Blog główny

sobota, 13 września 2014

Szczyt szczytów...

Podobnie jak staram się nie zaglądać na Onet (i regularnie to postanowienie łamię... szmata nie charakter!), tak też staram się nie kupować "Najwyższego Czasu!". Od dawna zamieszczane są tam albo banały - albo bzdury. Może jeden na dziesięć tekstów (i prawie zawsze autorstwa albo JKM, albo p. Michalkiewicza...) coś wnosi i da się go czytać.


Lektura "NCz!" od deski do deski obecnie zajmuje mi około godziny: w ogromnej większości wypadków starczy przeczytać "lead" i pobieżnie przelecieć wzrokiem teskt, przecież nie muszę się wczytywać w argumenty, zawsze takie same i zawsze tak samo (na ogół), albo oczywiście słuszne - albo nie mniej oczywiście płaskie...

No ale naprawdę jestem chory. Napięcie ze mnie opadło po zrealizowaniu ważnego zadania w pracy - i zaraz mnie dopadły wirusy, przyniesione, rzecz jasna przez koleżanki i kolegów, których pociechy właśnie dokonały w szkołach wymiany ich mutacji, pozbieranych w różnych miejscach przez wakacje... Dopadli mnie też lokalni dziennikarze i zaiste jest mi wstyd. Już nie tylko tego, co bredziłem w gorączce, ale głównie tego jak wyglądam - a wygląda na to, że wyglądam jak mocno opalony Lewantyńczyk z nalaną od tłuszczu i świecącą potem mordą i biegającymi niezbornie, świńskimi oczkami, jak nie przymierzając - u jakiego Kwacha... Gdybym przypadkiem wybierał się właśnie za Wielkie Bajoro (a nie potwierdzam i nie zaprzeczam, że się właśnie wybieram...), to urzędnik imigracyjny miałby ze mną jeden tylko problem: wrócić mnie z powrotem do Berlina - czy jednak odesłać od razu do Guantanamo..? Żeby chociaż była szansa na Klewki czy inne Kiejkuty..!


Jednym z objawów chorobowego osłabienia jest i to, że zgarnąłem dziś do koszyka ówże nieszczęsny "NCz!". Dzięki czemu doznałem, niechcący, pewnej epifanii. Może niezbyt wielkiej i niezbyt ważnej - ale w tak ponurych okolicznościach przyrody, każdy powód do radości jest dobry!

Oto ostatni, czyli zeszłotygodniowy numer "NCz!" zawiera tekst niejakiego Adama Danka (sądząc po pobieżnym wygooglowaniu, świeżo upieczonego magistra politologii i pewnie doktoranta - niestety, ale nadredaktor Sommer, pisząc doktorat w Szkole Nauk Społecznych PAN, do czego najzupełniej przypadkowo i niechcący sam się przyczyniłem - pozbierał z tej kuźni i matecznika waryatów wszelakich niezły wybór oryginałów...). Tekst o myśliwstwie.

Łowiectwo, uważajcie Państwo, nie podoba się panu magistrowi Dankowi. Dlaczego mu się nie podoba..? Bo jest nie fair! Myśliwy ma sztucer z celownikiem optycznym i niczym, ale to niczym nie ryzykuje ubijając sarnę, zająca czy innego daniela - i nawet wilk, ani cała wataha wilków nie dałyby mu rady, boż sztucer jest półautomatyczny (pan magister Danek pisze "automatyczny", ale to oczywiście pomyłka, przez litość nie wymieniam innych...).

Ogólnie: myśliwstwo nie jest konserwatywne, tylko burżuazyjne..!

No ręce i nogi...


I nie! Wcale nie oczekujcie po mnie Państwo, że zacznę teraz bronić myśliwych!

Polski Związek Łowiecki to postkomunistyczna jaczejka, w ogromnej większości zdominowana przez byłych i obecnych "siłowników", a uzupełniająca swoje szeregi metodą całkowicie arbitralnej kooptacji. Ta jaczejka ma zagwarantowany ustawowo monopol dla swoich członków na WSZELKI kontakt ze zwierzyną dziką (uważaną, w myśl prawa, za "własność państwową" - co pozwala kompletnie ignorować właścicieli gruntów, na których ta zwierzyna przebywa i pasie się...): stąd też przestępstwem jest nie tylko zabijanie tejże dzikiej zwierzyny, ale także - udzielanie jej pomocy nawet, gdy jest ranna, o czym dawno temu pisałem i to był jeden z pierwszych wpisów na tym właśnie blogu.

Że poluje się z broni palnej..? Ale z innej w Polsce polować nie wolno! I ma to bardzo konkretny, praktyczny sens: broni monopolu uprzywilejowanej mniejszości. Dostęp do broni palnej jest mimo wszstko dość trudny (nie twierdzę, że da się go całkiem wykluczyć, ale dla mnie na przykład - nabycie jakiegokolwiek "guna" to rzecz znacznie powyżej pułapu moich możliwości finansowych, obojętnie - legalnie czy nielegalnie...). Łuk, kuszę czy procę - można sobie w ostateczności zrobić samemu.

Oczywiście ów stan ma swoich obrońców - nawet wśród tzw. "ekologów". Zwierzyna dzika też nie przejmuje się granicami działek, te działki w Polsce - w przeciwieństwie do takiej Anglii na przykład, czy nawet Francji, gdzie właściciele więcej mają do powiedzenia - są malutkie i doprawdy, trudno uzasadnić, dlaczego właściciel mazowieckiego zagonu, długiego na 800 metrów, a szerokiego na 5 metrów - miałby prawo zabijać sarnę tylko dlatego, że stanęła jednym kopytkiem na jego miedzy...

Tym niemniej nawet uznając pewne obiektywne racje - nie musimy się zgadzać na stan istniejący, który jest zwyczajnie - chory. Zwierzyny dzikiej jest w Polsce z roku na rok coraz więcej. Wynika to zarówno ze zmian w technikach hodowli zwierząt (coraz to mniej jest ogrodzonych pastwisk - które dawniej nieco przeszkadzały w swobodnej migracji większym gatunkom dzikich ssaków, za to coraz to więcej jest uprawianej na kiszonkę kukurydzy, a to ulubiony pokarm m.in. dzików, o czym też pisałem - na blogu głównym, bo to w sąsiedztwie poważny problem...), zmian w krajobrazie (coraz więcej śródpolnych zagajników i porzuconych działek - i wcale a wcale nie wynika to z troski władz, tylko z nieopłacalności uprawy ziemi...) - jak też i z faktu, że członkowie owej postkomunistycznej jaczejki to w znacznej mierze ciepłe kluchy, ciastonie, ofermy i mięczaki, zadające tylko szyku drogimi kurteczkami i "terenowymi" (he, he, he...) samochodami. I zwyczajnie tak trzebić zwierzyny, żeby jej ilość nie przyrastała w sposób niekontrolowany - nie dają rady.

Swoje robią też absurdalne programy typu "reintrodukcja bobra", czy "szczepienie lisów przeciw wściekliźnie". Zaiste! Zwolennik spiskowej teorii dziejów miałby się tu czym pożywić: czyż w jednym z "raportów dla Klubu Rzymskiego" nie pisano, że w Polsce powinno żyć na stałe maksymalnie 8 milionów ludzi, trudniących się obsługą parków łowieckich dla zagranicznych turystów i, ewentualnie, wyrabianiem łapci z łyka..? A nie da się ukryć - zwierzynie dzikiej żyje się w Polsce coraz to lepiej i ta "stopa wzrostu" jakoś nie maleje, całkiem niezależnie od gospodarczej koniunktury i światowych wojen handlowych - a Polaków, przeciwnie, równym tempem ubywa...

Jest tu na co narzekać i nad czym się pastwić. A pan magister Danek... niczego z tych rzeczy nie dostrzega! Jakim trzeba być skończonym lekkoduchem, oderwanym od życia ideologiem, mieszczuchem zakutym - żeby tak spudłować z tekstem..? Żeby pominąć WSZYSTKO co w sprawie istotne, bawiąc się jakimiś wydumanymi, mieszczuchowatymi "wątpliwościami moralnymi"..?

Zakompleksionym chłopaczkom z miasta często imponuje fizyczna siła...
No cóż: może WYGLĄDAM jak spocony Lewantyńczyk - ale jeśli pan magister Danek dowie się o tym tekście i poczuje się obrażony (na co mam wielką nadzieję, bo CHCIAŁEM go obrazić i poniżyć - zasłużył na to...), to serdecznie zapraszam do Boskiej Woli. Dołów na ciała ci u mnie dostatek...

Serdecznie życzę panu magistrowi Dankowi, żeby go w szczycie sezonu łowieckiego, czyli w styczniu lub w lutym, jeden z nielicznych w Polsce myśliwych prawdziwych (i tacy się przecież trafiają - prawo wielkiej liczby jest nieubłagane...) - zabrał ze sobą na noc na ambonę. Rozumu od tego pewnie nie nabierze, ale jest szansa, że jaja sobie odmrozi - i przynajmniej nie spłodzi podobnych sobie potomków...

16 komentarzy:

  1. Danka wpuszczają do NCz!? Zadziwiające. Pewnie dlatego, że przemiany ideowe tego chłopaczka to od lat niewyczerpane źródło rozrywki dla polskich środowisk okołoprawicowych.

    Z tym sztucerem automatycznym sprawa jest o tyle złożona, że:
    1) sami myśliwi tak mówią - w ofertach sklepów myśliwskich, to, co normalny strzelec określiłby karabinem samopowtarzalnym, nazywa się "automat kulowy" i analogicznie strzelba samopowtarzalna to "automat śrutowy"
    2) po angielsku wszelką broń samopowtarzalną i samoczynną określa się zbiorczo jako "automatic", dzieląc dalej na "semi-" i "fully-"
    3) broń półautomatyczna to w ortodoksyjnej polszczyźnie technicznej coś jeszcze innego, rzadki system spotykany np. w drugowojennych rusznicach przeciwpancernych

    Nigdy nie rozumiałem awersji PZŁ do broni innej niż palna centralnego zapłonu; wyrobienie pozwolenia na broń to i tak dużo mniejszy koszt niż samo przystąpienie do koła łowieckiego, więc nie stanowi to jakiegoś znacznego zwiększenia ich pożałowania godnej "elitarności".

    A z tą zwierzyną coś na rzeczy jest. Przedwczoraj pierwszy raz widziałem lisa na swoim podwórku - na Jeżycach, w środku Poznania. Parę miesięcy temu, kilka ulic dalej, bodajże kunę? Niby nic szczególnego, ale wcześniej się nie zdarzało w tej okolicy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za fachowe wyjaśnienia odnośnie broni: nie chciało mi się już tego szukać, podobnie jak konkretnych danych o populacji zwierząt (a takie dane są, kwestia tego, czy zawsze i na pewno wiarygodne..?).

      Broń miotająca inna niż palna pozostawia charakterystyczne rany. Widząc tuszę z raną po bełcie z kuszy najtępszy urzędnik skojarzy, że została skłusowana. Ze skórami trochę trudniej, ale jak się uprzeć, to też się to w dość prosty sposób sprawdzi. Tymczasem podstawą kontroli przestrzegania monopolu dla PZŁ jest w Polsce nie co innego, jak właśnie - nadzór nad obrotem dziczyzną i innymi produktami pochodzącymi od zwierząt dzikich. Właśnie dlatego nie wolno trzymać sobie w obejściu udomowionych sarenek: bo gdyby je ktoś przypadkiem ubijał i zjadał - trudniej byłoby wyłuskiwać te, które ktoś próbuje wprowadzić do legalnego obrotu skłusowawszy.

      Co, wbrew pozorom ma znaczenie! Kłusownictwo w Polsce jest zjawiskiem zanikającym. A jeszcze 20 lat temu, to ho, ho..! Dlaczego tak się dzieje? Dlatego, że nie da się sprzedać pokątnie gdzieś złapanej zwierzyny modnej restauracji (która by za to zapłaciła godziwe pieniądze) - można ją sobie co najwyżej samemu zjeść, ewentualnie kumpli zaprosić (o ile nie doniosą...). A to coraz mniej atrakcyjny sposób życia, żywność systematycznie tanieje, no i jednak dużo łatwiej pójść pod Pierdonkę i nawet wyżebrać na bułkę do wina - niż tarabanić się do lasu z jakimiś wnykami na ten przykład, dupę odmrażać i ryzykować... Poza tym, ludzie żyjący z nielegalnego uboju i rozbioru mięsa mają dość roboty z zabijaniem nierejestrowanych świń (dzięki absurdalnym przepisom unijnym...), których mięso o wiele łatwiej wprowadzić do obrotu, żeby opłacało im się ryzykować i kupować od kogoś pokątnie dziczyznę...

      Tak więc - system jest dość szczelny, a ogólne warunki sprzyjają raczej temu, żeby zwierzyny nikt nie tykał. Toteż rozzuchwala się ona systematycznie, coraz mniej boi się ludzi (sarny pasące się 50 m od naszej chatki i nie reagujące na nasze krzyki to już w tej chwili standard... czekam, kiedy przyjdą, zapukają i zaczną domagać się owsa, skoro koniom go daję!) i jest jej coraz więcej.

      A lisy ciągną do miast, bo jest tam jedzenie - i ostatnie wolne terytoria, które można zająć: ponieważ od dobrych 20 lat nie umierają już na wściekliznę, a nie mają naturalnych wrogów, presja populacyjna jest dla tego terytorialnego gatunku głównym źródłem stresu obecnie.

      Usuń
    2. oj się troche na Jeżycach mieszkało, do dziś mam sentyment

      u mnie też w środku miasta zwierzaki, sam regularnie dokarmiam jakieś łasicowate biegające pod biurem resztkami mięsa

      Usuń
  2. "tak też staram się nie kupować "Najwyższego Czasu!"

    Ciekawe Ludzie mają problemy:).

    Przykładowo Ja od dawna nie kupuję już żadnych gazet papierowych.
    Kiedyś oczywiście kupowałem NCz, a i GW, lecz od momentu pojawienia się blogów sam sobie wybieram Blogerów i czytam regularnie, cóż tam Jegomoście napiszą.
    Mam taką zasadę, iż wprowadzenie nowego bloga na listę powoduje skasowanie jednego z listy, tego którego najmniej mi żal.
    W związku z powyższym czytam niewiele rzeczy, które są oczywiste, nieciekawe, czy głupie.
    Dodam, iż nawet wyjątkowe przemyślenia inteligentnych Ludzi po pewnym czasie są znajome i siłą rzeczy tracą na świeżości/oryginalności, ergo nie widzę sensu, by cyklicznie czytać covery.
    Jest jeden wyjątek - JKM - stale od kilkunastu lat Go czytam i do dziś mi się nie "przejadł"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wie Pan, ja taki nowoczesny nie jestem - i np. e-booków po prostu nie umiem czytać, a papierowe książki pochłaniam.

      Natomiast coraz częściej łapię się na tym, że jak sam czegoś nie napiszę - to nie mam co czytać...

      Usuń
    2. jak dla mnie JKM się niestety przejadł, jego blog przypomina tablicę ogloszeń, dawno przestałem zaglądać, strona główna .pl jakiś 2gorzędny serwis newsowy - choć czytam regularnie go, z racji miłego dla mnie interfejsu, JKM także się mocno powtarza.

      o e-bookach jakiś czas się nieco gardlowałem na mym blogu, tzn. że papier jest lepszy - efektem tego znikneło mi trochę ludzi, którzy subskrybowali bloga ;-)

      Usuń
    3. "jak dla mnie JKM się niestety przejadł"
      Panie Remigiuszu, nie docenia Pan geniuszu JKM.

      Pozwoliłem sobie wpaść na krótko na pański blog i pozwolę sobie na dwie uwagi:
      1. Nie należny oszczędzać, natomiast należy zarabiać pieniądze!
      2. Jeśli chodzi o jedzenie to nie ma sensu oszczędzać, bo można b. dobrze się odżywiać za jakieś 150 zł/m-c. (Na pewno lepiej niż 99% Ludzi na Świecie). Z jedzeniem jest taki problem, że złe odżywianie może tak osłabić ciało i umysł, że nigdy się nie wróci do zdrowia, a tym bardziej do adekwatnego widzenia Świata:).
      Pozdrawiam.

      Usuń
    4. Panie Januszu, o odzywianiu - w szczególności o złym odżywianiu przygotowuję wkrótce kolejną notkę, nie sposob się nie zgodzić w pewnym aspekcie z pkt.2

      pkt 1. w idealnej rzeczysistości mógłby być sluszny, ale nie ma ideału

      Usuń
  3. wprost przeciwnie - za punkt honoru staram się obecnie codziennie zaglądnąć, choć pobieżnie na mainstreamowe portale i zobaczyć co gawiedź czyta - pozwala mi się to bardziej wczuć w blogowanie i nastroje ludności - na moich blogach ogladalnośc tylko rośnie - czyta mnie kilkadziesiat tys ludzi miesiecznie z tego co liczniki pokazują i idzie w góre


    tym bardziej blogi Kolegi Jacka powinno czytać stokilkadziesiąt tysięcy, bo jako publicysta jest Kolega wyraźnie "sprawniejszy" niż ja


    dzięki za przypomnienie o nczasie, dawno tam nie zaglądałem, choć Michalkiewicza czytuje regularnie i ten trzema ppziom, Korwin ostatnio wyraxnie przygasł jako publicysta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wisi mi to. Żeby być popularnym, trzeba koniecznie robić jedną rzecz: schlebiać czytelnikom! Ja nawet sobie nie schlebiam - jak miałbym schlebiać komuś, kogo nawet nie znam..?

      Usuń
    2. oj czasem można powiedzieć ludziom, łał... jesteście fajni...

      zwłaszcza że np. u mnie mam trochę fajnych ludzi

      to nie boli

      Usuń
    3. jeszcze jedna rzecz która się masowo pojawia w mainstreamowych portalach:

      golizna, cycki, tyłki i jeszcze raz cycki... tego jest najwięcej jeśli się trzeźwym okiem spojrzy i policzy materiał

      Usuń
    4. Nie jestem w stanie wklejać więcej gołych cycków niż wklejam! A i tak czytelniczki czasem się buntują i domagają równouprawnienia...

      Usuń
  4. "Wie Pan, ja taki nowoczesny nie jestem - i np. e-booków po prostu nie umiem czytać, a papierowe książki pochłaniam"
    Takie tam wykręty, przecież sposób działania obecnych urządzeń można się zazwyczaj domyśleć bez czytania instrukcji.
    Dla jasności o papierowych książkach nic nie pisałem, bo te czytuję.

    Przykładowo, byłem dziś w swoim mieszkaniu, które leży odłogiem, ...patrzę a na półce leży Alexis de Tocqueville - "Dawny ustrój i rewolucja".
    Szukałem onegdaj nieskutecznie tej książki, bo potrzebowałem argumentu do rozmowy z moim Kolegą, miłośnikiem pomnażania administracji państwowej i samorządowej (nie bezinteresownej miłości rzecz jasna).
    Ostatecznie znalazłem w Internecie wydanie cyfrowe i szybko wyszukałem "kwestię winorośli".
    Nie mniej, książki lepiej się czyta na nośniku papierowym, co zamierzam zrobić powtórnie z odnalezionym egzemplarzem.
    Nie działa nawyk pośpiechu, widać postęp w czytaniu i oczy się mniej męczą.
    Zauważyłem, że nawet moje Dzieciaki czytają książki "w papierze", choć zazwyczaj przemierzają cyberprzestrzenie, a do e-booków mają matowe czytniki.
    Z drugiej strony, jak trzeba machnąć "streszczenie managerskie" informacja cyfrowa jest dużo wygodniejsza.
    Na moje oko papierowe gazety wyginą w ciągu 10 lat, a papierowym książkom zajmie to trochę dłużej.
    O ile Cywilizacja nie cofnie się technologicznie "do walki o ogień" miejsce papierowych gazet i książek zajmą interaktywne kompilacje obrazów, dźwięku i tekstu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Smartfon mnie przerósł. Ja się uczyłem pisać na maszynie Łucznik 1302. Klawiaturę do komputera wymieniam co roku - bo nie wytrzymuje moich paluchów. Z ekranem dotykowym wcale nie umiałem sobie poradzić - a i wynalazki typu "Mac Air" obchodzę szerokim łukiem, ze smutkiem tylko patrząc, jak coraz to mniej funkcji staje się dla mnie w efekcie dostępnych: np. nie odtwarzają mi się już filmiki z fejsa, bo najnowsza aktualizacja Flash Playera nie obejmuje systemów starszych niż Mac OS 10.6

      Usuń
    2. już kiedyś proponowałem - kup sobie PC-ta i poproś np. kolege z pracy o zainstalowanie na nim Ubuntu - to system a'la makówka dla PC-towców dostępny za free

      wygląda tak

      http://ubuntu.pl/img/trusty/triumfalna-turkawka-2.jpg

      http://ubuntu.pl/img/trusty/triumfalna-turkawka-1.jpg

      niestety Apple wypięło się na użytkowników klasycznych Maków - i tyle jest warta ta "ekskulzywna" marka - jak co do czego przychodzi

      Usuń