Blog główny

piątek, 10 października 2014

Czy należy bać się "gender"?

Oczywiście że tak. I to zdecydowanie bardziej jeśli "gender studies" to "w pełni spełniający kryteria naukowości projekt badawczy, którego głównym zadaniem jest poszerzenie naszej wiedzy", niż gdyby przyjąć - jak w dużej większości uważają przeciwnicy tego rodzaju rozważań - że to jedynie pseudonaukowy bełkot, o czysto ideologicznym charakterze.
 
Marks BYŁ ekonomistą. Jak na swoje czasy - wiedział na ten temat wszystko, co wiedzieć się dało. Owszem, spora część jego twórczości to zwykła publicystyka, a teoria wartości na której oparł "Kapitał" jest po prostu błędna - ale ile teorii ekonomicznych z jego czasów przeżyło do dziś nie sfalsyfikowanych..? A czy fizyka newtonowska, jedyna znana 150 lat temu, jest dziś postrzegana tak samo jak wtedy? Oczywiście tu akurat nie doszło do całkowitego jej sfalsyfikowania, jako pewne rozsądne przybliżenie jest ona całkowicie wystarczająca dla ogromnej większości podejmowanych przez ludzi działań.
 
Z tą różnicą, że o ile technik próbując przy pomocy praw odkrytych przez sir Izaaka Newtona robić coś, na co one nie pozwalają, po prostu zderzy się ze ścianą i zaliczy porażkę (jak Edison, który podobno próbował zbudować coś w rodzaju "silnika jądrowego" - metodą prób i błędów, nie mając żadnej teorii, która by go w tym dziele prowadziła). Natomiast polityk może robić swoje kierując się teorią społeczną czy ekonomiczną o której dobrze wiadomo że jest nie sprawdzona, czy nawet błędna - i niewątpliwie jakieś rezultaty będzie miał. Niekoniecznie takie, o które mu chodziło (czy takie, o których głośno mówił, że mu przyświecają jako cel) - ale czyż polityka nie jest sztuką unikania odpowiedzialności za błędy..?
 
Ambicje "regulacyjne" daleko wyprzedzają w naszym życiu społecznym możliwości jego teoretycznego poznania i opisu. Jest to reguła ogólna.
 
Za każdym razem zatem, gdy tylko pojawi się teoria naukowa, czy choćby aspirująca do naukowości, a usiłująca opisać i wytłumaczyć taki czy inny aspekt ludzkiego życia - możemy być absolutnie pewni, że zaraz pójdą za nią jakieś próby amelioracji (ulepszenia) tej sfery życia.
 
Sądząc po tym, jakie skutki miały próby aplikacji w praktyce błędnej (choć jak na swoje czasy przecież żywiącej ambicje do naukowości...) teorii Marksa - jest się czego bać...
 
Czy z tego wynika, że nie należy badać kulturowej ekspresji różnic płciowych?
 
No cóż: nie sądzę, żeby zamknięcie na cztery spusty wszystkich wydziałów ekonomii, socjologii, kulturoznawstwa i pokrewnych wywołało jakieś negatywne skutki dla naszej gospodarki. Co najwyżej jeszcze łatwiej byłoby o kelnerów, personel na zmywaki w knajpach czy recepcjonistki. A to chyba nie byłoby złe..?
 
 
Że w ten sposób "popieram ciemnotę i staję na drodze ludzkiemu poznaniu"..?
 
Eeeee tam...
 
Według projekcji przytaczanych przez Mistrza w jego wiekopomnej "Summie technologiae", gdyby utrzymało się tempo rozwoju nauki z lat 60-tych XX wieku, to w naszych obecnych czasach znaczący procent ludności musiałby już zajmować się teoretyzowaniem czy eksperymentowaniem - i dawno, przynajmniej w przodujących krajach świata, nie byłoby żadnych recepcjonistek!
 
Jak widzimy, nic takiego zgoła się nie dzieje. Co więcej - największy przyrost "ilościowy" nauki, czy może raczej "nauki" wcale nie objawia się w fizyce (jak to się wydawało 6 dekad temu), tylko właśnie w szeroko rozumianych "naukach społecznych". I nie ma co ukrywać, że w znacznej mierze bierze się on stąd, iż - o czym dawno temu i gdzie indziej pisałem - pęd do posiadania tytułu kieruje tłumy młodzieży tam, gdzie jej zapału nie weryfikuje ta bezlitosna matematyka...
 
Gdyby istniało rzeczywiste zapotrzebowanie rynkowe na "produkowanie nauki" w większym wymiarze niż to się obecnie dzieje, pani ze zdjęcia powyżej, o zmierzonym IQ 156 z pewnością znalazłaby lepiej płatne zajęcie w jakimś laboratorium niż fach, który faktycznie wykonywała (nim przeszła na emeryturę, choć jest tylko niespełna rok starsza ode mnie...)
 
Tak więc: zaprzestanie "badań nad kulturową ekspresją różnic płciowych" nie tylko niczym nie grozi, ale wręcz - wydaje się rozwiązaniem w pełni uzasadnionym, logicznym i pożytecznym. Być może w międzyczasie udałoby się coś zrobić, żeby te "nauki" społeczne choć trochę nadgoniły w stosunku do fizykalnych - jak chodzi o zbieżność teorii z czymkolwiek istniejącym poza wyobraźnią jej twórcy..?
 
Natomiast NIE uważam, że takie zjawiska jak spadek dzietności, wzrost liczby rozwodów, zanik "wielkiej, wielopokoleniowej rodziny", itd., - to są wszystko efekty jakiegoś dyabolicznego spisku Żydów, masonów i cyklistów, którego "ideologia gender" jest tylko kolejnym wcieleniem.
 
To prawda - tzw. "tradycyjne" społeczeństwo, na ogół patriarchalne (ale i każde inne - tyle, że innych niż patriarchalne to zbyt wiele nie było...) jest i bardziej płodne i - na ogół - oferuje swoim członkom wyższy poziom satysfakcji z życia, życia płciowego nie wyłączając. Ale to już było i nie wróci więcej...
 
Potępienie "gender" nie jest żadnym magicznym sposobem na przywrócenie dawnych, lepszych czasów. Owszem - dawniej było "lepiej", ale to dlatego, że kultura ogólnie zmuszała ludzi (tak kobiety, jak i RÓWNIEŻ mężczyzn) do większego wysiłku, wkładanego w podtrzymywanie więzi międzyludzkich, do poświęcania własnych celów w imię tak czy inaczej definiowanego dobra rodziny, rodu czy klanu. Owszem - w efekcie wszyscy odnosili jakieś korzyści (tak samo jak wszyscy odnoszą korzyść, gdy chodzą po wyznaczonych ścieżkach nie tratując świeżo zakładanego trawnika - choć każdego z osobna kosztuje to zwykle nadłożenie tu czy tam kilku metrów drogi...). To, że ten system się rozpadł to efekt klasycznego "dylematu więźnia": każdy goni przede wszystkim za własną korzyścią i wygodą i doprawdy - trudno mieć o to do kogokolwiek pretensje...
 
Jeśli komuś się jednak wydaje, że wystarczy potępić "gender", "feminizm" i inne "dyabelskie pomysły", a zaraz kobiety i mężczyźni sami z siebie zaczną o siebie dbać nawzajem, opiekować się starszymi, niańczyć hordy bachorów i jeszcze przeprowadzać staruszki przez jezdnię - to naiwny jest i tyle.

2 komentarze:

  1. "Konserwatyści są głupcami: skarżą się na niszczenie tradycyjnych wartości jednocześnie entuzjastycznie popierając rozwój technologiczny i wzrost ekonomiczny. Najwyraźniej nie potrafią przyjąć do wiadomości, że nie można wywoływać szybkich i drastycznych zmian w technologii i ekonomii społeczeństwa bez powodowania szybkich zmian również we wszystkich innych aspektach społeczeństwa oraz tego, że szybkie zmiany nieuchronnie burzą tradycyjne wartości."

    Ted Kaczyński
    Społeczeństwo przemysłowe i jego przyszłość

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ale na czym konkretnie polega ten związek..?

      Moim zdaniem istotne są tu dwa elementy:
      1) Życie staje się łatwiejsze - ludzie dużo mniej albo i wcale potrzebują wsparcia rodziny, przyjaciół czy środowiska, z którego wyrośli - "koszty własne" buntu przeciw tradycji są tak niskie, że niemal pomijalne w rachunku. A bunt ten jest, co tu kryć, przynajmniej z początku - i przyjemny i opłacalny...
      2) Ludzie, o czym kiedyś dawno temu pisałem, z natury skłonni są uzupełniać luki w swojej wiedzy o świecie rozumowaniem per analogiam. A skoro wszystko wokół pędzi do przodu, rośnie, staje się coraz łatwiejsze - to jak niby mieliby jednocześnie trzymać się starych, surowych zasad obyczaju i tradycji..?

      Ale oba te zjawiska zachodzą w ludzkiej wyobraźni, a nie w świecie materii - a to oczywiście, że czyni je znacznie mniej "obiektywnymi" niż zjawiska fizyczne...

      Usuń