Blog główny

środa, 27 sierpnia 2014

Seksualny antysemityzm

Jak to się dzieje, że KAŻDA dyskusja o muzułmanach kończy się obnażeniem seksualnych kompleksów dyskutantów..? Ostatnio nawet JKM palnął coś o "córkach i wnuczkach które skończą w haremach".
 
Oczywiście istnieje pewna racjonalna podstawa takiej postawy. Koniec końców to Europejki jeżdżą do Egiptu czy do Tunezji na wakacje umilane przez miejscowych, śniadoskórych, ognistych chłopaków. Nawet Saudyjki, które na pewno byłoby na to stać, jakoś nie jeżdżą do Szwecji polować na tamtejszych blondynów.
 
Studiujący w Polsce muzułmanie "wyrwali" i częściowo wywieźli ze sobą już tysiące blondynek - podczas gdy nie słyszałem, aby komukolwiek udało się uwieść muzułmankę, choć trochę ich też na naszych uczelniach bywa (pomijając nominalne jedynie muzułmanki z Azji Środkowej, bo to zupełnie inna historia...). Czy coś się zmieniło przez te prawie 20 lat kiedy nie miałem do czynienia z uniwersytetem..?
 
Tak, czy inaczej wygląda na to, że muzułmanie są z jakiegoś powodu atrakcyjni seksualnie dla europejskich kobiet. Europejczycy zaś takiego czaru względem kobiet muzułmańskich nie roztaczają.
 
 
A skoro tak się dzieje, to - nic na to nie mogąc poradzić w praktyce - zwykliśmy się uciekać do zastępczego rozładowania frustracji. C.b.d.u.
 
Tylko - co niby z tego wynika..?
 
Muzułmanie są wciąż, globalnie biorąc, niewielką (choć dostrzegalną) mniejszością w Europie Zachodniej. Istnienie rzeczonej wyżej fobii na tle seksualnym wśród europejskich mężczyzn wskazuje na to, że dni muzułmańskiej wspólnoty w Europie są policzone. Nie wierzę w trwałość "multikulti": młodzi Niemcy, Francuzi, Brytyjczycy czy Holendrzy pewnego dnia wezmą noże, pałki i kastety i zaczną mordować muzułmanów. Ani zaprawienie w ulicznych walkach, ani ewentualna przewaga organizacyjna nic nie pomoże w obliczu zdecydowanej przewagi liczebnej po stronie miejscowych. Choćby Arabowie, Turcy, Kurdowie i inni śniadzi byli co do jednego pakerami z siłki, to i tak na każdego z nich przypadnie po sześciu, po siedmiu zapasionych Niemców. To wystarczy...
 
Inna rzecz, że podobna fobia seksualna panowała ongiś względem Murzynów. Przynajmniej - w Ameryce zdaje się..? Co się koniec końców z tym stało? Bo nie wiem..?


środa, 13 sierpnia 2014

Stan stacjonarny

Polska jest najoczywiściej zaludniona daleko poniżej aktualnej "pojemności habitatu", jak by rzekł profesor Bobola. Jego własne impresje, koncentrujące się na bezpośrednich okolicach Warszawy są całkowicie i najoczywiściej bezwartościowe. 

Ja, mieszkając tylko kilkadziesiąt kilometrów dalej od stolicy (która jest jedynym w Polsce wielkim miastem wciąż - choć już znacznie wolniej niż ledwo 10 lat temu - rosnącym, jak chodzi o liczbę mieszkańców: wszędzie indziej ludzi jest z roku na rok mniej...), widzę w tej chwili za oknem widok nie tylko nie potwierdzający żadnego "przeludnienia", ale zgoła wprost przeciwnie - niezbicie dowodzący, że rezerwy terenu rosną!

Co widzę za oknem..? Ano - nasz "Lasek Centralny". Który ma ponad hektar i który szumi sobie radośnie w miejscu, gdzie jeszcze 30 lat temu uprawiano żyto i ziemniaki. Nawet nie zbieram się go wycinać na drewno - bo drewna, ile tylko chcę, znajduję sobie gdzie indziej...

Jeśli pominąć najbliższe sąsiedztwo Warszawy, to w każdej polskiej wsi znajdzie się opuszczone gospodarstwo, a i ziem leżących odłogiem wszędzie pełno. Tutaj, w Polsce centralnej jest to wręcz plaga. Znaczący procent ziemi leży porzucony, nie uprawiany i w żaden sposób nie wykorzystywany gospodarczo. Jest to nieopłacalne. Żywności mamy taką obfitość i jest ona tak tania, że nikomu, poza paroma pasjonatami, nie chce się doprowadzać do stanu używalności tutejszych gleb V czy VI klasy.

Podobno na Ścianie Wschodniej jest jeszcze gorzej..?

To tyle odnośnie hipotezy rzekomego "przeludnienia"...

Która jest najoczywiściej bzdurna i z którą szkoda wręcz dyskutować.

To o czym w takim razie chciałbym dzisiaj podywagować, skoro nie o urojeniach Profesora Boboli..?

Ano - o tym DLACZEGO Polska pozostaje tak słabo zaludniona, a wręcz - robi się coraz bardziej pusta..?

Przyjmuje się czasem, że w dotychczasowych dziejach ludzkości wielkość populacji na danym obszarze dążyła do "maltuzjańskiej granicy", czyli do takiej liczby, którą już z trudem dawało się na tym obszarze wyżywić. Tuż przed osiągnięciem owej "granicy" miały przychodzić wojny i epidemie, które osiągnąć jej nie pozwalały - taki rodzaj "samoregulacji".

Mam bardzo poważne wątpliwości czy taką tezę da się obronić!

Po pierwsze, poza bardzo szczególnymi przypadkami w rodzaju Wyspy Wielkanocnej czy Tasmanii - praktycznie nie było na Ziemi populacji izolowanych. Nie w takim stopniu, żeby jakakolwiek populacja była zdana na własne tylko siły jak chodzi o swoje wyżywienie. Co prawda, transport towarów masowych przedstawiał pewien problem w epoce przedindustrialnej - ale to sprawiało, że wielkie metropolie powstawały tylko tam, gdzie dało się użyć transportu wodnego - podówczas jedynie możliwego dla takich tonaży...

Już XVIII-wiecznie fizjokraci, źródło wszelkiego bogactwa widzący tylko w ziemi i kruszcach musieli się zmierzyć z zarzutem, jak w takim razie możliwe jest istnienie i prosperity takiej na przykład Wenecji - która żadnej zgoła ziemi uprawnej w obrębie swojej laguny nie posiada, a przez setki lat była najbogatszym miastem zachodniego świata..?

Fizjokraci sobie z tym zarzutem poradzili, choć Dalibóg - nie pamiętam w jaki sposób dokładnie. To bez znaczenia. Ta koncepcja ekonomiczna sama jest już tylko zamierzchłą historią...

Po drugie i najważniejsze - myślicieli opowiadający o owej "maltuzjańskiej granicy" nigdy nie pofatygowali się znaleźć dowodów na poparcie swojej tezy!

Ot - w IV i V w n.e. na Imperium Rzymskie runęła fala barbarzyńców. Gotów, Germanów, Hunów - żeby wymienić tylko najważniejszych (o różnych proweniencjach: Goci przywędrowali nad Morze Czarne ze Skandynawii - przy czym ich wędrówka trwała lat co najmniej 200, Germanie starymi byli sąsiadami zza Renu, a Hunów przywiało aż zza Ałtaju).

Podobno miało ich przywiać za Ren i Dunaj ochłodzenie klimatu. Tylko - gdzie to ochłodzenie niby jest..? Bo jak patrzę na ten wykres:


to średnia z różnych szacunków (niemożliwym jest przecież, żeby uczeni byli w tak poważnej sprawie zgodni...) jak raz ok. 2 tysięcy lat temu zaczyna rosnąć po minimum na przełomie er - i jest to dość stały wzrost, trwający prawie do końca średniowiecza...

Jeśli nawet owo ochłodzenie na przełomie er wygnało ze Skandynawii Gotów, a może też i spowodowało niejaką nerwowość u koczowników w Mongolii, to w chwili, gdy wszyscy oni pojawili się pod limesem ta rzekoma przyczyna ich wędrówki, była od dawna już nieaktualna! Ba! Jak widać, ochłodzenie wcale nie przeszkodziło Cezarowi podbić Galii i wyprawiać się nawet na północny brzeg Kanału, na Wyspy Mgliste...

Nie sposób połączyć z jakimkolwiek czynnikiem klimatycznym Czarnej  Śmierci z lat 1348 - 1351. Ani nie było jakoś szczególnie gorąco (żeby się mikroby szybciej mnożyły), ani szczególnie zimno (żeby ludzie niedojadali na skutek marnych zbiorów i byli przez to bardziej podatni...).

Katastrofa, która spotkała prekolumbijskich mieszkańców obu Ameryk po tym, jak biali zawleki swoje choroby za Atlantyk - też nic wspólnego z wielebnym Malthusem nie ma...

Jako żywo, tylko o wieku XVII, faktycznie obfitującym w bardzo krwawe wojny i licznie im towarzyszące epidemie można powiedzieć, że ta erupcja pasji samozniszczenia wśród Europejczyków odopowiada potencjalnie ich wygłodzeniu na skutek klimatycznego minimum.

Cóż z tego jednak, skoro inni mieszkańcy półkuli północnej, tj. Chińczycy i Japończycy - intensywnie i niszcząco wojowali tylko w pierwszej połowie XVII wieku, a w drugiej połowie, choć wcale nie było cieplej - wojować im się prawie kompletnie odechciało..? To ma być prawidłowość..?

No i creme de la creme: ćwierćwiecze wojen na przełomie XVIII i XIX wieku. Kompletnie bez sensu z punktu widzenia teorii malthuzjańskiej!

Po pierwsze - klimat jak raz właśnie zaczął się ocieplać:


Po drugie - w Europie Zachodniej zdążyła się właśnie w toku XVIII wieku rozpowszechnić nowa technologia uprawy roli, przez co zbiory znacząco wzrosły.

Jeśli ktoś miałby się z kimś bić, to jak raz w 1816 roku - a to za sprawą wulkanu Tambora, który zafundował "rok bez lata".

Tymczasem w roku 1816 (wszędzie poza Ameryką Południową) panował pokój. 

Co więcej: Francja, dysponując przez cały XIX wiek istotnymi nadwyżkami żywności, którą przez całe stulecie eksportowała - doświadczyła zarazem jako pierwszy z narodów nowożytnych tego rodzaju "kryzysu demograficznego", jaki obecnie doświadczamy w Polsce. Co prawda liczba ludności Francji na ogół rosła, ale aż do drugiej połowy lat 40-tych XX wieku, ten przyrost był minimalny i dużo wolniejszy niż u wszystkich sąsiadów.


Nic dziwnego że już w 1914 roku Niemcy kpili z francuskiej "armii jedynaków" - spodziewając się rychłego jej wykrwawienia...

Zaiste: bredził wielebny Malthus i bredzą jego obecni pogrobowcy...

To nie "maltuzjańska granica", nie groźba "przeludnienia" sprawia, że populacja zamieszkująca obecnie Polskę maleje (i to dość raptownie!). Przyczyny tego stanu rzeczy nie są biologiczne, tylko kulturowe.

Jakie to mogą być przyczyny..?  Sądzę, że będziemy o tym jeszcze dyskutować. Wkrótce napiszę o tym obszerniej. Natchnęła mnie bowiem teza postawiona przez jednego z kolegów na forum historycy.org w wątku poświęconym dyskusji o roli prawidłowości w historii.

Nie udzielam się już tam, a to przez wzgląd na postawę jego założyciela, z którym dyskutować nie sposób - przypomina to zabawę w "pomidor", bo co by mu się nie napisało, odpowiedzią jest tak czy inaczej jakaś enigmatyczna "dialektyka", z naczelnym, a moim zdaniem absolutnie bzdurnym założeniem, iż "ludzie zawsze dążą do większego dobrobytu i łatwości życia".

Kolega kmat zapytał ostatnio, czy dla każdego zestawu uwarunkowań demograficznych, geograficznych, środowiskowych (i dodałbym tu jeszcze uwarunkowania kulturowe, wywodzące się z tradycji!) istnieje jakiś "docelowy poziom rozwoju", po osiągnięciu którego dana cywilizacja zastyga i przestaje być innowacyjną..?

Ważna ta intuicja wskazuje na powiązanie szeregu parametrów, wśród których teoretyczna "pojemność habitatu" jest jednym tylko i akurat nie najważniejszym!

To, czy pytamy o "poziom rozwoju", czy o "wielkość populacji" jest akurat, z czysto matematycznego punktu widzenia nieistotne - bo jeśli między tymi parametrami istnieje związek, to siłą rzeczy jest on przemienny i równie dobrze możemy pytać o jedno, jak o drugie.

Moja hipoteza brzmi: najważniejszym ze wszystkich ludzkich dążeń życiowych jest dążenie do stabilności i bezpieczeństwa. Bynajmniej nie do "coraz większej łatwości życia"!

Realizacją tego dążenia w obrębie danych uwarunkowań kulturowych i właściwości środowiska naturalnego jest "stan stacjonarny", cechujący się minimalną lub zgoła żadną zdolnością do generowania innowacji technicznych i relatywnie stałą wielkością populacji, która ta wielkość pozostaje w nader luźnym związku z czysto teoretyczną "pojemnością habitatu" (zwykle go pozostając na daleko niższym poziomie...).

Wszystkie dotychczasowe "formacje kulturowe" w dziejach ludzkości (możemy je zwać, za Konecznym, "cywilizacjami" - ale nie musimy, przymusu nie ma...) po okresie początkowego dynamizmu osiągały swój "stan stacjonarny", zaprzestając technologicznych innowacji, ekspansji geograficznej, czy demograficznego wzrostu. W tym stanie taka "formacja kulturowa" mogła trwać całymi milleniami - tak długo, aż jakiś bodziec ją ze słodkiego letargu nie wytrącił..

"Stan stacjonarny" jest właśnie "stanem normalnym". To, że nasza, zachodnia cywilizacja od tak długiego czasu wciąż rośnie - to aberracja. Spowodowana rozlicznymi czynnikami, o których kiedy indziej.

Najważniejsze jest to, że skoro dostrzegalne jest spowolnienie, a nawet "zwój" demograficzny - to być może i "potencjał innowacyjności" uległ nareszcie wyczerpaniu i teraz już czeka nas nasz własny, wymarzony, wytęskniony przez ostatnich 500 lat - stan stacjonarny..?

niedziela, 10 sierpnia 2014

Sens życia

No więc jeszcze raz ab ovo - ale sami jesteście sobie Państwo winni, pan Janusz Nietzschem mi dosolił pod poprzednim tekstem, a i przed "etosem" się nie powstrzymał...

Pytanie o to, czy życie ma sens i jaki - NAJPRAWDOPODOBNIEJ jest źle postawione. Czego wprawdzie wprost udowodnić się żadną miarą nie da (tak samo jak żadną miarą nie da się na nie odpowiedzieć: mam na myśli odpowiedź w logiczny sposób zniewalającą słuchacza do zgody, a nie proste wyłożenie co tam komu w duszy gra - bo grać może cokolwiek i nic z tego zgoła dla kogokolwiek innego nie wynika...).

Najprawdopodobniej, albowiem różne zwierzęta, w tym także ludzie żyją - co widzimy i czujemy wszystkimi zmysłami - całkiem niezależnie od tego, czy w ogóle sobie takie pytanie zadają, czy nie - a jeśli zadają, to prawie niezależnie od tego, jak na nie odpowiadają (prawie - bo jednak paru takich, co w sens życia zwątpiwszy postąpiło konsekwentnie i umarło było...).

Tak naprawdę to bardziej interesujące niż całkiem jałowa próba udzielenia kolejnej, nikogo do niczego nie przekonującej odpowiedzi na to pytanie jest próba zastanowienia się - czy ludzie mogą o sensie życia nie myśleć..?

Innymi słowy: co sprawia, że zajmujemy się tak zbędnymi z punktu widzenia życiowej praktyki czynnościami, zamiast - bo ja wiem? - pomnażać majątek, używać szybkich kobiet i pięknych samochodów?

No cóż: jak się - dajmy na to - uświadomi sobie, że półmetek żywota już minął i że nie ma żadnych, ale to absolutnie żadnych szans na to, żeby jeszcze kiedykolwiek w przyszłości, jak to pewien nasz znajomy oględnie mawia, "zakisić ogóra" - to jest to bodziec do niejakiego zmieszania, nieprawdaż..? Dobrze jeszcze, że miało się w dotychczasowym życiu ważniejsze od "kiszenia ogóra" pasje, więc przynajmniej nie jest tak, żeby to zaraz wielka tragedia była - ale symbol klęski życiowej, jak najbardziej...


Nie wiedzieć kiedy, człowiek z "dobrze się zapowiadającego młodzieńca", staje się "człowiekiem dojrzałym" - który już wcale, ale to wcale się nie "zapowiada" i który żadnych przyszłych wielkich sukcesów, które mogłyby pocukrować i unieważnić dotychczasowe niepowodzenia - spodziewać się nie ma powodu. A nawet jeśli - to i co z tych ewentualnych "sukcesów" przyjdzie, gdy sił do używania życia zwyczajnie już nie staje..?

To są oczywiście tylko przykłady. Jak najbardziej mieszczące się w ramach definicji szeroko rozumianego "stanu chorobowego". Co potwierdza domniemanie, które wyraziłem już jakiś czas temu.

W lepszych dla psychicznej kondycji naszego gatunku (a przynajmniej - jego przodującej pod względem materialnego dobrobytu części) czasach gotowe odpowiedzi na tego rodzaju wątpliwości podsuwała Tradycja. Proponując w takich razach - no cóż: pewnie jakąś pieszą pielgrzymkę do Santiago de Compostela, czy inny zajmujący czas i głowę pomysł na pozaświatową kodę niespecjalnie udanego i niezbyt budującego żywota..?


Obecnie - takich gotowców, czekających tylko żeby podeprzeć sypiącą się motywację w chwili kryzysu nie ma. To znaczy - wolność mamy, Panie Dzieje, wolność pełną gębą!

Każdy ma prawo dowolną propozycję szerokiej publiczności złożyć. I jest też owych "propozycji", wdzięczących się do słuchacza, usiłujących uwieść przyszłego wyznawcę - mnogość nieskończona.

Jeszcze nigdy w dziejach najdziksze przesądy, najdurniejsze banialuki i najhaniebniejsze bzdury nie krążyły tak swobodnie, tylu znajdując (chwilowych - co nie znaczy, że nie zacietrzewionych...) wyznawców, co obecnie. Jak to zwykle bywa - wolność, do której człowiek NIE jest przystosowany w żaden sposób - wydała zatrute owoce.

Zatrutym owocem wolności gospodarczej, o którą tak stoi Pan Janusz jest bogactwo. A czyż może być coś szkodliwszego dla ludzi - przez tysiące i dziesiątki tysięcy lat żyjących pod nieustanną groźbą głodowej śmierci i TYLKO do takiego stanu psychicznie przygotowanych - niż masowe, powszechne i wszystkim łatwo dostępne bogactwo..?

Natomiast zatrutym owocem wolności myśli jest brak szans na jakąkolwiek pewną i w miarę przynajmniej nieszkodliwą pociechę dla duszy ginącej pod ciężarem nieznośnego dobrobytu i nie mniej nieznośnej - świadomości własnego marnego wkrótce końca...

Brak na takową szans, bo skoro propozycji jest wiele i wszystkie równie nachalnie wdzięczące się i równie kolorowe, to ewentualnie wybrać którąś należałoby aktem woli. Któren to akt winien mieć jakieś uzasadnienie - nieprawdaż? No i wracamy do punktu wyjścia: bo takowego uzasadnienia rozum stworzyć nie może. Bezalternatywność dawniejszej Tradycji pozwalała ten moment wyboru ominąć (przynajmniej - większości ludzi...), tym samym unikając błędnego koła. Obecnie trzeba albo świadomie zaakceptować tłumaczenie idem per idem - więc zrezygnować z rozumu (na zasadzie: "wierzę, bo tak mi podpowiada moja wiara"...) - albo popaść w czarną rozpacz, jeśli zrezygnować z rozumu się nie potrafi: jest on bowiem względem tak postawionego zadania równie bezsilny u największego z mędrców, co u ostatniego debila.

środa, 6 sierpnia 2014

Smuga Cienia

Wszystko przez to, Drogie Panie, że Wy nas, mężczyzn, kompletnie nie rozumiecie!

Co prawda pewna koleżanka z pracy twierdzi, że to tylko żony nie rozumieją swoich szukających przygód mężów - ale do wyjaśnienia tego fenomenu dojdziemy dopiero w konkluzji niniejszego eseju. Podjętego, nie ukrywam, w celach rozrywkowych, co by Drogich Czytelników nie katować ciężką artylerią filozoficzną raz za razem...

No więc: kompletnie nas nie rozumiecie!

Ostatnie 200 lat historii naszej zachodniej cywilizacji, nad którymi tak często załamuję ręce, to dla Was akurat - czas triumfu, relaksu i rozluźnienia.

Już nie niszczycie sobie pięknych dłoni piorąc lato czy zima w zimnej, rzecznej wodzie przy pomocy tarki. Macie pralki.


Nie musicie ubijać masła ręcznie. Masło kupuje się w "Pierdonce". Ewentualnie - można w tym celu (podpowiadam patent zasłyszany od M.) użyć starej pralki "Frania".


Nie musicie też zmagać się z ciężką stolnicą i opornym kawałem obtoczonego w mące ciasta: od czego roboty kuchenne..?


Nie umieracie na gorączkę poporodową, a i rodzić możecie - ile same chcecie, a nie co roku, jak zawdy bywało (pamiętając, naturalnie, że tak naprawdę, to zawsze to umiałyście regulować - tylko nasi prapradziadowie z konieczności udawali, że tego nie widzą...: bo jakie mieli inne wyjście..?).

Pracując w korporacjach czy urzędach - nie robicie w grucie rzeczy niczego, co by było radykalnie nowe albo radykalnie odmienne niż Wasze tradycyjne przez wieki zajęcie w zamożnych warstwach osiadłych społeczeństw rolniczych: zarządzanie domem..! Oczywiście: takim domem ze służbą, licznymi domownikami i całym, ciężkim pękiem kluczy do schowków, skrzyń i kredensów - co, przyznaję, jest zajęciem zarówno intelektualnym (rzadko który mężczyzna by sobie z tym poradził, a to ze względu na wymóg nieustannie podzielnej uwagi - w czym nie jesteśmy najlepsi...), jak i, z całą pewnością - absorbującym. W tym co piszę nie ma cienia lekceważenia dla Was, Drogie Panie!


Efekt..? Efekt jest taki, że obecnie kobieta czterdziestoletnia dopiero osiąga szczyt swojej kobiecości. Wciąż olśniewa wszystkimi naturalnymi atutami, bynajmniej nie przywiędłymi pod brzemieniem lat i pracy - a o wiele lepiej potrafi je wyeksponować i wykorzystać niż nieopierzona młódka. Coraz częściej jest przy tym samodzielna materialnie, a z całą pewnością - wie, czego chce (na co zwracał uwagę już monsieur Balzac - pamiętając, naturalnie o tym, że on pisał o trzydziestolatkach: co, nota bene, pokazuje jaki postęp dokonał się w czasie ostatniego stulecia z niewielkim okładem...).

kobieta balzakowska
 

i współczesna kobieta rocznik 1974...

Tymczasem co z nami..?

Dla nas przesiadka z rycerskich kulbak (no dobra, z tymi rycerskimi kulbakami to przesadziłem... ale pługa i brony to tak samo dotyczy..!) na biurowe stołki to tragedia. Brzuchy rosną. Podobnie jak prostata, nadciśnienie i złogi martwicze w wątrobie. Maleje tylko poziom testosteronu - i rozmiary czupryn, ongiś bujnych!

Mężczyzna czterdziestoletni to, nie ukrywajmy - wrak. Widmo. Cień własnej młodości, dotykający już Smugi Cienia...


Nie ma żadnych, ale to żadnych szans na dotrzymanie kroku swojej rówieśniczce! Może dwóch naraz wysportowanych dwudziestolatków dałoby radę - ale nie taki pan jak na zdjęciu powyżej...

Chyba że ta da mu fory.

Ale, biorąc pod uwagę, ile się słyszy o "samorealizacji", "prawie do szczęścia", "odkrywaniu własnego ja" - zali mamy na co liczyć..?

Dziwicie się teraz, że Wasi mężczyźni zaledwie dotkną tej "Smugi Cienia" - uciekają..?

Sposoby ucieczki mogą być różne. Jedyne co je nieodmiennie łączy to śmieszność - której nie dostrzega co najwyżej sam zainteresowany. Niektórzy kupują kare konie i czarne samochody, wbijają się w kowbojskie stroje lub motocyklowe skóry i usiłują udawać kogoś, kim prawdopodobnie NIE byli dwadzieścia lat wcześniej (bo ich nie było na to stać, tylko zapieprzali jak małe mróweczki, spłacając kredyt...).

Inni po prostu chodzą po biurze i opowiadają jak to żona ich nie rozumie... Licząc na litość..?

Aż tak bardzo to znowu nie jest takie nowe. Przypominam jednak, skoro poniekąd jesteśmy przy pisarzach, że Lew Nikołajewicz uciekł od żony dopiero po osiemdziesiątce!


Ekstrapolując powyższe ścisłe, liczbowe dany, dochodzimy do wniosku, że przez ostatnie 100 lat (z małym okładem) tempo degeneracji rodzaju męskiego było cztery razy szybsze, niż tempo doskonalenia się rodzaju żeńskiego ("wiek rozkwitu" kobiet przesunął się o dziesięć lat, podczas gdy "wiek demencji" mężczyzn - przybliżył się o lat czterdzieści...).

Mistrz Herbert napisał o tej ucieczce Lwa piękny wiersz - niestety, w necie go nie znalazłem, a stosowny tomik został w domu i nie mogę go teraz Państwu zacytować...

Dawniej, kiedy wszystko było lepiej poukładane i przyjaźniejsze ludziom, mężczyzna którego dotknęła Smuga Cienia mógł się ewentualnie zainteresować jakąś niedoświadczoną młódką. Licząc na to, że owa po prostu nie będzie wiedziała na czym polega różnica i zaakceptuje go takim, jaki jest.

Co prawda - i wtedy większość młódek tylko udawała takie niedoświadczone, a w rzeczy samej, leciała tylko na kasę i pozycję społeczną. Dziś kto czegoś takiego próbuje, dowodzi tym samym, że całkiem już stracił kontakt z rzeczywistością...

Ech - nie ma ratunku! Żyć się nie da, a dobić czegoś nie chcą... Jak tak dalej pójdzie, Drogie Panie, to i dla Was i dla nas - dystopia, którą kiedyś w przypływie wisielczego humoru przedstawiłem, jedynym będzie sposobem na zaspokojenie wciąż kołaczących się w człeku chuci - inaczej niż metodą, jak by to Mistrz Lem określił arachaicznie - fantomatyczną...

wtorek, 5 sierpnia 2014

Kultura jako nerwica natręctw

Kolekcjonowanie różnych definicji "kultury" mogłoby być fajnym hobby, zapełniającym bez reszty całość wolnego czasu najdłużej żyjącego człowieka. Zacząć tedy wypada od definicji. Przy czym z góry zaznaczam, że jest to definicja na użytek chwilowy, tego konkretnego eseju (i może jeszcze paru...) - i nie mam najmniejszego zamiaru trzymać się jej do końca życia!
 
Kiedy możemy mówić o "kulturze"? Pierwszym i najważniejszym warunkiem "bycia kulturalnym" jest wolność wyboru. Jeśli ktoś w danej sytuacji może postąpić na sposób x, na sposób y lub na sposób z - wtedy możemy jego wyborom przypisywać jakieś motywacje, a tym samym, dywagować o jego kulturze. Jeśli ktoś nie ma wyboru, tylko działa w zgodzie z instynktami, całkowicie się im podporządkowując, to jednoznacznie mamy do czynienia z "naturą", a nie z "kulturą".
 
Zauważmy, że takie pojmowanie "kultury" obejmuje wybory zarówno ludzkie, jak i te, których dokonują inne zwierzęta wyższe, dysponujące rozwiniętym systemem nerwowym, nie zdeterminowane w całości wrodzonymi instynktami! Tu akurat jestem konsekwentny, bo od dawna twierdzę, że bynajmniej nie tylko ludzie mają prawa, władze, wartości - kulturę jednym słowem.
 
Kultura (na użytek tego eseju) jest tedy swoistym "systemem preferencji", wskazującym jednostkom, jak POWINNY zachować się w sytuacji wyboru.
 
Kultura jest pojęciem szerszym od "moralności" - albowiem tylko pewna część dokonywanych przez jednostkę wyborów ma charakter moralny (inna rzecz, że o tym, jaka to część - nie co innego, jak właśnie kultura przesądza...), a więc jest obarczona cechami "dobra" i "zła". Kultura podpowiada jednak, jak należy postąpić nawet wtedy, gdy żaden z możliwych wyborów nie jest ani "dobry", ani "zły".
 
Przykład? Jest niewątpliwie rzeczą "dobrą" w obrębie naszej kultury okazywać opiekę i szacunek starszym. Ale już rzeczą całkowicie obojętną z moralnego punktu widzenia jest to, czy młodsi wstają witając się ze starszymi (jeśli dla wszystkich starczy miejsc siedzących...), kto wyciąga pierwszy rękę na powitanie i kto pierwszy przechodzi przez drzwi.
 
Kultura nie ogranicza się, rzecz jasna, jedynie do reguł kurtuazji! Konstrukcja reaktora atomowego jest "z natury", albowiem niemal bezalternatywnie* dają ją nam prawa fizyki. Ale decyzja o tym, że od pewnego czasu niemal nie buduje się na świecie nowych reaktorów atomowych jest "z kultury" i wzięła się z przesadnego lęku wywołanego katastrofą czarnobylską, połączonego z wrażliwością istniejących struktur władzy na niektóre (nie wszystkie bynajmniej!) spośród irracjonalnych przekonań tzw. "opinii publicznej".
 
Kultur jest nieograniczona mnogość. W pewnym, nader szerokim sensie, każdy żywy człowiek i każde żywe zwierzę wyższe jest "kulturalne". A to dlatego, że nie kierować się w wyborach życiowych żadnymi predeterminowanymi preferencjami byłoby potwornie niewygodnie. Za każdym razem trzeba by się było od początku zastanawiać, jak postąpić!
 
Podstawowy wysiłek podjęcia decyzji na ogół sprowadza się do znalezienia dla danego, konkretnego przypadku pewnej szerszej reguły, do której dałoby się go przyporządkować.
 
Jeśli spotykamy gdzieś nie znanego nam kota i próbujemy go przywołać widzimy rysujący się na jego pyszczku proces myślowy: czy tej istocie dwunogiej mogę zaufać? Czy da mi smakołyk i pogłaszcze, czy przeciwnie - zrobi krzywdę?
 
 
W zależności od tego, w jakim otoczeniu ów kot dorastał i jakie były jego późniejsze relacje z ludźmi, albo przybiegnie natychmiast, prężąc radośnie ogon i mrucząc, albo będziemy musieli poświęcić chwilę na przełamanie jego nieufności, albo też - nigdy nie pozwoli przekroczyć dystansu, który uważa za bezpieczny.
 
W każdym z tych trzech typowych przypadków, możemy się domyślać innej, kociej "kultury". W pierwszej z nich "istoty dwunogie" są bez wyjątków dobre i przyjazne. W drugiej - niektóre z nich nie zasługują na zaufanie, ale znany jest i możliwy do zastosowania zestaw testów, pozwalających na ocenę, czy ta konkretna "istota dwunoga" jest dobra czy zła. W trzeciej wreszcie, takiego zestawu testów nie ma i wszystkie "istoty dwunogie" są bez wyjątków złe.
 
Kot, który każdego napotkanego człowieka traktowałby jako zupełnie osobny byt, nie należący do żadnej wyższej, abstrakcyjnej kategorii, miałby o wiele cięższe życie od swojego "normalnego" pobratymca. Pewnie by zdechł marnie z głodu zastanawiając się też, czy to małe, piszczące tam w dziurze - to pożywienie, czy nie..?
 
W rzeczywistości wszystkie zwierzęta wyższe posiadają w pewnym stopniu zdolność generalizowania - dzięki czemu mogą się uczyć i efektywnie ze zdobytej wiedzy korzystać, nie tracąc cennego czasu. Nieustanne powstawanie kultur jest efektem dążenia istot obdarzonych złożonym systemem nerwowym do pewnej ergonomii funkcjonowania. Jest to "metoda indukcyjna" w żywym działaniu!
 
Niewątpliwie jednak, mogą istnieć zwierzęta i ludzie bardziej kulturalni i mniej kulturalni. W obrębie zaprezentowanej wyżej definicji, ten będzie "bardziej kulturalny", kto przyswoił i stosuje szerszy zakres norm właściwego zachowania.
 
"Bardziej kulturalnym" kotem jest chyba taki, który ma jakieś swoje zdanie o ludziach - od takiego, który żyjąc w jakiejś dziczy, nigdy człowieka nie widział i może nawet nie wiedzieć, że są istoty nie będące kotami, które jednak czasem potrafią się zachowywać w sposób dla kotów nader pożyteczny i przyjemny.
 
Z drugiej strony - cóż my wiemy o życiu dzikich kotów i mnogości reguł, których muszą się nauczyć, aby przeżyć w swoim środowisku..?
 
Kultura przypomina nieco nerwicę natręctw. Podobnie jak kompulsywne zachowania ludzi dotkniętych tą przypadłością, wybory dyktowane przez kulturę nie znają ani uzasadnienia (jeśli już, to możemy mówić o pewnych uzasadnieniach "magicznych"...), ani miary.
 
Owszem - reguły dyktowane przez kulturę, choć mogą być bardzo różne (Eskimos podzieli się z gościem swoją żoną - Pusztun, choć w żadnym razie nie można powiedzieć, żeby był mniej gościnny od mieszkańca Arktyki, zabije obcego mężczyznę, który ośmieliłby się choć spojrzeć na jego ślubną...), zazwyczaj okazują się - a przynajmniej okazywały się dawniej - jakoś "korzystne" dla populacji, która je stosuje.
 
W małych, izolowanych populacjach, takich jak rodziny koczujących Inuitów, jest rzeczą korzystną wspomagać wymianę genów na wszelkie sposoby. Z kolei w większości społeczeństw ludzkich jedną z "nagród" dla mężczyzny za to, że podejmuje trud spłodzenia i utrzymania potomstwa jest upewnienie go, że to na pewno JEGO potomstwo (a jedną z najważniejszych "kar" dla tego, który by się migał od obowiązku - utrata prestiżu gdy okaże się, że mogą być co do tego jakieś wątpliwości...).
 
Skądinąd: zarówno zachowanie Inuitów, jak i zachowanie Pusztunów to ekstrema. Bliższe już nadmienionej przypadłości psychiatrycznej niż jakiejkolwiek socjobiologicznej racjonalizacji: wszak istnieje wiele małych, koczowniczych, izolowanych społeczności - i wcale nie wszystkie zachowują się jak stado swingersów obsesyjnie uprawiających "cuckold" - a też i nie wszyscy górale są tak ekstremalnymi zazdrośnikami jak Pusztuni... No - może i wszyscy..? Sądząc po dyskotekach w Zakopanem i legendarnych latających ciupagach..? Nie wiem...
 
Widzimy w każdym razie, że kultura BARDZIEJ kieruje się wewnętrzną logiką, niż zewnętrznym celem, któremu skądinąd służy, czy też "powinna" służyć. Ba! Zaryzykowałbym twierdzenie, że kultura jest tak naprawdę rzeczywistością pierwotną, "bazą" w marksowskim sensie tego słowa - a świat materialny, przynajmniej ten wytwarzany przez ludzi (a więc szeroko rozumiana "technologia") - realizacji kultury służy.
 
Stopień "odrealnienia" kultury, to znaczy - stopień, do jakiego może się ona zbuntować względem uwarunkowań naturalnych, w tym także - prawideł socjobiologii - zdaje się rosnąć. Skoro bowiem możemy, dzięki technologii, w rosnącym stopniu kontrolować i wykorzystywać naturę..?
 
Jednocześnie zarazem rysuje się wewnętrzny kryzys kultury. Ten kryzys bierze się z dwóch źródeł. Na pierwszym miejscu - z bogactwa. Skoro ostatni nygus, który "nie szanuje flagi i pluje na godło" może sobie żyć spokojnie, bezpiecznie, dostatnio i żaden piorun go nie razi na miejscu nawet w chwili, gdy dokonuje najgorszych profanacji - to jakże tu wierzyć w bezalternatywność i świętość niczym przecież nie uzasadnionych nakazów i zakazów kultury..?
 
Myślicie, że wielu Inuitów z ochoczym sercem i radością oddają ślubną małżonkę byle przybłędzie? Nawet jeśli, skądinąd, owa ślubna niewiele się różni od foki - bo i wygląda i wonieje prawie tak samo..?
 
 
Myślicie, że wielu Pusztunów naprawdę chętnie zabija dla honoru - samemu narażając się na rany i śmierć?
 
Do tej pory i jedni i drudzy nie mieli wyjścia. Kulturowy nakaz nie pozostawiał im wyboru. Ale siła tego nakazu brała się (bierze się...) z presji grupowej solidarności, bez której niemożliwe było przeżycie w ekstremalnie wrogim środowisku.
 
Jednak Inuici już od kilku dziesięcioleci żyją sobie w miarę wygodnie dzięki rządowym dotacjom i zasiłkom. Poza tym, że popadli w sporej części w alkoholizm - żyje im się świetnie! Mają szkoły, szpitale, nawigację satelitarną, skutery śnieżne, telewizję i internet.
 
Obawiam się, że zboczeni miłośnicy kobiety wyglądających i woniejących jak foki nie mają już czego pod kołem podbiegunowym szukać...
 
Z Pusztunami świat jak do tej pory obchodził się gorzej - i tam wciąż łatwiej o kosę pod żebra, niż o chwileczkę sam na sam ze zgrabną Pusztunką (w końcu to nasi indoeuropejscy bracia, tylko trochę spaleni słońcem...). Ale czy tak będzie zawsze..?
 
 
Drugie źródło kryzysu kultury, to wiedza. Chory, który dowie się, że cierpi na syndrom anankastyczny zapewne nie poradzi sobie tak od razu z rytuałami, którym się do tej pory oddawał. Ale czy będzie je wciąż traktował z tak samo nabożnym zadęciem..?
 
O ile z bogactwem pewnie byśmy sobie kiedyś poradzili (po prostu w miejsce kultur istniejących które są, bez najmniejszego wyjątku - kulturami biedy i niedostatku - musiałyby powstać nowe, lepiej sobie radzące z obfitością i nadmiarem...), o tyle nie mam pojęcia, jak sobie poradzić z nadmiarem wiedzy?
 
Kultura przypomina nerwicę natręctw. Ale pacjent, który się z takiej nerwicy wyleczy - wcale, a wcale nie będzie szczęśliwy! O czym, skądinąd, pisałem jakiś czas temu...
-------------------
*oczywiście, że istnieje wiele różnych konstrukcji reaktora atomowego. Niektóre z nich są w oczywisty sposób "lepsze" od innych (np. - bardziej zawodnych, mniej efektywnych, itd.). Inne były preferowane przez ludzi ze względów, który nie należą do "porządku natury": np. na atomowych okrętach podwodnych preferowane były takie, które generują najmniej szumu - pochodzącego głównie z chłodziwa - więc sodowe. A to dla większej niewykrywalności. Generalnie jednak, to nie względy technologiczne czy fizykalne stoją za ostatnimi trzema dziesięcioleciami ludzkiej aktywności w tej materii.


niedziela, 3 sierpnia 2014

Koleje losu

M. z żoną spodziewają się właśnie piątego dziecka. I doszli do rewolucyjnego wniosku: lepiej by im się było zająć gospodarką, niż do Warszawy codziennie dojeżdżać. Zarobi się, czy się nie zarobi, zarobi się mniej czy więcej - ale przynajmniej nie ma tego kieratu z dojazdami*, a krowa, gdy się jej śniadanie czy poranne dojenie o pięć minut spóźni, to najwyżej powie "muuu", a nie będzie truła przez pół dnia, jak siostra oddziałowa, czy inny szef...

W zasadzie to się z nimi zgadzam. Zwłaszcza, gdy piję podarowane przez nich wczoraj mleko: słodkie, pachnące ziołami i... mlekiem - a nie zepsutą kiszonką i "Ludwikiem", którym czyści się elektryczną dojarkę, jak to zwykle u miejscowych rolników bywa. Bo jedną krowę już mają - tydzień temu ją nabyli. I stąd im się właśnie tak światopogląd przewartościował. Na razie żona M. doi ją ręcznie - korzystając z okazji, że będąc w zaawansowanej ciąży, do pracy w Warszawie chwilowo nie dojeżdża.

Nie wynika z tego bynajmniej, że sami mamy zamiar kupować krowę, czy też - broń Panie Boże - zaciążać! 

Prawdę powiedziawszy wygląda na to, że w tym roku nie uda mi się nawet utrzymać w porządku ogródka. Pomysły budowania ziemianki, nie wspominając już o stodole, stają się z każdym mijającym dniem i tygodniem coraz to bardziej fantastyczne. I nie powiem - czasami rodzi się w tyle głowy ulotne wrażenie, że prościej byłoby jednak, gdybyśmy mieszkali w mieście... Które to ulotne wrażenie, rzecz jasna, przechodzi natychmiast, gdy tylko spojrzę na nasze stado.

Takie to już koleje losu.

Przeglądając ostatnio stare zdjęcia, natrafiłem na pierwsze konterfekty naszego koćkodana, sprzed ponad siedmiu lat (komórką robione, stąd kiepska jakość) - z czasów, gdy nawet jeszcze nie wiedzieliśmy, że trafimy do Boskiej Woli.

Przez ten czas zmieniło się jedno. Koćkodan niewątpliwie bardzo schudł




a jego pan w to miejsce - przytył!
----------------
*Dzięki nieustannym wysiłkom Kolei Mazowieckich oraz innych zaangażowanych podmiotów, czas podróży od nas do Warszawy z roku na rok ulega systematycznemu wydłużeniu. W tej chwili to już prawie dwie godziny. Ale głęboko wierzymy, że to nie jest ostatnie słowo w tej sprawie!