Blog główny

wtorek, 5 sierpnia 2014

Kultura jako nerwica natręctw

Kolekcjonowanie różnych definicji "kultury" mogłoby być fajnym hobby, zapełniającym bez reszty całość wolnego czasu najdłużej żyjącego człowieka. Zacząć tedy wypada od definicji. Przy czym z góry zaznaczam, że jest to definicja na użytek chwilowy, tego konkretnego eseju (i może jeszcze paru...) - i nie mam najmniejszego zamiaru trzymać się jej do końca życia!
 
Kiedy możemy mówić o "kulturze"? Pierwszym i najważniejszym warunkiem "bycia kulturalnym" jest wolność wyboru. Jeśli ktoś w danej sytuacji może postąpić na sposób x, na sposób y lub na sposób z - wtedy możemy jego wyborom przypisywać jakieś motywacje, a tym samym, dywagować o jego kulturze. Jeśli ktoś nie ma wyboru, tylko działa w zgodzie z instynktami, całkowicie się im podporządkowując, to jednoznacznie mamy do czynienia z "naturą", a nie z "kulturą".
 
Zauważmy, że takie pojmowanie "kultury" obejmuje wybory zarówno ludzkie, jak i te, których dokonują inne zwierzęta wyższe, dysponujące rozwiniętym systemem nerwowym, nie zdeterminowane w całości wrodzonymi instynktami! Tu akurat jestem konsekwentny, bo od dawna twierdzę, że bynajmniej nie tylko ludzie mają prawa, władze, wartości - kulturę jednym słowem.
 
Kultura (na użytek tego eseju) jest tedy swoistym "systemem preferencji", wskazującym jednostkom, jak POWINNY zachować się w sytuacji wyboru.
 
Kultura jest pojęciem szerszym od "moralności" - albowiem tylko pewna część dokonywanych przez jednostkę wyborów ma charakter moralny (inna rzecz, że o tym, jaka to część - nie co innego, jak właśnie kultura przesądza...), a więc jest obarczona cechami "dobra" i "zła". Kultura podpowiada jednak, jak należy postąpić nawet wtedy, gdy żaden z możliwych wyborów nie jest ani "dobry", ani "zły".
 
Przykład? Jest niewątpliwie rzeczą "dobrą" w obrębie naszej kultury okazywać opiekę i szacunek starszym. Ale już rzeczą całkowicie obojętną z moralnego punktu widzenia jest to, czy młodsi wstają witając się ze starszymi (jeśli dla wszystkich starczy miejsc siedzących...), kto wyciąga pierwszy rękę na powitanie i kto pierwszy przechodzi przez drzwi.
 
Kultura nie ogranicza się, rzecz jasna, jedynie do reguł kurtuazji! Konstrukcja reaktora atomowego jest "z natury", albowiem niemal bezalternatywnie* dają ją nam prawa fizyki. Ale decyzja o tym, że od pewnego czasu niemal nie buduje się na świecie nowych reaktorów atomowych jest "z kultury" i wzięła się z przesadnego lęku wywołanego katastrofą czarnobylską, połączonego z wrażliwością istniejących struktur władzy na niektóre (nie wszystkie bynajmniej!) spośród irracjonalnych przekonań tzw. "opinii publicznej".
 
Kultur jest nieograniczona mnogość. W pewnym, nader szerokim sensie, każdy żywy człowiek i każde żywe zwierzę wyższe jest "kulturalne". A to dlatego, że nie kierować się w wyborach życiowych żadnymi predeterminowanymi preferencjami byłoby potwornie niewygodnie. Za każdym razem trzeba by się było od początku zastanawiać, jak postąpić!
 
Podstawowy wysiłek podjęcia decyzji na ogół sprowadza się do znalezienia dla danego, konkretnego przypadku pewnej szerszej reguły, do której dałoby się go przyporządkować.
 
Jeśli spotykamy gdzieś nie znanego nam kota i próbujemy go przywołać widzimy rysujący się na jego pyszczku proces myślowy: czy tej istocie dwunogiej mogę zaufać? Czy da mi smakołyk i pogłaszcze, czy przeciwnie - zrobi krzywdę?
 
 
W zależności od tego, w jakim otoczeniu ów kot dorastał i jakie były jego późniejsze relacje z ludźmi, albo przybiegnie natychmiast, prężąc radośnie ogon i mrucząc, albo będziemy musieli poświęcić chwilę na przełamanie jego nieufności, albo też - nigdy nie pozwoli przekroczyć dystansu, który uważa za bezpieczny.
 
W każdym z tych trzech typowych przypadków, możemy się domyślać innej, kociej "kultury". W pierwszej z nich "istoty dwunogie" są bez wyjątków dobre i przyjazne. W drugiej - niektóre z nich nie zasługują na zaufanie, ale znany jest i możliwy do zastosowania zestaw testów, pozwalających na ocenę, czy ta konkretna "istota dwunoga" jest dobra czy zła. W trzeciej wreszcie, takiego zestawu testów nie ma i wszystkie "istoty dwunogie" są bez wyjątków złe.
 
Kot, który każdego napotkanego człowieka traktowałby jako zupełnie osobny byt, nie należący do żadnej wyższej, abstrakcyjnej kategorii, miałby o wiele cięższe życie od swojego "normalnego" pobratymca. Pewnie by zdechł marnie z głodu zastanawiając się też, czy to małe, piszczące tam w dziurze - to pożywienie, czy nie..?
 
W rzeczywistości wszystkie zwierzęta wyższe posiadają w pewnym stopniu zdolność generalizowania - dzięki czemu mogą się uczyć i efektywnie ze zdobytej wiedzy korzystać, nie tracąc cennego czasu. Nieustanne powstawanie kultur jest efektem dążenia istot obdarzonych złożonym systemem nerwowym do pewnej ergonomii funkcjonowania. Jest to "metoda indukcyjna" w żywym działaniu!
 
Niewątpliwie jednak, mogą istnieć zwierzęta i ludzie bardziej kulturalni i mniej kulturalni. W obrębie zaprezentowanej wyżej definicji, ten będzie "bardziej kulturalny", kto przyswoił i stosuje szerszy zakres norm właściwego zachowania.
 
"Bardziej kulturalnym" kotem jest chyba taki, który ma jakieś swoje zdanie o ludziach - od takiego, który żyjąc w jakiejś dziczy, nigdy człowieka nie widział i może nawet nie wiedzieć, że są istoty nie będące kotami, które jednak czasem potrafią się zachowywać w sposób dla kotów nader pożyteczny i przyjemny.
 
Z drugiej strony - cóż my wiemy o życiu dzikich kotów i mnogości reguł, których muszą się nauczyć, aby przeżyć w swoim środowisku..?
 
Kultura przypomina nieco nerwicę natręctw. Podobnie jak kompulsywne zachowania ludzi dotkniętych tą przypadłością, wybory dyktowane przez kulturę nie znają ani uzasadnienia (jeśli już, to możemy mówić o pewnych uzasadnieniach "magicznych"...), ani miary.
 
Owszem - reguły dyktowane przez kulturę, choć mogą być bardzo różne (Eskimos podzieli się z gościem swoją żoną - Pusztun, choć w żadnym razie nie można powiedzieć, żeby był mniej gościnny od mieszkańca Arktyki, zabije obcego mężczyznę, który ośmieliłby się choć spojrzeć na jego ślubną...), zazwyczaj okazują się - a przynajmniej okazywały się dawniej - jakoś "korzystne" dla populacji, która je stosuje.
 
W małych, izolowanych populacjach, takich jak rodziny koczujących Inuitów, jest rzeczą korzystną wspomagać wymianę genów na wszelkie sposoby. Z kolei w większości społeczeństw ludzkich jedną z "nagród" dla mężczyzny za to, że podejmuje trud spłodzenia i utrzymania potomstwa jest upewnienie go, że to na pewno JEGO potomstwo (a jedną z najważniejszych "kar" dla tego, który by się migał od obowiązku - utrata prestiżu gdy okaże się, że mogą być co do tego jakieś wątpliwości...).
 
Skądinąd: zarówno zachowanie Inuitów, jak i zachowanie Pusztunów to ekstrema. Bliższe już nadmienionej przypadłości psychiatrycznej niż jakiejkolwiek socjobiologicznej racjonalizacji: wszak istnieje wiele małych, koczowniczych, izolowanych społeczności - i wcale nie wszystkie zachowują się jak stado swingersów obsesyjnie uprawiających "cuckold" - a też i nie wszyscy górale są tak ekstremalnymi zazdrośnikami jak Pusztuni... No - może i wszyscy..? Sądząc po dyskotekach w Zakopanem i legendarnych latających ciupagach..? Nie wiem...
 
Widzimy w każdym razie, że kultura BARDZIEJ kieruje się wewnętrzną logiką, niż zewnętrznym celem, któremu skądinąd służy, czy też "powinna" służyć. Ba! Zaryzykowałbym twierdzenie, że kultura jest tak naprawdę rzeczywistością pierwotną, "bazą" w marksowskim sensie tego słowa - a świat materialny, przynajmniej ten wytwarzany przez ludzi (a więc szeroko rozumiana "technologia") - realizacji kultury służy.
 
Stopień "odrealnienia" kultury, to znaczy - stopień, do jakiego może się ona zbuntować względem uwarunkowań naturalnych, w tym także - prawideł socjobiologii - zdaje się rosnąć. Skoro bowiem możemy, dzięki technologii, w rosnącym stopniu kontrolować i wykorzystywać naturę..?
 
Jednocześnie zarazem rysuje się wewnętrzny kryzys kultury. Ten kryzys bierze się z dwóch źródeł. Na pierwszym miejscu - z bogactwa. Skoro ostatni nygus, który "nie szanuje flagi i pluje na godło" może sobie żyć spokojnie, bezpiecznie, dostatnio i żaden piorun go nie razi na miejscu nawet w chwili, gdy dokonuje najgorszych profanacji - to jakże tu wierzyć w bezalternatywność i świętość niczym przecież nie uzasadnionych nakazów i zakazów kultury..?
 
Myślicie, że wielu Inuitów z ochoczym sercem i radością oddają ślubną małżonkę byle przybłędzie? Nawet jeśli, skądinąd, owa ślubna niewiele się różni od foki - bo i wygląda i wonieje prawie tak samo..?
 
 
Myślicie, że wielu Pusztunów naprawdę chętnie zabija dla honoru - samemu narażając się na rany i śmierć?
 
Do tej pory i jedni i drudzy nie mieli wyjścia. Kulturowy nakaz nie pozostawiał im wyboru. Ale siła tego nakazu brała się (bierze się...) z presji grupowej solidarności, bez której niemożliwe było przeżycie w ekstremalnie wrogim środowisku.
 
Jednak Inuici już od kilku dziesięcioleci żyją sobie w miarę wygodnie dzięki rządowym dotacjom i zasiłkom. Poza tym, że popadli w sporej części w alkoholizm - żyje im się świetnie! Mają szkoły, szpitale, nawigację satelitarną, skutery śnieżne, telewizję i internet.
 
Obawiam się, że zboczeni miłośnicy kobiety wyglądających i woniejących jak foki nie mają już czego pod kołem podbiegunowym szukać...
 
Z Pusztunami świat jak do tej pory obchodził się gorzej - i tam wciąż łatwiej o kosę pod żebra, niż o chwileczkę sam na sam ze zgrabną Pusztunką (w końcu to nasi indoeuropejscy bracia, tylko trochę spaleni słońcem...). Ale czy tak będzie zawsze..?
 
 
Drugie źródło kryzysu kultury, to wiedza. Chory, który dowie się, że cierpi na syndrom anankastyczny zapewne nie poradzi sobie tak od razu z rytuałami, którym się do tej pory oddawał. Ale czy będzie je wciąż traktował z tak samo nabożnym zadęciem..?
 
O ile z bogactwem pewnie byśmy sobie kiedyś poradzili (po prostu w miejsce kultur istniejących które są, bez najmniejszego wyjątku - kulturami biedy i niedostatku - musiałyby powstać nowe, lepiej sobie radzące z obfitością i nadmiarem...), o tyle nie mam pojęcia, jak sobie poradzić z nadmiarem wiedzy?
 
Kultura przypomina nerwicę natręctw. Ale pacjent, który się z takiej nerwicy wyleczy - wcale, a wcale nie będzie szczęśliwy! O czym, skądinąd, pisałem jakiś czas temu...
-------------------
*oczywiście, że istnieje wiele różnych konstrukcji reaktora atomowego. Niektóre z nich są w oczywisty sposób "lepsze" od innych (np. - bardziej zawodnych, mniej efektywnych, itd.). Inne były preferowane przez ludzi ze względów, który nie należą do "porządku natury": np. na atomowych okrętach podwodnych preferowane były takie, które generują najmniej szumu - pochodzącego głównie z chłodziwa - więc sodowe. A to dla większej niewykrywalności. Generalnie jednak, to nie względy technologiczne czy fizykalne stoją za ostatnimi trzema dziesięcioleciami ludzkiej aktywności w tej materii.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz