Blog główny

sobota, 20 września 2014

Biznesmen w podróży służbowej, cz. 2

To nieprawda, że Amerykanie są grubi! Większość tutaj (czyli w ścisłym centrum Chicago - dzielnica uniwersytecka i biznesowa) jest fit.
 
Inna rzecz, że nie wiem, jak oni to robią... Biorąc pod uwagę, co tutaj można kupić do żarcia. A kupić można PRAWIE WYŁĄCZNIE albo coś co jest nazywane "organic", albo chociaż "natural". Z niejaką podejrzliwością traktuję te etykietki, bo co z tego, że tortille, które - z braku szans na choćby kawałek normalnego chleba - kupiłem pierwszego dnia nazwane były "organic" i w dodatku "traditional" - jak słodkie toto samo z siebie jak, za przeproszeniem, jakiś wafel, a nie chleb? I zdecydowana większość dostępnych dodatków - tak samo słodka. Nawet kiełbasa, mało zresztą do normalnej kiełbasy podobna! Wszystko, albo prawie wszystko jest tu na słodko: obrzydliwość, osobliwie, gdy chodzi o zdobycie czegoś, co by się nadawało na zagrychę pod "Mocz Kobyły"...
 
 
Ogólnie, przestają mnie dziwić niepowodzenia w sprzedaży na płodów rolnych z Boskiej Woli, czego ongiś naiwnie próbowałem. Koncept żywności "organicznej" mnie się kojarzy z czymś, co dopiero rosło w ziemi, najlepiej własnymi rękami sadzone, pielęgnowane i zbierane, co może, a nawet powinno być brudne, pachnieć sobą i ziemią, a nawet kompostem - i co, w żadnym razie, nie może mieć nic wspólnego z zaawansowanym przemysłem przetwórczym... Okazuje się, że może, a nawet - zdaniem większości - powinno: i jest to tak samo próżniowo zapaczkowane, tak samo słodkie, tak samo niepodobne do niczego, co kiedykolwiek rosło w ziemi, jak "zwykła" żywność. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że polska (tzn. portugalska, ale przecież: polska...) Pierdonka ma o wiele więcej wspólnego z matką naturą niż to, to co w Walgreenie (a na każdym rogu ulicy jest jeden...) reklamują jako "organic food".
 
Nie mam pojęcia czym to się skończy i czy przypadkiem nie gorszym rozstrojem niż ten z Marsylii... Na razie cierpię z powodu różnicy czasu - i braku dopasowania wtyczki kabla zasilającego laptopa do adaptera, "tłumaczącego" z hamerykańskiego gniazdka na europejską wtyczkę. Muszę zdobyć inny adapter, albo po prostu - hamerykański zasilacz. Na razie kończę tedy - pozostańce na nasłuchu...

7 komentarzy:

  1. zrób kilka fotek z podroży i powrzucaj na bloga, będzie ciekawiej

    OdpowiedzUsuń
  2. W Tajlandii raz miałem ochotę na smażoną kiełbasę, więc zamówiłem w jadłodajni coś co wyglądało jak chorizo. Chorizo przypominało tylko z wyglądu, bo w smaku było obrzydliwie słodkie. Coś jakby kiełbasę bez soli smażyć na słodkim oleju. Gdyby nie fakt, że okropnie głodny byłem a w kieszeni nie miałem karty i dużo gotówki to normalnie bym nie zjadł.

    Może spróbuj jeść "normalne" amerykańskie jedzenie takie jak hamburgery i frytki? Te są w każdym McDonaldzie na świecie identyczne, więc się na pewno nie rozczarujesz.

    OdpowiedzUsuń
  3. Raz:
    Slabo mi. Mowisz, ze jestes w miejscu uprzywilejowanym (i to jeszcze jak, na USA - centrum Chicago, dzielnica uniwersytecka i biznesowa) - a wydajesz osąd dotyczacy wszystkich Amerykanow :-/ Ty tak serio?

    Dwa:
    Myslisz, ze co moze miec oficjalna nalepke z "organic" i "natural". I co masz na skladzie takiego produktu?
    Aha, i czy wiesz, ze w 90% USA to, co masz do dyspozycji w promieniu jakichs kilkudziesieciu km to jest 7/11 i ew. Walmart (i podobne) i tam nie masz ani swiezych owocow/warzyw/miesa i calej reszty?

    Jacek, zlituj sie.
    USA to ogromny kraj, siedzisz w Chicago, i to na dodatek dosc porzadnej dzielnicy a wydajesz sądy jakbys zyl w USA cale zycie i zjezdzil caly kraj???


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież napisałem, że "tutaj"? I nie o czym innym piszę, jak o tym, że całe to "organic", "natural", a nawet "healthy" - to pic na wodę?

      Usuń
    2. Ok, to w takim razie zle zrozumialam.

      Usuń
  4. Aha. A jesli chodzi o niedopasowana wtyczke aaaaaaa pierwszy Fry's albo inny sklep z elektronika, toz maja od metra przelotek na inne wtyczki/standardy na caly swiat...

    OdpowiedzUsuń