Blog główny

środa, 2 lipca 2014

Jakie piękne samobójstwo

Książki nie czytałem (i na tym polega moja ogromna przewaga - jak pewnego razu miał był powiedzieć Franc Fiszer...). W bibliotekach na ogół jeszcze jej nie ma, a nie jestem aż tak spragniony kontaktu z publicystyką RAZ-a, żeby (dość kosztowną w relacji do objętości) książeczynkę kupować - choć uśmiecha się zalotnie z każdej niemal kioskowej witryny na trasie dworzec kolejowy - praca...
 
To o czym zatem chciałbym Państwa poinformować a propos tego dzieła, skoro go nie czytałem..?
 
No cóż - jest to kolejny głos w dyskusji nad II wojną światową i wszystkimi nieszczęściami, które potem z niej dla nas wynikły - z nieustannym odniesieniem do sytuacji aktualnej, ma się rozumieć!
 
Podobne dyskusje toczą się też od lat na moim ulubionym historycznym forum. I w zasadzie konkluzja, jaka się z tego wyłania jest dość pesymistyczna. Niewiele można było zrobić, prawie nic!
 
Wpuścić Sowietów w 1939..? Karkołomny pomysł - i nie wiadomo, czy sam Stalin kiedykolwiek traktował go na serio. Do wojny z Niemcami z pewnością gotów nie był.
 
Rozkaz Rydza z 17 września..? No faktycznie, dziwnie sformułowany, pozostawiający pewną niejasność. Można go tłumaczyć tym, że to nie Wódz Naczelny jest od ogłaszania stanu wojny, tylko władze cywilne (które czegoś nie zdążyły - tym razem...). Poza tym: czy trzeba formalnie ogłaszać rzeczy oczywiste..? I czy zmiana tytułu traktatu Sikorski - Majski (do którego przecież i tak by nieuchronnie doszło - już by o to Churchill zadbał...) z "układ o normalizacji stosunków" na "traktat pokojowy" - coś by istotnie zmieniła?
 
Niektórzy twierdzą, że w "traktacie pokojowym" KONIECZNIE musi być uregulowana sprawa granic. Obawiam się, że wątpię. Poza tym - strona polska parłaby do potwierdzenia granicy ryskiej, a Stalin mając Niemców w administracyjnych granicach Moskwy pewnie by się na to zgodził - a w 1944 podarł ten świstek papieru - i nikt by mu nic nie zrobił...
 
Sam kiedyś zaproponowałem kolegom z forum podjęcie rozważań nad tym, jak układ Sikorski - Majski powinien być sformułowany, żeby Stalinowi nie opłacało się go łamać. Przynajmniej - nie tak od razu po wkroczeniu na teren przedwojennej RP. Ze wszystkim nie wydaje się być znalezienie takiego sformułowania niemożliwym - poza jednym drobiazgiem: w rządzie Sikorskiego musiałby się znaleźć jakiś prorok (albo oczywisty sowiecki agent...), który by na 3 lata naprzód przewidział, że nie tylko Sowieci się utrzymają (a przecież im się wtedy wszystkim wydawało, że lada moment Niemcy będą na Uralu!) - ale jeszcze będą, pomimo strat i pomimo rysującej się zależności materiałowej od Zachodu (dostawy lend lease!) rozdawać karty w Europie Środkowej?
 
 
Wszelkie zatem dywagacje na ten temat, to czysta rozrywka - a nie poszukiwanie realnej "przestrzeni decyzyjnej", której niewykorzystanie można by określić jako "błąd", "samobójstwo", "szaleństwo" (a takie sformułowania gęsto padają w tej dyskusji!).
 
Jak zatem można było lepiej "wyjść z II wojny światowej"..? No cóż: nie toczyć jej wcale!
 
Nie - wcale nie mówię tu o "pójściu z Niemcami" (to by chyba było tylko ciutek łatwiejsze niż "wpuszczenie Sowietów") - i nie było żadnych szans na zachowanie neutralności, bo niby jak..?
 
Mówię o tym, aby do II wojny światowej nie dopuścić. I też nie mam na myśli żadnej "wojny prewencyjnej" - raz, że nie wiadomo, czy pojawiające się co i raz dywagacje na ten temat mają w ogóle jakąkolwiek podstawę faktyczną (w papierach nic na ten temat prawie że nie ma - a pamięć ludzka jest ulotną: nie wiadomo tak naprawdę, czy kiedykolwiek Piłsudski lub Beck coś w tym stylu proponowali - czy tylko taką im się po latach dorabia legendę - wojsko w każdym razie, przygotowań do wojny tego rodzaju nie czyniło...), a dwa - że nawet na początku lat 30-tych Reichswhera tylko na papierze była słabsza od Wojska Polskiego i nawet wspólny atak z Francją mógł wcale nie być taki łatwy.
 
To w jaki sposób zatem można było do II wojny światowej nie dopuścić..?
 
Inaczej kończąc tę pierwszą!
 
Przy czym owo "inne, lepsze zakończenie" mogło przybrać wiele postaci - zaczynając od tego, że brytyjski premier Lloyd George, któremu bardzo wiele "zawdzięczamy" mógł przecież, jak tylu innych, paść ofiarą grypy hiszpanki, albo chociaż złamać nogę i nie dojechać do Paryża (z jego ministrem spraw zagranicznych Dmowski był już prawie dogadany...). Już byłoby lepiej: byłby Gdańsk i sensowniejsza do obrony granica na zachodzie.
 
Choć i tego mogłoby nie wystarczyć.
 
Była jedna rzecz, którą mogliśmy zrobić sami - na "mocarstwa zachodnie" przesadnie się nie oglądając. Pisałem o tym dawno temu. Można było pomóc Denikinowi latem 1919.
 
 
Udałoby się - byłaby "biała" Rosja. Sojusznik. Przeciw socjalistycznym (w latach 20-tych) czy narodowo - socjalistycznym (w latach 30-tych) Niemcom..? Lepszego nie sposób sobie wyobrazić! Co z tego, że sojusznik potężniejszy, dominujący - ba! Nie uznający na początku nawet i państwowości polskiej, a przynajmniej polskiego władania nad "rosyjską" ziemią..?
 
Denikin gdy pytany o to odpowiadał, że nie ma kompetencji do podejmowania takich decyzji, mówił przecież prawdę: "głównodowodzący Armii Ochotniczej" nie był żadną władzą państwową i do takiej roli nie pretendował.
 
 
A prawda jest taka, że "biali" i po zdobyciu Moskwy (z polską pomocą) mieliby co robić na ogromnych przestrzeniach Imperium przez lata. Wątpliwym jest, aby porwali się na państwa zakaukaskie: Gruzję, Armenię i Azerbejdżan. Nie zrobili tego w praktyce, choć mieli tam blisko, a Azerowie zwłaszcza - panowali nad zasobami, które bardzo by im się w wojnie z "czerwonymi" przydały. Wystarczyło tylko oświadczenie Ententy, że nie życzy sobie rosyjskich oddziałów w granicach tych państw.
 
Jakim cudem mieliby porywać się na Polskę..? Uznaną już przez Entantę, sygnatariusza traktatu wersalskiego, członka Ligi Narodów?
 
Nim nowa władza w Moskwie by okrzepła - granica polsko - rosyjska, pewnie podobna do ryskiej (jak nie lepsza) byłaby już od dawna ustalona. Na realizację "planu Sazonowa" (o którym też pisałem) nie było w tym momencie miejsca - skoro rzecz dzieje się już po podpisaniu traktatu wersalskiego!
 
Oczywiście, że z czasem Polska byłaby w rosnącym stopniu satelitą odradzającej się, imperialnej Rosji. Ale przynajmniej nikt by nikomu nie strzelał w tył głowy, nie dewastowałby mienia, nie "budował nowego człowieka" - a łódzkie fabryki miałyby co robić i nie musiałyby ograniczać czasu pracy do dwóch dni w tygodniu, jak to w rzeczy samej w międzywojniu się działo.
 
Mogłoby się też i nie udać. To znaczy - mogłoby się okazać, że te kilkaset tysięcy szabel i bagnetów, które Polacy mogliby dodać krwawiącemu pod Orłem Denikinowi, to wciąż by było za mało, aby wyrzucić "czerwonych" z Moskwy.
 
Ale i wtedy jest lepiej, niż było w rzeczywistości. Wojna z bolszewikami była - wydaje się - tak czy inaczej nieunikniona. Niezależnie od ukraińskich ambicji Piłsudskiego (majowa ofensywa polska na Kijów tak naprawdę uprzedziła tylko już przygotowywaną ofensywę Tuchaczewskiego na Warszawę...).
 
Czyż nie lepiej stoczyć decydującą bitwę takiej wojny pod Moskwą, a nie pod Warszawą?
 
Nawet w razie przegranej jest szansa na wynegocjowanie lepszego pokoju. Tak samo jak "biali" po zdobyciu Moskwy, tak i "czerwoni" po jej (trudniejszym niż w rzeczywistości) obronieniu - mieliby chwilowo na głowie ważniejsze rzeczy niż użeranie się z Polakami.
 
Dlaczego tak się rozwodzę i to ponownie nad tym epizodem naszych dziejów?
 
Po pierwsze dlatego, że TA WŁAŚNIE decyzja (a nie zatrzymanie i odepchnięcie Tuchaczewskiego rok później) to był właśnie istotny wkład Polaków w dzieje całego świata, w dzieje powszechne. Mogliśmy zniszczyć komunizm, ocalając życie dziesiątkom milionów jego przyszłych ofiar - i nie zrobiliśmy tego.
 
 
Jest to jeden z niewielu przykładów w historii, gdy potrzeba było działania - i to działanie nie zostało na czas podjęte.
 
Tym się właśnie odróżnia od wielkiego mnóstw pospolitych wydarzeń historycznych, kiedy to podjęte działania obróciły się na szkodę działającego - co jest najczęstszym przypadkiem (i dlatego na ogół namawiam do niedziałania..!).
 
Po drugie dlatego, że za decyzją o tym, czy pójść czy nie pójść na pomoc Denikinowi latem 1919 nie stały żadne "ważne", "wielkie", "ważkie" powody ani mechanizmy dziejowe.
 
Ja bym poszedł zbytnio się nad tym nie zastanawiając - po prostu dlatego, że lubię Rosję, lubię Rosjan, kocham rosyjskie konie - i, nie widząc większego ryzyka w podjęciu takiego kroku tu i teraz, już bym się nad dalszym konsekwencjami specjalnie nie rozwodził, skoro mogę Rosjanom pomóc.
 
Podejrzewam, że gdyby na czele państwa nie stał Piłsudski, tylko któryś z generałów carskiej armii - Dowbór - Muśnicki bodaj (tyle że on ambicji politycznych nie miał - cóż za pech!) - zrobiłby tak właśnie i zrobiłby to nie kierując się głębokimi analizami geopolitycznymi, tylko prostym, ludzkim odruchem.
 
No ale na czele naszego państwa niestety stał Piłsudski - który miał własne plany względem Rosji, plany bardzo złożone, kompleksowe, subtelne ("wyrwanie" Rosji jak największej części jej terytorium poprzez popieranie mniejszości, w tym głównie Ukraińców - nic to, że ukraiński nacjonalizm NIE TYLKO przeciw Rosji z konieczności się zwraca - a potem popieranie Sawinkowa, czyli potencjalnie "najmiększej", "najbardziej podatnej na wpływy" władzy w samej Rosji - taka jelcyniada, tylko 80 lat przed terminem...). I który Rosji zwyczajnie nie lubił - o co trudno mieć do niego pretensje, ale co nie jest ŻADNYM pomysłem na politykę zagraniczną!


5 komentarzy:

  1. >> Książki nie czytałem

    Wspaniała inspiracja. Podobnie było z mnóstwem tekstów na temat książek Zychowicza. Ci, co nie czytali mieli najwięcej do powiedzenia. Szkoda, że nie na temat. Pański wpis też nie do końca jest na temat, o co może nie jest oczywiste, kiedy się nie czytało książki.
    Książka Ziemkiewicza jest wielowątkowa i wielopłaszczyznowa, tym trudniejszy orzech dla krytyków, ale czy są dzisiaj prawdziwi krytycy? Ja widzę głównie prawdziwych krzykaczy, zapatrzonych we własną ignorancje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czytałem, ale mogę sobie wyobrazić, znając inne publicystyczne książeczki tegoż autora. Generalnie - RAZ nie jest dla mnie bogiem, ani nawet prorokiem. Myli się bardzo często.

      A tekst powyższy, poza tytułem, nic z jego książeczką nie ma wspólnego...

      Usuń
  2. nowy2002
    Niestety, szanowny Autor ma całkowitą rację odnośnie naszego niechlubnego zachowania w trakcie wojny domowej w Rosji. Był to jeśli nie jedyny, to jeden z niewielu przypadków gdy mogliśmy pozytywnie wpłynąć na bieg dziejów powszechnych. Zdławienie komunizmu było warte każdego poświęcenia ( zwłaszcza w wypadku potencjalnego sąsiedztwa takiego tworu ) a co najważniejsze winno być to oczywiste dla polityków na podstawie ówczesnej wiedzy.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Zdławienie komunizmu było warte każdego poświęcenia"
    tylko trzeba bylo byc prorokiem i wiedziec, ze komunizm bedzie tak zbrodnicza instytucja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W roku 1919 był to już fakt powszechnie znany...

      Usuń