Blog główny

sobota, 20 grudnia 2014

Hipochondria

Gdyby kobieta chciała zawsze, ile razy może - to nie dwóch, nie trzech kochanków, wszystko jedno - naraz, czy po kolei, ale i dziesięciu miałoby poważny problem, żeby jej potrzeby zaspokoić. A w każdym razie - nie daliby rady robić już kompletnie nic innego.

Z kolei, żeby mężczyzna mógł, ile razy chce - to musiałby, podobnie jak u niektórych owadów, ulec redukcji do rozmiarów członka na stałe wmontowanego w stosowną kieszeń ciała kobiety. I odżywiającego się na zasadzie symbiozy za pośrednictwem jej krwioobiegu...


Na szczęście kobiety przejawiają zainteresowanie czynnościami reprodukcyjnymi tylko niekiedy. I niekoniecznie w obecności wszystkich potencjalnie dostępnych w okolicy samców, a raczej - tylko przy wybranych. Dzięki czemu możliwe jest w ogóle jakieś społeczeństwo i jakieś cywilizowane życie. Ba! Właśnie dlatego takie życie jest konieczne i po to - jak już pisałem jakiś czas temu - powstała kultura, żebyśmy umieli sobie z żądzami radzić, nie popadając przy tym w szkodliwe dla zdrowia skrajności (a fantazja o tym, żeby w pojedynkę porywać się na wiele pań naraz, trochę przypomina pomysł gaszenia dobrze rozbuchanego pożaru lasu przy pomocy strzykawki z wodą...).

Jak każdy kompromis, tak i ten, rodzi oczywiście mnóstwo praktycznych trudności. Na przykład, w wielu krajach muzułmańskich, nieoczekiwanym i przez nikogo bynajmniej nie chcianym efektem połączenia tzw. "modernizacji" z propagacją tego, co można określić jako "zachodni styl życia" (a więc  taki, inspirowany chociażby telewizją, wzrost potrzeb życiowych, który czyni pomysł zamieszkania w lepiance gdzieś nad Nilem i kontentowania się plackiem jęczmiennym z kozim serem i soczewicą, co w zupełności wystarczało tysiącom pokoleń od czasów predynastycznych - czymś absolutnie nie do pomyślenia...) jest poważny kryzys. W tych krajach dużo istotniejsze od jakiejś wydumanej "female poverty" jest powszechna "male poverty", skutkująca gwałtownym przyrostem liczby desperatów skłonnych do nader spektakularnych aktów gwałtu...

Z kolei na szeroko rozumianym Zachodzie, czyli także u nas - pojawia się problem co do zasady nawet podobny, ale wynikły z nadmiaru, a nie z biedy: oto kobiety Zachodu, w przeciwieństwie do swoich babek i prababek, tak naprawdę nie potrzebują już mężczyzn, żeby zdobyć środki codziennego utrzymania i żyć w akceptowalnym komforcie. W efekcie nie muszą udawać zainteresowania jakimiś felernymi samcami beta, z natury niezdolnymi do zaspokojenia ich potrzeb fizjologicznych - a takich samców są przecież miliony... Czy również w ich przypadku narastająca frustracja skończy się niekontrolowanymi wybuchami przemocy..?

Nie wiem. Historia nie daje tu żadnych wskazówek, bo jest to stan bez precedensu.

Sądząc po sobie (no ale ja jestem typowym Grzecznym Chłopcem, wychowanym przez kobiety - i to jeszcze w czasach tzw. "realnego socjalizmu" i w innej, jednak, rzeczywistości technologicznej niż ta obecna...: wychowanym tak, żeby broń Panie Boże, pożytku ze mnie dla żadnej obcej baby nie było...), to oczywiście o przemocy nie ma mowy. A i frustracja, przejawiająca się takimi jak ten gawędami po nocach, to raczej objaw, a nie przyczyna. Objaw ukończenia czterdziestki - i zimnego oddechu Kostuchy na karku w związku z tym. Co prawda, Lepsza Połowa twierdzi, że to tylko hipochondria i nie ma się czym przejmować, muszę się tylko przyzwyczaić do nowego wieku. Faktem jest, że od kilku tygodni miewam dni lepsze i dni gorsze, ale co tydzień jakaś nowa czerwona lampka z napisem "System Malfunction" się zapala. Zupełnie jak u nowoczesnego samochodu po upływie terminu gwarancji! Ot teraz - nie śpimy, choć 3.30 na zegarze. Koćkodan zgłodniał dokładnie o 0.30 - dałem chrupki i już nie zasnąłem...


Żebym chociaż pił! Odkąd piję, a pierwszy raz upiłem się dopiero na studiach, po większym pijaństwie rzeczywiście mam problemy ze snem. Ale nie piję. Trzy kieliszeczki (fenomenalnej zresztą...) nalewki na tarninie wieczorem bezsenności w żadnym razie nie usprawiedliwiają.

Bezsenność zresztą to może i najmniejszy problem - przynajmniej nie spóźniam się do pracy (Koleje Mazowieckie w swojej niezmiernej łaskawości przesunęły jedyny pociąg, którym mogę dojechać do Radomia na czas pół godziny WCZEŚNIEJ - wiązanki, jakie w miniony poniedziałek słyszałem w związku z tym od lądującej na radomskim dworcu już o 7.05 młodzieży szkolnej, zaiste, przeczyły powszechnej opinii o braku literackiej smykałki u młodego pokolenia...). No i daje to pewne przewagi w Tribal Wars (o Tribal Wars wspomnę pewnie niedługo na blogu głównym - szykuje się tekst sponsorowany...).

Przemęczenie? Fakt: ciężki dzień był wczoraj. Dzień Niekoniecznie Potrzebnej Wycieczki do Warszawy i Absurdalnych Telefonów (jedyny zysk, że przetestowałem niechcący sprawność obiegu informacji w branży: coś, co sam, osobiście wymyśliłem zaledwie tydzień wcześniej jako humbug, bluff, hucpę wręcz - po tygodniu wróciło do mnie ze stolycy, przetworzone w pełną grozy plotkę - aż szkoda, że nie mogę Państwu tego opowiedzieć...). Ale żeby z tego zaraz jakaś gonitwa myśli miała wynikać, przeszkadzająca w odnalezieniu objęć Morfeusza, to nie mogę powiedzieć...

No nic. Pouzupełniam linki, znajdą jakąś ilustrację i chyba  położę się jeszcze na trochę - jak to zwykle w łykend na farmie bywa, roboty huk, trzeba zebrać siły

czwartek, 18 grudnia 2014

Smutny koniec 22-latka, czyli: miałem rację!

Jak donosi lokalny portal informacyjny, w nocy z soboty na niedzielę, pewna 38-letnia mieszkanka Radomia skutecznie zadźgała nożem swojego 22-letniego konkubenta.



Aż strach pomyśleć, co by czekało takiego zapasionego, zasiedziałego za biurkiem, schorowanego i przemęczonego starca jak ja..? Choć z drugiej strony: umrzeć i tak trzeba - więc co to za różnica z jakiego powodu, nieprawdaż..?

Pytanie jest - na szczęście lub na nieszczęście, trudno powiedzieć - retoryczne...

Pozostaje mi jednak to ulotne poczucie satysfakcji, że pisząc w sierpniu to, co wtedy pisałem, miałem rację!

Oczywiście, z tego co napisał dziennikarz lokalnego portalu informacyjnego wprawny czytelnik od razu wywnioskuje, że chodzi o tzw. "margines społeczny" (no bo "libacja alkoholowa" - a jak powszechnie wiadomo "każdy pijak to złodziej"...) - choć, jeśli pozbawić to doniesienie stosownych figur stylistycznych, nic na to tak naprawdę nie wskazuje.

GDYBY chodziło o tzw. "margines społeczny", to moja sierpniowa teza nieco słabiej się broni tym przykładem - albowiem, jak wszyscy dobrze wiemy, kobiety są statystycznie lepiej zrównoważone niż mężczyźni. Czyli różne cechy kobiet przedstawiane na wykresie (np. inteligencja, skłonność do agresji, skłonność do dominacji, itp.) będą mieściły się bliżej środka tego wykresu czściej niż u mężczyzn. Krzywa dzwonowata rozkładu takich cech u kobiet będzie "szczuplejsza", bo mniejsze będą oba ekstrema - zarówno to "na plus", jak i to "na minus".

Na przykład dla dystrybucji IQ to wygląda mniej - więcej tak:


Co oznacza, że w najniższych warstwach społecznych kobiety mogą - teoretycznie - dominować częściej niż mężczyźni. Bo są bardziej przeciętne, a więc - na tym akurat wycinku krzywej - mądrzejsze...

Inna sprawa, że jakoś doświadczenie historyczne tej teoretycznej możliwości bynajmniej nie potwierdza. W każdym razie - nie jakoś widocznie.

No cóż: naleję sobie chyba kolejny (trzeci?) kieliszek fenomenalnej nalewki tarninowej Lepszej Połowy - i pójdę się przespać z tym problemem do przemyślenia...

wtorek, 9 grudnia 2014

Grumpy Cat

Onet się napawa (i, jak zwykle, zagląda do cudzej kieszeni przy okazji...).

Ale naszym zdaniem "Grumpy Cat" zza Wielkiej Wody to amatorszczyzna. Co rano mamy taki widok:


bez żadnych "wad genetycznych". Kotek jest NAPRAWDĘ niezadowolony. Bo się leżenie panu pod pachą w łóżesiu skończyło, śniadanie zjadło - i co dalej z tak pięknie rozpoczętym dniem właściwie robić..?

sobota, 6 grudnia 2014

Zagadka historyczna

Nie to, żebym był całkiem zdrowy i w pełni sił, do tego jeszcze daleko - ale cóż: krew nie woda. Nie darmo cwani Chińczycy mawiają: chcesz uchować córki w cnocie - trzymaj je w chłodzie i nie karm. Co, rzecz jasna, synów (nawet podstarzałych, o czym zaraz poniżej) również, a nawet przede wszystkim dotyczy. Lepiej się poczułem, to i głupoty w głowie.

No i właśnie, a propos rzeczonych głupot. Rozumiem, że to tekst nie drukowany (w każdym razie do niedawna). Że krążył sobie był w odpisach. Że ludzie dawniej bardziej się wstydzili i jeśli nawet czytywali, to po kryjomu i nie chwaląc się tym publicznie. Rozumiem też, że tzw. "styl mickiewiczowski" jest od strony czysto technicznej prosty (niektórzy twierdzą nawet, że wręcz prostacki - co jednakowoż otwiera prawdziwe otchłanie nierozstrzygalnych sporów tym mniej istotnych, że tymczasem gust się zmienił i nikt już jak Mickiewicz pisać chyba wierszy nie zamierza..?) i wielu z powodzeniem mogłoby aspirować do skutecznego naśladownictwa.

Wszystko to, powtarzam, jak najbardziej rozumiem. Tym niemniej: jak to możliwe, że tak wielkie panuje w kwestii autorstwa tego tekstu chronologii pomieszanie..? Gdyby spór tyczył się autorów sobie współczesnych - OK, można by było uznać zagadkę za nierozwiązywalną.

Tymczasem Aleksander hr Fredro umarł w 1876. Rzeczonego dzieła nie mógł napisać wcześniej niż w 1834, gdy miał już lat 41 (w sumie właśnie dlatego - czekając przy komputerze aż się rozwidni na tyle, żebym mógł pójść na pastwisko i obejrzeć Margire, która dziwnie się zachowywała przy śniadaniu, boję się, czy aby nie kolkuje - ale chyba nie, a w każdym razie w tej chwili nic już na to nie wskazuje - sprawdzałem tę sprawę: bo mi zgrabna analogia do własnego wieku do głowy przyszła...). W tym samym roku 1834 urodził się drugi z podejrzewanych o autorstwo pisarzy, Włodzimierz Zagórski. Trzeci zaś, Tadeusz Boy-Żeleński, przyszedł na świat 40 lat później, w roku 1874.

Tak więc wszyscy trzej żyli razem tylko przez dwa lata - a ponieważ nic nam nie wiadomo o tym, aby Żeleński jako dwulatek przejawiał jakieś fenomenalne zdolności twórcze (tekst choć prosty, od dwulatka jednakowoż wymagałby genialności...), śledząc chronologię ewentualnie odkrywanych odpisów tudzież wzmianek pośrednich (chociażby w potępiających kazaniach lub pamiętnikach sekretnych...) - można by ewentualnie mieć wątpliwości, czy XIII księgę napisał młody Zagórski, czy sterany wiekiem i paryskim doświadczeniem (tudzież 11-letnimi zabiegami o serce i rękę przystojnej wdowy po hr Skarbku...) hr Fredro. Skoro pęta się przy tym wciąż i Boy wnioskuję, że nikomu nie udało się znaleźć świadectwa istnienia tego tekstu starszego niż przełom XIX i XX wieku?


Czy nikt nie szukał?

Wierzyć mi się nie chce, pamiętając jakim erotomanem - gawędziarzem był mój własny polonista z liceum (cóż - dopiero teraz zaczynam go rozumieć...).