Blog główny

poniedziałek, 24 listopada 2014

Marnotrawstwo

Skończyła mi się w pociągu książka. Podniosłem więc głowę i odkryłem, że naprzeciwko siedzi dziewczyna. Nawet niebrzydka. Choć: co ja tam wiem..? Jak zjawił się konduktor, pokazała legitymację studencką, więc już pełnoletnia (teraz po wyglądzie gimnazjalistki od studentki nie odróżnisz - zresztą ja tam od małolat trzymam się z daleka...).

Usiłując, bezskutecznie zresztą, zapuścić żurawia za dekolt obcisłego sweterka uwydatniającego jędrny, choć niezbyt wielki biust, zerknąłem w skrypt, który zawzięcie studiowała, podkreślając kluczowe słowa markerem. Był to tekst nt. "teorii zarządzania kryzysowego w jednostkach samorządu terytorialnego".

Bogatą jesteśmy cywilizacją!

Że stać nas na takie marnotrawstwo...

I nie chodzi TYLKO o seksistowskie przesądy (dzieci rodzić powinna, a nie czas na takie oczywiste bzdury tracić...).

Gdyby na jej miejscu siedział chłopak i to samo studiowł, też by mi go było żal. Tyle, że chłopcy z natury rzeczy wykonują mnóstwo zbędnych, a przynajmniej - pozbawionych oczywistego celu czynności. Grają w gry komputerowe. Biją się. Ganiają po krzakach. Takie tam. Ustalają hierarchię w stadzie...

Ale "teoria zarządzania kryzysowego w jednostkach samorządu terytorialnego"..?

Nawet, jeśli ta dziewczyna dostanie za parę lat pracę w urzędzie gminy czy miasta (co nie jest takie niemożliwe, urzędy ciągle zatrudniają młodych, zdolnych absolwentów... z właściwym pochodzeniem..!) - to i tak przecież zacznie od parzenia kawy i nalepiania znaczków na koperty. A jakichś umiejętności merytorycznych, w tym np. z zakresu zarządzania kryzysowego (jeśli trafi do urzędu tak bogatego, że stać go na odrębną komórkę temu tylko poświęconą...) - i tak będzie się musiała nauczyć w praktyce, od zera. Żadna teoria nie tylko nie jest jej do tego potrzebna, ale wręcz: nie ulega najmniejszej wątpliwości, że byłaby nad wyraz szkodliwą - gdyby nie pewność, że dziewczę szczęśliwie zapomni cały ten chłam pięć sekund po egzaminie...

Jeśli już koniecznie do pracy w urzędzie gminy trzeba legitymować kandydatkę dyplomem, to mogliby uczyć ją na ten przykład kaligrafii!



Tak samo bezużyteczne w naszym skomputeryzowanym świecie, ale przynajmniej:
- tego się nie zapomina (a nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać...),
- podobno wyrobienie ładnego charakteru pisma wpływa też na rozwój zalet moralnych (nie wiem, zarówno charakter pisma, jak i charakter jako taki mam paskudny - ale to może właśnie i dowód na słuszność tej teorii..?).

Lepsza Połowa twierdzi, że kaligrafii dużo trudniej się nauczyć niż jakiejś tam "teorii zarządzania kryzysowego..."

niedziela, 16 listopada 2014

Czym jest "wartość"..?

"Wartość" jest niczym. Albo, inaczej: wszystkim, czym kto tylko chce. Albowiem żadnej "absolutnej wartości" (a więc również i "absolutnej miary wartości") po prostu nie ma.

Zawsze wprawiają mnie w dobry humor wyliczenia, jakież to "PKB na głowę mieszkańca" i to jeszcze "w cenach stałych z 1970 roku" mieli, na ten przykład poddani Oktawiana Augusta. Albo Mieszka I. Czy Iwana Groźnego. Są, zdawałoby się poważne instytucje, który wyliczaniem i zestawianiem takich tabel się zajmują - a przecież jest to nonsens od początku do końca...

Żadną bynajmniej "absolutną miarą wartości" nie jest na ten przykład wcale złoto. Dlaczego niby miałoby taką miarą być..? Chińczycy przez tysiąclecia uważali za najcenniejszy minerał nefryt, a ich opinia na temat tego, jaka jest "właściwa" relacja złota do srebra różniła się drastycznie od opinii Europejczyków w tej materii. Do tego stopnia, że dopiero przemocą, po wojnach opiumowych i krwawym powstaniu tajpingów (z którym wiązała się też i interwencja europejska, bo rząd cesarski sam stłumić tego ruchu nie był w stanie...), udało się nakłonić Chińczyków do przyjęcia "europejskiego" przelicznika, który wówczas wynosił ok. 15 uncji srebra na 1 uncję złota...


Mieszkańcy Ameryki dopiero od Hiszpanów dowiedzieli się, że łatwo kowalny metal, którego dość powszechnie używali w celach zdobniczych, może być też "nosicielem wartości". Sami z siebie nigdzie na to nie wpadli!

Tłumacząc rzecz od początku i jak krowie na rowie: poza najprymitywniejszymi grupami łowców - zbieraczy (jak Pigmeje, Buszmeni, aborygeni australijscy), praktycznie wszyscy ludzie, gdziekolwiek by nie żyli i z czego by nie żyli, wpadli na pomysł, że żyje się łatwiej, gdy nie próbuje się robić wszystkiego samemu.

Jeśli ktoś całe życie, od małego dziecka począwszy, uprawia rolę - zapewne będzie dobrym i wydajnym rolnikiem. Po co odrywać go zatem od tej pracy i kazać mu, na ten przykład, jeszcze - wydobywać sól czy kruszce w kopalni..? A jeśli ktoś całe życie, od małego dziecka począwszy, nic tylko przędzie, przędzie i przędzie (jak w znanym wierszu Heinego, którym Lepsza Połowa katuje mnie za każdym razem, gdy wjeżdżamy na Śląsk: wyobraźcie sobie, że jeszcze na początku XIX wieku, Śląsk wcale nie kojarzył się z umorusanymi węglem górnikami...) - byłoby zwykłym marnotrawstwem, kazać mu jeszcze uprawiać własne jarzyny.

Specjalizacja i wymiana to najbardziej fundamentalne podstawy cywilizacji. Czasami nachodzą mnie co prawda wątpliwości, czy abyśmy przypadkiem w tej specjalizacji nie poszli kroczek czy dwa za daleko: już nawet nie o to chodzi, że "jak-by-co", to mało kto sobie poradzi i mało kto przeżyje, ale raczej - wątpliwość mnie nachodzi, czy aby stając się coraz to bardziej sprawni w ramach coraz to węższych specjalizacji - nie straciliśmy przypadkiem za wiele radości życia przy okazji..? Jeśli pisałem kiedyś o komercjalizacji i specjalizacji także w zakresie zaspokajania potrzeb erotycznych - to był to m.in. wyraz także i tej właśnie obawy...


Tak, czy inaczej - bez specjalizacji i wymiany cywilizacji po prostu nie ma. A skoro zachodzi konieczność nieustannej, codziennej wymiany - codziennego wymieniania się dobrami i usługami przez niezliczone miliony wytwarzających je ludzi - to trzeba też odruchowo, sprawnie, bez wielkich wątpliwości - umieć znajdować właściwą proporcję wymiany w milionach milionów codziennych transakcji.

Libertarianie, jak to zwykle u pomylonych fantyków bywa, mocno przesadzają twierdząc, że "chcącemu nie dzieje się krzywda" i sama dobrowolność WIĘKSZOŚCI tego rodzaju transakcji oznacza, że ludzie ową "właściwą proporcję wymiany" (a więc nie co innego jak "wartość" właśnie...) znajdują bez trudu.

Owszem, znajdują - ale jak..? To wcale nie jest trywialne pytanie!

W rzeczywistości jeśli gdzieś koncepcja "przemocy symbolicznej" ma sens, to właśnie - na rynku. "Wartość" różnych dóbr i usług jest tak naprawdę narzucana ludziom dokonującym indywidualnych transakcji przez pewne siły względem nich zewnętrzne. To nie zawsze jest rząd (a właściwie: rzadko kiedy jest to właśnie rząd - a to dlatego, że tak prostacką interwencję ludzie są w stanie dostrzec i znaleźć sposoby na to, aby się jej przeciwstawić...). Znacznie częściej: konwencja, powszechnie panujący przesąd, moda, reklama.

Inaczej być nie może: skoro codziennie dochodzi do milionów milionów transakcji - pomiędzy niezliczonymi milionami ludzi - to tym sprawniej takie transkacje się zawiera, im bardziej powszechna, im bardziej intuicyjna, im lepiej zakorzeniona w ich światopoglądzie (którego najczęściej zresztą wcale sobie nie uświadamiają - bo kto zdrowy na ciele i duszy traci czas na takie dyrdymały..?) jest "miara" jaką przykładają do tego, co oferują i tego, co kupują.

Właśnie dlatego jednak: porównania między "PKB Imperium Rzymskiego w roku 100" a "PKB Imperium Brytyjskiego w roku 1900", czy "PKB USA w roku 2014" są tylko tyle warte, ile zdolność dokonującego ich badacza, do uwzględnienia przepastnej różnicy jaka dzieli powszechnie w tych miejscach i czasach panujące poglądy na to, czym jest bogactwo, do czego warto dążyć w życiu, a do czego bynajmniej nie - itd., itp.

W praktyce jest to beznadziejne zadanie!


A Profesora Boboli wykresy pokazujące ileż to uncji złota jakiś tam kraj stracił albo zyskał - gówno są warte, pisząc wprost i bez ogródek.

Złoto to tylko środek pomocniczy, ułatwiający ludziom dokonywania wymiany takich dóbr i takich usług, których rzeczywiście potrzebują (lub też - WYDAJE IM SIĘ, że potrzebują: niestety, w praktyce nie sposób odróżnić tego, co "potrzebne naprawdę", od tego, co tylko "potrzebnym się wydaje"...).

Biorąc pod uwagę ten nieprawdopodobny wręcz postęp w produktywności jaki obserwujemy na co dzień - należy się spodziewać czegoś w rodzaju "galopującej deflacji" w relacji "produkty i usługi vs złoto". A to dlatego, że wydobycie tego kruszcu, jeśli w ogóle rośnie, to bardzo powoli (jest to w końcu surowiec strategiczny i w większości wypadków rządy kontrolują jego podaż...) - podczas gdy ilość dóbr i usług na rynku rośnie wprost błyskawicznie!

Że takiej "galopującej deflacji" gołym okiem nie widać - to tylko dlatego, że te same rządy, które kontrolują i ograniczają podaż złota - jednocześnie (mając w tym głęboki interes...) szmacą bez opamiętania swoją tzw. "walutę fiducjarną"...

sobota, 8 listopada 2014

Młodzi militaryści

Jak powszechnie wiadomo, do uczłowieczenia małpy doszło nie dlatego, że małpa musiała pracować (jak sobie roił Engels swego czasu: gdyby miał rację, to dominującym gatunkiem na naszej planecie byłyby bobry... albo inne termity!), tylko dlatego, że pramałpoludom coraz trudniej było namówić pramałpoludki na małe bara - bara: w miarę bowiem, jak stres wywołany naprzemiennymi glacjałami i interglacjałami uprzywilejowywał w walce o byt małpoludy z możliwie jak największym mózgiem (a w konsekwencji z coraz to dłuższym i coraz to bardziej bezradnym dzieciństwem - o czysto fizjologicznych konsekwencjach rosnącej mózgoczaszki płodu nie wspominając...) - zarazem coraz trudniej ukryć było fakt, że w społeczności małpoludów zachodzi zasadnicza zupełnie sprzeczność.

Największe szanse na pozostawienie licznego potomstwa miał bowiem ten małopolud, który do bara - bara podchodził z największą nonszalancją, zapładniając na prawo i lewo co tylko był w stanie dopaść, bez rozróżniania koloru futra czy grubości nadoczodołowych wałów. A jednocześnie ten sam czynnik, czysto biologiczny i bytowy, dawał podobną przewagę tej małpoludce, która zachowywała się zgoła odwrotnie: to znaczy tej, która umiała na tyle przywiązać do siebie konkretnego małpoluda, że był on gotów dzielić się zdobytym mięsem zarówno z nią, jak i z jej potomstwem (niezależnie od tego, czy folgowała sobie na boku z bardziej rozrywkowymi kolegami, gdy jej własny jeleń chadzał na jelenie do puszczy, czy nie...: bo jest tu oczywiście haczyk, nader znamienną wprowadzający nierównowagę między płciami - jeśli bowiem skutecznie stwarzająca pozory cnoty małpoludka potajemnie uległa nonszalanckiemu małpoludowi, a wynikiem tej przygody był osobnik płci męskiej dziedziczący po biologicznym ojcu skłonność do nonszalancji i niezbędne po temu wyposażenie - to także geny jego matki miały szansę na daleko większą propagację, niż gdyby pozostała wierna małpoludowi cnotliwemu i pełnemu troski o rodzinę, czyli jeleniowi...).


U podstaw ludzkiej cywilizacji leży zatem hipokryzja. Jakoś bowiem trzeba było te sprzeczności pogodzić, inaczej społeczności pramałpoludów groziło rychłe wyginięcie - do czego, jak wiemy, nie doszło, bo sami jesteśmy tego dowodem. Jak zaś pogodzić tak drastyczną sprzeczność celów życiowych..?  Sprzeczność, w dodatku, jak to mawiali marksiści, "antagonistyczną", boż przez wszystkie wieki wieków prawie aż po dziś dzień NIC się nie zmieniło jak chodzi o uwarunkowania, które taką, a nie inną strategię rozrodczą obu płci w naturze preferują...

Przyszło tworzyć religie i ideologie, hierarchie władzy i prestiżu: a wszystko po to, żeby nakłonić samce świeżo powstałego gatunku homo sapiens sapiens do (przeciwnej ich naturze...) dbałości o dobrobyt samic i potomstwa (i to pomimo dość oczywistej podejrzliwości względem prowadzenia się tychże samic...) - a zarazem nakłonić samice aby (pomimo całego bólu, mordęgi i mozołu) rodziły młode.

Jasne, że wcale a wcale nie chodziło tu o niczyje dobre samopoczucie, szczęście, czy temu podobne dyrdymały!

Nic dziwnego, że niejedna i niejedna w przeszłości buntowali się przeciw tak fatalnemu losowi. Z takim, zazwyczaj skutkiem, że geny buntownika znikały z puli.

Nic dziwnego, że niejeden i niejedna (ale częściej niejeden niż niejedna: tak naprawdę bowiem, jak dowodnie wykazałem powyżej, to kobiety były w tym stanie rzeczy uprzywilejowane - mimo, że najczęściej kultura usiłowała stworzyć wrażenie, że jest zgoła przeciwnie...) rozmyślali sobie nad jakimś sposobem pogodzenia tego, co im wmawiała kultura (że, mianowicie, chodzi właśnie o szczęście, dobre samopoczucie czy inne takie dyrdymały) z nader przaśną i prozaiczną rzeczywistością. Od czego bardzo skurczyły się lasy, wycinane na papier, a za to - urosły całe góry trupów...

Około pół wieku temu człowiek Zachodu ZMIENIŁ reguły gry. Wymyślając prostą i tanią antykoncepcję, dzięki której zanikł automatyczny dawniej związek między bara - bara a prokreacją. Oraz tworząc państwo opiekuńcze, dzięki któremu większość wciąż jeszcze istniejącej populacji męskiej, ta mianowicie, która składa się z osobników czy to pozbawionych dostatecznie silnego popędu, czy to stosownych warunków, aby ten popęd ku nonszalancji skutecznie realizować - stała się po prostu zbędna.

To zaiste wygląda jak spisek! Osobniki męskie, które czy to z racji swoich cech biologicznych, czy to z racji pozycji społecznej mogły liczyć na ekstra bara - bara postanowiły pozbyć się jeleni (i tak już wykpiwanych w komediach i wytykanych palcami, gdy nie patrzą...), aby ułatwić sobie żerowanie na "uwolnionych" (a nawet wręcz "wyzwolonych"...) w ten sposób stadach samic... W dodatku bez obawy, że niewinna rozrywka skończy się jakimiś żalami, alimentami, czy też - broń Panie Boże - koniecznością znoszenia niemowlęcych wrzasków...

Zauważmy, marginesowo, że oba te odkrycia tak naprawdę zmieniają równowagę sił wcale NIE na korzyść kobiet (osobliwie, że razem z nimi przyszła też możliwość bardzo łatwego i taniego badania ojcostwa...), tylko - na korzyść pewnej części mężczyzn. Tych mianowicie, którzy - słusznie czy nie - uważają, iż mają szanse na ponadnormatywne bara - bara. Wszystko jedno, czy z powodu zawartości swojego genotypu, czy z powodu zawartości swojego portfela. Aczkolwiek, warto też pamiętać, iż JEŚLI rzecz się nie wyda (a to jest coraz trudniejsze, jednakowoż...), to i partnerce Billa Gates'a "opłacałoby się", z czysto biologicznego punktu widzenia, puścić się z przystojnym i uwodzicielskim żigolakiem. A to dlatego, że dziedziczenie majątku i pozycji społecznej zachodzi na podstawie stanu prawnego, a dziedziczenie nonszalancji i predyspozycji - na podstawie stanu faktycznego. Z powodzeniem ukryta niewierność tego rodzaju daje szanse na jedno i drugie naraz...


Nie należy się bynajmniej spodziewać, że cała populacja ludzkich jeleni wymrze bezpotomnie. Ostatecznie, każda hierarchia jest względna, więc nawet, gdyby od tej pory potomstwo mieli tylko najatrakcyjniejsi macho (co jest niemożliwe, choćby z uwagi na typową dla wielkich zbiorowości bezwładność zachowań), to i wśród nich są lepsi i gorsi - i zawsze będzie niewielka grupa takich, którzy mogą liczyć na bara - bara ilekroć tylko przyjdzie im na to ochota (wszystko jedno z jakiego powodu! Powtarzam, bo znowu Państwo nie zrozumiecie, że jest wszystko jedno, czy taką uprzywilejowaną pozycję dają geny, czy pieniądze, władza, sława i prestiż) i większość takich, którzy mogą sobie co najwyżej pomarzyć.

Nie sądzę też, żeby nasz gatunek KONIECZNIE musiał od tego zaraz wyginąć. Ale cywilizacji w takim kształcie, o jakim informuje nas historia i do jakiej wciąż - siłą bezwładności - jesteśmy   przyzwyczajeni, utrzymać się nie da. Przede wszystkim dlatego, że jest zbędna. Skoro ani dominujące samce nie muszą już udawać, że zależy im na dobrobycie samic, ani też samice nie muszą udawać wierności i oddania jakimś przypadkowym jeleniom, byle tylko te jelenie łożyły na utrzymanie ich potomstwa - to po cholerę cały ten teatr, zwany kulturą..? Wracamy do punktu wyjścia. Co nie jest oczywiście równoznaczne z brakiem JAKIEJKOLWIEK kultury - ale przypominam, że MOIM ZDANIEM, kulturę mają wszystkie zwierzęta społeczne... Tyle tylko, że ta "nowa kultura" wydaje się na starcie dużo prostsza od starej. W zasadzie całość "zadań kulturotwórczych" sprowadzić można obecnie do dwóch tylko zagadnień:
- do wymyślania i utrzymywania jak najbardziej różnorodnych "agonów", w których mogłyby rywalizować osobniki męskie obdarzone wystarczającym popędem i warunkami, aby pretendować do przychylności samic,
- do dostarczania jakiegoś rodzaju zaspokojenia zastępczego masom pozostałych samców, żeby się nie buntowali.

Jest rzeczą oczywistą, że jeden i ten sam rodzaj "agonu" służy na ogół obu tym celom naraz. I tak w grze zwanej "praca w korporacji" jedne samce uzyskują pozycje "samców alfa" awansując (w taki czy w inny sposób, to bez znaczenia) i gromadząc władzę i prestiż - a inne tyrają od bladego świtu do późnej nocy, stanowiąc zarazem pożądane tło, na którym lepiej jaśnieje blask zwycięzców, jak i konieczne "mięso armatnie", które zużywa się bez żalu, przy okazji eksploatując w sposób, który na żaden bunt nie pozostawia sił.

"Agon", czy też gra zwana "życiem publicznym" dostarcza podobnych okazji: niewielka mniejszość pręży muskuły (faktyczne lub tylko metaforyczne) na scenie - na przykład startując w najbliższych wyborach samorządowych które, sami chyba przyznacie, dziecinne są do obrzydzenia - większość kibicuje, zużywając na to kibicowanie nadmiar nierozładowanej w inny sposób energii życiowej.

I tak dalej i temu podobne...

Kilka dni temu miałem żywy przykład takiej gry w działaniu. Oto jadąc sobie z klientem drogą wzdłuż płotu, za którym znajdują się od dziesięcioleci puste i zruinowane magazyny należące do naszej Niezwyciężonej Armii, natknęliśmy się na grupkę skradających się wzdłuż rzeczonego płotu młodych militarystów. W umundurowaniu, z wyposażeniem, itd.

Oczywiście nie byli to w żadnym razie członkowie naszych Niezwyciężonych Sił Zbrojnych w toku ćwiczeń - raz, że zdradzały ich szczegóły przyodziewku, a dwa, że nie umiem sobie wyobrazić, aby członkowie naszych Niezwyciężonych Sił Zbrojnych tracili czas i energię na takie zabawy w podchody - bo i po co..? Są lepsze sposoby doczekania wczesnej emerytury niż wystawianie tłustego dupska na niepewną, jesienną pogodę...

Podchody owe nie były jednak ze wszystkim amatorskie i nieoficjalne, bo choć magazyny stoją od dziesięcioleci puste i zruinowane i pewnie nawet o zapomnianą onucę byłoby tam trudno - to teren jako całość wciąż pozostaje w dyspozycji Niezwyciężonej Armii III RP. Ktoś zatem musiał był na podchody młodych militarystów wyrazić zgodę. Tym samym nadając ich zabawie znacznie wyższą rangę!


Zabawa młodych militarystów pozostaje jedynie zabawą (nota bene nie uważam bynajmniej, aby nasza Niezwyciężona Armia był czymś więcej niż tylko żartem...). Żadnego praktycznego celu nie ma. Dokładnie tak samo jak polityka, życie celebryckie czy praca w wielkiej korporacji. Ale - zauważcie - że nie tylko niezły z tego może być fun. Z tego przede wszystkim może być bara - bara...