Blog główny

poniedziałek, 28 lipca 2014

To be or not to be..?

Nie istnieje racjonalny dowód na to, że lepiej jest być, niż nie być. Tak naprawdę, to wszystko jest w porządku tak długo, póki się nad tym nie zastanawiamy - zgodnie z cytatem z pewnego kultowego filmu bowiem:
 
 
Organizm zdrowy działa - organizm chory zastanawia się.
 
(czy jakoś tak...: tej konkretnej sceny na youtubie nie znalazłem, a aż takim fanem nie jestem, żebym cały film na pamięć znał...)
 
Że bezmyślna egzystencja - taka właśnie, która do powstania jakichkolwiek wątpliwości względem swego sensu, celu i przeznaczenia nie dopuszcza - na ogół nie jest ceniona w kręgach intelektualnych..?
 
A cóż ja na to poradzę..? Lao Zi millenia temu to właśnie przewidział - i konsekwentnie wyżej stawiał nieuczoną prostotę nad uczone krętactwo, które koniec końców zawsze samo siebie pożera i niszczy...
 
PRZEKONANIA do życia nie sposób nabrać dzięki filozofii. Gdy się już takie przekonanie skądinąd ma - a owszem, wtedy staje się filozofia niezgorszą pocieszycielką w życiu.
 
Problem polega na tym, że na ogół odwraca się ten porządek rzeczy: z fatalnym skutkiem. Bo kto usiłuje rozumem uzasadniać że żyje i że życie jest dobre, ten cel swój może osiągnąć tylko za cenę popadnięcia w sprzeczności - a więc: rezygnacji z rozumu. Nie da się w ten sposób zyskać ani dobrego uzasadnienia do życia, ani dobrej filozofii. Pozostają krętactwa. Jeśli nie świadome, tj. takie, które mają celowo oczy zamydlić czytającej publiczności - to przed samym sobą. Może nawet i gorsze w efekcie..?
 
Z tego punktu widzenia ostatnią filozofią prawdziwą i szczerą była ta scholastyczna: bo przynajmniej szczerze przyznawała, że sens, cel i przeznaczenie - nie z tego są świata!
 
Można oczywiście zakwestionować samo pojęcie "sensu". Wtedy jednak, chcąc pozostać konsekwentnym, należy też zrezygnować z rozumu - powracając do "instynktów", "woli", "podświadomości" (niepotrzebne skreślić). Czyż nie lepiej żyć chwilą jak zwierzę, ani się nad sobą zastanawiając - niż takie intelektualne wygibasy czynić tylko po to, by dojść do pochwały... życia chwilą, jak zwierzę..?
 
Bezmyślność jest tedy prawdziwą ostoją życia. Gdyby gdziekolwiek ziściła się platońska idea "państwa filozofów" - byłby to, przynajmniej na skalę owego ziszczenia, koniec ludzkości (lub koniec... idei!). Co prawda i w naszym stanie powszechnej bezmyślności też jakby życia ubywa raczej, miast przybywać (jasne,  że do ujemnej demografii tu piję...) - ale to skutek lenistwa. A lenistwo jest też i niezgorszym fundamentem cnoty: ot - gorąco, lato przecież, wokół pełno pięknych, na wpół obnażony dziewcząt, a mnie... nie chce się! I za cholerę nie chce mi się chcieć...
 
Bezmyślności samej jednak dla przetrwania gatunku nie wystarczy. Co z tego bowiem, że można zawsze liczyć na bezmyślność szerokich mas - gdy jednocześnie wymaga się od tych mas jakiegoś, jednak, pomyślunku..? I do orki się nie nadaje ten, kto ZBYTNIO bezmyślny, bo nie pociągnie skiby porządnie i nic z tej roboty nie będzie. Że zaś nie da się, wymagając odrobiny pomyślunku od oracza, zakazać mu zarazem myślenia o sobie (jako rzecz Mistrz: umysł ludzki, będąc wszechzwrotnym, jest też samozwrotny...) - trzeba mu w głowę takie prawidła wstawić, takie rusztowanie, które mu na zbyt wielką, bo zgubną, swobodę nie pozwoli.
 
I to jest właśnie rola i wielkość Tradycji. Tradycja, podsuwając odpowiedzi gotowe, łatwe do przyjęcia (bo całe życie społeczne temu służy i ku temu nastraja, by takie właśnie, a nie inne przyjąć za swoje, jakie ona dyktuje...), oczywiste - zaspokaja tę odrobinę intelektualnych potrzeb, jakich można się spodziewać po zwykłym człowieku przez całe jego życie. Rozbrajając tym samym niebezpieczną minę, jaką jest nazbyt wielka i przez to samozgubna elastyczność ludzkiego umysłu...
 
W stanie "normalnym", w którym ludzkość żyła przez millenia - nieliczne tylko jednostki były w stanie zbuntować się przeciw Tradycji. Można je było spisać na straty. Nieszczęśliwe ich życie nie miało żadnego znaczenia z punktu widzenia szerszej całości. Rzadko tylko wnosili coś od siebie, częściej niszcząc tylko - ale i samemu rychło ulegając zniszczeniu!
 
Niestety, stan "normalny" się skończył. Jakieś dwa stulecia temu. Życie codzienne: niezmienne, rytmiczne, powtarzalne, obwarowane tysiącami rytuałów - skończyło się w tej postaci, jaką obecnie znamy tylko z przekazów i badań. Miejsce niezmienności zajęła wieczna zmiana. Miejsce rytmiczności i powtarzalności - ortolinearany Postęp. Na rytuałach nam wprawdzie nie zbywa, mnożą się one bowiem nieustannie (zaczynając od rytów Świętej Nauki: laboratoryjny fartuch, specyficzny żargon, dyplomy, publikacje... - przez ryty Przenajświętszej Demokracji, aż po codzienne przesądy, zaiste przypominające nerwicę natręctw: o podobieństwie między tzw. "religią naturalną", a syndromem anankastycznym napiszę może oddzielnie...) - ale nie tworzą spójnej całości. Nie mogą, bo ciągła zmiana w życiu praktycznym na to nie pozwoli!
 
Cóż więc dziwnego, że ból istnienia bardziej jest obecnie dotkliwy niż kiedykolwiek wcześniej..?
 
Wydaje się, że długo tak już nie pociągniemy. Człowiek wprawdzie nie świnia, do wszystkiego się przyzwyczai, do ciągłej zmiany i ciągłego poczucia bezsensu też - ale nie należy raczej oczekiwać, by w tak niekomfortowych psychicznie warunkach zachował dobrą kondycję moralną...
 
 


4 komentarze:

  1. Czy Pan musisz zawsze tak dosadnie i prosto z mostu prawdę szczerą walić? Ja już jestem znieczulona. Mało boli. Czyli co?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet konklawe da się doprowadzić do ludożerstwa - byle postępować cierpliwie i metodycznie...

      Usuń
  2. Czy nie jest tak, że po okresie intelektualnej stagnacji i/lub moralnego upadku następuje odbicie się od dna?

    I jeszcze: studiowałeś filozofię?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno powiedzieć. Istnieje oczywiście koncepcja "wiecznego powrotu", którą najlapidarniej bodaj streszczał ongiś komentator MarkOwy twierdząc, że "świat całkowicie odczarowany staje się na powrót światem zaczarowanym" - ale trudno to w jakikolwiek sposób udowodnić.

      Pisałem doktorat, ale go nie napisałem...

      Usuń