Blog główny

poniedziałek, 28 lipca 2014

To be or not to be..?

Nie istnieje racjonalny dowód na to, że lepiej jest być, niż nie być. Tak naprawdę, to wszystko jest w porządku tak długo, póki się nad tym nie zastanawiamy - zgodnie z cytatem z pewnego kultowego filmu bowiem:
 
 
Organizm zdrowy działa - organizm chory zastanawia się.
 
(czy jakoś tak...: tej konkretnej sceny na youtubie nie znalazłem, a aż takim fanem nie jestem, żebym cały film na pamięć znał...)
 
Że bezmyślna egzystencja - taka właśnie, która do powstania jakichkolwiek wątpliwości względem swego sensu, celu i przeznaczenia nie dopuszcza - na ogół nie jest ceniona w kręgach intelektualnych..?
 
A cóż ja na to poradzę..? Lao Zi millenia temu to właśnie przewidział - i konsekwentnie wyżej stawiał nieuczoną prostotę nad uczone krętactwo, które koniec końców zawsze samo siebie pożera i niszczy...
 
PRZEKONANIA do życia nie sposób nabrać dzięki filozofii. Gdy się już takie przekonanie skądinąd ma - a owszem, wtedy staje się filozofia niezgorszą pocieszycielką w życiu.
 
Problem polega na tym, że na ogół odwraca się ten porządek rzeczy: z fatalnym skutkiem. Bo kto usiłuje rozumem uzasadniać że żyje i że życie jest dobre, ten cel swój może osiągnąć tylko za cenę popadnięcia w sprzeczności - a więc: rezygnacji z rozumu. Nie da się w ten sposób zyskać ani dobrego uzasadnienia do życia, ani dobrej filozofii. Pozostają krętactwa. Jeśli nie świadome, tj. takie, które mają celowo oczy zamydlić czytającej publiczności - to przed samym sobą. Może nawet i gorsze w efekcie..?
 
Z tego punktu widzenia ostatnią filozofią prawdziwą i szczerą była ta scholastyczna: bo przynajmniej szczerze przyznawała, że sens, cel i przeznaczenie - nie z tego są świata!
 
Można oczywiście zakwestionować samo pojęcie "sensu". Wtedy jednak, chcąc pozostać konsekwentnym, należy też zrezygnować z rozumu - powracając do "instynktów", "woli", "podświadomości" (niepotrzebne skreślić). Czyż nie lepiej żyć chwilą jak zwierzę, ani się nad sobą zastanawiając - niż takie intelektualne wygibasy czynić tylko po to, by dojść do pochwały... życia chwilą, jak zwierzę..?
 
Bezmyślność jest tedy prawdziwą ostoją życia. Gdyby gdziekolwiek ziściła się platońska idea "państwa filozofów" - byłby to, przynajmniej na skalę owego ziszczenia, koniec ludzkości (lub koniec... idei!). Co prawda i w naszym stanie powszechnej bezmyślności też jakby życia ubywa raczej, miast przybywać (jasne,  że do ujemnej demografii tu piję...) - ale to skutek lenistwa. A lenistwo jest też i niezgorszym fundamentem cnoty: ot - gorąco, lato przecież, wokół pełno pięknych, na wpół obnażony dziewcząt, a mnie... nie chce się! I za cholerę nie chce mi się chcieć...
 
Bezmyślności samej jednak dla przetrwania gatunku nie wystarczy. Co z tego bowiem, że można zawsze liczyć na bezmyślność szerokich mas - gdy jednocześnie wymaga się od tych mas jakiegoś, jednak, pomyślunku..? I do orki się nie nadaje ten, kto ZBYTNIO bezmyślny, bo nie pociągnie skiby porządnie i nic z tej roboty nie będzie. Że zaś nie da się, wymagając odrobiny pomyślunku od oracza, zakazać mu zarazem myślenia o sobie (jako rzecz Mistrz: umysł ludzki, będąc wszechzwrotnym, jest też samozwrotny...) - trzeba mu w głowę takie prawidła wstawić, takie rusztowanie, które mu na zbyt wielką, bo zgubną, swobodę nie pozwoli.
 
I to jest właśnie rola i wielkość Tradycji. Tradycja, podsuwając odpowiedzi gotowe, łatwe do przyjęcia (bo całe życie społeczne temu służy i ku temu nastraja, by takie właśnie, a nie inne przyjąć za swoje, jakie ona dyktuje...), oczywiste - zaspokaja tę odrobinę intelektualnych potrzeb, jakich można się spodziewać po zwykłym człowieku przez całe jego życie. Rozbrajając tym samym niebezpieczną minę, jaką jest nazbyt wielka i przez to samozgubna elastyczność ludzkiego umysłu...
 
W stanie "normalnym", w którym ludzkość żyła przez millenia - nieliczne tylko jednostki były w stanie zbuntować się przeciw Tradycji. Można je było spisać na straty. Nieszczęśliwe ich życie nie miało żadnego znaczenia z punktu widzenia szerszej całości. Rzadko tylko wnosili coś od siebie, częściej niszcząc tylko - ale i samemu rychło ulegając zniszczeniu!
 
Niestety, stan "normalny" się skończył. Jakieś dwa stulecia temu. Życie codzienne: niezmienne, rytmiczne, powtarzalne, obwarowane tysiącami rytuałów - skończyło się w tej postaci, jaką obecnie znamy tylko z przekazów i badań. Miejsce niezmienności zajęła wieczna zmiana. Miejsce rytmiczności i powtarzalności - ortolinearany Postęp. Na rytuałach nam wprawdzie nie zbywa, mnożą się one bowiem nieustannie (zaczynając od rytów Świętej Nauki: laboratoryjny fartuch, specyficzny żargon, dyplomy, publikacje... - przez ryty Przenajświętszej Demokracji, aż po codzienne przesądy, zaiste przypominające nerwicę natręctw: o podobieństwie między tzw. "religią naturalną", a syndromem anankastycznym napiszę może oddzielnie...) - ale nie tworzą spójnej całości. Nie mogą, bo ciągła zmiana w życiu praktycznym na to nie pozwoli!
 
Cóż więc dziwnego, że ból istnienia bardziej jest obecnie dotkliwy niż kiedykolwiek wcześniej..?
 
Wydaje się, że długo tak już nie pociągniemy. Człowiek wprawdzie nie świnia, do wszystkiego się przyzwyczai, do ciągłej zmiany i ciągłego poczucia bezsensu też - ale nie należy raczej oczekiwać, by w tak niekomfortowych psychicznie warunkach zachował dobrą kondycję moralną...
 
 


środa, 23 lipca 2014

Libertariańskie nawrócenie

Pobieranie numerków na każdej poczcie, a ostatnio też i w wielu McDonaldach to przesada. No ale - nie da się ukryć: na pocztach od lat wielkich kolejek nie ma, w McDonaldzie też nie. Ba! Urząd Dzielnicy Żoliborz też sobie doskonale radzi. Jak przyśle sms-a, że "paszport do odbioru tego a tego o tej i o tej godzinie" - to się przychodzi i odbiera. I już.

Tymczasem rząd hamerykański nawet tak prostej rzeczy jak umawianie petentów do konsultatu nie potrafi zorganizować.

Bo niby ma się zaproszenie na konkretny dzień i godzinę. Niby pisze na tym zaproszeniu wołami: "For your safety and convenience, we ask that you arrive at the time of your appointment, and not earlier."

I wiecie co..? Jak się popytałem ludzi w kolejce - to wszyscy, tak jak ja, umówieni byli na 10.00. Albo na 10.15. A i tak stało się w kolejce dobre pół godziny (wszyscy na tę samą godzinę wezwani - jak wyjaśnił strażnik: te godziny to tylko tak orientacyjnie...).



Zaiste, można po takim doświadczeniu zwątpić i przejść na libertarianizm!

Na szczęście, ja tam zawsze twierdziłem, że rząd nie jest od tego, żeby komukolwiek robił dobrze (np. jakimś tam petentom...), tylko od tego, żeby robił dobrze sobie samemu. No i to się akurat potwierdza...

O samej wizycie nie chce mi się opowiadać. Dobrze jeszcze, że nie podłączają petentów do jakiegoś "wykrywacza kłamstw". To by było całkiem w stylu: kuloodporne szyby chroniące "urzędnika konsularnego" przed kontaktem z trzecioświatowymi bakteriami, brudem i fundamentalizmem, tudzież skanowanie odcisków palców... Nie, naprawdę - jeszcze tylko paru elektrod na skórze brak!

Tyle dobrze, że  wróciłem do domu trochę szybciej niż zwykle. Cóż kiedy dogoniła mnie ta ogromna, czarna, burzowa chmura, która zawisła nad Warszawą dokładnie w momencie, gdy wsiadałem do pociągu. I, oczywiście, na samym początku wyłączono nam prąd. Bodaj prewencyjnie, bo nie było charakterystycznego "mrugnięcia", jak przy próbie załączenia bezpiecznika, który wywalił.

Dobrze, że CAŁE siano już uprzątnięte (sąsiad się jednak namyślił i prezent z 15 belek przyjął...).

piątek, 18 lipca 2014

Wojny nie będzie

Zadzwoniła do mnie dzisiaj nasza przyjaciółka z Warszawy z hiobowymi wieści: oto jej znajomi gotują się sprzedawać nieruchomości i wiać co prędzej zagranicę. Bo do Warszawy lada dzień wjedzie na czołgu zły czekista Putin.


Chwilowo bardziej mnie interesuje, żeby na moje pastwisko wjechał wreszcie druh mój serdeczny Radek na traktorze - co bardzo marudnie idzie, bo choć w środę już zaczął, niewiele do tej pory zostało zrobione, a to za sprawą ciągłych awarii sprzętu.

Tym niemniej, choć sprawa ta jakoś szczególnie mnie nie zajmuje, chciałbym tu z całą mocą oświadczyć: żadnej wojny nie będzie!

Są co prawda tacy, którzy twierdzą, że Wielki Czarny Ojciec z Białego Domu (a raczej - poruszający nim jak kukiełką zakulisowy "banksterzy"..) właśnie do wojny zmierza (i kto wie? Może i sam tego malezyjskiego 777 zestrzelił..?) - a to po to, aby ukryć nieuchronne rzekomo bankructwo Zgniłego Zachodu.

Mówcie sobie co chcecie, ja to między bajki wkładam!

Ot - pozbyć się starszego sprzętu (by zrobić miejsce i zdobyć zamówienia na nowy...) w jakichś Irakach czy Afganistach to jedno. Ale zadzierać ze złym czekistą Putinem, który na żartach kompletnie się nie zna, za to trochę wcale jeszcze sprawnych rakiet z nader nieprzyjemną zawartością ma - to coś całkiem innego.

Nie wyobrażam sobie, żeby Wielki Czarny Ojciec z Białego Domu miał wystarczająco wielkie jaja.


Tym mniej widzę tak wielkie jaja między drżącymi udami oślizgłych bankierów... (na zdjęciu powyżej cohones są już ugotowane...).

Pomysł, że wojny chce nie kto inny jak sam zły czekista Putin i dlatego z rozmysłem strąca pasażerskie samoloty - chyba nie wymaga jakiejś bardziej szczegółowej krytyki..?

Zresztą: gdybym nawet się mylił i gdyby zły czekista Putin faktycznie wkrótce wjechał na czołgu do Warszawy - a co mnie to w Boskiej Woli obchodzi..?

Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś spokojna...

wtorek, 8 lipca 2014

Żarty na bok

Podworowaliśmy sobie wczoraj z panem Januszem - zresztą żarty sobie robiłem na ten sam temat co najmniej dwukrotnie: raz pisząc o sodomitach i nowych samochodach, a drugi raz już bardziej bezpośrednio, o całościowym zorganizowaniu "nowego wspaniałego świata" - a też i pod ten sam strychulec da się podciągnąć moje rozważania o tzw. "problemie demograficznym".
 
Bardziej na poważnie zajmowałem się tą kwestią też co najmniej dwa razy - raz pisząc o "tyranii PKB", a drugi raz, już na tym blogu, o "podatkach wychowawczych".
 
Sam problem tego co jest "wartością" już taki zabawny nie jest. Nie byłoby okazji do tego rodzaju żartów, gdybyśmy jednoznacznie wiedzieli "ile co jest warte". Tymczasem tego wcale nie wiemy: każdy z tych siedmiu miliardów ludzi zamieszkujących naszą Umęczoną Planetę ma własną skalę preferencji i tylko dzięki nieustającej wymianie kształtują się jakieś ceny. Zwykle przy tym wymiana polega na tym, że oddajemy coś, co (przynajmniej w danym momencie...) cenimy mniej, aby otrzymać w zamian co innego, co cenimy bardziej.
 
Np. ogromna większość z nas, kiedy jest jeszcze w miarę sprawna i Kostuchy oko w oko nie widzi, chętnie sprzedaje swój czas, wykonując dla kogoś choćby nawet i nielubianą i nie przynoszącą wielkiej satysfakcji pracę (a czasem tylko jej wykonywanie markując, gdy właściwie to nic sensownego nie ma do roboty, ale 8 godzin za biurkiem odsiedzieć trzeba...) - w zamian za co może nabywać dobra przynoszące więcej satysfakcji niż czas wolny, którego są ekwiwalentem: piwo, chipsy, mrożone kurczaki czy kiełbaski na grilla. Czy co tam kto lubi...
 
 
Jest to, swoją drogą, nader sprytnie urządzone! Dawno, dawno temu, kiedy ludzie nie wytwarzali jeszcze żywności, mozoląc się w pocie lic swoich, tylko zbierali co im sama natura dawała, względnie polowali - wszystko wskazuje na to, że jakaś efektywna "praca" zajmowała im ułamek tego czasu, co nam obecnie. Nie wydaje się, aby mimo to narzekali na nudę. Czym się zajmowali możemy tylko zgadywać, ale wszystko wskazuje na to, że przede wszystkim - wytwarzali szeroko rozumianą kulturę. Tworząc zręby większości mitów, których okrojone, blade odbicie powtarzamy po dziś dzień, pielęgnując niezwykle złożone stosunki rodzinne i towarzyskie (jeszcze raz polecam lekturę "Wracać wciąż do domu"! Jeśli postęp automatyzacji będzie i nam dawał coraz więcej wolnego czasu, przyjdzie chyba do tego wrócić - pytanie tylko, czy my to jeszcze umiemy..?), wymyślając nowe rytuały, fryzury, ozdoby ciała - itd., itp.
 
 
Przez ostatnie dziesięć milleniów znakomita większość ludzkości robiła to w znacznie mniejszym zakresie, jeśli w ogóle - bo przykuci do swoich poletek, warsztatów, fabryk i biur, nie mieli na to zwyczajnie czasu ani sił. Widzimy też, że na ogół, jeśli się dobrze w fabryczno - biurowy klimat wdrożymy, przejście z tego reżimu do "czasu wolnego" bywa trudne. Coraz częściej zatem, zamiast wymyślać sobie coś na własną rękę, zdajemy się na profesjonalistów - konsumując czy to wytwory "przemysłu rozrywkowego", a nawet "przemysłu kulturalnego", jeśli można tak powiedzieć (acz podział na "filharmonię" i "muzykę lekką" mam za wydumany - jest to ostatnia pozostałość po dawnym snobizmie "klas wyższych"...), służące tzw. "zabiciu", czyli umileniu czasu tak, żebyśmy nie czuli, że płynie - czy to zdając się wprost na zawodowych organizatorów takich lub innych rozrywek w postaci np. wczasów.
 
Trudno powiedzieć, o czym ten trend świadczy? Można to bowiem rozumieć co najmniej na dwa sposoby. Albo ludzkość, rosnąc liczebnie, proporcjonalnie zgłupiała - skoro niejeden menadżer wyższego szczebla, a nawet i profesor uniwersytetu, nie radzi sobie z zadaniem, które ledwo 500 pokoleń temu z powodzeniem realizował dosłownie KAŻDY - albo też, jak w każdej innej dziedzinie życia, tak i w "tworzeniu kultury" oraz "zagospodarowywaniu czasu wolnego", nieustający Postęp Cywilizacyjny przynosi nam błogosławione skutki specjalizacji.
 
Jeśli ta druga teza jest prawdziwa, to winniśmy się cieszyć, że zamiast słuchać li i jedynie nosowego zawodzenia miejscowego organisty, albo rzępolenia jakowegoś Janka Muzykanta, każdy z nas prawie zawsze i prawie wszędzie może sobie puścić dowolną muzykę z nieprzebranych skarbnic światowej literatury muzycznej. Że większość nie jest zdolna do snobistycznych i/lub przemyślanych wyborów i bierze to, co im się na tacy podaje..? No cóż - możliwości są...
 
Obawiam się, że tego się nie zweryfikuje. Pisząc tak, mam pełną świadomość, że zabijam ewentualną dyskusję. Bo gdybym stwierdził jednoznacznie, że "cały ten współczesny chłam nic nie jest wart, a ludzkość ulega inwolucji" - to może ktoś z Państwa by zechciał zaprotestować? A kiedy piszę, że nie wiem - to co, będziecie mnie pouczać..? A po co?
 
No ale trudno - taka po prostu jest prawda. Nie wiem, bynajmniej, czy mamy postęp, czy degenerację. Na pewno mamy "profesjonalizację" - a więc: coraz to więcej i więcej czynności, które dawniej (a nawet i nie tak dawno temu...) wykonywane były po amatorsku, niezawodowo, we własnym, by tak rzec, zakresie - teraz się kupuje na rynku. Ot, chociażby - czy 20 lat temu była na rynku oferta "organizacji wieczoru kawalerskiego/panieńskiego"..?
 
 
Mam wrażenie, że czegoś takiego jak "wieczory panieńskie" to zgoła wcale nie było - a jak przyszły małżonek chciał się w noc przed ślubem z kumplami napier...lić w trupa (ryzykując, że rano po raz pierwszy od teściowej po łbie wałkiem dostanie...), to zwyczajnie rozpijali kilka flaszek gdzieś w krzakach lub u kogoś w domu - i tyle.
 
Jak widzimy jednak - powstała nowa potrzeba. I rynek ją zaspokaja. Pieniądze przechodzą z rąk do rąk, płacone są podatki, PKB rośnie, zdolność niemiłościwie nam panującego gosudarstwa do zadłużania się - proporcjonalnie również.
 
Bardzo daleko odeszliśmy od pierwotnego znaczenia terminu "ekonomia" - οἰκονομία! Pod wieloma względami zaszło coś, co Le Guin nazwałaby "odwróceniem": nie tylko problemem dnia nie jest to, jak dostępne zasoby oszczędzać i wykorzystywać możliwie jak najefektywniej, tylko zgoła wprost przeciwnie, jak najlepiej podbechtać apetyty szerokiej publiczności, jak jej potrzeby zwiększyć, żeby więcej kupowała - ale też NIKT już zgoła nie dostrzega szaleństwa takiego postępowania!
 
Wszak nawet i ludzie, którzy buntują się przeciw "kreacji pieniądza przez dług" - obiecują, że gdy tylko uda im się "uzdrowić gospodarkę", to dopiero wtedy, Panie Dzieju, ten tego ten - to będzie wzrost..!
 
Po jaką, za przeproszeniem, cholerę nam ten cały "wzrost"..? I na czym ma on polegać? Doba ma tylko 24 godziny, człowiek ma tylko pięć zmysłów - jak chcecie sprawić, żeby kupował jeszcze więcej, żeby jeszcze większe odczuwał potrzeby, żeby większa trawiła go żądza, większy niepokój, większy brak..?
 
A przecież nikt nie kupuje, jeśli nie poczuje potrzeby. Zatem - aby ludzie kupowali (a więc - aby "PKB rosło") - ludzie muszą odczuwać jakiś niedostatek, jakąś niezaspokojoną potrzebę, jakąś żądzę.
 
Zakaz spontanicznego, bezpłatnego seksu, z którego sobie kiedyś dworowałem to tylko najskrajniejsza, najbardziej jaskrawa konsekwencja takiej postawy. Ale to nie jest wcale postawa tylko jakimś tajemniczym "kręgom rządowym", jakimś spiskom potajemnym, FED-om czy innym literkowym skrótom właściwa. To jest Twoja, Drogi Czytelniku, moja i ogromnej większości mieszkańców naszej Umęczonej Planety postawa - którejśmy się nauczyli, którą przyswoili i za własną uznali.
 


poniedziałek, 7 lipca 2014

Refleksja o przemijaniu

Znowu zostałem zapytany, czy nie mógłbym jakoś wykorzystać dwóch praktykantek?
 
Stawiłem wobec tej niemoralnej propozycji stanowczy opór! Jedna praktykantka, najlepiej na spółkę z kolegą - no, może...
 
 
 
Ale dwie naraz..? W moim wieku i z moim brzuchem to nawet fantazjowanie w ten sposób może się skończyć na OIOM-ie..!
 
Albo i na cmentarzu...
 
 
Dzisiejszy, dręczący, martwy, przedburzowy upał już w pociągu, którym jechałem do Radomia dostarczył mi okazji do refleksji o przemijaniu: domyślcie się, dlaczego..? 


środa, 2 lipca 2014

Jakie piękne samobójstwo

Książki nie czytałem (i na tym polega moja ogromna przewaga - jak pewnego razu miał był powiedzieć Franc Fiszer...). W bibliotekach na ogół jeszcze jej nie ma, a nie jestem aż tak spragniony kontaktu z publicystyką RAZ-a, żeby (dość kosztowną w relacji do objętości) książeczynkę kupować - choć uśmiecha się zalotnie z każdej niemal kioskowej witryny na trasie dworzec kolejowy - praca...
 
To o czym zatem chciałbym Państwa poinformować a propos tego dzieła, skoro go nie czytałem..?
 
No cóż - jest to kolejny głos w dyskusji nad II wojną światową i wszystkimi nieszczęściami, które potem z niej dla nas wynikły - z nieustannym odniesieniem do sytuacji aktualnej, ma się rozumieć!
 
Podobne dyskusje toczą się też od lat na moim ulubionym historycznym forum. I w zasadzie konkluzja, jaka się z tego wyłania jest dość pesymistyczna. Niewiele można było zrobić, prawie nic!
 
Wpuścić Sowietów w 1939..? Karkołomny pomysł - i nie wiadomo, czy sam Stalin kiedykolwiek traktował go na serio. Do wojny z Niemcami z pewnością gotów nie był.
 
Rozkaz Rydza z 17 września..? No faktycznie, dziwnie sformułowany, pozostawiający pewną niejasność. Można go tłumaczyć tym, że to nie Wódz Naczelny jest od ogłaszania stanu wojny, tylko władze cywilne (które czegoś nie zdążyły - tym razem...). Poza tym: czy trzeba formalnie ogłaszać rzeczy oczywiste..? I czy zmiana tytułu traktatu Sikorski - Majski (do którego przecież i tak by nieuchronnie doszło - już by o to Churchill zadbał...) z "układ o normalizacji stosunków" na "traktat pokojowy" - coś by istotnie zmieniła?
 
Niektórzy twierdzą, że w "traktacie pokojowym" KONIECZNIE musi być uregulowana sprawa granic. Obawiam się, że wątpię. Poza tym - strona polska parłaby do potwierdzenia granicy ryskiej, a Stalin mając Niemców w administracyjnych granicach Moskwy pewnie by się na to zgodził - a w 1944 podarł ten świstek papieru - i nikt by mu nic nie zrobił...
 
Sam kiedyś zaproponowałem kolegom z forum podjęcie rozważań nad tym, jak układ Sikorski - Majski powinien być sformułowany, żeby Stalinowi nie opłacało się go łamać. Przynajmniej - nie tak od razu po wkroczeniu na teren przedwojennej RP. Ze wszystkim nie wydaje się być znalezienie takiego sformułowania niemożliwym - poza jednym drobiazgiem: w rządzie Sikorskiego musiałby się znaleźć jakiś prorok (albo oczywisty sowiecki agent...), który by na 3 lata naprzód przewidział, że nie tylko Sowieci się utrzymają (a przecież im się wtedy wszystkim wydawało, że lada moment Niemcy będą na Uralu!) - ale jeszcze będą, pomimo strat i pomimo rysującej się zależności materiałowej od Zachodu (dostawy lend lease!) rozdawać karty w Europie Środkowej?
 
 
Wszelkie zatem dywagacje na ten temat, to czysta rozrywka - a nie poszukiwanie realnej "przestrzeni decyzyjnej", której niewykorzystanie można by określić jako "błąd", "samobójstwo", "szaleństwo" (a takie sformułowania gęsto padają w tej dyskusji!).
 
Jak zatem można było lepiej "wyjść z II wojny światowej"..? No cóż: nie toczyć jej wcale!
 
Nie - wcale nie mówię tu o "pójściu z Niemcami" (to by chyba było tylko ciutek łatwiejsze niż "wpuszczenie Sowietów") - i nie było żadnych szans na zachowanie neutralności, bo niby jak..?
 
Mówię o tym, aby do II wojny światowej nie dopuścić. I też nie mam na myśli żadnej "wojny prewencyjnej" - raz, że nie wiadomo, czy pojawiające się co i raz dywagacje na ten temat mają w ogóle jakąkolwiek podstawę faktyczną (w papierach nic na ten temat prawie że nie ma - a pamięć ludzka jest ulotną: nie wiadomo tak naprawdę, czy kiedykolwiek Piłsudski lub Beck coś w tym stylu proponowali - czy tylko taką im się po latach dorabia legendę - wojsko w każdym razie, przygotowań do wojny tego rodzaju nie czyniło...), a dwa - że nawet na początku lat 30-tych Reichswhera tylko na papierze była słabsza od Wojska Polskiego i nawet wspólny atak z Francją mógł wcale nie być taki łatwy.
 
To w jaki sposób zatem można było do II wojny światowej nie dopuścić..?
 
Inaczej kończąc tę pierwszą!
 
Przy czym owo "inne, lepsze zakończenie" mogło przybrać wiele postaci - zaczynając od tego, że brytyjski premier Lloyd George, któremu bardzo wiele "zawdzięczamy" mógł przecież, jak tylu innych, paść ofiarą grypy hiszpanki, albo chociaż złamać nogę i nie dojechać do Paryża (z jego ministrem spraw zagranicznych Dmowski był już prawie dogadany...). Już byłoby lepiej: byłby Gdańsk i sensowniejsza do obrony granica na zachodzie.
 
Choć i tego mogłoby nie wystarczyć.
 
Była jedna rzecz, którą mogliśmy zrobić sami - na "mocarstwa zachodnie" przesadnie się nie oglądając. Pisałem o tym dawno temu. Można było pomóc Denikinowi latem 1919.
 
 
Udałoby się - byłaby "biała" Rosja. Sojusznik. Przeciw socjalistycznym (w latach 20-tych) czy narodowo - socjalistycznym (w latach 30-tych) Niemcom..? Lepszego nie sposób sobie wyobrazić! Co z tego, że sojusznik potężniejszy, dominujący - ba! Nie uznający na początku nawet i państwowości polskiej, a przynajmniej polskiego władania nad "rosyjską" ziemią..?
 
Denikin gdy pytany o to odpowiadał, że nie ma kompetencji do podejmowania takich decyzji, mówił przecież prawdę: "głównodowodzący Armii Ochotniczej" nie był żadną władzą państwową i do takiej roli nie pretendował.
 
 
A prawda jest taka, że "biali" i po zdobyciu Moskwy (z polską pomocą) mieliby co robić na ogromnych przestrzeniach Imperium przez lata. Wątpliwym jest, aby porwali się na państwa zakaukaskie: Gruzję, Armenię i Azerbejdżan. Nie zrobili tego w praktyce, choć mieli tam blisko, a Azerowie zwłaszcza - panowali nad zasobami, które bardzo by im się w wojnie z "czerwonymi" przydały. Wystarczyło tylko oświadczenie Ententy, że nie życzy sobie rosyjskich oddziałów w granicach tych państw.
 
Jakim cudem mieliby porywać się na Polskę..? Uznaną już przez Entantę, sygnatariusza traktatu wersalskiego, członka Ligi Narodów?
 
Nim nowa władza w Moskwie by okrzepła - granica polsko - rosyjska, pewnie podobna do ryskiej (jak nie lepsza) byłaby już od dawna ustalona. Na realizację "planu Sazonowa" (o którym też pisałem) nie było w tym momencie miejsca - skoro rzecz dzieje się już po podpisaniu traktatu wersalskiego!
 
Oczywiście, że z czasem Polska byłaby w rosnącym stopniu satelitą odradzającej się, imperialnej Rosji. Ale przynajmniej nikt by nikomu nie strzelał w tył głowy, nie dewastowałby mienia, nie "budował nowego człowieka" - a łódzkie fabryki miałyby co robić i nie musiałyby ograniczać czasu pracy do dwóch dni w tygodniu, jak to w rzeczy samej w międzywojniu się działo.
 
Mogłoby się też i nie udać. To znaczy - mogłoby się okazać, że te kilkaset tysięcy szabel i bagnetów, które Polacy mogliby dodać krwawiącemu pod Orłem Denikinowi, to wciąż by było za mało, aby wyrzucić "czerwonych" z Moskwy.
 
Ale i wtedy jest lepiej, niż było w rzeczywistości. Wojna z bolszewikami była - wydaje się - tak czy inaczej nieunikniona. Niezależnie od ukraińskich ambicji Piłsudskiego (majowa ofensywa polska na Kijów tak naprawdę uprzedziła tylko już przygotowywaną ofensywę Tuchaczewskiego na Warszawę...).
 
Czyż nie lepiej stoczyć decydującą bitwę takiej wojny pod Moskwą, a nie pod Warszawą?
 
Nawet w razie przegranej jest szansa na wynegocjowanie lepszego pokoju. Tak samo jak "biali" po zdobyciu Moskwy, tak i "czerwoni" po jej (trudniejszym niż w rzeczywistości) obronieniu - mieliby chwilowo na głowie ważniejsze rzeczy niż użeranie się z Polakami.
 
Dlaczego tak się rozwodzę i to ponownie nad tym epizodem naszych dziejów?
 
Po pierwsze dlatego, że TA WŁAŚNIE decyzja (a nie zatrzymanie i odepchnięcie Tuchaczewskiego rok później) to był właśnie istotny wkład Polaków w dzieje całego świata, w dzieje powszechne. Mogliśmy zniszczyć komunizm, ocalając życie dziesiątkom milionów jego przyszłych ofiar - i nie zrobiliśmy tego.
 
 
Jest to jeden z niewielu przykładów w historii, gdy potrzeba było działania - i to działanie nie zostało na czas podjęte.
 
Tym się właśnie odróżnia od wielkiego mnóstw pospolitych wydarzeń historycznych, kiedy to podjęte działania obróciły się na szkodę działającego - co jest najczęstszym przypadkiem (i dlatego na ogół namawiam do niedziałania..!).
 
Po drugie dlatego, że za decyzją o tym, czy pójść czy nie pójść na pomoc Denikinowi latem 1919 nie stały żadne "ważne", "wielkie", "ważkie" powody ani mechanizmy dziejowe.
 
Ja bym poszedł zbytnio się nad tym nie zastanawiając - po prostu dlatego, że lubię Rosję, lubię Rosjan, kocham rosyjskie konie - i, nie widząc większego ryzyka w podjęciu takiego kroku tu i teraz, już bym się nad dalszym konsekwencjami specjalnie nie rozwodził, skoro mogę Rosjanom pomóc.
 
Podejrzewam, że gdyby na czele państwa nie stał Piłsudski, tylko któryś z generałów carskiej armii - Dowbór - Muśnicki bodaj (tyle że on ambicji politycznych nie miał - cóż za pech!) - zrobiłby tak właśnie i zrobiłby to nie kierując się głębokimi analizami geopolitycznymi, tylko prostym, ludzkim odruchem.
 
No ale na czele naszego państwa niestety stał Piłsudski - który miał własne plany względem Rosji, plany bardzo złożone, kompleksowe, subtelne ("wyrwanie" Rosji jak największej części jej terytorium poprzez popieranie mniejszości, w tym głównie Ukraińców - nic to, że ukraiński nacjonalizm NIE TYLKO przeciw Rosji z konieczności się zwraca - a potem popieranie Sawinkowa, czyli potencjalnie "najmiększej", "najbardziej podatnej na wpływy" władzy w samej Rosji - taka jelcyniada, tylko 80 lat przed terminem...). I który Rosji zwyczajnie nie lubił - o co trudno mieć do niego pretensje, ale co nie jest ŻADNYM pomysłem na politykę zagraniczną!