek ma tę fundamentalną wadę, że nie znosi niepewności. Kiedy więc czegoś nie wie, to sobie brakujące fragmenty dopowiada. Szczególnym przypadkiem takiego "dopowiadania" są różne mody i manie przytrafiające się ludzkiej nauce. Jak teoria flogistonu swego czasu. Eugenika (która wynikła z paru nader nieostrożnych "dopowiedzeń" na tle teorii ewolucji - których, tak szczerze pisząc, to nie jestem pewien, czy nasi współcześni luminarze zdołali się już pozbyć..?).

Ponieważ takie "dopowiedzenia" są zwykle chwytliwsze, bo prostsze i łatwiej przemawiające do wyobraźni niż fakty, które je obalają - bardzo często jest tak, że potem nawet dawno już porzucony "mit nauki" funkcjonuje jako ugruntowana i niekwestionowana prawda wśród polityków, pisarzy, zwykłych ludzi wreszcie. Jest to, poniekąd, mój główny i najważniejszy argument przeciw jakiejkolwiek centralnie sterowanej inżynierii społecznej! Taka inżynieria bowiem, siłą rzeczy z jakiejś musi wynikać teorii - i prawie zawsze jest to teoria już w momencie podjęcia próby implementacji co najmniej nieaktualna. Politycy, jako podgatunek ludzi szczególnie upośledzonych intelektualnie (bo, jak niedawno dowodziłem, ewolucyjnie zapóźnionych...) mają wrodzoną zdolność do wybierania w pierwszej kolejności pomysłów możliwie najgłupszych. 

Pisarzy nie przypadkiem wymieniłem na drugim miejscu. Mój matematyk z liceum twierdził, że humaniści to ludzie pozbawieni wyobraźni. Oczywiście, że miał rację! Nie bez powodu już Starożytni wszystkie sztuki piękne hurtem zaliczali do "mimetyki" - "sztuki naśladowczej". Pisarz, który by istotnie coś nowego wymyślił, nie miałby najmniejszych szans na powodzenie (przynajmniej za życia!). Literatura, jeśli ma trafiać do czytelników, musi odpowiadać ich wyobrażeniom. Z natury zatem przeżuwa wątki i motywy dobrze tym czytelnikom znane. Najbardziej lubię filmy, które już widziałem - to jedna z najgłębszych sentencji w historii polskiego kina! Nawet różne literackie "sensacje" to w 100% odgrzewane kotlety. Jak niejakiego Browna "sensacja" o Marii z Magdali i Jezusie: nie czytałem, filmu też nie oglądałem, bo i po co..? Gnostycką legendę o pochodzeniu Kapetyngów poznałem gdzieś w okolicach starszych klas szkoły podstawowej, czyli - za Jaruzelskiego jeszcze... Gdzie tu sensacja..? 

Na samym końcu tego łańcuszka są "zwykli ludzie" - bo ich nasączyć takim czy innym mitem zabiera czasem i 300 lat, a czasem i więcej. W każdym razie około 300 lat zajęło nasączenie głów ludzi nam dzisiaj współczesnych teorią niejakiego Jana Jakuba Rousseau - dawno już pogrzebaną i to po cichu, bez hucznych ceremonii czy salw honorowych (jako że, tak po prawdzie, to nie za bardzo było co grzebać - taka to i "teoria"...), na gruncie pedagogiki czy psychologii.

Rousseau, podobnie jak inni tzw. "filozofowie" Wieku Zaciemnienia żył absurdalnym zupełnie przekonaniem, że człowiek jest z natury "dobry" (cokolwiek by to nie miało znaczyć w praktyce...) i że "przyrodzone" mu instynkty, przejawiające się w działaniu jego "serca" (a więc - nieświadomych, czy przynajmniej nie do końca świadomych zachceń, preferencji, uraz, itp.), byle im tylko nie przeszkadzać, zawsze będą go prowadziły ku dobremu. Cywilizacja (rozumiana przede wszystkim jako zestaw norm regulujących zachowanie jednostki i reglamentujących jej możliwości zaspokojenia owych naturalnych żądz) jest zaś źródłem zła i cierpienia. Trzeba ją tedy zburzyć, a przynajmniej - wywrócić do góry nogami - a zapanuje powszechne szczęście.

Jakie widzimy tu błędy..?

Po pierwsze - jest Rousseau (i inni tzw. "filozofowie" Wieku Zaciemnienia...) znacznie mniej rewolucyjny, niż mu się samemu wydaje. Owszem, odwraca tradycyjny "porządek rzeczy" (w myśli klasycznej, co najmniej od Arystotelesa zaczynając, "kultura" ceniona była znacznie bardziej od "natury"), ale to jest wciąż przestawianie tych samych klocków. Nuuuda..! Prawdziwą rewolucją byłoby zakwestionowanie podziału na "kulturę" (czy tam "cywillizację"...) i "naturę". Albowiem to, że człowiek wytwarza kulturę, jest przecież zjawiskiem pod każdym możliwym względem "naturalnym". Siedzą nad nami jacyś Reptilianie i każą pod groźbą bata filozofować, książki pisać, dobrych manier się uczyć czy grać w rozmaite gry..? No chyba nie..?! "Kulturę" zresztą nie tylko człowiek wytwarza, jest to zjawisko w świecie natury powszechne. Mój przyjaciel Jacek swego czasu badał trele ptaszków (tylko już nie pamiętam jakich...): okazuje się, że ptaki pewnego gatunku mają swoje "narzecza", nieco inaczej śpiewając - i da się ich pochodzenie po takim "narzeczu" zidentyfikować.

Po drugie - jak w przypadku bardzo wielu innych "mitów nauki", teoria Rousseau postuluje istnienie hipotetycznego bytu, którego w praktyce odnaleźć się nie udało. Owego "serca". Przyrodzonego każdemu człowiekowi siedliska, węzła "dobrych", a zarazem nieuświadomionych, czy też nie do końca uświadomionych "dobrych odruchów", "dobrych zachceń".

Państwo oczywiście doskonale wiecie, że Wasze serca to tylko szczególnego rodzaju mięsień, pełniący życiowo istotną rolę pompy ssąco - tłoczącej krew. To, że na widok najsympatyczniejszej z koleżanek ów mięsień zaczyna kurczyć się gwałtowniej niż przedtem, to tylko skutek wyrzucenia przez gruczoły dokrewne pewnych hormonów, na które chemoreceptory reagują przyspieszeniem przepływu krwi. Te same hormony wydzielają się zresztą przez skórę i - najwyraźniej - na chemoreceptorach najsympatyczniejszej z koleżanek nie robią pozytywnego wrażenia. Nic się na to nie da poradzić. Jak stwierdził Osioł chemia nie teges. 



Państwo to wszystko doskonale wiecie. Mam nadzieję, że wciąż uczą takich rzeczy w szkole..?

Chemia nie teges - i co dalej..?

Skoro WSZYSTKIE ludzkie zachcianki, byleby tylko "wypływały z serca" są "dobre" i "słuszne", to na gruncie teorii Rousseau należy z konieczności założyć, że te również. Jeśli zatem nie dochodzi do ich spełnienia, to dlatego, że przeszkadza w tym "cywilizacja". Np.: zbyt poważne traktowanie obowiązków, konwenansów, opinii innych ludzi, itp. Romantyczny bohater modo Rousseau powinien te przeszkody albo pokonać - albo zginąć. Na przykład śmiercią samobójczą, jak młody Werter.*

Jasne, że to się kupy nie trzyma. W ramach koniecznego dostosowania teorii do praktyki życia codziennego, cywilizacja współczesna oferuje w takich przypadkach sesje psychoterapii, coaching, albo - nieco bardziej tradycyjnie - flaszkę.

Mimo tak oczywistej sprzeczności między teorią a doświadczeniem, większość z Państwa, osobliwie wśród dam podziela jednak przekonanie, że "człowiek powinien kierować się sercem". Metaforycznie oczywiście. Bo nawet dobrze wiedząc, że z sercem jako takim nie ma to nic wspólnego, wciąż sądzicie, że jest w Was jakieś tajemnicze "coś", co Wam podpowiada, kogo lubić, a kogo nie i czego pragnąć, a czego nie. I że to "coś" jest właśnie dobre i szlachetne. Chemoreceptory zdecydowanie nie brzmią "szlachetnie"..!

Jest zresztą rzeczą niezmiernie wręcz charakterystyczną, że tego rodzaju fałszywe przekonania (udowodnił ktoś istnienie tego tajemniczego "czegoś"..?) powodują u sporej części populacji  kłopotliwy życiowo brak pomiarkowania.

Albo idziemy za każdym odruchem, zachceniem, zachcianką wręcz - albo zgoła wprost przeciwnie, oczekujemy wyłącznie "zachceń najwyższej jakości", o intensywności opiewanej w telenowelach i romansach.

Pierwsza postawa powoduje, że jakiekolwiek trwałe związki między ludźmi stają się niemożliwe (chemoreceptory z czasem obojętnieją na stale powtarzany bodziec - i na to też NIC się nie da poradzić...). Druga zaś sprawia, że tak wielkie mnóstwo ludzi, zwłaszcza kobiet, jest obecnie tak głęboko nieszczęśliwych: bo nie potrafią kontentować się tym, co mają, oczekując czegoś większego, co może się nigdy w życiu nie przytrafić. O czym zresztą nie tak dawno pisałem!

Zanikła sztuka kompromisu. Samo pojęcie "życiowego kompromisu" jest zresztą obłożone swoistą anatemą. Kto szuka kompromisu, a nie "spełnienia", ten zdaje się w dzisiejszych czasach kimś małym, niegodnym, nieinteresującym (w najlepszym razie...). A przecież gdyby nie właściwa ludziom - zarówno z natury, jak i z kultury - zdolność osiągania kompromisu, to nasze ulice pełne byłyby gwałcicieli i samobójców! Bo jak niby inaczej spełniać WSZYSTKIE "odruchy serca" (skoro wszystkie są "tak samo dobre" i "tak samo godne") - gdy są one najoczywiściej sprzeczne..?

Poza tym, Drodzy Państwo - postawa "wszystko albo nic" jakże jest prostacka..! Dawniej, kiedy ludzie byli biedniejsi, więc czy chcieli czy nie, samo życie zmuszało ich do kompromisów nieustannie - jakoś udawało się pogodzić cnotę z przyjemnością, dbałość o dobre imię z szukaniem wrażeń, obowiązek z rozrywką. Fakt - nie było badań DNA. Ani telefonów komórkowych czy kamer na każdym rogu ulicy. Ale to, że dzisiaj takie przeszkody w osiągnięciu szczęścia istnieją - powinno być chyba tylko tym większym wyzwaniem..? Co powiedziawszy - zabieram się za pielenie ogródka...

----------------------
*szkoda, swoją drogą, że jakoś nikt się nie porwał na literackie oddanie tej metody radzenia sobie z przeciwnościami "cywilizacji", którą w swoim życiu stosował sam autor "Emila" - który mianowiecie liczne nieślubne dzieci oddawał seriami do przytułków, żeby mu nie przeszkadzały...

niedziela, 14 czerwca 2015

Dlaczego Oktawian i Alex to świnki z klasą, a Lenin - bynajmniej?!

Niewiele mam do czynienia ze współczesną młodzieżą. I na ogół jestem z tego zadowolony. Ta młodzież, którą (wyłącznie z konieczności...) spotykam w pracy, wydaje mi się kompletnie nieinteresująca - do tego stopnia, że aż wypada cieszyć się, że sam nie mam dzieci, bo gdyby miały być takie, jak moja młoda współpracownica, to chyba musiałbym z domu wygonić..! 

Wczoraj jednak miałem nieukrywaną przyjemność obcować przez krótką chwilę z egzemplarzem młodzieży młodszej nawet jeszcze, bo maturalnej, inteligentnym (wiadomo - rodzina!), bystrym i świata ciekawym. I właśnie stąd - dzisiejszy wpis. Egzemplarz ów bowiem stoi na progu zarażenia najgłupszą z istniejących na tym Bożym świecie filozofii - anglosaskim utylitaryzmem. Nawet pruski heglizm nie jest aż tak idiotyczny..!

Oba zresztą czerpią z tego samego źródła, czyli z tzw. "oświecenia" - które "zaciemnieniem" słuszniej zwać by należało, bo nie ma w dziejach myśli ludzkiej epoki głębszego i bardziej żenującego upadku...

Egzemplarz młodzieży maturalnej nie mógł zrozumieć, dlaczego Oktawian August i Aleksander (poufale zwany Alexem...) to "świnki z klasą", a ubierane właśnie w nowy garnitur truchło Lenina -  bynajmniej?

Ponieważ wydaje mi się, że i Państwo możecie mieć podobny problem z młodzieżą lub z cudzoziemcami, rzecz warta jest wytłumaczenia.

Otóż: nie ulega najmniej wątpliwości, że zarówno Oktawian, jak i Aleksander to świnie. I jeden i drugi kłamali, kradli, oszukiwali, wykorzystywali, udawali bóstwo, tarzali się w rui, porubstwie i wszelkich przyjemnościach, które tylko dać może niczym nieograniczona władza. A także zabijali - często: bez szczególnego powodu. Łamali innym ludziom życie, pozbawiali ich marzeń, wolności i majątku. Oktawian na dodatek jest postacią wybitnie nieromantyczną. Aż czuję z nim duchowe pokrewieństwo z tego właśnie powodu...

Lenin robił z grubsza to samo, ale jak chodzi o życie osobiste, to przy Oktawianie i Aleksie wydaje się wręcz mnichem: kontentował się Krupską (plotki o jego syfilisie są, koniec końców, podobnie jak w przypadku Hitlera, tylko plotkami...), żył w miarę skromnie, zabijał raczej z powodów politycznych niż dla kaprysu.

Dlaczego zatem Lenin jest świnią nie mieszczącą się w skali - a Oktawian i Alex, to mimo wszystko świnki miłe, przyjemne, wesołe i z klasą..?

Właśnie dlatego! Oktawian i Aleksander robili to, co robili z czystego pragmatyzmu. Nie - naprawdę nie chodzi o same tylko możliwości techniczne. I jeden i drugi, żywcem przeniesiony w czasy współczesne, stałby się w najgorszym razie takim Franco czy innym Pinochetem - postacią, w gruncie rzeczy, w znacznym stopniu pozytywną.

Naprawdę, możliwości techniczne są bez znaczenia. Liczba ofiar jest bez znaczenia. To, co się liczy, to uzasadnienie, ideologia i cel.

Najważniejszym, najbardziej fundamentalnym przejawem idiotyzmu anglosaskiej filozofii utylitarnej jest przekonanie, że wszystko na tym Bożym świecie czemuś pożytecznemu służy. I takie na ten przykład państwo służy temu, żeby łapać złodziei, pilnować przestrzegania zasad ruchu drogowego czy dbać o zachowanie cen nieruchomości. Bzdura..!

Państwo nie służy NICZEMU. Państwo istnieje nie po to, żeby coś załatwić, wykonać, ułatwić czy zapewnić. Państwo istniej TYLKO DLATEGO, że większość ludzi to tchórzliwi konformiści, którzy nigdy w życiu nie zbuntują się przeciw obyczajowi, status quo, prawu czy zwierzchności. Państwo istnieje dlatego, że ludzie jako ssaki terytorialne i stadne zarazem, potrzebują koniecznie dla zachowania psychicznego komfortu jasnej i niekwestionowanej hierarchii w stadzie (zwykłym idiotyzmem jest mniemanie takiego np. p. Wodzińskiego, czy innych libertarian, że ludzie mogliby żyć dalej w stadach po 40 - 50 osobników tak, jak to robili w paleolicie...). Państwo istnieje dlatego, że pewna, niezbyt wielka mniejszość ludzi przejawia ambicję sprawowania władzy i życia na cudzy koszt.

Tak było, jest i będzie - aż po skończenie świata. Ktokolwiek twierdzi, że da się z tego mechanizmu wyzwolić i państwo obalić - głupcem jest lub kłamcą.

Kto zaś zaakceptuje ten stan rzeczy, ten zrozumie od razu, dlaczego wyżej moralnie cenić należy Oktawiana i Aleksandra, a niżej - zdecydowanie niżej - Lenina.


Pierwsi dwaj rządzili dla własnej przyjemności, dla korzyści swego rodu, dla sławy swego narodu. Lenin obiecywał wszystkim swoim poddanym radykalną poprawę bytu. Ameliorację życia totalną i kompletną. Zmianę na skalę wręcz apokaliptyczną.

Nie ma znaczenia, czy sam w to wierzył, czy użył tylko takiej ideologii dla uzasadnienia swojej władzy. Grunt, że skoro jej użył, to musiał się też i trzymać - przynajmniej w ogólnych zarysach. Musiał zatem, dążąc do owej radykalnej poprawy ludzkiego losu, całkowicie życie wszystkich swoich poddanych wywrócić do góry nogami.

Już i w starożytności byli tacy, którym podobne pomysły chodziły po głowie. No chociażby Platon..! Potem było parę podobnych ruchów na tle religijnym - katarzy, taboryci, anabatpyści. Nic z tego nie wyszło bo przed początkiem wieku XX wydajność ludzkiej pracy była zbyt niska, by całe narody i pokolenia żyły życiem fałszywym i utopijnym. I tylko ta "techniczna" różnica jak chodzi o Lenina ma znaczenie. Lenin jako pierwszy nie tylko chciał, ale i mógł. Mógł zrobić coś, co ani Oktawianowi, ani Aleksandrowi w ogóle by nie przyszło do głowy - wywrócić do góry nogami życie wszystkich swoich poddanych. Wszystkich ludzi na całym świecie - przynajmniej według planów i zamierzeń!

Nie ten jest zły, kto dla siebie chce dobrze (a przynajmniej chce tego, co jemu dobre się wydaje...). To normalna, ludzka, zrozumiała postawa. Prawdziwe przerażenie budzić winien ten, kto chce dobrze dla wszystkich bez wyjątku..!