Blog główny

środa, 13 sierpnia 2014

Stan stacjonarny

Polska jest najoczywiściej zaludniona daleko poniżej aktualnej "pojemności habitatu", jak by rzekł profesor Bobola. Jego własne impresje, koncentrujące się na bezpośrednich okolicach Warszawy są całkowicie i najoczywiściej bezwartościowe. 

Ja, mieszkając tylko kilkadziesiąt kilometrów dalej od stolicy (która jest jedynym w Polsce wielkim miastem wciąż - choć już znacznie wolniej niż ledwo 10 lat temu - rosnącym, jak chodzi o liczbę mieszkańców: wszędzie indziej ludzi jest z roku na rok mniej...), widzę w tej chwili za oknem widok nie tylko nie potwierdzający żadnego "przeludnienia", ale zgoła wprost przeciwnie - niezbicie dowodzący, że rezerwy terenu rosną!

Co widzę za oknem..? Ano - nasz "Lasek Centralny". Który ma ponad hektar i który szumi sobie radośnie w miejscu, gdzie jeszcze 30 lat temu uprawiano żyto i ziemniaki. Nawet nie zbieram się go wycinać na drewno - bo drewna, ile tylko chcę, znajduję sobie gdzie indziej...

Jeśli pominąć najbliższe sąsiedztwo Warszawy, to w każdej polskiej wsi znajdzie się opuszczone gospodarstwo, a i ziem leżących odłogiem wszędzie pełno. Tutaj, w Polsce centralnej jest to wręcz plaga. Znaczący procent ziemi leży porzucony, nie uprawiany i w żaden sposób nie wykorzystywany gospodarczo. Jest to nieopłacalne. Żywności mamy taką obfitość i jest ona tak tania, że nikomu, poza paroma pasjonatami, nie chce się doprowadzać do stanu używalności tutejszych gleb V czy VI klasy.

Podobno na Ścianie Wschodniej jest jeszcze gorzej..?

To tyle odnośnie hipotezy rzekomego "przeludnienia"...

Która jest najoczywiściej bzdurna i z którą szkoda wręcz dyskutować.

To o czym w takim razie chciałbym dzisiaj podywagować, skoro nie o urojeniach Profesora Boboli..?

Ano - o tym DLACZEGO Polska pozostaje tak słabo zaludniona, a wręcz - robi się coraz bardziej pusta..?

Przyjmuje się czasem, że w dotychczasowych dziejach ludzkości wielkość populacji na danym obszarze dążyła do "maltuzjańskiej granicy", czyli do takiej liczby, którą już z trudem dawało się na tym obszarze wyżywić. Tuż przed osiągnięciem owej "granicy" miały przychodzić wojny i epidemie, które osiągnąć jej nie pozwalały - taki rodzaj "samoregulacji".

Mam bardzo poważne wątpliwości czy taką tezę da się obronić!

Po pierwsze, poza bardzo szczególnymi przypadkami w rodzaju Wyspy Wielkanocnej czy Tasmanii - praktycznie nie było na Ziemi populacji izolowanych. Nie w takim stopniu, żeby jakakolwiek populacja była zdana na własne tylko siły jak chodzi o swoje wyżywienie. Co prawda, transport towarów masowych przedstawiał pewien problem w epoce przedindustrialnej - ale to sprawiało, że wielkie metropolie powstawały tylko tam, gdzie dało się użyć transportu wodnego - podówczas jedynie możliwego dla takich tonaży...

Już XVIII-wiecznie fizjokraci, źródło wszelkiego bogactwa widzący tylko w ziemi i kruszcach musieli się zmierzyć z zarzutem, jak w takim razie możliwe jest istnienie i prosperity takiej na przykład Wenecji - która żadnej zgoła ziemi uprawnej w obrębie swojej laguny nie posiada, a przez setki lat była najbogatszym miastem zachodniego świata..?

Fizjokraci sobie z tym zarzutem poradzili, choć Dalibóg - nie pamiętam w jaki sposób dokładnie. To bez znaczenia. Ta koncepcja ekonomiczna sama jest już tylko zamierzchłą historią...

Po drugie i najważniejsze - myślicieli opowiadający o owej "maltuzjańskiej granicy" nigdy nie pofatygowali się znaleźć dowodów na poparcie swojej tezy!

Ot - w IV i V w n.e. na Imperium Rzymskie runęła fala barbarzyńców. Gotów, Germanów, Hunów - żeby wymienić tylko najważniejszych (o różnych proweniencjach: Goci przywędrowali nad Morze Czarne ze Skandynawii - przy czym ich wędrówka trwała lat co najmniej 200, Germanie starymi byli sąsiadami zza Renu, a Hunów przywiało aż zza Ałtaju).

Podobno miało ich przywiać za Ren i Dunaj ochłodzenie klimatu. Tylko - gdzie to ochłodzenie niby jest..? Bo jak patrzę na ten wykres:


to średnia z różnych szacunków (niemożliwym jest przecież, żeby uczeni byli w tak poważnej sprawie zgodni...) jak raz ok. 2 tysięcy lat temu zaczyna rosnąć po minimum na przełomie er - i jest to dość stały wzrost, trwający prawie do końca średniowiecza...

Jeśli nawet owo ochłodzenie na przełomie er wygnało ze Skandynawii Gotów, a może też i spowodowało niejaką nerwowość u koczowników w Mongolii, to w chwili, gdy wszyscy oni pojawili się pod limesem ta rzekoma przyczyna ich wędrówki, była od dawna już nieaktualna! Ba! Jak widać, ochłodzenie wcale nie przeszkodziło Cezarowi podbić Galii i wyprawiać się nawet na północny brzeg Kanału, na Wyspy Mgliste...

Nie sposób połączyć z jakimkolwiek czynnikiem klimatycznym Czarnej  Śmierci z lat 1348 - 1351. Ani nie było jakoś szczególnie gorąco (żeby się mikroby szybciej mnożyły), ani szczególnie zimno (żeby ludzie niedojadali na skutek marnych zbiorów i byli przez to bardziej podatni...).

Katastrofa, która spotkała prekolumbijskich mieszkańców obu Ameryk po tym, jak biali zawleki swoje choroby za Atlantyk - też nic wspólnego z wielebnym Malthusem nie ma...

Jako żywo, tylko o wieku XVII, faktycznie obfitującym w bardzo krwawe wojny i licznie im towarzyszące epidemie można powiedzieć, że ta erupcja pasji samozniszczenia wśród Europejczyków odopowiada potencjalnie ich wygłodzeniu na skutek klimatycznego minimum.

Cóż z tego jednak, skoro inni mieszkańcy półkuli północnej, tj. Chińczycy i Japończycy - intensywnie i niszcząco wojowali tylko w pierwszej połowie XVII wieku, a w drugiej połowie, choć wcale nie było cieplej - wojować im się prawie kompletnie odechciało..? To ma być prawidłowość..?

No i creme de la creme: ćwierćwiecze wojen na przełomie XVIII i XIX wieku. Kompletnie bez sensu z punktu widzenia teorii malthuzjańskiej!

Po pierwsze - klimat jak raz właśnie zaczął się ocieplać:


Po drugie - w Europie Zachodniej zdążyła się właśnie w toku XVIII wieku rozpowszechnić nowa technologia uprawy roli, przez co zbiory znacząco wzrosły.

Jeśli ktoś miałby się z kimś bić, to jak raz w 1816 roku - a to za sprawą wulkanu Tambora, który zafundował "rok bez lata".

Tymczasem w roku 1816 (wszędzie poza Ameryką Południową) panował pokój. 

Co więcej: Francja, dysponując przez cały XIX wiek istotnymi nadwyżkami żywności, którą przez całe stulecie eksportowała - doświadczyła zarazem jako pierwszy z narodów nowożytnych tego rodzaju "kryzysu demograficznego", jaki obecnie doświadczamy w Polsce. Co prawda liczba ludności Francji na ogół rosła, ale aż do drugiej połowy lat 40-tych XX wieku, ten przyrost był minimalny i dużo wolniejszy niż u wszystkich sąsiadów.


Nic dziwnego że już w 1914 roku Niemcy kpili z francuskiej "armii jedynaków" - spodziewając się rychłego jej wykrwawienia...

Zaiste: bredził wielebny Malthus i bredzą jego obecni pogrobowcy...

To nie "maltuzjańska granica", nie groźba "przeludnienia" sprawia, że populacja zamieszkująca obecnie Polskę maleje (i to dość raptownie!). Przyczyny tego stanu rzeczy nie są biologiczne, tylko kulturowe.

Jakie to mogą być przyczyny..?  Sądzę, że będziemy o tym jeszcze dyskutować. Wkrótce napiszę o tym obszerniej. Natchnęła mnie bowiem teza postawiona przez jednego z kolegów na forum historycy.org w wątku poświęconym dyskusji o roli prawidłowości w historii.

Nie udzielam się już tam, a to przez wzgląd na postawę jego założyciela, z którym dyskutować nie sposób - przypomina to zabawę w "pomidor", bo co by mu się nie napisało, odpowiedzią jest tak czy inaczej jakaś enigmatyczna "dialektyka", z naczelnym, a moim zdaniem absolutnie bzdurnym założeniem, iż "ludzie zawsze dążą do większego dobrobytu i łatwości życia".

Kolega kmat zapytał ostatnio, czy dla każdego zestawu uwarunkowań demograficznych, geograficznych, środowiskowych (i dodałbym tu jeszcze uwarunkowania kulturowe, wywodzące się z tradycji!) istnieje jakiś "docelowy poziom rozwoju", po osiągnięciu którego dana cywilizacja zastyga i przestaje być innowacyjną..?

Ważna ta intuicja wskazuje na powiązanie szeregu parametrów, wśród których teoretyczna "pojemność habitatu" jest jednym tylko i akurat nie najważniejszym!

To, czy pytamy o "poziom rozwoju", czy o "wielkość populacji" jest akurat, z czysto matematycznego punktu widzenia nieistotne - bo jeśli między tymi parametrami istnieje związek, to siłą rzeczy jest on przemienny i równie dobrze możemy pytać o jedno, jak o drugie.

Moja hipoteza brzmi: najważniejszym ze wszystkich ludzkich dążeń życiowych jest dążenie do stabilności i bezpieczeństwa. Bynajmniej nie do "coraz większej łatwości życia"!

Realizacją tego dążenia w obrębie danych uwarunkowań kulturowych i właściwości środowiska naturalnego jest "stan stacjonarny", cechujący się minimalną lub zgoła żadną zdolnością do generowania innowacji technicznych i relatywnie stałą wielkością populacji, która ta wielkość pozostaje w nader luźnym związku z czysto teoretyczną "pojemnością habitatu" (zwykle go pozostając na daleko niższym poziomie...).

Wszystkie dotychczasowe "formacje kulturowe" w dziejach ludzkości (możemy je zwać, za Konecznym, "cywilizacjami" - ale nie musimy, przymusu nie ma...) po okresie początkowego dynamizmu osiągały swój "stan stacjonarny", zaprzestając technologicznych innowacji, ekspansji geograficznej, czy demograficznego wzrostu. W tym stanie taka "formacja kulturowa" mogła trwać całymi milleniami - tak długo, aż jakiś bodziec ją ze słodkiego letargu nie wytrącił..

"Stan stacjonarny" jest właśnie "stanem normalnym". To, że nasza, zachodnia cywilizacja od tak długiego czasu wciąż rośnie - to aberracja. Spowodowana rozlicznymi czynnikami, o których kiedy indziej.

Najważniejsze jest to, że skoro dostrzegalne jest spowolnienie, a nawet "zwój" demograficzny - to być może i "potencjał innowacyjności" uległ nareszcie wyczerpaniu i teraz już czeka nas nasz własny, wymarzony, wytęskniony przez ostatnich 500 lat - stan stacjonarny..?

24 komentarze:

  1. Warto wspomnieć o akwakulturach, wody to 70% powierzchni globu. Gdzieś czytałem, że już teraz hodowle na otwartym morzu są 3-krotnie wydajniejsze od lądowych odpowiedników. Szacuje się, że docelowo mogą być 10-krotnie.

    Możliwe, że z tą informacją spotkałem się tutaj - http://www.seasteading.org/

    Przeludnienie to mit. Oczywiście wolę żyć tam gdzie jest mniejsza gęstość. Ponoć Hong Kong jest ciekawym miejscem do obserwacji socjologicznych jeśli chodzi o życie w ścisku.

    Nie wydaje mi się by Zachód zaniechał innowacji. Ludzie lubią gadżety i wygodniejsze życie. Codziennie czytam o nowych innowacjach czy pomysłach związanych z drukiem 3D. Można sobie wyobrazić, że w każdym domu będzie stało urządzenie wielkości pralki, przez internet będziemy kupowali pluginy, lub pobierali je z torrentów, albo tworzyli na zasadach open source. Potem będziemy sobie sami drukować przedmioty dnia codziennego: narzędzia, ubrania, protezy, etc. Może to wyprzeć najtańsze towary. A wielkim skokiem będzie druk biologiczny, z komórek - narządy do przeszczepów i żywność. Nie zatrzyma się innowacji, ze względu na to, że wszyscy uczestniczymy w rynku. Wystarczy, że ktoś coś nowego zastosuje i uzyska przewagę, reszta musi podążyć za nim, inaczej zostanie wyparta, zmarginalizowana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Strach przed zmarginalizowaniem łatwo znieść, jeśli ma się dostęp do władzy. A gadżety..? Nawet Bizantyjczycy co jakiś czas zmieniali to lub owo w ornamentyce swoich ozdób...

      Zresztą: zobaczymy. Wcale nie twierdzę, że "stan stacjonarny" jest nieuchronny. Nie twierdzę też, że byłby to raj na Ziemi (wręcz przeciwnie!). Ale od strony psychologicznej - to jest, moim zdaniem, właśnie to, na co ludzie czekają. Zmiana męczy. Często przeraża. Osobliwie, gdy jest to zmiana naprawdę istotna taka, że nie sposób sobie zbyt precyzyjnie wyobrazić, co będzie później. Mnie samego te drukarki 3D przerażają...

      Usuń
  2. Nie będę komentował opinii kogoś tak oderwanego od rzeczywistości jak bloger Bobola (który jest żywym ucieleśnieniem maksymy La Rochefoucalda na temat wykształciuchów), ale Pan też ulega pewnemu złudzeniu. Życie w Polsce nie wymiera. Pomijając chwilową tendencję polegającą na emigracji zarobkowej, ludzie - tak jak na całym świecie - przenoszą się do miast. Rośnie w związku z tym powierzchnia nieużytków, ale też powierzchnia lasów na przykład. Za kilkaset lat, jeśli to wszytko nie runie pod własnym ciężarem, będą tylko miasta, lasy i wysoko wydajne, zautomatyzowane gospodarstwa. I świetnie! Katastrofy ekologiczne, wieszczone przez różnych speców z telewizora, mogą okazać się mrzonka taką samą jak przeludnienie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic mnie tak nie wnerwia jak optymizm...

      Usuń
  3. "najważniejszym ze wszystkich ludzkich dążeń życiowych jest dążenie do stabilności i bezpieczeństwa."
    Dla 90% Osób oczywiście tak, nie mniej z 10% Natura popsuła genetycznie i tym stale będzie mało...
    Z powyższymi 10% łączy się wątek sensu z poprzedniej notki.
    Otóż po moich życiowych doświadczeniach nabrałem przekonania, iż połowa z tych 10% stawia sobie cele i przystępuje do ich realizacji, co w dzisiejszym wygodnym świecie daje duże szanse powodzenia. Ta druga połowa też stawia sobie cele, nie mniej tak długo nad nimi deliberuje, iż nic z tego nie wychodzi.
    Istotą "procedury" jest nauka poprzez popełnianie błędów, co Większość źle znosi.
    Generalizując jako agnostyk nie sądzę, aby istniał jakiś uniwersalny sens, nie mniej dla Osób, które stawiają sobie cel i z uporem maniaka do niego dążą, taki sens jest "generowany".
    Nota bene obecnie opłaca się cele realizować zespołowo, także b. szybko Osoby, nawet z natury bierne, zaangażowane w realizację celu często uosabiają się z nim (przynajmniej w czasie pracy).
    Widziałem wielokrotnie z jakim uporem Ludzie angażują się w realizację celów, które zaadoptowały/uznały za racjonalne/uznały za swoje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się: pasję i zdolności twórcze przejawia 5 do 7% populacji.

      Z tym, że owe "5 do 7% populacji", będąc genetyczną aberracją, bynajmniej nie zachowuje się z tego powodu racjonalnie w sensie ekonomicznym!

      Tylko pewna część wymyśla nowe technologie lub nowe biznesy. Inni wymyślają nowe religie. Lub nowe ideologie polityczne (co czasem, bardzo często, trudno jest rozróżnić). Albo nowe rodzaje rozpusty. Lub nowe trendy w sztuce...

      W sumie, nie sądzę, aby więcej niż 1% było twórczych w ekonomicznym sensie tego słowa. Liczba bez znaczenia. Tylko fakt, że od 500 lat mamy szczególne warunki, które sprawiają, że nawet te 99% "ekonomicznie nie-twórczych" z takich lub innych przyczyn akceptuje nowe wyzwania i dostosowuje się, zamiast spalić innowatorów na stosach lub ich ukamienować - pozwala na osiąganie jakiegoś "postępu".

      Ale te szczególne warunki mogą się skończyć...

      Usuń
    2. "W sumie, nie sądzę, aby więcej niż 1% było twórczych w ekonomicznym sensie tego słowa."
      Też tak sądzę.
      Onegdaj napisałem, że dobrobyt zawdzięczamy garstce Ludzi takich jak powiedzmy Michael Faraday, czy Nikola Tesla (moi idole w elektryczności:)).

      "nawet te 99% "ekonomicznie nie-twórczych"
      Parędziesiąt lat temu zastanawiałem, czy ratowanie za wszelką cenę Niedojd nie obróci się przeciw Ludziom i wówczas uznałem, że należy Niedojdy, na przekór okrutnej Naturze, ratować w miarę ekonomicznych możliwości Społeczeństwa.
      Tkwię w tym przekonaniu do dziś, pomimo zaznajomienia się z argumentami wielu rozsądnych Ludzi, iż prędzej czy później konieczna będzie eugenika.
      Ot choćby wzmiankowany N. Tesla, który trafnie przewidywał, że nastąpi wiek elektryczności, ale też sądził, że na rozmnażanie potrzebna będzie w przyszłości zgoda tak, aby podnosić wartość Człowieka na takiej zasadzie jak to się obecnie robi ze zwierzętami.

      "Ale te szczególne warunki mogą się skończyć..."
      Mnie tego nie musi Pan przypominać, bo mam fiksum-dyrdum na tym tle.
      Nawet dziś mi się śniło, iż w dniu 2014-09-09 nastąpi kolaps gospodarczy.
      Szczęśliwie zapaść mieli spowodować jacyś Obcy (UFO), którzy ułożyli w tym celu ze sto latających pojazdów na kształt olbrzymiej tęczy, także po obudzeniu uznałem, iż nie jestem Józefem i to senne proroctwo jest zwykłym koszmarem, a nie profetyczną alegorią:))).

      Usuń
    3. 1. Byłbym daleki od nazywania ludzi "nie-twórczych" - "Niedojdami". Tak naprawdę to oni właśnie są kręgosłupem, mięsem i lędźwiami cywilizacji! Ludzie twórczy to tacy, którzy potrafią kwestionować uznany schemat. W dobrym - ale i w złym. Tylko człowiek twórczy może być naprawdę wielkim złoczyńcą. Wiem to po sobie... Gdyby udział takowych "ludzi twórczych" w populacji był większy - żadne społeczeństwo nie mogłoby w ogóle istnieć, bo by je nadmiar sprzecznych egoizmów pożarł i zniszczył!

      2. Twórczość potrzebna jest od czasu do czasu. W momencie kryzysu. Gdy po dawnemu problemu już rozwiązać się nie da i potrzebny jest całkiem nowy pomysł. Natomiast w nadmiarze - tylko przeszkadza i sprowadza na ludzi cierpienia, których inaczej by nie doświadczali. W rzeczy samej uważam, że przez ostatnie 500 lat, gdy w kręgu cywilizacji zachodniej nic twórczości na większą skalę nie ogranicza - ludzie cierpią daleko więcej niż kiedykolwiek przedtem...

      3. Ludzkość może trwać bardzo długo w "stanie stacjonarnym", żadnego zgoła istotnego "postępu" nie doświadczając. Przynajmniej - tak się wydaje po doświadczeniach epok poprzednich...

      Usuń
    4. "Byłbym daleki od nazywania ludzi "nie-twórczych" - "Niedojdami"".
      Rzeczywiście można to było tak odczytać, ale nie o to mi szło.
      Jakoś tak wyszło "od czapy".
      Chodziło mi o Ludzi ułomnych, którzy nie są w stanie przetrwać własnym sumptem.
      Przykładowo Osoby z rzadką chorobą, która wymaga przyjmowania wyrafinowanego leku przez całe życie.

      "Twórczość potrzebna jest od czasu do czasu."
      Widzę to inaczej.
      Jeśli nie sądzę, abyśmy byli pod opieką łaskawej Opatrzności, to oznacza również, iż dopuszczam myśl, że jakiś pomór lub meteoryt może zdezelować mi więcej niż moje oczko wodne z karasiami.

      Może być tak, że na jakimś zadupiu Kosmosu w pobliżu podrzędnej gwiazdy wyewoluowało jako tako inteligentne Życie, które ma niewiele czasu, by przetrwać dłużej na tym poziomie technologicznym bez opanowania bardziej wyszukanych metod radzenia sobie z problemami niż zdobycie pożywienia, czy generacja energii na sposób prądu elektrycznego...

      Usuń
    5. Tu się w pełni zgadzam. Budowa w pełni funkcjonalnej i niezależnej od dostaw z Ziemi osady orbitalnej - a jeszcze lepiej: wysłanie choć kilku ekspedycji pozaukładowych - to zadania daleko ważniejsze i pilniejsze od likwidacji malarii, gruźlicy, AIDS, biedy i niesprawiedliwości na świecie...

      Tylko jak o tym przekonać cynicznych cwaniaków dzierżących władzę..? Na Księżyc polecieli tylko dlatego, że to dawało dodatkowe "punkty prestiżu" w zimnej wojnie...

      Usuń
  4. "Tylko jak o tym przekonać cynicznych cwaniaków dzierżących władzę..?"
    Proszę Mi wierzyć, nie będzie takiej potrzeby...
    Dobrej nocy.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wykresy globalnej temperatury są „nieistotne: znacznie istotniejsze są zmiany „lokalne” np. zmiana ilości opadów na Wielkim Stepie – to odnośnie wędrówek ludów.

    Rzeczywiście, na terenie Europy od 500 – 1000 lat obserwujemy sytuację promująca nowe rozwiązania technologiczne, społeczne, kulturalne (statystycznie innowacyjność przynosi zysk). Czy jest to aberracja, czy JUŻ trwała sytuacja motywowana kulturą?
    TT

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zależy od tego, jak opiszemy ów mechanizm promocji innowacji. Co jest już raczej przedmiotem na osobne rozważania.

      Łapiąc za słówka - oczywiście, że ów stan jest "motywowany kulturą". Z czego jednak bynajmniej nie wynika, iżby miał on być "po wieki wieków trwały" - kultura się przecież zmienia... Na razie wciąż wydaje się być pro-innowacyjna. Ale czy brak w niej elementów zgoła przeciwnych..? Czy możemy z góry zakładać, że te elementy nie przeważą..?

      Jak do tej pory ratuje nas konkurencyjność. Tyle tylko, że w "konkurencyjności ogółem", mam wrażenie, najważniejsza jest ta pomiędzy państwami. Jeśli jej, z jakiego bądź powodu zabraknie - tej prywatnej może nie wystarczyć...

      Usuń
    2. Czyli czepiamy się słówek i definicji. Jak szeroko, wąsko definiujemy pojęcie kultura, cywilizacja, państwo?

      Przez analogię do biologii: pojęcie memu odpowiada pojęciu genu. Kulturę można traktować jako zestaw memów? Pomiędzy kulturami zachodzi proces doboru naturalnego albo w poprzez „dryf” (dryf genetyczny) albo na skutek katastrof.

      Jednym z podstawowych memów jest język, np. dlaczego naszych zachodnich sąsiadów nazywamy Niemcami? I dlaczego nacjonalizm okazał się najbardziej trwały ze wszystkich izmów? Nacjonalizmy były tworzone głównie w oparciu o wspólny język?

      Poprzedni komentarz mógł być nieprecyzyjny... Na obszarze Europy obserwujemy sytuację promowania kultur dla których postęp jest pojęciem POZYTYWNYM. Proces ten zeszedł bardzo nisko – na poziom języka. Jaki jest synonim słowa postęp, ale budzący skojarzenia negatywne?

      Można również próbować argumentować prostacko: lepsze uzbrojenie, lepsza organizacja, większa populacja, lepiej motywowana populacja wygrywają starcia – reszta jest już biologią...

      TT

      Usuń
    3. Niech Pan zauważy, że słówkami, które w ostatnim czasie robią prawie tak wielką karierę jak "postęp", bynajmniej w Europie (ale chyba nie tylko), są też takie terminy jak "reforma", "restrukturyzacja" - to wyraz dość fundamentalnej obserwacji, że nie ma "postępu" bez cierpienia. Jeśli mamy iść naprzód, to wymaga to od nas ciągłej zmiany nawyków, ciągłego uczenia się - a, tak prawdę powiedziawszy, to mnie na przykład, uczyć się nowych rzeczy kompletnie, ale to kompletnie się nie chce! Mniemam, że nie jestem w tym odosobniony.

      Widzimy zresztą, że cała ta "restrukturyzacja", w wydaniu europejskim przynajmniej, to coraz częściej kpina - godna Barei.

      Prostacki argument "lepsze uzbrojenie - lepsza organizacja" (o wielkości populacji i jej zmotywowaniu to już się raczej nie mówi...) oczywiście wciąż działa. Pytanie tylko - czy zawsze będzie działał?

      Bywały takie miejsca i okresy w dziejach, gdy nawet rywalizacja między państwami przybierała wysoce zrytualizowaną formę - i nie niosła za sobą żadnej poważniejszej "rywalizacji na innowacje"...

      Usuń
    4. Słowa „stagnacja” i „regres” plus synonimy budzą negatywne skojarzenia, może z wyjątkiem „stabilności” - zabawa raczej dla językoznawców lub specjalistów od reklamy...
      Wysoko zrytualizowana forma rywalizacji między grupami pojawia się i dziś – sport. I kibice bija się między sobą – czasem ze skutkiem śmiertelnym, wyścig „zbrojeń” też eskaluje – ostatnio „modne” są maczety...
      Stan wysoce zrytualizowanej rywalizacji wydaje się być aberracją jak nie nowa technika to nowa taktyka, organizacja, zmiany stosunku populacji, albo zmiana zasad gry np. lokalna zmiana klimatu. Stan stacjonarny wydaje się być iluzją – jakieś rozwiązania były tak skuteczne, że na dłuższy czas ustaliły zasady gry, potem zmiany zachodziły bardzo szybko...

      TT

      Usuń
    5. Innowacja nie jest wcale jedyną możliwą metodą rozstrzygania konfliktów i zdobywania przewagi. Innowacja może być metodą preferowaną tam, gdzie po pierwsze - nie ma arbitra, który mógłby narzucić rozstrzygnięcie (i stąd uważam, że rywalizacja między państwami jest daleko ważniejsza dla utrzymania "innowacyjności", niż jakakolwiek konkurencja prywatna na rynku - dużo łatwiej jest przekupić paru polityków i zapewnić sobie monopol, niż wymyślić coś rzeczywiście nowego..).

      Po drugie zaś - w sytuacjach, gdy nie zachodzi ani ekstremalna nierównowaga (bo jeśli jeden jest tak potężny, że nikt mu nie jest w stanie zagrozić, to ewentualnie innowacyjnego konkurenta stłamsi i może się nawet nie pofatygować przejmowaniem jego pomysłów), ani też - idealna równowaga (bo wówczas siły dążące do utrzymania status quo mają dobry powód innowacji się obawiać).

      Najbardziej stymulująca dla innowacji wydaje się sytuacja, w której mamy przynajmniej kilku liczących się graczy, z których żaden nie może być zbyt pewny swego.

      Na razie tak jest. Ale jak długo jeszcze..?

      Usuń
    6. Innowacje są wynikiem małych usprawnień i presji otoczenia. Ostatnie znaczące odkrycie w fizyce – złącza p-n, od tego czasu brak przełomów i nowych idei. Fizyka osiągnęła stan „stacjonarny” - miarą prawdziwości idei jest, że idea jest nie sprzeczna matematycznie...
      W życiu codziennym obserwujemy szereg zmian – bazujemy głównie na odkryciach wieku XIX i początku XX...
      Ponadto, kultury (organizacje, państwa) nie zdolne do testowania i przyswajania innowacji przegrywają. Ostatni spektakularny przykład – upadek komunizmu. W tej chwili trwa już konfrontacja pomiędzy „islamem” a „zachodem” - albo „islam” „nawróci” „zachód” albo „zachód” „skorumpuje” „islam”. Strona teoretycznie bardziej zachowawcza (budowana w około wspólnoty religii) wykazuje większą zdolność do adaptacji.
      Stan stacjonarny jest iluzją lub aberracją. Warunki wspomniane przez Pana są warunkami, kilka średniej wielkości konkurujących ze sobą organizacji wydaja się sprzyjać szybkiemu tempu wdrażania wynalazków. Tylko tyle, mali gracze nie mają środków, duzi są zbyt bezwładni.
      Arbitra można "obejść" - będzie obserwowany znaczny progres w technikach lobbingu. :-)

      TT

      Usuń
    7. Sam Pan widzi: ustaje "postęp" w badaniach podstawowych - a przynajmniej, przez hiperspecjalizację, coraz trudniej się zorientować, czy uczeni w ogóle coś realnego robią, czy tylko piszą podania o granty i symulują badania (i tak nikt tego nie zweryfikuje, bo niby jak..?).

      Komunizm był nieefektywny - ale czy był nieinnowacyjny..? Przecież to był jeden wielki eksperyment! Totalne zerwanie z tradycją i uświęconym porządkiem rzeczy na dodatek!

      Popularność ruchów fundamentalistycznych (nie tylko islamskich...) to właśnie typowy objaw psychicznego zmęczenia tym ciągłym "postępem".

      Lobbying wcale nie musi służyć wdrożeniu innowacji. Wręcz przeciwnie! Częściej będzie służył jej stłamszeniu. A to dlatego, że zmiana status quo narusza więcej interesów istniejących, niż pobudza nadziei na korzystną zmianę...

      Usuń
    8. Co do zastrzeżeń:
      1) W badaniach podstawowych brak rewolucji, nowych idei lub są one jeszcze „nieprzekładalne” na rozwój techniki i przetłumaczalne na „ludzki język”. I niestety rządzą biurokraci i bibliotekarze... Bufor w postaci już posiadanych a jeszcze niewykorzystanych informacji jest olbrzymi.
      2) Komunizm był eksperymentem i okazał się zbyt wolny w absorpcji innowacji; nie każdy „wynalazek” jest efektywny, nie można z góry przewidzieć wyników, postęp „chaotyczny” jest na dłuższą metę bardziej efektywny niż planowany. I oczywiście gwóźdź do trumny – mało wydajna biurokracja.
      3) Reformacja też głosiła powrót do źródeł i była fundamentalistyczna. I lepiej wykorzystała nowe wynalazki techniczne – druk (?).
      Skrajnie fundamentalistyczni są również teleewangeliści.
      4) Ocenie podlegał postęp w metodach lobbyingu, nie jakim celom ma służyć.

      Przez analogie z biologią – kiedy ustaje dobór naturalny?
      TT

      Usuń
    9. Kiedy presja środowiska nie wymusza selekcji. Pewnie, pewnie - nawet u ludzi wciąż jest selekcja na atrakcyjność płciową. Ale to jednak coś trochę innego. Dzięki takiej selekcji pawie zyskały swoje piękne ogony, ale czy to czyni je "lepiej przystosowanymi"..?

      Usuń
    10. Paw bez ogona nie rozmnaża się, dokładniej zmniejsza się prawdopodobieństwo uzyskania potomstwa przez takiego osobnika.

      W skrajnym przypadku (brak rywalizacji o zasoby potrzebne do przetrwania) grupy rywalizują na atrakcyjność?
      Big mac kontra „sens życia"?
      I w najlepszym wypadku grupy są w stanie równowagi dynamicznej?

      Czy stan równowagi dynamicznej określi Pan jako stan stacjonarny?

      TT

      Usuń
    11. A istnieje inny możliwy stan równowagi w przyrodzie niż dynamiczny?

      Usuń
  6. "Ale te szczególne warunki mogą się skończyć..."
    Drugie a propos, jak się właśnie dowiedziałem pojawili się już pesymiści b. dużego kalibru:
    http://www.businessinsider.com/george-soros-just-made-a-huge-bet-that-us-stocks-might-fall-2014-8

    (Tu jednak chyba starość daje się we znaki)

    OdpowiedzUsuń