Blog główny

niedziela, 10 sierpnia 2014

Sens życia

No więc jeszcze raz ab ovo - ale sami jesteście sobie Państwo winni, pan Janusz Nietzschem mi dosolił pod poprzednim tekstem, a i przed "etosem" się nie powstrzymał...

Pytanie o to, czy życie ma sens i jaki - NAJPRAWDOPODOBNIEJ jest źle postawione. Czego wprawdzie wprost udowodnić się żadną miarą nie da (tak samo jak żadną miarą nie da się na nie odpowiedzieć: mam na myśli odpowiedź w logiczny sposób zniewalającą słuchacza do zgody, a nie proste wyłożenie co tam komu w duszy gra - bo grać może cokolwiek i nic z tego zgoła dla kogokolwiek innego nie wynika...).

Najprawdopodobniej, albowiem różne zwierzęta, w tym także ludzie żyją - co widzimy i czujemy wszystkimi zmysłami - całkiem niezależnie od tego, czy w ogóle sobie takie pytanie zadają, czy nie - a jeśli zadają, to prawie niezależnie od tego, jak na nie odpowiadają (prawie - bo jednak paru takich, co w sens życia zwątpiwszy postąpiło konsekwentnie i umarło było...).

Tak naprawdę to bardziej interesujące niż całkiem jałowa próba udzielenia kolejnej, nikogo do niczego nie przekonującej odpowiedzi na to pytanie jest próba zastanowienia się - czy ludzie mogą o sensie życia nie myśleć..?

Innymi słowy: co sprawia, że zajmujemy się tak zbędnymi z punktu widzenia życiowej praktyki czynnościami, zamiast - bo ja wiem? - pomnażać majątek, używać szybkich kobiet i pięknych samochodów?

No cóż: jak się - dajmy na to - uświadomi sobie, że półmetek żywota już minął i że nie ma żadnych, ale to absolutnie żadnych szans na to, żeby jeszcze kiedykolwiek w przyszłości, jak to pewien nasz znajomy oględnie mawia, "zakisić ogóra" - to jest to bodziec do niejakiego zmieszania, nieprawdaż..? Dobrze jeszcze, że miało się w dotychczasowym życiu ważniejsze od "kiszenia ogóra" pasje, więc przynajmniej nie jest tak, żeby to zaraz wielka tragedia była - ale symbol klęski życiowej, jak najbardziej...


Nie wiedzieć kiedy, człowiek z "dobrze się zapowiadającego młodzieńca", staje się "człowiekiem dojrzałym" - który już wcale, ale to wcale się nie "zapowiada" i który żadnych przyszłych wielkich sukcesów, które mogłyby pocukrować i unieważnić dotychczasowe niepowodzenia - spodziewać się nie ma powodu. A nawet jeśli - to i co z tych ewentualnych "sukcesów" przyjdzie, gdy sił do używania życia zwyczajnie już nie staje..?

To są oczywiście tylko przykłady. Jak najbardziej mieszczące się w ramach definicji szeroko rozumianego "stanu chorobowego". Co potwierdza domniemanie, które wyraziłem już jakiś czas temu.

W lepszych dla psychicznej kondycji naszego gatunku (a przynajmniej - jego przodującej pod względem materialnego dobrobytu części) czasach gotowe odpowiedzi na tego rodzaju wątpliwości podsuwała Tradycja. Proponując w takich razach - no cóż: pewnie jakąś pieszą pielgrzymkę do Santiago de Compostela, czy inny zajmujący czas i głowę pomysł na pozaświatową kodę niespecjalnie udanego i niezbyt budującego żywota..?


Obecnie - takich gotowców, czekających tylko żeby podeprzeć sypiącą się motywację w chwili kryzysu nie ma. To znaczy - wolność mamy, Panie Dzieje, wolność pełną gębą!

Każdy ma prawo dowolną propozycję szerokiej publiczności złożyć. I jest też owych "propozycji", wdzięczących się do słuchacza, usiłujących uwieść przyszłego wyznawcę - mnogość nieskończona.

Jeszcze nigdy w dziejach najdziksze przesądy, najdurniejsze banialuki i najhaniebniejsze bzdury nie krążyły tak swobodnie, tylu znajdując (chwilowych - co nie znaczy, że nie zacietrzewionych...) wyznawców, co obecnie. Jak to zwykle bywa - wolność, do której człowiek NIE jest przystosowany w żaden sposób - wydała zatrute owoce.

Zatrutym owocem wolności gospodarczej, o którą tak stoi Pan Janusz jest bogactwo. A czyż może być coś szkodliwszego dla ludzi - przez tysiące i dziesiątki tysięcy lat żyjących pod nieustanną groźbą głodowej śmierci i TYLKO do takiego stanu psychicznie przygotowanych - niż masowe, powszechne i wszystkim łatwo dostępne bogactwo..?

Natomiast zatrutym owocem wolności myśli jest brak szans na jakąkolwiek pewną i w miarę przynajmniej nieszkodliwą pociechę dla duszy ginącej pod ciężarem nieznośnego dobrobytu i nie mniej nieznośnej - świadomości własnego marnego wkrótce końca...

Brak na takową szans, bo skoro propozycji jest wiele i wszystkie równie nachalnie wdzięczące się i równie kolorowe, to ewentualnie wybrać którąś należałoby aktem woli. Któren to akt winien mieć jakieś uzasadnienie - nieprawdaż? No i wracamy do punktu wyjścia: bo takowego uzasadnienia rozum stworzyć nie może. Bezalternatywność dawniejszej Tradycji pozwalała ten moment wyboru ominąć (przynajmniej - większości ludzi...), tym samym unikając błędnego koła. Obecnie trzeba albo świadomie zaakceptować tłumaczenie idem per idem - więc zrezygnować z rozumu (na zasadzie: "wierzę, bo tak mi podpowiada moja wiara"...) - albo popaść w czarną rozpacz, jeśli zrezygnować z rozumu się nie potrafi: jest on bowiem względem tak postawionego zadania równie bezsilny u największego z mędrców, co u ostatniego debila.

1 komentarz: