Blog główny

poniedziałek, 29 września 2014

Home, sweet home...

Lepsza Połowa twierdzi, że w tym całym Chicago schudłem. Nie do wiary - po "Epic Burgerach" na kolację! Amerykanie o wiele taniej mogliby pokonać ISIS, gdyby zamiast bomb i rakiet, zrzucali na Syrię i Irak zasobniki na spadochronach ze swoim żarciem: po wszamaniu jednego takiego burgerka (fakt, że podwójnego i z frytkami - świetnymi zresztą...) przeciętny człowiek przewraca się jak stał i chrapie - dojście po takiej kolacji do hotelu stanowiło pewne wyzwanie: wygłodzonego Araba mogłoby to pewnie i zabić na miejscu... Podobnie jak te ich okrągłe pączki - w ilości większej niż dwie sztuki...


Pozostając przy kulinariach to faktem jest, że McDonald wszędzie jest taki sam. Zauważyliśmy tylko drobne różnice: nasz McRoyal jest tam "ćwierćfunciakiem", jak słusznie (tyle, że w drugą stronę...) zauważył już Tarantino - a poza tym, opakowania są z grubszej tektury, za to słomki - jakieś takie dziwnie cienkie... No i - napój nalewa się samemu i niekoniecznie trzeba brać do niego lód. To akurat dobry pomysł: nie przepadam za ssaniem przez słomkę lodu...

Podróż powrotna zasługuje na wspomnienie z dwóch tylko powodów. Po pierwsze - nie pojmuję, jaki to konserwatyzm, jaka to obawa przed reakcją opinii publicznej powstrzymuje linie lotnicze i producentów samolotów przed zastosowaniem na pokładach transkontynentalnych liniowców rozwiązania wypróbowanego już w japońskim hotelarstwie:


Przecież to ma same zalety! Po pierwsze - zmieściłoby się ze trzy razy więcej pasażerów, więc bilet mógłby być tańszy. Po drugie - drobna modyfikacja i dałoby się to "sprzedać" jako poprawę bezpieczeństwa (nie, nie - żadne tam spadochrony..! Za drogo by wyszło... ale starczyłoby, żeby każda taka kapsuła była odrębną całością - i już przeżywalność pasażerów przy niektórych typach katastrof byłaby zauważalnie większa...). Po trzecie i najważniejsze - przynajmniej po spędzeniu tych dziewięciu godzin leżąc, a nie siedząc, pasażer wciąż byłby w stanie chodzić...

Owszem: problem byłby z cierpiącymi na klaustrofobię. Ale: dlaczego nie podawać takim (i w ogóle wszystkim, którzy chcą..?) chloroformu na dobry sen..? Na cateringu by się oszczędziło...

Drugi powód jest już jak najbardziej krajowy. Otóż - okazuje się, że przejazd pociągiem z Warszawy do Strzyżyny (najbliższa nam stacja kolejowa) trwa tylko o połowę krócej niż przelot samolotem z Chicago do Berlina... Oczywiście: doliczając czas oczekiwania na pociąg. Chociaż sama jazda pociągiem też ma swój urok: zajmuje WIĘCEJ czasu, niż przelot z Berlina do Warszawy..!

Hmm..? Kapsuły do wynajęcia na stacjach kolejowych..?

No niestety: ani w samolocie, ani na stacji Warszawa - Okęcie, na której spędziłem połowę wczorajszego dnia takich wygodnych kapsuł nie było. Dzięki czemu powróciwszy do domu, przynajmniej nie odczuwam problemów z kolejną już zmianą strefy czasowej: padłem i spałem jak zabity.

Zaraz znowu zasnę. Mija 12 godzin od wzięcia porcji prochów - pora na kolejną porcję, po której niewątpliwie utracę przytomność... Dobranoc zatem Państwu!

czwartek, 25 września 2014

Kartka z podróży

Źle wyglądam na tym zdjęciu. Nie dlatego, że zrobił je automat w muzeum. Ja po prostu źle wyglądam: wywalony bandzioch, niezdrowe, ceglaste wypieki od gorączki, rozbiegane oczka i wory pod oczami z niewyspania:
 
 
Ale wiecie co..? Kawałek dalej był sklep. No i przymierzyłem sobie kurteczkę... Cholera jasna! Jakoś bandziocha nie widać, albo wręcz wpisuje się w styl (skądinąd, wciąż pasuje na mnie rozmiar XL - minimalistyczny przy np. "5XL", których było dużo więcej...) - a stosowne na kurteczce obrandowanie skutecznie odwraca uwagę od innych defektów mojej wątpliwej urody.
 
I to wszystko - za jedyne 175 dolców (bo w przecenie...). Które, szczerze powiedziawszy, wciąż miałem w portfelu.
 
A kolega Wojciech uparcie twierdzi, że bez pracy nie ma kołaczy, he..?
 
Ale nie! Powstrzymałem się. Na Lepszej Połowie kurteczką wrażenia nie zrobię (sianokosy jeszcze do końca nie zapłacone, a po ciężkiej, ofiarnej i pełnej pogardy dla własnej wątroby pracy tutaj - trzeba będzie kupić nową marynarkę...). Na koleżankach z pracy, szczególnie tych sympatyczniejszych - też nie.
 
Jeśli zaś zupełnie niechcący zrobiłbym wrażenie na jakiejś małolacie - blacharze, to by się tylko mogło na złe obrócić: mocno podejrzewam, że takie istoty żywią całkowicie nieuzasadnione przekonanie, że mężczyzna, który sobie kupuje drogie i do niczego (poza poprawianiem samooceny) niepotrzebne gadżety, będzie w takowe również i je zaopatrywał...
 
Poza tym, co się odwlecze, to nie uciecze! Wracamy pełni pomysłów i inspiracji. Również w zakresie kurteczek i innych gadżetów.

środa, 24 września 2014

Ciupcianie geopolityczne

Na szczęście to już koniec. I dobrze. Do tej pory nie zdołałem przystosować się do zmiany czasu i nie było od przyjazdu doby, żebym spał dłużej niż cztery godziny. No i takiego przeziębienia (od klimatyzacji: w pokoju owszem, wyłączyłem, ale cóż z tego, gdy większość dnia przyszło spędzać w hali targowej schłodzonej do temperatury właściwej dla handlu rybami, a nie... czymś innym zgoła , w dodatku przekrzykując afrykańskie bębny, przypominające co jakiś czas, że gospodarzami następnej konferencji będą Zulusi...) - dawno nie miałem!
 
Mało śpiąc, stwierdzam po tych kilku nocach, że CNN jest płytkie jak górski potok. Osobliwie w porównaniu do kanału "Russia Today"... Relacje z ataków na Syrię i Irak w CNN cechuje:
- niczym niezachwiana wiara, że takie strzelanie z armaty do muchy ma głęboki sens i na pewno przyniesie efekt, trzeba tylko ciutek poczekać,
- nie mniej granitowe przekonanie, że wystarczy wystrzelać wszystkich "bad guys", a świat będzie piękny, tolerancyjny i demokratyczny...
 
"Russia Today" też przegina, to prawda - akurat to, że Hamerykanie w du..e mają marionetkową instytucję w postaci jakiegoś tam ONZ to zjawisko zdrowe i nie ma się tu czym podniecać. No ale i bez tego łatwo im z durnych i naiwnych jankesów kpić. Po  jaką cholerę obalali Saddama? Po co im było podkopywanie Assada..? Naprawdę myśleli, że alternatywą dla "krwawych dyktatorów" automatycznie są grzeczni chłopcy, całym sercem wierzący w prawa człowieka i wyższość amerykańskiego stylu życia..?
 
Ba! Oni zdają się wciąż myśleć, że gdy tylko (jeśli tylko...) wystrzelają cały ten ISIS, to następni, którzy zajmą ich miejsce (Hezbollah..? Kurdowie..?) to już na pewno będą ci dobrzy...
 
No cóż: głęboko się w takim razie rozczarują...
 
Problem Bliskiego Wschodu jest taki, że model "modernizacji" przyjęty po II wojnie światowej w kulturze arabskiej po prostu się nie sprawdził. Co ma bardzo konkretne, acz może frywolne konsekwencje w postaci tego, że przeciętny wiek inicjacji seksualnej dla arabskich mężczyzn (pomijając tych kilka krajów, gdzie jest bardzo dużo ropy, a bardzo mało ludzi) to bodaj 35 lat. Wiek w którym część mężczyzn już na emeryturę w tej materii przechodzi. A na pewno chcieliby sobie pociupciać wcześniej!
 
Cóż, kiedy ogromnej większości nie stać na zapewnienie legalnej połowicy tego, co utarło się jako "zadowalający standard", czyli w pełni wyposażonego mieszkania, samochodu i środków utrzymania. A inaczej rozwiązać problemu lokalna kultura nie pozwala...
 
No i co poradzić..? Czy "demokracja" i "prawa człowieka" cośkolwiek w zaspokojeniu tego głodu mogą pomóc..?
 
 
Nie bardzo. Natomiast odrzucenie całego tego "zachodniego stylu życia" - to jest perspektywa dla milionów młodych, arabskich mężczyzn nader pociągająca! Uda się - to znowu wystarczy zapewnić lepiankę i może jaką kozę (a lepianka i koza to dobra, mimo całego technicznego postępu, wciąż łatwiej dostępne niż klimatyzowane mieszkania i samochody...). Nie uda się, przyjdzie zginąć - trudno: to i tak nie jest wcale gorsza alternatywa od stanu obecnego...
 


sobota, 20 września 2014

Biznesmen w podróży służbowej, cz. 2

To nieprawda, że Amerykanie są grubi! Większość tutaj (czyli w ścisłym centrum Chicago - dzielnica uniwersytecka i biznesowa) jest fit.
 
Inna rzecz, że nie wiem, jak oni to robią... Biorąc pod uwagę, co tutaj można kupić do żarcia. A kupić można PRAWIE WYŁĄCZNIE albo coś co jest nazywane "organic", albo chociaż "natural". Z niejaką podejrzliwością traktuję te etykietki, bo co z tego, że tortille, które - z braku szans na choćby kawałek normalnego chleba - kupiłem pierwszego dnia nazwane były "organic" i w dodatku "traditional" - jak słodkie toto samo z siebie jak, za przeproszeniem, jakiś wafel, a nie chleb? I zdecydowana większość dostępnych dodatków - tak samo słodka. Nawet kiełbasa, mało zresztą do normalnej kiełbasy podobna! Wszystko, albo prawie wszystko jest tu na słodko: obrzydliwość, osobliwie, gdy chodzi o zdobycie czegoś, co by się nadawało na zagrychę pod "Mocz Kobyły"...
 
 
Ogólnie, przestają mnie dziwić niepowodzenia w sprzedaży na płodów rolnych z Boskiej Woli, czego ongiś naiwnie próbowałem. Koncept żywności "organicznej" mnie się kojarzy z czymś, co dopiero rosło w ziemi, najlepiej własnymi rękami sadzone, pielęgnowane i zbierane, co może, a nawet powinno być brudne, pachnieć sobą i ziemią, a nawet kompostem - i co, w żadnym razie, nie może mieć nic wspólnego z zaawansowanym przemysłem przetwórczym... Okazuje się, że może, a nawet - zdaniem większości - powinno: i jest to tak samo próżniowo zapaczkowane, tak samo słodkie, tak samo niepodobne do niczego, co kiedykolwiek rosło w ziemi, jak "zwykła" żywność. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że polska (tzn. portugalska, ale przecież: polska...) Pierdonka ma o wiele więcej wspólnego z matką naturą niż to, to co w Walgreenie (a na każdym rogu ulicy jest jeden...) reklamują jako "organic food".
 
Nie mam pojęcia czym to się skończy i czy przypadkiem nie gorszym rozstrojem niż ten z Marsylii... Na razie cierpię z powodu różnicy czasu - i braku dopasowania wtyczki kabla zasilającego laptopa do adaptera, "tłumaczącego" z hamerykańskiego gniazdka na europejską wtyczkę. Muszę zdobyć inny adapter, albo po prostu - hamerykański zasilacz. Na razie kończę tedy - pozostańce na nasłuchu...

sobota, 13 września 2014

Szczyt szczytów...

Podobnie jak staram się nie zaglądać na Onet (i regularnie to postanowienie łamię... szmata nie charakter!), tak też staram się nie kupować "Najwyższego Czasu!". Od dawna zamieszczane są tam albo banały - albo bzdury. Może jeden na dziesięć tekstów (i prawie zawsze autorstwa albo JKM, albo p. Michalkiewicza...) coś wnosi i da się go czytać.


Lektura "NCz!" od deski do deski obecnie zajmuje mi około godziny: w ogromnej większości wypadków starczy przeczytać "lead" i pobieżnie przelecieć wzrokiem teskt, przecież nie muszę się wczytywać w argumenty, zawsze takie same i zawsze tak samo (na ogół), albo oczywiście słuszne - albo nie mniej oczywiście płaskie...

No ale naprawdę jestem chory. Napięcie ze mnie opadło po zrealizowaniu ważnego zadania w pracy - i zaraz mnie dopadły wirusy, przyniesione, rzecz jasna przez koleżanki i kolegów, których pociechy właśnie dokonały w szkołach wymiany ich mutacji, pozbieranych w różnych miejscach przez wakacje... Dopadli mnie też lokalni dziennikarze i zaiste jest mi wstyd. Już nie tylko tego, co bredziłem w gorączce, ale głównie tego jak wyglądam - a wygląda na to, że wyglądam jak mocno opalony Lewantyńczyk z nalaną od tłuszczu i świecącą potem mordą i biegającymi niezbornie, świńskimi oczkami, jak nie przymierzając - u jakiego Kwacha... Gdybym przypadkiem wybierał się właśnie za Wielkie Bajoro (a nie potwierdzam i nie zaprzeczam, że się właśnie wybieram...), to urzędnik imigracyjny miałby ze mną jeden tylko problem: wrócić mnie z powrotem do Berlina - czy jednak odesłać od razu do Guantanamo..? Żeby chociaż była szansa na Klewki czy inne Kiejkuty..!


Jednym z objawów chorobowego osłabienia jest i to, że zgarnąłem dziś do koszyka ówże nieszczęsny "NCz!". Dzięki czemu doznałem, niechcący, pewnej epifanii. Może niezbyt wielkiej i niezbyt ważnej - ale w tak ponurych okolicznościach przyrody, każdy powód do radości jest dobry!

Oto ostatni, czyli zeszłotygodniowy numer "NCz!" zawiera tekst niejakiego Adama Danka (sądząc po pobieżnym wygooglowaniu, świeżo upieczonego magistra politologii i pewnie doktoranta - niestety, ale nadredaktor Sommer, pisząc doktorat w Szkole Nauk Społecznych PAN, do czego najzupełniej przypadkowo i niechcący sam się przyczyniłem - pozbierał z tej kuźni i matecznika waryatów wszelakich niezły wybór oryginałów...). Tekst o myśliwstwie.

Łowiectwo, uważajcie Państwo, nie podoba się panu magistrowi Dankowi. Dlaczego mu się nie podoba..? Bo jest nie fair! Myśliwy ma sztucer z celownikiem optycznym i niczym, ale to niczym nie ryzykuje ubijając sarnę, zająca czy innego daniela - i nawet wilk, ani cała wataha wilków nie dałyby mu rady, boż sztucer jest półautomatyczny (pan magister Danek pisze "automatyczny", ale to oczywiście pomyłka, przez litość nie wymieniam innych...).

Ogólnie: myśliwstwo nie jest konserwatywne, tylko burżuazyjne..!

No ręce i nogi...


I nie! Wcale nie oczekujcie po mnie Państwo, że zacznę teraz bronić myśliwych!

Polski Związek Łowiecki to postkomunistyczna jaczejka, w ogromnej większości zdominowana przez byłych i obecnych "siłowników", a uzupełniająca swoje szeregi metodą całkowicie arbitralnej kooptacji. Ta jaczejka ma zagwarantowany ustawowo monopol dla swoich członków na WSZELKI kontakt ze zwierzyną dziką (uważaną, w myśl prawa, za "własność państwową" - co pozwala kompletnie ignorować właścicieli gruntów, na których ta zwierzyna przebywa i pasie się...): stąd też przestępstwem jest nie tylko zabijanie tejże dzikiej zwierzyny, ale także - udzielanie jej pomocy nawet, gdy jest ranna, o czym dawno temu pisałem i to był jeden z pierwszych wpisów na tym właśnie blogu.

Że poluje się z broni palnej..? Ale z innej w Polsce polować nie wolno! I ma to bardzo konkretny, praktyczny sens: broni monopolu uprzywilejowanej mniejszości. Dostęp do broni palnej jest mimo wszstko dość trudny (nie twierdzę, że da się go całkiem wykluczyć, ale dla mnie na przykład - nabycie jakiegokolwiek "guna" to rzecz znacznie powyżej pułapu moich możliwości finansowych, obojętnie - legalnie czy nielegalnie...). Łuk, kuszę czy procę - można sobie w ostateczności zrobić samemu.

Oczywiście ów stan ma swoich obrońców - nawet wśród tzw. "ekologów". Zwierzyna dzika też nie przejmuje się granicami działek, te działki w Polsce - w przeciwieństwie do takiej Anglii na przykład, czy nawet Francji, gdzie właściciele więcej mają do powiedzenia - są malutkie i doprawdy, trudno uzasadnić, dlaczego właściciel mazowieckiego zagonu, długiego na 800 metrów, a szerokiego na 5 metrów - miałby prawo zabijać sarnę tylko dlatego, że stanęła jednym kopytkiem na jego miedzy...

Tym niemniej nawet uznając pewne obiektywne racje - nie musimy się zgadzać na stan istniejący, który jest zwyczajnie - chory. Zwierzyny dzikiej jest w Polsce z roku na rok coraz więcej. Wynika to zarówno ze zmian w technikach hodowli zwierząt (coraz to mniej jest ogrodzonych pastwisk - które dawniej nieco przeszkadzały w swobodnej migracji większym gatunkom dzikich ssaków, za to coraz to więcej jest uprawianej na kiszonkę kukurydzy, a to ulubiony pokarm m.in. dzików, o czym też pisałem - na blogu głównym, bo to w sąsiedztwie poważny problem...), zmian w krajobrazie (coraz więcej śródpolnych zagajników i porzuconych działek - i wcale a wcale nie wynika to z troski władz, tylko z nieopłacalności uprawy ziemi...) - jak też i z faktu, że członkowie owej postkomunistycznej jaczejki to w znacznej mierze ciepłe kluchy, ciastonie, ofermy i mięczaki, zadające tylko szyku drogimi kurteczkami i "terenowymi" (he, he, he...) samochodami. I zwyczajnie tak trzebić zwierzyny, żeby jej ilość nie przyrastała w sposób niekontrolowany - nie dają rady.

Swoje robią też absurdalne programy typu "reintrodukcja bobra", czy "szczepienie lisów przeciw wściekliźnie". Zaiste! Zwolennik spiskowej teorii dziejów miałby się tu czym pożywić: czyż w jednym z "raportów dla Klubu Rzymskiego" nie pisano, że w Polsce powinno żyć na stałe maksymalnie 8 milionów ludzi, trudniących się obsługą parków łowieckich dla zagranicznych turystów i, ewentualnie, wyrabianiem łapci z łyka..? A nie da się ukryć - zwierzynie dzikiej żyje się w Polsce coraz to lepiej i ta "stopa wzrostu" jakoś nie maleje, całkiem niezależnie od gospodarczej koniunktury i światowych wojen handlowych - a Polaków, przeciwnie, równym tempem ubywa...

Jest tu na co narzekać i nad czym się pastwić. A pan magister Danek... niczego z tych rzeczy nie dostrzega! Jakim trzeba być skończonym lekkoduchem, oderwanym od życia ideologiem, mieszczuchem zakutym - żeby tak spudłować z tekstem..? Żeby pominąć WSZYSTKO co w sprawie istotne, bawiąc się jakimiś wydumanymi, mieszczuchowatymi "wątpliwościami moralnymi"..?

Zakompleksionym chłopaczkom z miasta często imponuje fizyczna siła...
No cóż: może WYGLĄDAM jak spocony Lewantyńczyk - ale jeśli pan magister Danek dowie się o tym tekście i poczuje się obrażony (na co mam wielką nadzieję, bo CHCIAŁEM go obrazić i poniżyć - zasłużył na to...), to serdecznie zapraszam do Boskiej Woli. Dołów na ciała ci u mnie dostatek...

Serdecznie życzę panu magistrowi Dankowi, żeby go w szczycie sezonu łowieckiego, czyli w styczniu lub w lutym, jeden z nielicznych w Polsce myśliwych prawdziwych (i tacy się przecież trafiają - prawo wielkiej liczby jest nieubłagane...) - zabrał ze sobą na noc na ambonę. Rozumu od tego pewnie nie nabierze, ale jest szansa, że jaja sobie odmrozi - i przynajmniej nie spłodzi podobnych sobie potomków...

środa, 10 września 2014

Niezaspokojona żądza jako "problem społeczny".

Próbuję zwalczać w sobie odruch zaglądania na Onet. Ale co zrobić: czasem człowiek tak jest odmóżdżony, że do niczego więcej już niezdolny (osobliwie: do przeglądania najdowcipniejszych nawet portali "z misją" - a takiego ogólnoinformacyjnego na poziomie po prostu nie ma...) -  a i sprawdzić od czasu do czasu wypada, jak tym razem smarują nam dupska (bo smarują, oj smarują - nie rzadziej niż raz na tydzień...)...

Tym sposobem któregoś z ostatnich dni - może to było wczoraj, ale na pewno nie pamiętam, jak do tej pory ten tydzień był bardzo intensywny i dni zlewają mi się w jeden - mignął mi "na głównej" niedługi dość tekścik o niewyżytych, bo nie mających wzięcia u płci przeciwnej młodzieńcach, którzy sobie tylko z tego powodu założyli rodzaj "popkultury", wymyślając sobie nazwę ("incebs"..? Od involuntary celibat..? jakoś tak...).

Tekst był najoczywiściej bzdurny i nie ma co go komentować. Problem sam w sobie już taki bzdurny bynajmniej nie jest - ale po kolei...

Podejście do tego, delikatnego skądinąd zagadnienia, doskonale nadaje się do zilustrowania mojego poglądu na ideologie.

Ideologie mogą być bardzo różne, ale łączy je wszystkie to, że zasadniczo mniej lub bardziej świadomie i celowo ignorują rzeczywistość taką, jaka ona jest - traktując wszystkie doniesienia tego rodzaju li i jedynie jako pretekst do ćwiczeń w utopiźmie.

I tak, w tym konkretnym przypadku zakuty liberał/libertarianin skwituje zjawisko krótko, że to bełkot i żadnego problemu "nie ma". A jak jest nie tylko zakuty, ale i głupi zwyczajnie, to doda, że - wszystkiemu jest winne opresyjne państwo, bo przecież gdyby go nie było, to wszyscy byliby młodzi, piękni, szczęśliwi i bogaci, a panienkom robiłoby się mokro między nogami na sam widok pryszczatego, bladego, aszkenazyjskiego intelektualisty (zwanego z angielska geekiem albo, ewentualnie, nerdem...).


Zakuty lewak dla odmiany (wszystko jedno jakiej konkretnie proweniencji...) uzna, że owszem, problem jest - ale to "wina społeczeństwa", które widać nie zapewnia młodzieży męskiej dostatecznego wsparcia i opieki ze strony instytucji. W skrajnym przypadku taki utopista (niewątpliwie pod tym względem dużo szkodliwszy od libertarianina...) zacznie snuć wizje, których - oby nie proroczą - wersję już dawno temu przedstawiłem i nie raz przypominałem...

Co zrobi konserwatysta, ideologie odrzucający z założenia..?

Konserwatysta zauważy, że w ogromnej większości znanych nam społeczeństw istniało coś takiego jak "obrzęd inicjacji". Czasem formalny, funkcjonujący w centrum obrzędowego kalendarza danej kultury, częściej - raczej nieformalny, ograniczony do grup rówieśniczych lub kręgu rodziny. 

Z czysto biologicznego punktu widzenia gatunek homo sapiens cechuje niezwykły wprost nadmiar samców: jeden mężczyzna mógłby z powodzeniem zapładniać tysiące kobiet (byli i są tacy, którym się to udaje...), a z całą pewnością - wystarczyłby jeden na przynajmniej kilka - kilkanaście kobiet jak u większości dużych ssaków, naczelnych nie wyłączając.


To, że większość ludzi żyje w parach mniej - więcej monogamicznych to nie jest cecha biologiczna, tylko kulturowa - i żeby tę cechę (pożyteczną dla naszego gatunku o tyle, że zapewnia lepsze utrzymanie potomstwa - niezależnie od tego, że zapewne wielu samców beta wychowuje nie swoje dzieci...) utrzymać, a chwieje się ona nieustannie pod naporem instynktów (każących kobietom poszukiwać raczej samców alfa, a mężczyznom - zapładniać wszystko co się rusza i na drzewo nie ucieka) - potrzeba wielkiej dozy wysiłku, kompromisu, kultury i hipokryzji...

Nieustanne od stuleci wysiłki utopistów, podkopujących tradycyjne instytucje społeczne w imię wydumanych ideałów nie-z-tego-świata, oczywiście że podkopały tę delikatną tkankę kłamstw, pochlebstw, półprawd i przemilczeń. Włącznie z tym, że w takiej Szwecji przestępstwem jest skorzystać z usług prostytutki: nie potrafię zrozumieć, jak ktoś w ogóle mógł wpaść na pomysł tak porąbanego prawa..?

Złudzeniem jest mniemać, że wystarczy teraz "pozbyć się opresyjnego państwa" - a wszystko samo z siebie wróci do naturalnego porządku. Otóż - nie wróci, bo ten porządek w żadnym razie nie był "naturalny"..!

Dla przetrwania naszego gatunku samopoczucie samców beta jest bez znaczenia. Owszem - ich mniej lub bardziej ochotny współudział w podtrzymywaniu materialnych podstaw cywilizacji (i dobrobytu kobiet...) był dawniej istotny i stąd - te społeczności pra-ludzkie, które o zachowanie pozorów monogamii nie dbały, na wczesnym etapie rozwoju okazały się od bardziej w tej mierze subtelnych gorzej przystosowane. Ale te czasy dawno już minęły. W skrajnym przypadku całkiem spokojnie można sobie wyobrazić dalsze istnienie ludzkości bez mężczyzn w ogóle - a mężczyźni beta..? A na co oni komu w dzisiejszych czasach..? Ani zadowolić kobiety taki nie potrafi, ani z prawdziwymi alfa rywalizować w biurowych czy politycznych intrygach... Żeby jeszcze chciał zostać gejem! No, wtedy mógłby przynajmniej uchodzić za "proletariat zastępczy". Ale ta godna pożałowania postać i na ten krok zdecydować się nie potrafi!

Pojedynczy samiec beta to nie problem - dostanie wciry i będzie chlipał w kącie.
Ale wśród ludzi, w przeciwieństwie do naszych małpich kuzynów, takich są setki milionów. A może i kilka miliardów..? W końcu, co by nie mówić, nie każdy może być alfą...

Z kolei dalsza ingerencja tak uwielbianą przez wszelkiej maści lewicę metodą "ręcznego sterowania" - skończyć się może tylko jakąś piramidalną karykaturą w rodzaju "kontraktacji usług seksualnych przez NFZ" (co wcale, skądinąd nie jest żartem - bo takowe usługi NALEŻĄ SIĘ pewnym kategoriom pacjentów w takiej na ten przykład Francji...).

Co zrobić w tej sytuacji..?

Pojęcia nie mam. Ale może ktoś z Państwa ma pomysł..? Bo jeśli czegoś się nie wymyśli, to wizja tłumów sfrustrowanych seksualnie nieudaczników robiących uliczne rewolty - nie jest wcale taka znowu odległa. A w Egipcie (co prawda, w społeczności muzułmańskiej ta frustracja ma głębsze podstawy i nie tyle wynika z "powrotu do natury", co z nieco nieprzemyślanej adaptacji tradycji do materialnych wymogów współczesnego świata...) to, za przeproszeniem, kto te ostatnie antymubarakowe rewolucje robił - na co się zresztą nieuważne zagraniczne dziennikarki parę razy skarżyły..?


Z serii: ciekawostki nie-z-tego-świata (poniekąd niezupełnie a propos tekstu, ale co tam...). Lepsza Połowa zaglądając mi przez ramię zauważyła, że jeden z portali litewskich zamieścił ostatnio alarmujący materiał o litewskich mężczyznach, poważnie zaniepokojonych faktem, że budzą się rano z erekcją... Hmm? To przynajmniej chyba łatwo rozwiązać? Uciąć..?

niedziela, 7 września 2014

Wolna miłość

Bodaj Rafał Ziemkiewicz rzucił ongiś w jakimś artykule mimochodem uwagę, że pisarze sf błądzą, przedstawiając stosunki erotyczne wśród członków załóg/kolonistów międzygwiezdnych zamkniętych w statkach wysłanych w daleką przestrzeń albo na zasadzie radosnego i bezkompleksowego "każdy z każdym", albo też - prostego przeniesienia stanu istniejącego w USA obecnie. Jego bowiem zdaniem, żeby niewielka liczebnie społeczność, dysponująca ściśle określonymi zasobami, których w żaden sposób nie da się powiększyć przed przybyciem do celu nie zwariowała i nie powyżynała się wzajemnie - a zarazem nie umarła z nudów, co najłacniej może się jej przytrafić - lepszym wzorcem zachowań erotycznych byłaby "miłość dworska". Więc taka, w której droga do celu zdecydowanie zastępuje i spycha w cień sam ów cel...

Z tym twierdzeniem są dwa problemy. Jeden zasadniczy, a drugi poboczny. Problem zasadniczy: pisarze sf nie po to na ogół piszą, żeby jakieś eksperymenty myślowe w zakresie socjologii małych grup społecznych przeprowadzać - tylko żeby kasę zarobić. A żeby zarobić kasę, trzeba tak pisać, co by czytelnicy (a przede wszystkim: producenci filmowi...) kupowali. To chyba jasne..? 

Problem poboczny: tak naprawdę to wcale nie wiemy, czy kiedykolwiek coś takiego jak "miłość dworska" rzeczywiście istniała w formie, w jakiej nam to przedstawiają niektóre średniowieczne utwory literackie. Same zresztą owe utwory są owej kontrowersji przyczyną: co prawda zwykły przedstawiać rzecz całą w metaforach i omówieniach, ale jeśli zbłąkany Lancelot, głodny, brudny i ranny, trafia do kasztelu, którego pani, dopiero co go poznawszy i ani pytając o imię i ród, osobiście obmywa bohatera w balii, a po uroczej kolacji prowadzi do swojego łoża - to czym to się, w gruncie rzeczy, różni od piątkowego wypadu na clubbing w takim Londynie czy innym Lądku Zdroju..?


Problem poboczny dlatego jest poboczny właśnie, że to, czy "miłość dworska" istniała naprawdę, czy jest tylko czysto językową konwencją zakłamującą rzeczywistość - dla istoty sprawy nie ma najmniejszego znaczenia. "Ideał rycerski" też w rzeczy samej niezmiernie rzadko był spotykany - a przecież, koniec końców przyjął się i mamy, z końcówki średniowiecza niejeden przykład zachowań bardzo rycerskich (choć często dlatego właśnie - głupich: co by daleko nie szukać - Władysław Warneńczyk wbrew zdrowemu rozsądkowi i radom doświadczonego wodza szarżujący osobiście na janczarów...).

Konwencja literacka, jeśli będzie powtarzana po wielekroć w miarę konsekwentnie - ulega internalizacji i ludzie zaczynają tak się rzeczywiście zachowywać, jak to wcześniej oderwani od życia poeci opisywali...


Marks oczywiście nie miał racji - to tzw. przezeń "nadbudowa" jest pierwotna, a nie żadna tam "baza". Istotne jest bowiem to, co motywuje ludzi do działania - a nie to, w jaki sposób ci ludzie owo działanie realizują, przy pomocy jakich narzędzi i środków...

Tak więc, w rozważaniach nad tym, czy "miłość dworska" może jeszcze mieć jakieś zastosowania w przyszłości, czy też nie, nie powinny nas w powstrzymywać płaskie wątpliwości co do historyczności samego zjawiska - bo to dla przyszłości bez znaczenia. Grunt, że jak piszę "miłość dworska", to wszyscy wiedzą o co chodzi - nieprawdaż?


Chodzi o coś dokładnie przeciwnego temu, nad czym w swoim drugim już blogu rozwodzi się nasz przyjaciel Wojtek Majda (przy okazji udzielając wielu rad praktycznych: właśnie się dowiedziałem, że NIE mam problemów z brakiem testosteronu na razie - dzięki!). Czyli o sytuację, w której mężczyzna zainteresowany posiąściem kobiety zmierza do celu w sposób możliwie dookólny, rozwlekły, pośredni, zakamuflowany i pozbawiony JAWNEJ (tj. skierowanej na obiekt owych dążeń, a nie na jakiś "obiekt zastępczy", w postaci chociażby turniejowego partnera...) drapieżności...

Czyli, zamiast zacytować hrabiego Fredrę (np.: Tadeusz, odkąd poznał Zosię, marzył o minecie...) - a to kwiatek podaruje, a to chusteczkę podniesie, a to komplemencikiem rzuci - ale tak, żeby w razie czego móc się jeszcze wycofać, w żart obrócić, poważnych deklaracji uniknąć i broń Panie Boże - do czynu nie przejść. No - w płetwę można pocałować. W ostateczności. W Polsce. Gdzie całowanie w płetwę RACZEJ nie będzie jeszcze traktowane jako "molestowanie seksualne". Bo na Wyspach Mglistych - pewnie i tego byłby strach..?

I tu już Państwo wiecie do czego piję i o czym tak rozwlekle pisać ZACZYNAM w ten piękny, niedzielny poranek, odwlekając tym samym moment, w którym będę musiał wstać od końputera i pójść najpierw naprawiać ogrodzenie Wielkiego Padoku, a potem - rąbać, co wczoraj narżnąłem... Nie mówiąc już o paleniu ogniska - mała to przyjemność w tak gorący dzień jak dzisiaj, wieczorem pewnie będę trupem...

Tak jest! "Miłość dworska" wcześniej jeszcze niż na pokładach międzygwiezdnych statków (prawdę powiedziawszy to nie wygląda na to, abyśmy mieli takowe kiedykolwiek wysyłać...) może dać się zastosować we współczesnej korporacji, osobliwie, gdy ta opanowana jest przez polityczną poprawność.

Wydaje mi się, co prawda, że są co najmniej dwie przeszkody. Po pierwsze - żeby do tego doszło, kanon politycznej poprawności musiałby taki rodzaj relacji między kobietami a mężczyznami inkorporować do tzw. "mainstreamu" współczesnej rozrywki. Nie jest to może nie do pomyślenia (więcej jest chyba bohaterów literackich czy filmowych, którzy zdobywają miłość przez "zasługiwanie się", niż takich, którzy bezczelnie podchodzą do kobiety i mówią jej prosto z mostu, że mają ochotę ją zer...ąć...) - ale obawiam się, że feministki mogą jednak mieć na ten temat inne zdanie. Kobieta musiałaby być... kobieca! Czyli jednak trochę omdlewająco - bierna i przyjmująca hołdy. Tymczasem ja tam mam wrażenie, że dla feministek ideałem jest witkacowski "kobieton" - istota, która poza czysto biologicznym wyposażeniem, niczym się już od mężczyzny nie różni...

Po drugie - zasadniczy problem z całą tą "miłością dworską" jest taki, że nawet najsmaczniejszy tort z czasem się przeje - nieprawdaż? Innymi słowy: bardzo trudno sobie wyobrazić, żeby hołdy, przysługi i komplemenciki nie stały się z czasem męczące, nudne, irytujące nawet...

W średniowiecznym kasztelu, abstrahując już od tego, na ile przekazy literackie zafałszowują, a na ile opisują rzeczywistość, niewątpliwie panowało spore napięcie seksualne. W Europie Zachodniej dziedziczył majętność tylko najstarszy syn - praktyczne rody zatem, nie pozwalały młodszym na zakładanie rodzin, żeby nie obarczać się nadmiarem pozostających na utrzymaniu seniora krewnych. Tym samym, zwykle w takim kasztelu było wielu młodych mężczyzn którzy nie mogli liczyć na małżeństwo (chyba, żeby się starszemu bratu przykry wypadek przytrafił - albo, o co było w sumie trudniej - gdyby udało się zdobyć własne lenno, w taki lub inny sposób...). Były też tam oczywiście kobiety - klasyczny "owoc zakazany" dla całej tej bandy, nader przypominającej i zachowaniem i sposobem bycia współczesne gangi młodzieżowe.

Jakoś trzeba było to napięcie kanalizować i rozładowywać. Czy owo rozładowanie było czysto werbalne, jak utrzymują niektórzy ówcześni poeci, czy też jednak owe opiewane, niedościgłe kasztelanki za wiedzą, albo i bez wiedzy pana męża udzielały również fizycznych łask juniorom (taka odwrotność rzekomego "prawa pierwszej nocy" - którego, jak już kiedyś wykazałem, z całą pewnością NIE BYŁO...) - to, jako się rzekło, mniej dla nas może istotne. Istotne jest, że sama sytuacja nie pozostwiała obu stronom wyjścia: panie musiały godzić się na hołdy (nawet, jeśli te hołdy nie były zawsze tak finezyjne, jak to poeci opisują - to alternatywa była zdecydowanie gorsza: wiemy coś o tym z zachowanych akt sądowych, gdzie napad znudzonej drużyny rycerskiej na żeński klasztor w celu trwającego kilka tygodni zbiorowego gwałtu nie jest bynajmniej zjawiskiem jednorazowym i odosobnionym...) - a młodzi panowie prześcigali się w ich składaniu bo ostatecznie - cóż innego niby mieli do roboty..?

Niewątpliwie w korporacji również panuje napięcie seksualne. Jak mogłoby nie panować, gdy w tych samych czterech ścianach przez większość dnia zamknięci są ambitni, żądni władzy, buzujący testosteronem mężczyźni (tacy jak ja na przykład - he, he, he...) - i ponętne kobiety, jeszcze pozapinane w te mundurki, które dla niejednego są potężnym fetyszem..?


Wydaje się jednak, że łatwiej było o dobrą zabawę dla obu stron, odpędzenie nudy i miłą odmianę, gdy zalotnik ryzykował życiem - niż gdy ryzykuje co najwyżej karierą... Różnica niby drobna, ale... niech żyją drobne różnice!


Swego czasu zresztą, czyli te 700 - 800 lat temu, była cała ta "miłość dworska" (ponownie powtarzam: niezależnie od tego, czy jest to zjawisko czysto literackie, czy jednak - miało ono jakiś odpowiednik w rzeczywistości) obyczajową rewolucją większą od tej całej rzekomej "rewolucji seksualnej" z połowy zeszłego stulecia.

Co prawda obdarowywane hołdami panie pozostwały nieco omdlewająco - bierne i trudno im było przejawiać własną inicjatywę (acz wcale nie było to takie całkiem niemożliwe...), ale też - co bardzo istotne i co od czasu do czasu spotykało się z potępieniami konserwatystów (nieśmiałymi na ogół, bo konserwatystów zwykle ogarnia onieśmielenie w kontakcie ze Sztuką - a o Sztuce przecież tu dyskutujemy, nieprawdaż?), "miłość dworska" kompletnie ignorowała więzy małżeńskie.

Był to rodzaj "wolnej miłości" o tyle, że małżeństw "z miłości" prawie podówczas nie było (tak szczerze pisząc to jeszcze moi rodzice zostali sobie przedstawieni przez swatów, "rajbami" na Kociewiu zwanych...), że kobieta, wedle zachodnioeuropejskiego prawa zwyczajowego była w sumie rodzajem inwentarza, tym się tylko różniąc od bydła czy niewolników, że za jej pośrednictwem Bóg sprowadzał na ziemię jakże pożądane potomstwo dla rodu, a rody wchodziły ze sobą w koligację. Pomysł zatem, że i kobieta może jakieś emocje odczuwać, że może się zakochać w zalotniku na ten przykład - bardziej był chyba rewolucyjny od utopijnej koncepcji, że dawanie d...y to czynność równie trywialna jak zjedzenie śniadania..?

Nota bene: pomysł, że dawanie d...y jest czynnością równie trywialną jak zjedzenie śniadania chyba się jednak nie przyjął i przyjąć się nie może - bo jest najoczywiściej sprzeczny z doświadczeniem. Zdaje się, że prezydent Najbardziej Wyzwolonego Państwa Zachodu ma obecnie kłopoty, bo zdradził swoją kochankę - czyż nie..? No właśnie...

Reasumując, ćwiczenia w zakresie "miłości dworskiej" nie wydają się sensownym pomysłem dla młodzieży. No chyba, żeby ją faktycznie zapuszkować na pokładzie międzygwiezdnego statku (co, jak słusznie zauważył Mistrz Lem - tym się tylko różni od dożywotniej odsiadki, że nie ma co marzyć o ucieczce...). Skądinąd zresztą - zadanie przeprowadzenia takiego eksperymentu myślowego, o ile mi wiadomo, pozostaje wciąż do wykonania, bo i sam Ziemkiewicz się go nie podjął, a ze znanych mi pisarzy sf jedyny, który coś więcej o kwestiach płciowych pisze, to bodaj Orson Scott Card - który jednak, jak na dobrego mormona przystało, ogarnięty jest dziwną dla mnie (obecnie - bo może 20, czy choćby 15 lat temu inne miałbym na ten temat zdanie...) obsesją na punkcie posiadania możliwie licznego potomstwa...

Co innego my, starzy! Sprowadzając dziś rano stado z pastwiska na śniadanie zobaczyłem bolid mknący po nieboskłonie ze wschodu na zachód. Nim zgasł, zdążyłem, zgodnie z tradycją, pomyśleć sobie życzenie - w pełnym paniki pośpiechu, bo zjawisko było krótkotrwałe. Życzenie zatem pozbawione było krzty wyrachowania, bo na długie namysły czasu nie miałem.


Treść tego życzenia, której oczywiście, zgodnie z tradycją, nie zdradzę, upewniła mnie samego, że tak naprawdę nie pragnę żadnych, ale to żadnych zmian w życiu - no, może poza tym, żeby z czasem pobudować się nieco wygodniej, stado powiększyć, ziemię lepiej zagospodarować i żeby Lepsza Połowa była dla mnie lepsza. Czyli takie samo jutro jak dziś, tylko piękniejsze.

Inna rzecz, że doprawdy, jak patrzę na swoje życie z perspektywy średniej wielkości miasta - to nie ma co narzekać a już najmniej - nie ma co pożądać odmiany.

Z czego oczywiście nie wynika wcale, że smukła kibić jakiejś koleżanki, odzianej w ten seksowny, biurowy mundurek, nie może już sprawić, że mi ciśnienie wzrośnie! Co nie tak dawno sugerowałem (licząc po cichu na jakże przyjemne w konsekwencjach, podjęcie przez Lepszą Połowę rękawicy i stanięcie do rywalizacji...).

Tyle tylko, że - po jaką cholerę komplikować sobie z tego powodu życie..? Przykłady, które znamy z życia są różne, jedne całkiem udane, inne zdecydowanie nie - i zresztą, nie mnie to oceniać, w końcu mamy i wolność i wolną miłość (bez żadnych cudzysłowów - ostatecznie obecnie chyba już nikt "rajbów" nie wysyła - zamiast tego są portale randkowe..?) i każdy sam za siebie odpowiada. Przeprowadzenie rewolucji w życiu nie jest sprawą łatwą ani małą, wiem coś o tym i doprawdy - nie mam najmniejszej ochoty na kolejną.

Jeśli mi zatem nawet ciśnienie wzrośnie, a buzujący testosteron uszami zacznie parować - to czyż nie najlepiej obrócić wszystko w żart? Mężczyzna w pewnym wieku, pozwalając sobie na niekontrolowane odruchy serca (i lędźwi - póki te lędźwie wciąż są do jakichkolwiek odruchów zdolne...), jak już o tym nie tak dawno pisałem, nieuchronnie staje się śmieszny. Tym bardziej, że - moim zdaniem - nie żadna pożądliwość nim kieruje, tylko właśnie - strach przed śmiercią i chęć ucieczki. A cóż może uchronić przed byciem śmiesznym jak nie - wyśmianie siebie samego jako pierwszy..?

środa, 3 września 2014

Zaślepienie

Od razu przyznaję: lubię Rosję, Rosjan (a najbardziej to Rosjanki i rosyjskie konie ma się rozumieć!), a Putin mi imponuje. Jestem rusofilem i nie zamierzam się tego wstydzić!
 
 
Dlatego, kiedy widzę na moim ulubionym historycznym forum takie perełki (dyskusja toczyła się akurat między koleżanką z Bieszczad, a jednym z kolegów - mnie się w tym wątku od dawna już nie chce pisać):
Rosja atakując Ukrainę (a wcześniej Gruzję) jest agresorem działającym wbrew wszelkim regułom wypracowanym po katastrofie II WŚ gdzie spory między państwami miały być rozwiązywane niemilitarnie. Łamiąc te zasady Rosja stała się czynnikiem destabilizującym w regionie zamiast gwarantem wzajemnego bezpieczeństwa co powoduje iż kraje takie jak Ukraina mają gorszą szansę na stabilizację i uporządkowanie własnych spraw. Sama przyznajesz iż nie wiesz co zamierza Putin a to jest warunek do tego by dany kraj uznawać za stabilny lub nie. W tym układzie po obaleniu Janukowycza Ukraina, po latach bycia krajem totalnie skorumpowanym, weszła na drogę stania się krajem w końcu uporządkowanym bo jej wybór proeuropejski jest tego dowodem. Ukraińcom pzestało się podobać być rosyjskim zderzakiem i chcą w końcu doprowadzić do tego by ich kraj zaczął wychodzić z postrsowieckiego bezhołowia w jakim jest Rosja i jej "strafa wpływów". To wkurzyło Putina i ten doprowadził do agresji na Krym i na wschodzie Ukrauiny by nie dopuścić do normalizacji u sąsiada który w odróżnieniu od Rosjan ma siłę i zdolnośc do opanowania chaosu i demokratyzacji kraju.
W tym układzie pisanie iż Ukraina jest największym zagrożeniem dla Ukrainy jest bzdurą bo to nie Ukraińcy mieszają a właśnie Rosja i jej imperialistyczne resentymenty. Rosja jest krajem praktycznie upadłym zdolnym jedynie do agresywnych zachowań a nie racjonalnej działaności. Od lat opartym na kamaryli potentatów wyrosłych u "cycka" Kremla i jego posesorów nie wiele mającej wspólnego z demokratycznym państwem prawa. Nie masz tam nawet cienia wolności obywatelskich czy słowa zaś ludność w znakomitej większości jest stale indoktrynowana oraz trzymana w permanetnej biedzie (poza kilkoma ośrodkami miejskimi).
Ponieważ reżim Putina wmówił Ukraińcom (podobnie jak za czasów komuny) iż są obydwa narody takie same (co jest kłamstwem) to zmiany na Ukrainie są postrzegane przez zamordystów w Rosji jako zagrożenie i stąd ta kampania oszczerstw ( jakoby na Ukrainie doszło do przewrotu "faszystowskiego" itp bzdury) oraz agresja na nią by powstrzymać demokratyczne zmiany które tam zachodzą. Ukraińcy jednak się nie poddadzą bo są zdecydowani by skończyć bycie pariasami ala Rosjanie we własnym kraju na użytek gangu cwaniaków i zmiany przeprowadzą wbrew takim czy siakim przeciwnością. W tym ujęciu działania Putina są reaktywne wobec działań samych Ukraińców i co ważniejsze doprowadzą do szybszego upadku jego reżimu ( sankcje będą coraz ostrzejsze jak też izolacja Rosji... całkiem możliwe iż skończy się to wykluczeniem Rosji z organizacji międzynarodowych różnej maści) bo Rosja nie jest zdolna do przetrwania jako odcięty byt w zglobalizowanym świecie ( koncept pójścia śladami Chin z lat 50-tych XX wieku wieku raczej odpada). Czas pracuje na rzecz świata a nie Rosji a konkretnie kamaryli tam rządzącej. Ukraińcy muszą wytrwać a Rosja musi wystrzegać się agresji aczkolwiek może pójśc na całość i spróbować " w dwa tygodnie zająć Kijów". Problem w tym iż skutki dla niego takiej akcji będą ostateczne i doprowadzą do szybkiego demontażu systemu włądzy w Rosji (obecnie istnieje On na bazie kłamstwa i propagandy o legalności jej działań zaś taka akcja ostatatecznie obali taki kłamliwy obraz sytuacji bo straty będą olbrzymie po stronie Rosji i Rosjan [symptomatyczne są słowa złapanych żołnierzy którzy bynajmniej nie palą się do wojowania z Ukraińcami].
Ponadto w tych paru słowach sama sobie zaprzeczyłaś: raz piszesz iż nikt nie umie przewidzieć czynów Putina a dwa iż "napewno" nie zaatakuje Nato. To się zdecyduj... albo nie wiesz albo wiesz co zrobi. Ja też zakładam iż nie zaatakuje ale nie wykluczam takich działań bo gośc irracjonalnie reaguje już od lat.
          
Szlag mnie trafia.
 
Co można na taki stek bzdur odpowiedzieć..? Symptomatycznym jest, że najwięcej do powiedzenia o Rosji i Ukrainie mają tacy, którzy nigdy tam nie byli i nic, w gruncie rzeczy nie wiedzą. Przypomnę zatem jedynie, iż:
 
1. Mit "re-industrializacji" wyznawany przez niektórych blogerów i komentatorów o nastawieniu, powiedzmy, "narodowym" to nie jest moja bajka. Uważam powtarzanie takich sloganów, niezależnie od tego, czy dotyczą one Argentyny, Polski czy Zimbabwe albo innego USA za bardzo, ale to bardzo niebezpieczne: żadnej "re-industrializacji" jako żywo nie będzie, ale powrót do dzikiego protekcjonizmu rodem z lat 30-tych XX wieku zawsze jest możliwy... A dobrze wiemy, czym to się skończyło!
 
2. W konsekwencji faktu, że mit "re-industrializacji" nie jest moją bajką, że uważam wolny handel, swobodny przepływ kapitału i tzw. "globalizację" za cenne zdobycze poszerzające naszą wolność (a że w konsekwencji Chiny stają się powoli najpotężniejszym mocarstwem świata..? Toż to jest właśnie nie co innego, jak powrót do normalności! Tak było przez tysiąclecia - dziwnym byłoby, gdyby w sytuacji, gdy "ład światowy" stał się sprawiedliwszy i bardziej bezstronny - Chińczycy nie powrócili na miejsce, które im się słusznie należy...) - nie trafia mi też do przekonania pomysł "narodowej rewolucji". Wręcz przeciwnie: nacjonalizm to przejaw albo wrodzonego prymitywizmu, albo organicznej niewiedzy. Ruch narodowy może być co najwyżej taktycznym sojusznikiem w walce przeciw idei "jewrosojuznego imperium" - ale jest to sojusznik, któremu nie można ufać.
 
3. Z takimi bzdurami jak "perspektywa rasowa", czy też "perspektywa cywilizacyjna" nawet nie mam zamiaru dyskutować. To zwykłe brednie.
 
4. Zauważmy mimochodem, że zwolennicy "narodowej rewolucji" powinni być prorosyjscy! Ostatecznie, czyż Putin swoim postępowaniem nie gra na nosie różnym tzw. "banksterom"..? Czyż nie pogonił z Rosji obcego kapitału i obcych lobbystów? Czyż nie walczy o to, aby wszyscy mówiący na co dzień po rosyjsku byli albo poddanymi Federacji Rosyjskiej, albo przynajmniej - mieli zapewnioną jej dostrzegalną opiekę? To, że w Polsce tylko nieliczni "narodowcy" wyciągnęli takie konsekwencje z zaistniałej sytuacji, to tylko jeszcze jeden dowód na organiczną słabość tzw. "myśli narodowej" - jest ona bowiem nieuchronnie zakotwiczona w tzw. "moralności Kalego" (jak ktoś Kalemu ukraść krowy, to źle - jak Kali ukraść komuś krowy, to dobrze!), więc wcześniej czy później i tak popadnie także w sprzeczność ze zwykłą logiką...
 
5. Z faktu, że jedni ukraińscy oligarchowie (motywowani zapewne perspektywą dalszego utuczenia się na jewrosojuznych dotacjach i regulacjach...) pogonili kota innym ukraińskim oligarchom (motywowanym innymi perspektywami...) nie wynika, iż na Ukrainie, jak to się niektórym roi, zaszła jakaś "narodowa rewolucja". To jest w ogóle absurd i kołomyja z pląsawicą! Jakim niby cudem "jewrosojuzne imperium" ma być czymś na kształt "imperium Zła" (bo w rzeczy samej, jest to nader podstępna i paskudna idea - współczesne wcielenie "projektu oświeceniowego", którego nienawidzę do szpiku kości...) - a jednocześnie dążenie niektórych ukraińskich oligarchów oraz części Ukraińców (młodzieży, liczącej na dobrą zabawę i niezobowiązujący, bezpieczny i higieniczny seks w ramach różnych "Erasmusów" - a także mieszkańców Kijowa i zachodniej Ukrainy, którzy dziś zmuszeni są, dla podreperowania domowych budżetów zbierać jabłka pod Warką, a marzy im się możliwość zmywania talerzy w Londynie...) do integracji z tymże imperium - ma być oznaką "dążenia do normalności", "zerwania z kacapią", "rozliczenia banksterki i oligarchów", itp...?
 
6. Dotychczasowy przebieg zdarzeń na Ukrainie, jako żywo, tezy o tym, że zaszła tam jakaś "rewolucja narodowa" nie potwierdza. Lokalni oligarchowie tylko mocniej uchwycili ster władzy. Niektórzy wręcz pozują na "warlordów", otaczając się prywatnymi armiami i sponsorując "bataliony ochotnicze". Jeśli coś się zmieniło w położeniu tzw. "zwykłych obywateli" (termin "obywatel" uważam za zasadniczo nieprawdziwy i mylący - tradycyjne pojęcie "poddanego" jest o wiele trafniejsze...) to fakt, że mają teraz dużo większą niż jeszcze parę miesięcy temu szansę trafić w kamasze - i zostać wysłani, czasem nie tylko bez kamizelek kuloodpornych, ale i bez kamaszy (bo je dowództwo rozkradło i sprzedało na lewo - podobnie jak całą resztę zaopatrzenia...) na pierwszą linię tzw. "operacji antyterrorystycznej". Przy czym informacje, jakie na temat przebiegu działań podają czynniki rządowe z Kijowa, a polski Onet posłusznie powtarza, są już tak absurdalne, że aż czytać hadko...
 
7. Z tego oczywiście może zrodzić się jakiś "narodowy przewrót" - a to jeśli któryś z ukraińskich "warlordów" zdobędzie znaczną przewagę nad pozostałymi lub też wspólnie i solidarnie popełnią oni błąd i pozwolą urosnąć nadmiernie jakiemuś relatywnie najmniej pechowemu dowódcy polowemu (inna rzecz, że na razie o takich nie słychać: ukraińska generalicja, zapewne podobnie jak nasza, przez ćwierćwiecze poddawana "selekcji negatywnej" wspólnie i solidarnie daje sobie łoić skórę...). Na razie jednak za wcześnie, aby coś takiego prognozować.
 
8. Teza, iż "Rosja jest krajem upadłym" jest jednakowoż równie przedwczesna. Przez 14-lecie rządów Putina PKB Rosji rosło szybciej niż nominalne dochody ze sprzedaży ropy i gazu. Nie ma kraju bardziej zniszczonego przez komunizm. Odrobienie tych zniszczeń, to zadanie na co najmniej stulecie. Ale trzeba być zaślepionym zoologiczną fobią, żeby nie dostrzegać, iż zmiany, jakie przez ostatnie 14 lat następowały w Rosji, były w większości pozytywne - jeśli patrzeć na to z punktu widzenia zwykłego poddanego.
 
9. To prawda, że reakcja Kremla na wydarzenia w Kijowie jest histeryczna. Nie rozumiem tylko, jak P.T. Czytelnicy nie możecie zrozumieć stojących za tą histerią racji..? Oto cała Ukraina jeszcze rok temu była "bliską zagranicą". Jakieś zagraniczne siły (bo przecież nie sami Ukraińcy - i nawet nie ukraińscy oligarchowie sami z siebie...) nagle robią "euromajdan" i wyrywają Ukrainę z rosyjskiej orbity. To prawie tak, jakby we Wrocławiu nagle ogłosili secesję całego Śląską - Górnego i Dolnego zarazem!
 
10. Że Ukraina nawet rok temu była formalnie niepodległym państwem, że Federacja Rosyjska nawet jakieś kwitki podpisywała odnośnie gwarancji jej granic i temu podobne..? Ogłoszą we Wrocławiu secesję Górnego i Dolnego Śląska, a zobaczymy, co o kwitkach gwarantujących "demokrację i prawa człowieka" będą w Warszawie mówić...
 
11. Rosja uważa, iż ma moralne prawo bronić się - bo w pojęciu zarówno Putina, jak i zwykłych Rosjan, jest to wojna obronna - przed agresją tak zuchwale wyrywającą żywe mięso z jej strefy wpływów. To, że w ogóle doszło do działań zbrojnych, samo w sobie jest dowodem na umiarkowanie Putina! Gdyby chciał zdominować całą Ukrainę, a nie tylko jej wschodnią, rosyjskojęzyczna część - to by unikał niepotrzebnego antagonizowania Ukraińców, postępując tak, jak postąpił po niesławnej pamięci "pomarańczowej rewolucji": poczekałby, aż nowy, prozachodni reżim dostatecznie się skompromituje, po czym... wygrałby wybory!
 
12. Jakieś brednie o "podstępnym planie złego czekisty Putina" (czy wręcz, jak niektóre oszołomy piszą, "Putlera"), który rzekomo już nie tylko Związek Sowiecki wskrzesza*, ale porywa się na "zjednoczenie Eurazji od Lizbony po Władywostok", jeśli czegokolwiek dowodzą, to li i jedynie stanu ducha i umysłu tych, którzy je rozpowszechniają. Jest to nędzny stan ducha i nędzny stan umysłu...
 
-------------------------------------
* Powtarzałem wiele razy na forum: to, co robi obecnie Putin oddala, a nie przybliża ewentualne "wskrzeszenie Związku Sowieckiego". A to dlatego, że kosztem niemal jawnej interwencji rosyjskiej na wschodzie Ukrainy jest przede wszystkim - panika w Mińsku i w Astanie. Najwierniejsi przyjaciele Rosji dostali teraz powód, aby się jej bać. Jest to dla Putina koszt o wiele znaczniejszy, niż te całe euro-atlantyckie sankcje...