Blog główny

wtorek, 8 lipca 2014

Żarty na bok

Podworowaliśmy sobie wczoraj z panem Januszem - zresztą żarty sobie robiłem na ten sam temat co najmniej dwukrotnie: raz pisząc o sodomitach i nowych samochodach, a drugi raz już bardziej bezpośrednio, o całościowym zorganizowaniu "nowego wspaniałego świata" - a też i pod ten sam strychulec da się podciągnąć moje rozważania o tzw. "problemie demograficznym".
 
Bardziej na poważnie zajmowałem się tą kwestią też co najmniej dwa razy - raz pisząc o "tyranii PKB", a drugi raz, już na tym blogu, o "podatkach wychowawczych".
 
Sam problem tego co jest "wartością" już taki zabawny nie jest. Nie byłoby okazji do tego rodzaju żartów, gdybyśmy jednoznacznie wiedzieli "ile co jest warte". Tymczasem tego wcale nie wiemy: każdy z tych siedmiu miliardów ludzi zamieszkujących naszą Umęczoną Planetę ma własną skalę preferencji i tylko dzięki nieustającej wymianie kształtują się jakieś ceny. Zwykle przy tym wymiana polega na tym, że oddajemy coś, co (przynajmniej w danym momencie...) cenimy mniej, aby otrzymać w zamian co innego, co cenimy bardziej.
 
Np. ogromna większość z nas, kiedy jest jeszcze w miarę sprawna i Kostuchy oko w oko nie widzi, chętnie sprzedaje swój czas, wykonując dla kogoś choćby nawet i nielubianą i nie przynoszącą wielkiej satysfakcji pracę (a czasem tylko jej wykonywanie markując, gdy właściwie to nic sensownego nie ma do roboty, ale 8 godzin za biurkiem odsiedzieć trzeba...) - w zamian za co może nabywać dobra przynoszące więcej satysfakcji niż czas wolny, którego są ekwiwalentem: piwo, chipsy, mrożone kurczaki czy kiełbaski na grilla. Czy co tam kto lubi...
 
 
Jest to, swoją drogą, nader sprytnie urządzone! Dawno, dawno temu, kiedy ludzie nie wytwarzali jeszcze żywności, mozoląc się w pocie lic swoich, tylko zbierali co im sama natura dawała, względnie polowali - wszystko wskazuje na to, że jakaś efektywna "praca" zajmowała im ułamek tego czasu, co nam obecnie. Nie wydaje się, aby mimo to narzekali na nudę. Czym się zajmowali możemy tylko zgadywać, ale wszystko wskazuje na to, że przede wszystkim - wytwarzali szeroko rozumianą kulturę. Tworząc zręby większości mitów, których okrojone, blade odbicie powtarzamy po dziś dzień, pielęgnując niezwykle złożone stosunki rodzinne i towarzyskie (jeszcze raz polecam lekturę "Wracać wciąż do domu"! Jeśli postęp automatyzacji będzie i nam dawał coraz więcej wolnego czasu, przyjdzie chyba do tego wrócić - pytanie tylko, czy my to jeszcze umiemy..?), wymyślając nowe rytuały, fryzury, ozdoby ciała - itd., itp.
 
 
Przez ostatnie dziesięć milleniów znakomita większość ludzkości robiła to w znacznie mniejszym zakresie, jeśli w ogóle - bo przykuci do swoich poletek, warsztatów, fabryk i biur, nie mieli na to zwyczajnie czasu ani sił. Widzimy też, że na ogół, jeśli się dobrze w fabryczno - biurowy klimat wdrożymy, przejście z tego reżimu do "czasu wolnego" bywa trudne. Coraz częściej zatem, zamiast wymyślać sobie coś na własną rękę, zdajemy się na profesjonalistów - konsumując czy to wytwory "przemysłu rozrywkowego", a nawet "przemysłu kulturalnego", jeśli można tak powiedzieć (acz podział na "filharmonię" i "muzykę lekką" mam za wydumany - jest to ostatnia pozostałość po dawnym snobizmie "klas wyższych"...), służące tzw. "zabiciu", czyli umileniu czasu tak, żebyśmy nie czuli, że płynie - czy to zdając się wprost na zawodowych organizatorów takich lub innych rozrywek w postaci np. wczasów.
 
Trudno powiedzieć, o czym ten trend świadczy? Można to bowiem rozumieć co najmniej na dwa sposoby. Albo ludzkość, rosnąc liczebnie, proporcjonalnie zgłupiała - skoro niejeden menadżer wyższego szczebla, a nawet i profesor uniwersytetu, nie radzi sobie z zadaniem, które ledwo 500 pokoleń temu z powodzeniem realizował dosłownie KAŻDY - albo też, jak w każdej innej dziedzinie życia, tak i w "tworzeniu kultury" oraz "zagospodarowywaniu czasu wolnego", nieustający Postęp Cywilizacyjny przynosi nam błogosławione skutki specjalizacji.
 
Jeśli ta druga teza jest prawdziwa, to winniśmy się cieszyć, że zamiast słuchać li i jedynie nosowego zawodzenia miejscowego organisty, albo rzępolenia jakowegoś Janka Muzykanta, każdy z nas prawie zawsze i prawie wszędzie może sobie puścić dowolną muzykę z nieprzebranych skarbnic światowej literatury muzycznej. Że większość nie jest zdolna do snobistycznych i/lub przemyślanych wyborów i bierze to, co im się na tacy podaje..? No cóż - możliwości są...
 
Obawiam się, że tego się nie zweryfikuje. Pisząc tak, mam pełną świadomość, że zabijam ewentualną dyskusję. Bo gdybym stwierdził jednoznacznie, że "cały ten współczesny chłam nic nie jest wart, a ludzkość ulega inwolucji" - to może ktoś z Państwa by zechciał zaprotestować? A kiedy piszę, że nie wiem - to co, będziecie mnie pouczać..? A po co?
 
No ale trudno - taka po prostu jest prawda. Nie wiem, bynajmniej, czy mamy postęp, czy degenerację. Na pewno mamy "profesjonalizację" - a więc: coraz to więcej i więcej czynności, które dawniej (a nawet i nie tak dawno temu...) wykonywane były po amatorsku, niezawodowo, we własnym, by tak rzec, zakresie - teraz się kupuje na rynku. Ot, chociażby - czy 20 lat temu była na rynku oferta "organizacji wieczoru kawalerskiego/panieńskiego"..?
 
 
Mam wrażenie, że czegoś takiego jak "wieczory panieńskie" to zgoła wcale nie było - a jak przyszły małżonek chciał się w noc przed ślubem z kumplami napier...lić w trupa (ryzykując, że rano po raz pierwszy od teściowej po łbie wałkiem dostanie...), to zwyczajnie rozpijali kilka flaszek gdzieś w krzakach lub u kogoś w domu - i tyle.
 
Jak widzimy jednak - powstała nowa potrzeba. I rynek ją zaspokaja. Pieniądze przechodzą z rąk do rąk, płacone są podatki, PKB rośnie, zdolność niemiłościwie nam panującego gosudarstwa do zadłużania się - proporcjonalnie również.
 
Bardzo daleko odeszliśmy od pierwotnego znaczenia terminu "ekonomia" - οἰκονομία! Pod wieloma względami zaszło coś, co Le Guin nazwałaby "odwróceniem": nie tylko problemem dnia nie jest to, jak dostępne zasoby oszczędzać i wykorzystywać możliwie jak najefektywniej, tylko zgoła wprost przeciwnie, jak najlepiej podbechtać apetyty szerokiej publiczności, jak jej potrzeby zwiększyć, żeby więcej kupowała - ale też NIKT już zgoła nie dostrzega szaleństwa takiego postępowania!
 
Wszak nawet i ludzie, którzy buntują się przeciw "kreacji pieniądza przez dług" - obiecują, że gdy tylko uda im się "uzdrowić gospodarkę", to dopiero wtedy, Panie Dzieju, ten tego ten - to będzie wzrost..!
 
Po jaką, za przeproszeniem, cholerę nam ten cały "wzrost"..? I na czym ma on polegać? Doba ma tylko 24 godziny, człowiek ma tylko pięć zmysłów - jak chcecie sprawić, żeby kupował jeszcze więcej, żeby jeszcze większe odczuwał potrzeby, żeby większa trawiła go żądza, większy niepokój, większy brak..?
 
A przecież nikt nie kupuje, jeśli nie poczuje potrzeby. Zatem - aby ludzie kupowali (a więc - aby "PKB rosło") - ludzie muszą odczuwać jakiś niedostatek, jakąś niezaspokojoną potrzebę, jakąś żądzę.
 
Zakaz spontanicznego, bezpłatnego seksu, z którego sobie kiedyś dworowałem to tylko najskrajniejsza, najbardziej jaskrawa konsekwencja takiej postawy. Ale to nie jest wcale postawa tylko jakimś tajemniczym "kręgom rządowym", jakimś spiskom potajemnym, FED-om czy innym literkowym skrótom właściwa. To jest Twoja, Drogi Czytelniku, moja i ogromnej większości mieszkańców naszej Umęczonej Planety postawa - którejśmy się nauczyli, którą przyswoili i za własną uznali.
 


3 komentarze:

  1. Skoro Mnie Pan imiennie w tekście wyróżnił to..., starając się sprostać zadaniu, przeczytałem "podlinkowane" inne pańskie notki.
    Muszę przyznać, że ma Pan talent, a te wpisy to prawdziwe "cacuszka".
    Widzę, że kwestie Gosudarstwa, "substytutek i powszechnej głupoty ma Pan gruntownie "obcykane".
    Niestety nie ma się do czego przyczepić, co poniekąd byłoby dobrze zrobiło memu Ego:).

    Ze względu na splin po chwilowej utracie innowacyjnej weny delektuję się alkoholem w towarzystwie Żony, przy okazji zerkając na to jak deszcz bezinteresownie nawadnia mi ogród.
    Kontemplując ten kojący ladszawcik będący, co by nie mówić, efektem cierpkiego uporu mojej Połowy, doszedłem do następującej konkluzji:
    może dotarliśmy już do takiego momentu, iż nie chodzi już o to by było więcej sztuk per capita?
    Może dalszy rozwój będzie polegał na tym, aby było cwaniej?
    Może wzrost będzie polegał na komplikacji algorytmów?

    Ja nie twierdzę, że należy Dzieciakom wyłączyć klimę w pokojach, aby zmniejszyć generację CO2, co to to nie, przeciwnie jestem za maksymalnym rozpowszechnieniem technicznych osiągnięć naszej Cywilizacji, ale wykładniczy wzrost mamony opartej o surowce nie może trwać wiecznie (oczywiście znam nietrafiony raport Klubu Rzymskiego).
    Natomiast algorytmy można doskonalić bez końca...

    A propos Żon, skoro zna Pan rosyjski gorąco polecam filmik:
    https://www.youtube.com/watch?v=bepU5FToeOI

    OdpowiedzUsuń
  2. jednak - powstała nowa potrzeba. I rynek ją zaspokaja.
    ------------------------------------------------------------------------------------
    Nie. Rynek (jego oddzial zjmujacy sie tworzeniem nowych potrzeb) wygenerowal potrzebe.
    Podobnie jak telefon komorkowy juz nie "zaspokaja" potrzebe kommunikacji. Przemysl produkujacy "smartfony" we wspolpracy z innymi(bankami, przemyslem rozrywkowym,itp) wygenerowal potrzebe "bycia on line" i "upp to date"
    Zostalo to zrobione konceptualnie i technicznie bez zarzutu. I dzis ,sa to potrzeby realne.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wojny dawno nie było... jedna atomowa, druga, trzecia... trochę zawirowań, i wracają stare "dobre" - złe czasy...

    OdpowiedzUsuń