Blog główny

niedziela, 16 listopada 2014

Czym jest "wartość"..?

"Wartość" jest niczym. Albo, inaczej: wszystkim, czym kto tylko chce. Albowiem żadnej "absolutnej wartości" (a więc również i "absolutnej miary wartości") po prostu nie ma.

Zawsze wprawiają mnie w dobry humor wyliczenia, jakież to "PKB na głowę mieszkańca" i to jeszcze "w cenach stałych z 1970 roku" mieli, na ten przykład poddani Oktawiana Augusta. Albo Mieszka I. Czy Iwana Groźnego. Są, zdawałoby się poważne instytucje, który wyliczaniem i zestawianiem takich tabel się zajmują - a przecież jest to nonsens od początku do końca...

Żadną bynajmniej "absolutną miarą wartości" nie jest na ten przykład wcale złoto. Dlaczego niby miałoby taką miarą być..? Chińczycy przez tysiąclecia uważali za najcenniejszy minerał nefryt, a ich opinia na temat tego, jaka jest "właściwa" relacja złota do srebra różniła się drastycznie od opinii Europejczyków w tej materii. Do tego stopnia, że dopiero przemocą, po wojnach opiumowych i krwawym powstaniu tajpingów (z którym wiązała się też i interwencja europejska, bo rząd cesarski sam stłumić tego ruchu nie był w stanie...), udało się nakłonić Chińczyków do przyjęcia "europejskiego" przelicznika, który wówczas wynosił ok. 15 uncji srebra na 1 uncję złota...


Mieszkańcy Ameryki dopiero od Hiszpanów dowiedzieli się, że łatwo kowalny metal, którego dość powszechnie używali w celach zdobniczych, może być też "nosicielem wartości". Sami z siebie nigdzie na to nie wpadli!

Tłumacząc rzecz od początku i jak krowie na rowie: poza najprymitywniejszymi grupami łowców - zbieraczy (jak Pigmeje, Buszmeni, aborygeni australijscy), praktycznie wszyscy ludzie, gdziekolwiek by nie żyli i z czego by nie żyli, wpadli na pomysł, że żyje się łatwiej, gdy nie próbuje się robić wszystkiego samemu.

Jeśli ktoś całe życie, od małego dziecka począwszy, uprawia rolę - zapewne będzie dobrym i wydajnym rolnikiem. Po co odrywać go zatem od tej pracy i kazać mu, na ten przykład, jeszcze - wydobywać sól czy kruszce w kopalni..? A jeśli ktoś całe życie, od małego dziecka począwszy, nic tylko przędzie, przędzie i przędzie (jak w znanym wierszu Heinego, którym Lepsza Połowa katuje mnie za każdym razem, gdy wjeżdżamy na Śląsk: wyobraźcie sobie, że jeszcze na początku XIX wieku, Śląsk wcale nie kojarzył się z umorusanymi węglem górnikami...) - byłoby zwykłym marnotrawstwem, kazać mu jeszcze uprawiać własne jarzyny.

Specjalizacja i wymiana to najbardziej fundamentalne podstawy cywilizacji. Czasami nachodzą mnie co prawda wątpliwości, czy abyśmy przypadkiem w tej specjalizacji nie poszli kroczek czy dwa za daleko: już nawet nie o to chodzi, że "jak-by-co", to mało kto sobie poradzi i mało kto przeżyje, ale raczej - wątpliwość mnie nachodzi, czy aby stając się coraz to bardziej sprawni w ramach coraz to węższych specjalizacji - nie straciliśmy przypadkiem za wiele radości życia przy okazji..? Jeśli pisałem kiedyś o komercjalizacji i specjalizacji także w zakresie zaspokajania potrzeb erotycznych - to był to m.in. wyraz także i tej właśnie obawy...


Tak, czy inaczej - bez specjalizacji i wymiany cywilizacji po prostu nie ma. A skoro zachodzi konieczność nieustannej, codziennej wymiany - codziennego wymieniania się dobrami i usługami przez niezliczone miliony wytwarzających je ludzi - to trzeba też odruchowo, sprawnie, bez wielkich wątpliwości - umieć znajdować właściwą proporcję wymiany w milionach milionów codziennych transakcji.

Libertarianie, jak to zwykle u pomylonych fantyków bywa, mocno przesadzają twierdząc, że "chcącemu nie dzieje się krzywda" i sama dobrowolność WIĘKSZOŚCI tego rodzaju transakcji oznacza, że ludzie ową "właściwą proporcję wymiany" (a więc nie co innego jak "wartość" właśnie...) znajdują bez trudu.

Owszem, znajdują - ale jak..? To wcale nie jest trywialne pytanie!

W rzeczywistości jeśli gdzieś koncepcja "przemocy symbolicznej" ma sens, to właśnie - na rynku. "Wartość" różnych dóbr i usług jest tak naprawdę narzucana ludziom dokonującym indywidualnych transakcji przez pewne siły względem nich zewnętrzne. To nie zawsze jest rząd (a właściwie: rzadko kiedy jest to właśnie rząd - a to dlatego, że tak prostacką interwencję ludzie są w stanie dostrzec i znaleźć sposoby na to, aby się jej przeciwstawić...). Znacznie częściej: konwencja, powszechnie panujący przesąd, moda, reklama.

Inaczej być nie może: skoro codziennie dochodzi do milionów milionów transakcji - pomiędzy niezliczonymi milionami ludzi - to tym sprawniej takie transkacje się zawiera, im bardziej powszechna, im bardziej intuicyjna, im lepiej zakorzeniona w ich światopoglądzie (którego najczęściej zresztą wcale sobie nie uświadamiają - bo kto zdrowy na ciele i duszy traci czas na takie dyrdymały..?) jest "miara" jaką przykładają do tego, co oferują i tego, co kupują.

Właśnie dlatego jednak: porównania między "PKB Imperium Rzymskiego w roku 100" a "PKB Imperium Brytyjskiego w roku 1900", czy "PKB USA w roku 2014" są tylko tyle warte, ile zdolność dokonującego ich badacza, do uwzględnienia przepastnej różnicy jaka dzieli powszechnie w tych miejscach i czasach panujące poglądy na to, czym jest bogactwo, do czego warto dążyć w życiu, a do czego bynajmniej nie - itd., itp.

W praktyce jest to beznadziejne zadanie!


A Profesora Boboli wykresy pokazujące ileż to uncji złota jakiś tam kraj stracił albo zyskał - gówno są warte, pisząc wprost i bez ogródek.

Złoto to tylko środek pomocniczy, ułatwiający ludziom dokonywania wymiany takich dóbr i takich usług, których rzeczywiście potrzebują (lub też - WYDAJE IM SIĘ, że potrzebują: niestety, w praktyce nie sposób odróżnić tego, co "potrzebne naprawdę", od tego, co tylko "potrzebnym się wydaje"...).

Biorąc pod uwagę ten nieprawdopodobny wręcz postęp w produktywności jaki obserwujemy na co dzień - należy się spodziewać czegoś w rodzaju "galopującej deflacji" w relacji "produkty i usługi vs złoto". A to dlatego, że wydobycie tego kruszcu, jeśli w ogóle rośnie, to bardzo powoli (jest to w końcu surowiec strategiczny i w większości wypadków rządy kontrolują jego podaż...) - podczas gdy ilość dóbr i usług na rynku rośnie wprost błyskawicznie!

Że takiej "galopującej deflacji" gołym okiem nie widać - to tylko dlatego, że te same rządy, które kontrolują i ograniczają podaż złota - jednocześnie (mając w tym głęboki interes...) szmacą bez opamiętania swoją tzw. "walutę fiducjarną"...

6 komentarzy:

  1. Już dawno się przekonałe, że kol. Bobola to cham i bufon, którego wypociny są funta kłaków warte.

    Jacek von Boska Wola przynajmniej trzyma poziom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chodzi o to, żeby się wyzywać, tylko o to, żeby nie popadać w błędy, Niebu obrzydłe!

      Profesor Bobola jest jednym z najciekawszych blogerów polskojęzycznej blogosfery i nikt Mu tego nie ujmie: ciekawy jest właśnie przez swoją bezkompromisowość, typową zresztą dla fizyków (żeby osiągać sukcesy w tak abstrakcyjnej dziedzinie po prostu nie można dorosnąć...).

      Problemem jest tylko jego sposób postrzegania rzeczywistości. Też chyba właściwy adeptom nauk ścisłych. Statytyczny. Wręcz: strupieszały! Jak wszechświat Newtona, miarowo tykający zegar bez duszy...

      Przekonanie, iż gospodarka to "stała liczba etatów", że istnieje coś takiego jak stała i niezmienna "pojemność środowiska" odnośnie liczby ludzi, którą można utrzymać na danym terytorium, że "złoto jest bezwzględną miarą wartości" to są bzdury, które w konsekwencji prowadzą do bardzo poważnych błędów. Katastrofalnych wręcz!

      Usuń
  2. Jaki był pożądany przez Chińczyków stosunek wartości srebra do złota?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1 : 10. W konsekwencji z Chin odpływało złoto, a napływało srebro. W sytuacji, gdy między państwami tak zwanego "Zachodu" trwała właśnie bezpardonowa walka o zachowanie tzw. "bimetalizmu" (za czym opowiadała się np. Francja - i większość państw kontynentalnych) lub też przyjęcie "standardu złota" (za czym z kolei optowała Wielka Brytania), tradycyjne pojęcie Chińczyków o "należytym" stosunku wymiany tych dwóch metali wyglądało wręcz jak sabotaż i oczywiście nie mogło być dłużej tolerowane...

      Usuń
  3. Z większością się zgadzam, oprócz:
    1. "Libertarianie, jak to zwykle u pomylonych"
    Stanowczo nie sądzę, abym był pomylony, a poza tym sądzę, że po osiągnięciu wysokiego poziomu rozwoju dzięki mechanizmom wolnego rynku, w kolejnym etapie algorytmizacji przestrzeni dojdzie do planowania struktur na poziomie dziś niewyobrażalnym, co spowoduje powszechną automatyzację środowiska (łącznie z prawem:)) skutkujący brakiem potrzeby świadczenia pracy przez większość Ludzi.
    No chyba, że Troglodyci od depopulacji dopną swego...
    Dla jasności, nie będzie to miało nic wspólnego z ideami tego piekłoszczyka K. Marxa, który był ekonomicznym i technologicznym analfabetą.

    2. "Owszem, znajdują - ale jak..?"
    Cóż to za różnica?
    Czy znajdują z wewnętrznej głębokiej potrzeby, czy "znajdują" przymuszeni przez Żonę i Dzieci, czy też zostają namówieni przez Pastora,... dokonując transakcji "ujawniają" swoją aktualną preferencję uruchamiając łańcuch zdarzeń wzmacniający popyt na daną usługę, dając w efekcie możliwość "wykazania" się Bliźnim, czyli w efekcie udział w podziale tworzonych dóbr, czyli wygodne bytowanie w Stadzie.

    3. "przemocy symbolicznej"
    Cóż to za wynalazek?
    Przemoc to przemoc.
    Osobiście nie odczuwam przemocy symbolicznej, a opresję pazernego Państwa i owszem.

    4. "W praktyce jest to beznadziejne zadanie!"
    Dlaczego?
    To, że się nie da czegoś przedstawić wskaźnikiem liczbowym (PKB jest oczywiście lichym wskaźnikiem, są lepsze) nie oznacza, że nie da się porównywać, a konkretnie dokonywać wyborów.
    Ludzie bez trudu wybierają pomiędzy kupnem Krugerranda, a wyjazdem na wakacje do Hiszpanii (każdy na swój sposób oczywista).
    Powiedzmy poziom życia Książąt 300 lat temu był żałosny w porównaniu z poziomem życia obecnej klasy średniej, a nawet wykwalifikowanego Robotnika.

    5. ""potrzebne naprawdę", od tego, co tylko "potrzebnym się wydaje""
    Wszystko jest naprawdę lub wszystko Nam się wydaje, to kwestia wyboru...

    6. "Biorąc pod uwagę ten nieprawdopodobny wręcz postęp w produktywności jaki obserwujemy na co dzień"
    Pamiętam, że wymieniał Pan różne czynniki postępu?
    Powiem Panu co Ja o tym sądzę:
    6.1 Nie bierze się z religijnych bajek.
    6.2 Nie bierze się z naukowych bajek.
    6.3 Nie bierze się z działań "oświeconej Administracji".
    Wszystkie powyższe grupy przypisują sobie zasługi i bez trudu jestem w stanie udowodnić, że wiele do postępu nie wnosiły i nie wnoszą, natomiast owe grupy potrafią tworzyć pozory wkładu w rozwój.
    Nasz dobrobyt jest wynikiem opanowania TECHNOLOGII, czyli aktywności takich Ludzi jak W.Cz. Isaac Newton, W.Cz. Michael Faraday, W.Cz. Nikola Tesla, W.Cz. Norbert Wiener, a w obszarze "działania" Społeczeństwa W.Cz. Ludwig von Mises, czy W.Cz. Marian Mazur.
    Wymieniłem przykładowo powszechnie znanych tytanów myśli, lecz jest też parę tysięcy genialnych Ludzi i Rzemieślników potrafiących wdrożyć idee Wybrańców Losu.
    Im zawdzięczamy innowacyjność, rozwój i w efekcie dobrobyt, czyli m.in. możliwość egzystencji "sprawnych inaczej", czy nosicieli "spiżowych głupot".
    Mnie się to b. podoba!

    "jak w znanym wierszu Heinego"
    Komu znany temu znany...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W teorii "rynek" jest wręcz synonimem "dobrowolnej wymiany", a ludzie przychodzą nań każdy z własną, indywidualną i suwerenną "skalą preferencji".

      W rzeczywistości tak nie jest. Nawet pod nieobecność pazernej i ograniczonej mentalnie władzy (a innej nie ma...), i tak owe pozornie indywidualne i pozornie suwerenne "skale preferencji" poddawane są nieustannej "socjalizacji": proszę sobie przypomnieć genialny film Stuhra, bodaj "Duże zwierzę" to się nazywało...

      A i ja miałem - na głównym blogu - całkiem podobny wypadek. Otóż wpisało się na listę obserwatorów jakieś niezrównoważone dziewczę i poczęło mnie nachalnie molestować o możliwość jazdy na naszych koniach. Mimo, że suwerennie i samowładnie, a zarazem konsekwentnie twierdzę, że takiej opcji po prostu NIE MA. Do dziewczęcia żadne tłumaczenia nie docierały. No bo jak to? Konie są, a jeździć na nich nie dają? Za pieniądze..?!!!

      Ludzie nie lubią tego, co odmienne, co rzuca wyzwanie ich małości i miałokości. I gotowi są bardzo wiele poświęcić, by takie rajskie ptaki sprowadzić do parteru. PRZEDE WSZYSTKIM na rynku właśnie.

      Dlatego też "sukces" rynkowy nie ten odnosi, kto coś nowego i rewolucyjnego głosi - a najczęściej ten, kto najlepiej utrafia w gust przeciętny i pospolity. I kto potrafi ludziom, którzy w żaden realny sposób na to nie zasługują powiedzieć, iż - choć wcale tacy nie są - są "wyjątkowi"!

      Jak Apple przez ostatnie dziesięciolecie...

      Usuń