Blog główny

niedziela, 7 września 2014

Wolna miłość

Bodaj Rafał Ziemkiewicz rzucił ongiś w jakimś artykule mimochodem uwagę, że pisarze sf błądzą, przedstawiając stosunki erotyczne wśród członków załóg/kolonistów międzygwiezdnych zamkniętych w statkach wysłanych w daleką przestrzeń albo na zasadzie radosnego i bezkompleksowego "każdy z każdym", albo też - prostego przeniesienia stanu istniejącego w USA obecnie. Jego bowiem zdaniem, żeby niewielka liczebnie społeczność, dysponująca ściśle określonymi zasobami, których w żaden sposób nie da się powiększyć przed przybyciem do celu nie zwariowała i nie powyżynała się wzajemnie - a zarazem nie umarła z nudów, co najłacniej może się jej przytrafić - lepszym wzorcem zachowań erotycznych byłaby "miłość dworska". Więc taka, w której droga do celu zdecydowanie zastępuje i spycha w cień sam ów cel...

Z tym twierdzeniem są dwa problemy. Jeden zasadniczy, a drugi poboczny. Problem zasadniczy: pisarze sf nie po to na ogół piszą, żeby jakieś eksperymenty myślowe w zakresie socjologii małych grup społecznych przeprowadzać - tylko żeby kasę zarobić. A żeby zarobić kasę, trzeba tak pisać, co by czytelnicy (a przede wszystkim: producenci filmowi...) kupowali. To chyba jasne..? 

Problem poboczny: tak naprawdę to wcale nie wiemy, czy kiedykolwiek coś takiego jak "miłość dworska" rzeczywiście istniała w formie, w jakiej nam to przedstawiają niektóre średniowieczne utwory literackie. Same zresztą owe utwory są owej kontrowersji przyczyną: co prawda zwykły przedstawiać rzecz całą w metaforach i omówieniach, ale jeśli zbłąkany Lancelot, głodny, brudny i ranny, trafia do kasztelu, którego pani, dopiero co go poznawszy i ani pytając o imię i ród, osobiście obmywa bohatera w balii, a po uroczej kolacji prowadzi do swojego łoża - to czym to się, w gruncie rzeczy, różni od piątkowego wypadu na clubbing w takim Londynie czy innym Lądku Zdroju..?


Problem poboczny dlatego jest poboczny właśnie, że to, czy "miłość dworska" istniała naprawdę, czy jest tylko czysto językową konwencją zakłamującą rzeczywistość - dla istoty sprawy nie ma najmniejszego znaczenia. "Ideał rycerski" też w rzeczy samej niezmiernie rzadko był spotykany - a przecież, koniec końców przyjął się i mamy, z końcówki średniowiecza niejeden przykład zachowań bardzo rycerskich (choć często dlatego właśnie - głupich: co by daleko nie szukać - Władysław Warneńczyk wbrew zdrowemu rozsądkowi i radom doświadczonego wodza szarżujący osobiście na janczarów...).

Konwencja literacka, jeśli będzie powtarzana po wielekroć w miarę konsekwentnie - ulega internalizacji i ludzie zaczynają tak się rzeczywiście zachowywać, jak to wcześniej oderwani od życia poeci opisywali...


Marks oczywiście nie miał racji - to tzw. przezeń "nadbudowa" jest pierwotna, a nie żadna tam "baza". Istotne jest bowiem to, co motywuje ludzi do działania - a nie to, w jaki sposób ci ludzie owo działanie realizują, przy pomocy jakich narzędzi i środków...

Tak więc, w rozważaniach nad tym, czy "miłość dworska" może jeszcze mieć jakieś zastosowania w przyszłości, czy też nie, nie powinny nas w powstrzymywać płaskie wątpliwości co do historyczności samego zjawiska - bo to dla przyszłości bez znaczenia. Grunt, że jak piszę "miłość dworska", to wszyscy wiedzą o co chodzi - nieprawdaż?


Chodzi o coś dokładnie przeciwnego temu, nad czym w swoim drugim już blogu rozwodzi się nasz przyjaciel Wojtek Majda (przy okazji udzielając wielu rad praktycznych: właśnie się dowiedziałem, że NIE mam problemów z brakiem testosteronu na razie - dzięki!). Czyli o sytuację, w której mężczyzna zainteresowany posiąściem kobiety zmierza do celu w sposób możliwie dookólny, rozwlekły, pośredni, zakamuflowany i pozbawiony JAWNEJ (tj. skierowanej na obiekt owych dążeń, a nie na jakiś "obiekt zastępczy", w postaci chociażby turniejowego partnera...) drapieżności...

Czyli, zamiast zacytować hrabiego Fredrę (np.: Tadeusz, odkąd poznał Zosię, marzył o minecie...) - a to kwiatek podaruje, a to chusteczkę podniesie, a to komplemencikiem rzuci - ale tak, żeby w razie czego móc się jeszcze wycofać, w żart obrócić, poważnych deklaracji uniknąć i broń Panie Boże - do czynu nie przejść. No - w płetwę można pocałować. W ostateczności. W Polsce. Gdzie całowanie w płetwę RACZEJ nie będzie jeszcze traktowane jako "molestowanie seksualne". Bo na Wyspach Mglistych - pewnie i tego byłby strach..?

I tu już Państwo wiecie do czego piję i o czym tak rozwlekle pisać ZACZYNAM w ten piękny, niedzielny poranek, odwlekając tym samym moment, w którym będę musiał wstać od końputera i pójść najpierw naprawiać ogrodzenie Wielkiego Padoku, a potem - rąbać, co wczoraj narżnąłem... Nie mówiąc już o paleniu ogniska - mała to przyjemność w tak gorący dzień jak dzisiaj, wieczorem pewnie będę trupem...

Tak jest! "Miłość dworska" wcześniej jeszcze niż na pokładach międzygwiezdnych statków (prawdę powiedziawszy to nie wygląda na to, abyśmy mieli takowe kiedykolwiek wysyłać...) może dać się zastosować we współczesnej korporacji, osobliwie, gdy ta opanowana jest przez polityczną poprawność.

Wydaje mi się, co prawda, że są co najmniej dwie przeszkody. Po pierwsze - żeby do tego doszło, kanon politycznej poprawności musiałby taki rodzaj relacji między kobietami a mężczyznami inkorporować do tzw. "mainstreamu" współczesnej rozrywki. Nie jest to może nie do pomyślenia (więcej jest chyba bohaterów literackich czy filmowych, którzy zdobywają miłość przez "zasługiwanie się", niż takich, którzy bezczelnie podchodzą do kobiety i mówią jej prosto z mostu, że mają ochotę ją zer...ąć...) - ale obawiam się, że feministki mogą jednak mieć na ten temat inne zdanie. Kobieta musiałaby być... kobieca! Czyli jednak trochę omdlewająco - bierna i przyjmująca hołdy. Tymczasem ja tam mam wrażenie, że dla feministek ideałem jest witkacowski "kobieton" - istota, która poza czysto biologicznym wyposażeniem, niczym się już od mężczyzny nie różni...

Po drugie - zasadniczy problem z całą tą "miłością dworską" jest taki, że nawet najsmaczniejszy tort z czasem się przeje - nieprawdaż? Innymi słowy: bardzo trudno sobie wyobrazić, żeby hołdy, przysługi i komplemenciki nie stały się z czasem męczące, nudne, irytujące nawet...

W średniowiecznym kasztelu, abstrahując już od tego, na ile przekazy literackie zafałszowują, a na ile opisują rzeczywistość, niewątpliwie panowało spore napięcie seksualne. W Europie Zachodniej dziedziczył majętność tylko najstarszy syn - praktyczne rody zatem, nie pozwalały młodszym na zakładanie rodzin, żeby nie obarczać się nadmiarem pozostających na utrzymaniu seniora krewnych. Tym samym, zwykle w takim kasztelu było wielu młodych mężczyzn którzy nie mogli liczyć na małżeństwo (chyba, żeby się starszemu bratu przykry wypadek przytrafił - albo, o co było w sumie trudniej - gdyby udało się zdobyć własne lenno, w taki lub inny sposób...). Były też tam oczywiście kobiety - klasyczny "owoc zakazany" dla całej tej bandy, nader przypominającej i zachowaniem i sposobem bycia współczesne gangi młodzieżowe.

Jakoś trzeba było to napięcie kanalizować i rozładowywać. Czy owo rozładowanie było czysto werbalne, jak utrzymują niektórzy ówcześni poeci, czy też jednak owe opiewane, niedościgłe kasztelanki za wiedzą, albo i bez wiedzy pana męża udzielały również fizycznych łask juniorom (taka odwrotność rzekomego "prawa pierwszej nocy" - którego, jak już kiedyś wykazałem, z całą pewnością NIE BYŁO...) - to, jako się rzekło, mniej dla nas może istotne. Istotne jest, że sama sytuacja nie pozostwiała obu stronom wyjścia: panie musiały godzić się na hołdy (nawet, jeśli te hołdy nie były zawsze tak finezyjne, jak to poeci opisują - to alternatywa była zdecydowanie gorsza: wiemy coś o tym z zachowanych akt sądowych, gdzie napad znudzonej drużyny rycerskiej na żeński klasztor w celu trwającego kilka tygodni zbiorowego gwałtu nie jest bynajmniej zjawiskiem jednorazowym i odosobnionym...) - a młodzi panowie prześcigali się w ich składaniu bo ostatecznie - cóż innego niby mieli do roboty..?

Niewątpliwie w korporacji również panuje napięcie seksualne. Jak mogłoby nie panować, gdy w tych samych czterech ścianach przez większość dnia zamknięci są ambitni, żądni władzy, buzujący testosteronem mężczyźni (tacy jak ja na przykład - he, he, he...) - i ponętne kobiety, jeszcze pozapinane w te mundurki, które dla niejednego są potężnym fetyszem..?


Wydaje się jednak, że łatwiej było o dobrą zabawę dla obu stron, odpędzenie nudy i miłą odmianę, gdy zalotnik ryzykował życiem - niż gdy ryzykuje co najwyżej karierą... Różnica niby drobna, ale... niech żyją drobne różnice!


Swego czasu zresztą, czyli te 700 - 800 lat temu, była cała ta "miłość dworska" (ponownie powtarzam: niezależnie od tego, czy jest to zjawisko czysto literackie, czy jednak - miało ono jakiś odpowiednik w rzeczywistości) obyczajową rewolucją większą od tej całej rzekomej "rewolucji seksualnej" z połowy zeszłego stulecia.

Co prawda obdarowywane hołdami panie pozostwały nieco omdlewająco - bierne i trudno im było przejawiać własną inicjatywę (acz wcale nie było to takie całkiem niemożliwe...), ale też - co bardzo istotne i co od czasu do czasu spotykało się z potępieniami konserwatystów (nieśmiałymi na ogół, bo konserwatystów zwykle ogarnia onieśmielenie w kontakcie ze Sztuką - a o Sztuce przecież tu dyskutujemy, nieprawdaż?), "miłość dworska" kompletnie ignorowała więzy małżeńskie.

Był to rodzaj "wolnej miłości" o tyle, że małżeństw "z miłości" prawie podówczas nie było (tak szczerze pisząc to jeszcze moi rodzice zostali sobie przedstawieni przez swatów, "rajbami" na Kociewiu zwanych...), że kobieta, wedle zachodnioeuropejskiego prawa zwyczajowego była w sumie rodzajem inwentarza, tym się tylko różniąc od bydła czy niewolników, że za jej pośrednictwem Bóg sprowadzał na ziemię jakże pożądane potomstwo dla rodu, a rody wchodziły ze sobą w koligację. Pomysł zatem, że i kobieta może jakieś emocje odczuwać, że może się zakochać w zalotniku na ten przykład - bardziej był chyba rewolucyjny od utopijnej koncepcji, że dawanie d...y to czynność równie trywialna jak zjedzenie śniadania..?

Nota bene: pomysł, że dawanie d...y jest czynnością równie trywialną jak zjedzenie śniadania chyba się jednak nie przyjął i przyjąć się nie może - bo jest najoczywiściej sprzeczny z doświadczeniem. Zdaje się, że prezydent Najbardziej Wyzwolonego Państwa Zachodu ma obecnie kłopoty, bo zdradził swoją kochankę - czyż nie..? No właśnie...

Reasumując, ćwiczenia w zakresie "miłości dworskiej" nie wydają się sensownym pomysłem dla młodzieży. No chyba, żeby ją faktycznie zapuszkować na pokładzie międzygwiezdnego statku (co, jak słusznie zauważył Mistrz Lem - tym się tylko różni od dożywotniej odsiadki, że nie ma co marzyć o ucieczce...). Skądinąd zresztą - zadanie przeprowadzenia takiego eksperymentu myślowego, o ile mi wiadomo, pozostaje wciąż do wykonania, bo i sam Ziemkiewicz się go nie podjął, a ze znanych mi pisarzy sf jedyny, który coś więcej o kwestiach płciowych pisze, to bodaj Orson Scott Card - który jednak, jak na dobrego mormona przystało, ogarnięty jest dziwną dla mnie (obecnie - bo może 20, czy choćby 15 lat temu inne miałbym na ten temat zdanie...) obsesją na punkcie posiadania możliwie licznego potomstwa...

Co innego my, starzy! Sprowadzając dziś rano stado z pastwiska na śniadanie zobaczyłem bolid mknący po nieboskłonie ze wschodu na zachód. Nim zgasł, zdążyłem, zgodnie z tradycją, pomyśleć sobie życzenie - w pełnym paniki pośpiechu, bo zjawisko było krótkotrwałe. Życzenie zatem pozbawione było krzty wyrachowania, bo na długie namysły czasu nie miałem.


Treść tego życzenia, której oczywiście, zgodnie z tradycją, nie zdradzę, upewniła mnie samego, że tak naprawdę nie pragnę żadnych, ale to żadnych zmian w życiu - no, może poza tym, żeby z czasem pobudować się nieco wygodniej, stado powiększyć, ziemię lepiej zagospodarować i żeby Lepsza Połowa była dla mnie lepsza. Czyli takie samo jutro jak dziś, tylko piękniejsze.

Inna rzecz, że doprawdy, jak patrzę na swoje życie z perspektywy średniej wielkości miasta - to nie ma co narzekać a już najmniej - nie ma co pożądać odmiany.

Z czego oczywiście nie wynika wcale, że smukła kibić jakiejś koleżanki, odzianej w ten seksowny, biurowy mundurek, nie może już sprawić, że mi ciśnienie wzrośnie! Co nie tak dawno sugerowałem (licząc po cichu na jakże przyjemne w konsekwencjach, podjęcie przez Lepszą Połowę rękawicy i stanięcie do rywalizacji...).

Tyle tylko, że - po jaką cholerę komplikować sobie z tego powodu życie..? Przykłady, które znamy z życia są różne, jedne całkiem udane, inne zdecydowanie nie - i zresztą, nie mnie to oceniać, w końcu mamy i wolność i wolną miłość (bez żadnych cudzysłowów - ostatecznie obecnie chyba już nikt "rajbów" nie wysyła - zamiast tego są portale randkowe..?) i każdy sam za siebie odpowiada. Przeprowadzenie rewolucji w życiu nie jest sprawą łatwą ani małą, wiem coś o tym i doprawdy - nie mam najmniejszej ochoty na kolejną.

Jeśli mi zatem nawet ciśnienie wzrośnie, a buzujący testosteron uszami zacznie parować - to czyż nie najlepiej obrócić wszystko w żart? Mężczyzna w pewnym wieku, pozwalając sobie na niekontrolowane odruchy serca (i lędźwi - póki te lędźwie wciąż są do jakichkolwiek odruchów zdolne...), jak już o tym nie tak dawno pisałem, nieuchronnie staje się śmieszny. Tym bardziej, że - moim zdaniem - nie żadna pożądliwość nim kieruje, tylko właśnie - strach przed śmiercią i chęć ucieczki. A cóż może uchronić przed byciem śmiesznym jak nie - wyśmianie siebie samego jako pierwszy..?

2 komentarze:

  1. "Konwencja literacka, jeśli będzie powtarzana po wielekroć w miarę konsekwentnie - ulega internalizacji i ludzie zaczynają tak się rzeczywiście zachowywać, jak to wcześniej oderwani od życia poeci opisywali..."

    A w wersji współczesnej: ...jak to przedstawia dziesiąta muza.

    Książka i film przenikają do rzeczywistości, kreują otaczający nas świat. Oczywiście mam na myśli popularne dzieła.

    OdpowiedzUsuń
  2. To dobrze, że u Ciebie wszystko w porządku z tesotsteronem. Co do Lepszej Połowy... może kiedyś wróć z pracy ze śladami szminki na kołnierzyku to bardziej uczuciowa będzie!

    OdpowiedzUsuń