Blog główny

niedziela, 26 października 2014

Imperatyw (czy aby na pewno?) kategoryczny

W młodości robiłem co mogłem, żeby zakochiwać się wyłącznie nieszczęśliwie. Oczywiście - wtedy tego tak nie oceniałem. Ale z perspektywy czasu nie mam co do tego wątpliwości. Nie mam też bladego pojęcia dlaczego tak robiłem (a Wy zawsze wiecie, dlaczego robicie coś tak, a nie inaczej..?) - i, prawdę powiedziawszy, nie mam specjalnej ochoty nawet na stawianie hipotez na ten temat, bo i cóż to ma za znaczenie dzisiaj..?

W każdym razie dowiodłem czynem, że nie tylko świadomie, ale i podświadomie jakiegoś imperatywu "włączenia się w łańcuch pokoleń", o którym pisze na ten przykład Orson Scott Card (którego twórczość skonsumowałem już w dużej ilości w pociągu relacji Strzyżyna - Radom i z powrotem...) nie odczuwam.

Że świadomie takiego imperatywu nie odczuwam, to akurat nic niezwykłego i niczego nie dowodzi. W dzisiejszym, bezpiecznym aż do przesady świecie, można przeżyć całe życie i umrzeć, nigdy nie doświadczając świadomie nawet instynktu samozachowawczego. Imperatywy, jeśli są imperatywami, powinny działać właśnie w ukryciu, niejako bezmyślnie i (pozornie) przypadkowo. Tak, jak instynkty.

Gdyby zatem ów cardowski imperatyw był faktycznie imperatywem, to czy bym tego świadomie chciał, czy nie - powinienem był mnożyć okazje, by tak rzec, pronatalistyczne. Tymczasem ja ich unikałem - i to w taki sposób, że sam o tym (wówczas) nie wiedziałem, bo wydawało mi się, że przecież właśnie wzdycham i poema piszę... Sytuacja zatem była poniekąd odwrotna niż u mnicha, który wybiera celibat ŚWIADOMIE, a więc - wbrew instynktowi. Taki wybór bynajmniej istnienia instynktu nie zaprzecza: ludzie nie mrówki, wcale nie muszą postępować w jeden, ściśle określony sposób.

Naturalnie, nie ma się co przejmować Cardem - to tylko pisarz, w dodatku mormon (w szufladzie przy łóżku hotelowym w Chicago miałem "Księgę Mormona", obok Biblii - ale jakoś, przyznaję, nie było czasu zajrzeć...). Formułując swoją postać "imperatywu natalistycznego" i dając nawet takiemu mutantowi jak Groszek potomstwo zwyczajnie przesadził. W naturze to tak nie ma prawa działać. W naturze, nawet u mrówek instynkty działają probabilistycznie (i, zresztą, inaczej być nie może, bo i mrówki, operujące DOKŁADNIE tak samo 80 milionów lat temu, jak i dziś, pewnie by nie przetrwały...).


W naturze zawsze może zdarzyć się błąd  - a jeden przypadek na ogół niczego nie dowodzi.

Nawet jeden przypadek może być jednak znamienny, gdy osadzić go w szerszym kontekście. Co odsyła nas do dłuuugaśnej dyskusji w wątku "Dlaczego Polska się wyludnia?" mojego ulubionego historycznego forum.

Spora część udzielających się tam dyskutantów uważa, podobnie jak Card, że instynkt płodzenia potomstwa jest, jeśli nawet nie bezwyjątkowo, to w każdym razie bardzo powszechnie obecny w populacji. Że, innymi słowy - ludzie na ogół CHCĄ mieć dzieci. A co najwyżej sytuacja im na to nie pozwala.

Otóż jest to - moim zdaniem - ciężka bzdura i tu nie chodzi o takie czy inne teorie, bo stwierdzenie, iż "ludzie chcą mieć dzieci, ale aktualna sytuacja ekonomiczna im na to nie pozwala" jest najzwyczajniej w świecie - sprzeczne z doświadczeniem.

M. ma piąte dziecko w drodze, a mieszkają wszyscy w chatce ledwo dwa razy większej od naszej - i w żadnym razie nie są "patologią społeczną" (to już mnie do takiego określenia bliżej, jakby tak popatrzyć, czym się zajmuję łykendami...), choć niewątpliwie im się nie przelewa: pracując w stolycy M. zarabia może połowę tego co ja, wydając znacznie więcej na bilet miesięczny, a i gospodarstwo ma nieco od naszego mniejsze, choć przynajmniej - odziedziczył po przodkach lub  zdołał już zgromadzić jakieś zabudowania i maszyny i może coś tam produkować...

W żadnym razie nie można uzasadnić tezy, że mnie na dzieci "nie stać", a M. "stać" i dlatego ja nie mam żadnego, a M. wkrótce będzie miał piątkę...

Brednie o "ekonomicznej opresji nie pozwalającej Polakom na posiadanie potomstwa, którego chcą" nie wytrzymują zresztą krytyki w żaden sposób. Gdybyśmy przeprowadzili się tutaj, do Boskiej Woli w roku 1980, a nie w roku 2009 to (abstrahując od kwestii, że w 1980 tutaj NAPRAWDĘ, a nie tylko na gminnej mapie były pola i rosły sobie kartofle, a nie karłowate brzózki i sosenki...), to pewnie do tej pory nie miałbym prądu (dobrze pamiętam Ojca, pracującego po 12, po 18 godzin na dobę w pogotowiu energetycznym, żeby tylko utrzymać ten "dziesiąty stopień zasilania", a o żadnych inwestycjach w rodzaju pociągnięcia 800 metrów nowej linii tylko po to, żeby jakiś mieszkający na odludziu obywatel mógł se żarówkę zaświecić, to i mowy nie było...), srałbym w wygódce (nikt wtedy nie słyszał o "biologicznych oczyszczalniach ścieków"), wodę czerpał kołowrotem ze studni, bynajmniej nie głębinowej i ciepłą miał tylko po zagotowaniu na piecu.


To też jednostkowy przykład, ale akurat - bardzo dobrze ilustruje różnicę między tym, co było, a tym co jest. A jest dobrze. Być może: zbyt dobrze!

Określenie, że "ludziom jest za dobrze, żeby chcieli mieć dzieci" da się rozwinąć na dwa sposoby. I oba te w inkryminowanej dyskusji już przedstawiłem (aczkolwiek, jak to zwykle bywa, nikogo nie przekonałem: przecież nie dyskutuje się w internecie po to, aby zmienić zdanie, tylko po to, żeby się w swoich poglądach, jakie by nie były, umocnić - nieprawdaż..?).

Po pierwsze: możliwym jest, że choć sytuacja bezwzględna uległa dramatycznej poprawie, to ludzie SUBIEKTYWNIE I WZGLĘDNIE czują się gorzej niż 30 lat temu - a to dlatego, że ich aspiracje i oczekiwania wzrosły niepomiernie bardziej niż ów bezwzględnie imponujący przyrost bogactwa i możliwości.

Po drugie: możliwym jest, że mylą się zwolennicy powszechności "instynktu natalistycznego" i ludzie wcale tak powszechnie nie pragną obarczać się potomstwem - tyle, że dawniej nie mieli możliwości ekspresji swojego braku entuzjazmu do rozrodu, gdyż panująca kultura skutecznie ich doń dopingowała, z jednej strony za brak potomstwa karząc (chociażby brakiem szacunku ze strony sąsiadów - co i obecnie, w pewnym stopniu, jak już dawno temu pisałem, istnieje...), z drugiej zaś, za jego posiadanie nagradzając (entuzjazmem otoczenia) i w spłodzeniu oraz wychowaniu pomagając (na różne sposoby: zaczynając od mniej lub bardziej dyskretnego swatania takich, którzy sami sobie we właściwym - zdaniem otoczenia - czasie nie poradzili, a kończąc na typowych dla "wielkiej rodziny" instytucjach w rodzaju babci, zajmującej się całą gromadką wnucząt...).

Obecnie tradycyjna kultura jest już w znacznej części martwa i nie funkcjonuje - i nie bardzo widzę, co by ją miało w tej "pronatalistycznej" roli zastąpić, chyba że ktoś poważnie potraktuje totalitarne rozwiązanie, które też kiedyś opisałem.

Moje własne doświadczenie wskazywałoby raczej na rozwinięcie drugie, a więc - nie tak aż wielką powszechność i imperatywność rzekomego imperatywu. Ale mogę się mylić.

poniedziałek, 20 października 2014

Królowie szos - widoki z okna

Nie pamiętam dokładnie, kiedy to było, ale niedawno - w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Widok z okna naszej biurowej kuchni zaiste wzbudził entuzjazm załogi (głównie akurat w tym momencie żeńskiej, co tłumaczy niejaką złośliwość pod adresem Bardzo Ważnego Pana Kierowcy...):
 
video
 
Zacząłem nagrywać już pod koniec przedstawienia, więc może nie widać, jaka to Niezmiernie Ważna Czynność zmusiła Pana Kierowcę do zatrzymania się w tak... nieortodoksyjnym? - tak, to dobre słowo - miejscu.
 
Otóż Bardzo Ważny Pan Kierowca (obsługujący pojazd jednej z miejskich instytucji, po napisach sądząc...)... sprawdzał działanie spryskiwaczy na reflektorach!
 
Żeby nie było - parę dni później i to już na pewno było nieco ponad tydzień temu, w przedpoprzedni piątek - sam zablokowałem drogę krajową nr 48 we wsi Ksawerów. Zablokowałem ją z pełną premedytacją, by nie rzec wręcz, ze złośliwą satysfakcją, wstrzymując ruch w obu kierunkach na kilka minut.
 
Dlaczego postąpiłem tak arogancko i nieuprzejmie wobec innych Użytkowników Drogi?
 
Ano dlatego, że po drodze krajowej nr 48 we wsi Ksawerów pod Stromcem biegł sobie koń. Właściwie to podskakiwał, bo na przednich nogach miał pęta, więc bieganie za bardzo mu nie szło. A poboczem gonił go chłop, któremu rzeczony koń najwyraźniej nawiał z ogrodzenia. Zatrzymałem tedy ruch kierując się odruchem solidarności zawodowej: albowiem Wielce Szanowni Użytkownicy Drogi (a żeby ich wszystkich nagła cholera wytłukła!) wykazując się całkowitym niezrozumieniem sytuacji (rozumiem, że w dupach mieli i konia i goniącego go chłopa - ale dlaczego wisiał im też los ich własnych samochodów, dla których zetknięcie się z pół tony uzbrojonych w solidne kopyta mięśni, ścięgien i kości byłoby naprawdę bolesne - dużo boleśniejsze niż dla naszej Wendi na ten przykład - tego już nie rozumiem...) - zamiast przystanąć i pozwolić chłopu usunąć konia z jezdni drogi krajowej nr 48 robili co mogli, aby wykazać swoje zniecierpliwienie i kontempt dla zaistniałej sytuacji, tj. wymijali konia z najwyższą szybkością na jaką pozwalała im brawura i (taki sobie na ogół) stan techniczny pojazdów, którymi kierowali, trąbiąc przy tym klaksonami. Ot - miastowi...
 
Z doświadczenia jakie mam jako kierowca zestawu z przyczepą do przewozu koni wynika, że najgorsi są ci w beemkach bez tłumików (żadna nowość, swoją drogą, nieprawdaż?) - oraz słowackie i rumuńskie tiry...
 
Ponieważ zebrałem się w sobie i przegrałem filmiki z telefonu na końputer - to w ramach bonusa jeszcze dwa widoki z okna. Zdjęć w Chicago nie robiłem, bo i po co (koniec końców nie zwiedzaliśmy żadnych takich miejsc, które nie byłyby fotografowane codziennie - i to tysiące razy...), ale widok z hotelowego okna filmikiem owszem - uwieczniłem. Po raz pierwszy zaraz po przyjeździe:
 
video
 
a po raz drugi podczas jednego ze wschodów słońca nad jeziorem Michigan: wschody słońca obserwowałem pasjami, jako że na skutek różnicy czasu zawsze zastawały mnie zwartego i gotowego...
 
video
 


piątek, 17 października 2014

Z dedykacją dla znajomych pilotów

bo akurat leciało na "Pierwom kanalie" jak obiad jadłem, ha, ha:


i - siłą rozpędu - z tego samego filmu: wirujący seks w stylu sowieckim!


dzięwczęta w mundurach i ze stakanami wódki - jaki fetyszysta to wymyślił..?

poniedziałek, 13 października 2014

Przekręt wszechczasów

Amber Gold, OFE, "afera taśmowa"..? Nic z tych rzeczy! To są wszystko drobne. Powiedziałbym wręcz: Pikuś. Pan Pikuś.

Prawdziwy przekręt wszechczasów to...


wyprawa Krzysztofa Kolumba!

Pomyślcie tylko:

1) Żeby w ogóle zacząć dyskusję o tym projekcie, jego autor musiał ni mniej, ni więcej a... zaniżyć obwód Ziemi o 1/4! Co oczywiście wywołało pusty śmiech u jajogłowych z renomowanego uniwersytetu w Salamnce, konsultowanych w tej sprawie: aferzyście mimo to... udało się przekonać odpowiedzialnych decydentów, że to on - człowiek bez naukowego tytułu, człowiek znikąd, o którym nic prawie nie wiadomo - ma rację, a nie cały fakultet nauk wyzwolonych z dziekanem na czele, wspierany przez rektora i miejscowego biskupa...

2) Obiecywał odkryć krótszą drogę do Indii, a tak naprawdę zaniosło go do Ameryki - i taka pomyłka nawigacyjna (raptem 20.000 km - licząc po najkrótszej możliwej linii...) uchodzi u potomności za wielkie odkrycie! Co za pijar! Doprawdy: czapki z głów...

3) Nawet, gdyby sam pomysłodawca i autor projektu wierzył w ten zaniżony o 1/4 obwód Ziemi, to zapasów żywności i wody wziął na te swoje łupinki... i tak o połowę za mało! Już gdy dopływał do Hispanioli, woda się kończyła. A to nie jest nawet 1/3 drogi do Indii - wedle jakichkolwiek hipotetycznych obliczeń, które mogą wchodzić w grę. Z jego własnymi włącznie. Jedno z dwojga zatem: albo wiedział o Ameryce (a tylko ściemniał tymi Indiami...) - albo od początku chodziło o coś całkiem innego. O co..? Bóg jeden raczy wiedzieć...

4) Mając tak wątłe jak wykazano powyżej dane by spodziewać się sukcesu - mimo to z góry zażądał  zapłaty: mianowania się dziedzicznym gubernatorem wszelkich ziem, które odkryje po drodze i "admirałem Oceanu". W dzisiejszych czasach urzędnik państwowy, który by podpisał tego rodzaju kontrakt z prywatnym wykonawcą, co najmniej poszedłby na dłużej siedzieć: Kolumb miał szczęście, że Ich Katolickie Wysokości w swej łaskawości nie skróciły go po powrocie o głowę... Ba! Korona nawet usiłowała przez pewien czas wykonywać tę skrajnie niekorzystną dla siebie umowę - co okazało się zwyczajnie niemożliwe dopiero wobec jaskrawej nieudolności synalków "odkrywcy"...

piątek, 10 października 2014

Czy należy bać się "gender"?

Oczywiście że tak. I to zdecydowanie bardziej jeśli "gender studies" to "w pełni spełniający kryteria naukowości projekt badawczy, którego głównym zadaniem jest poszerzenie naszej wiedzy", niż gdyby przyjąć - jak w dużej większości uważają przeciwnicy tego rodzaju rozważań - że to jedynie pseudonaukowy bełkot, o czysto ideologicznym charakterze.
 
Marks BYŁ ekonomistą. Jak na swoje czasy - wiedział na ten temat wszystko, co wiedzieć się dało. Owszem, spora część jego twórczości to zwykła publicystyka, a teoria wartości na której oparł "Kapitał" jest po prostu błędna - ale ile teorii ekonomicznych z jego czasów przeżyło do dziś nie sfalsyfikowanych..? A czy fizyka newtonowska, jedyna znana 150 lat temu, jest dziś postrzegana tak samo jak wtedy? Oczywiście tu akurat nie doszło do całkowitego jej sfalsyfikowania, jako pewne rozsądne przybliżenie jest ona całkowicie wystarczająca dla ogromnej większości podejmowanych przez ludzi działań.
 
Z tą różnicą, że o ile technik próbując przy pomocy praw odkrytych przez sir Izaaka Newtona robić coś, na co one nie pozwalają, po prostu zderzy się ze ścianą i zaliczy porażkę (jak Edison, który podobno próbował zbudować coś w rodzaju "silnika jądrowego" - metodą prób i błędów, nie mając żadnej teorii, która by go w tym dziele prowadziła). Natomiast polityk może robić swoje kierując się teorią społeczną czy ekonomiczną o której dobrze wiadomo że jest nie sprawdzona, czy nawet błędna - i niewątpliwie jakieś rezultaty będzie miał. Niekoniecznie takie, o które mu chodziło (czy takie, o których głośno mówił, że mu przyświecają jako cel) - ale czyż polityka nie jest sztuką unikania odpowiedzialności za błędy..?
 
Ambicje "regulacyjne" daleko wyprzedzają w naszym życiu społecznym możliwości jego teoretycznego poznania i opisu. Jest to reguła ogólna.
 
Za każdym razem zatem, gdy tylko pojawi się teoria naukowa, czy choćby aspirująca do naukowości, a usiłująca opisać i wytłumaczyć taki czy inny aspekt ludzkiego życia - możemy być absolutnie pewni, że zaraz pójdą za nią jakieś próby amelioracji (ulepszenia) tej sfery życia.
 
Sądząc po tym, jakie skutki miały próby aplikacji w praktyce błędnej (choć jak na swoje czasy przecież żywiącej ambicje do naukowości...) teorii Marksa - jest się czego bać...
 
Czy z tego wynika, że nie należy badać kulturowej ekspresji różnic płciowych?
 
No cóż: nie sądzę, żeby zamknięcie na cztery spusty wszystkich wydziałów ekonomii, socjologii, kulturoznawstwa i pokrewnych wywołało jakieś negatywne skutki dla naszej gospodarki. Co najwyżej jeszcze łatwiej byłoby o kelnerów, personel na zmywaki w knajpach czy recepcjonistki. A to chyba nie byłoby złe..?
 
 
Że w ten sposób "popieram ciemnotę i staję na drodze ludzkiemu poznaniu"..?
 
Eeeee tam...
 
Według projekcji przytaczanych przez Mistrza w jego wiekopomnej "Summie technologiae", gdyby utrzymało się tempo rozwoju nauki z lat 60-tych XX wieku, to w naszych obecnych czasach znaczący procent ludności musiałby już zajmować się teoretyzowaniem czy eksperymentowaniem - i dawno, przynajmniej w przodujących krajach świata, nie byłoby żadnych recepcjonistek!
 
Jak widzimy, nic takiego zgoła się nie dzieje. Co więcej - największy przyrost "ilościowy" nauki, czy może raczej "nauki" wcale nie objawia się w fizyce (jak to się wydawało 6 dekad temu), tylko właśnie w szeroko rozumianych "naukach społecznych". I nie ma co ukrywać, że w znacznej mierze bierze się on stąd, iż - o czym dawno temu i gdzie indziej pisałem - pęd do posiadania tytułu kieruje tłumy młodzieży tam, gdzie jej zapału nie weryfikuje ta bezlitosna matematyka...
 
Gdyby istniało rzeczywiste zapotrzebowanie rynkowe na "produkowanie nauki" w większym wymiarze niż to się obecnie dzieje, pani ze zdjęcia powyżej, o zmierzonym IQ 156 z pewnością znalazłaby lepiej płatne zajęcie w jakimś laboratorium niż fach, który faktycznie wykonywała (nim przeszła na emeryturę, choć jest tylko niespełna rok starsza ode mnie...)
 
Tak więc: zaprzestanie "badań nad kulturową ekspresją różnic płciowych" nie tylko niczym nie grozi, ale wręcz - wydaje się rozwiązaniem w pełni uzasadnionym, logicznym i pożytecznym. Być może w międzyczasie udałoby się coś zrobić, żeby te "nauki" społeczne choć trochę nadgoniły w stosunku do fizykalnych - jak chodzi o zbieżność teorii z czymkolwiek istniejącym poza wyobraźnią jej twórcy..?
 
Natomiast NIE uważam, że takie zjawiska jak spadek dzietności, wzrost liczby rozwodów, zanik "wielkiej, wielopokoleniowej rodziny", itd., - to są wszystko efekty jakiegoś dyabolicznego spisku Żydów, masonów i cyklistów, którego "ideologia gender" jest tylko kolejnym wcieleniem.
 
To prawda - tzw. "tradycyjne" społeczeństwo, na ogół patriarchalne (ale i każde inne - tyle, że innych niż patriarchalne to zbyt wiele nie było...) jest i bardziej płodne i - na ogół - oferuje swoim członkom wyższy poziom satysfakcji z życia, życia płciowego nie wyłączając. Ale to już było i nie wróci więcej...
 
Potępienie "gender" nie jest żadnym magicznym sposobem na przywrócenie dawnych, lepszych czasów. Owszem - dawniej było "lepiej", ale to dlatego, że kultura ogólnie zmuszała ludzi (tak kobiety, jak i RÓWNIEŻ mężczyzn) do większego wysiłku, wkładanego w podtrzymywanie więzi międzyludzkich, do poświęcania własnych celów w imię tak czy inaczej definiowanego dobra rodziny, rodu czy klanu. Owszem - w efekcie wszyscy odnosili jakieś korzyści (tak samo jak wszyscy odnoszą korzyść, gdy chodzą po wyznaczonych ścieżkach nie tratując świeżo zakładanego trawnika - choć każdego z osobna kosztuje to zwykle nadłożenie tu czy tam kilku metrów drogi...). To, że ten system się rozpadł to efekt klasycznego "dylematu więźnia": każdy goni przede wszystkim za własną korzyścią i wygodą i doprawdy - trudno mieć o to do kogokolwiek pretensje...
 
Jeśli komuś się jednak wydaje, że wystarczy potępić "gender", "feminizm" i inne "dyabelskie pomysły", a zaraz kobiety i mężczyźni sami z siebie zaczną o siebie dbać nawzajem, opiekować się starszymi, niańczyć hordy bachorów i jeszcze przeprowadzać staruszki przez jezdnię - to naiwny jest i tyle.