Blog główny

sobota, 28 czerwca 2014

Rezerwy proste i degrengolada Postępu

Historia ta stanowi doskonały przykład na to, że do odniesienia sukcesu potrzeba trzech rzeczy: dobrego pijaru, dobrego pijaru i... władzy lub pieniędzy! Co polecam P.T. Czytelnikom również i w tej intencji, że gdyby ktoś potrzebował dobrego pijaru - to znam takich, co znają takich, co nie takie rzeczy ze szwagrem kolegi robili..!

Był w dziejach naszej technologicznej, "zachodniej" cywilizacji okres, w którym Postęp zdawał się przeżywać swoją "fazę heroiczną". Uczymy się o nim w szkołach. Że poniekąd po łebkach i nie używając tej terminologii, którą ja proponuję..? A, to już inna sprawa: częściowo wyjaśnię poniżej, dlaczego tak się dzieje - a częściowo jest to być może temat na osobne rozważania...

Postęp przeżywał "fazę heroiczną" w okresie nazywanym najczęściej "rewolucją przemysłową" (z czym o tyle walczę - od lat, jak dobrze Państwo wiecie - że tak naprawdę to największa rewolucja w tym czasie zaszła w rolnictwie, a nie w przemyśle - a o tej wcale się na lekcjach historii nie wspomina...). Czyli mniej więcej w XVIII i XIX wieku.

Udała się wówczas rzecz niebywała i wcześniej nie do pomyślenia: 90% ludności zdobyło dostęp do takich wygód i takiego stopnia bezpieczeństwa, sytości, zamożności życia do którego wcześniej aspirowało w najlepszym razie najbardziej uprzywilejowane 10%.

Oczywiście, jak to zwykle bywa, cała ta poprawa sytuacji niewiele lub wcale nie wpłynęła na samopoczucie nowo wzbogaconych - co z tego bowiem, że już nie głodowali na przednówku, że każdy miał parę butów (albo nawet i dwie pary! i jakieś chodaki do obejścia...), ze dwie koszule na zmianę, przyodziewek roboczy i odświętny, że zamiast wiechcia słomy zaczął wkładać  na stopy skarpetki, że mu na łeb deszcz nie leciał, dym w kurnej chacie nie gryzł oczu, a z dziecków umierało co piąte, a nie co drugie..? Jasne, że żaden to powód do zadowolenia, skoro po dawnemu - nie dziedzic już, a fabrykant obrzydły, miał murowany pałac, jeździł zimą do Paryża i rozbijał się powozem z paniami, które miały wszystkie zęby i nieznane w robotniczych zaułkach umiejętności jak chodzi o robienie dobrze..?



Ba! W zakresie "samopoczucia", to ten raptowny, bo dokonany za życia mniej - więcej trzech, góra czterech pokoleń "postęp" wywołał tak naprawdę ogromne... pogorszenie!

Na tym zresztą polega zasadnicza różnica pomiędzy tym stanem spraw społecznych (nie mam dobrego określenia, bo nie tylko o ustrój i nie tylko o zachowania wielkich grup społecznych tu idzie, ale o świadomość przede wszystkim!), które zwykło się określać mianem ancient regime, a - nie mniej szeroko rozumianą - "nowoczesnością".

Podstawową cechą społeczeństwa "dawnego" był pewien minimalizm oczekiwań. Ludzie bywali, jak i teraz ambitni nawet do przesady - ale na oku mieli swój, indywidualny awans, wspinali się po drabinie społecznej na ogół nie myśląc o tym, aby połamać jej szczeble, które wydawały się pozoru wiecznotrwałe - a ci, którym ambicji do owego wspinania się brakło, kontentowali się tym, co mają, raczej bojąc się pogorszenia, niż oczekując poprawy.

Rewolucja XVIII i XIX wieku wywróciła ten porządek oczekiwań do góry nogami! Teraz "normą" stała się nie stabilność sytuacji życiowej - lecz jej nieustanna i w zasadzie wszystkich tycząca poprawa.

Nie macie Państwo pojęcia, jak to się głęboko odciska na każdym niemal aspekcie naszego życia! Przecież nawet w strefie euro, gdzie od lat mamy do czynienia z oczywistą stagnacją, język sam nie dopuszcza innej formy dyskusji o gospodarce, niż "wzrost". Jaki znowu "wzrost"..? "Wzrost" mierzony o pół procenta PKB w górę lub w dół..? "Wzrost ujemny" zgoła?

Oczywistą oczywistością jest, że awans niemalże nagły i niemalże powszechny musiał wywołać wybuch masowej zawiści.

Oczywistą oczywistością jest też i to, że zarówno w tzw. "dyskursie" politycznym, jak i w aspirujących do naukowości opisach tego, co się działo i dzieje, zaczęło się natychmiast masowe fałszerstwo.

Owa "faza heroiczna" dziejów Postępu ma swoją mitologię czarną i białą - o tym zaś, jak to było naprawdę nikt praktycznie nie mówi. Poza mną, rzecz jasna!

Mitologia "czarna" koncentruje się na takich pojęciach jak "wyzysk", "upośledzenie", "rozwarstwienie społeczne" - co bardzo charakterystyczne jednak, winę za owe "grzechy" lokując po stronie indywidualnej chciwości, a nie po stronie oświeconego gosudarstwa - co z punktu czyni owe elaboraty chybionymi i istoty sprawy wcale nie dotyka.

Mitologia "biała" dostrzega w całej tej epoce wyidealizowany "raj" indywidualizmu i liberalizmu - co też nic zgoła z rzeczywistością nie ma wspólnego.

Tak naprawdę to cała "rewolucja przemysłowa" zaczęła się od brutalnego aktu gwałtu. Oto angielskiej szlachcie udało się w radykalny i zarazem bardzo prosty sposób rozwiązać tzw. "kwestię chłopską": po prostu wyganiając chłopów w cholerę i przekształcając ich poletka w pastwiska dla owiec - potrzebne wobec praktycznie nieograniczonego popytu na wełnę w sąsiednich, przez Kanał, miastach niderlandzkich, gdzie z dawna osiadły tysiące sprawnych tkaczy.

Całkiem przypadkowo, bo nikt tego zgoła nie planował -  wygnani ze swoich wsi angielscy chłopi w większości powędrowali do miast, gdzie gotowi byli do pracy za lada grosz, bo bez niej groziła im śmierć głodowa (a przy okazji bardzo surowe, przyjęte w okresie Reformacji prawa "przeciw włóczęgostwu" nakładały iście stalinowskie sankcje na wszystkich, którzy ośmieliliby się wędrować po kraju w poszukiwaniu pracy...). Ich umiejętności były nikłe, z niderlandzkimi tkaczami z Brugii czy Gandawy nie mogli się równać w żadnym razie - ale taniość ich pracy w połączeniu z obfitością doskonałego surowca, stwarzała pokusę podjęcia ryzyka i przetwarzania tegoż surowca na miejscu, zamiast wysyłania go na drugą stronę Kanału.

Potrzebne były tylko maszyny, które niedostatek biegłości rąk nowych robotników nadrobią wzrostem wydajności.

Dalej już poszło: powstał w ten sposób swoisty paradygmat dochodzenia "od nędzy do pieniędzy". Który też został już świadomie i planowo zaimplementowany na kontynencie.

Świadoma i planowa implementacja tego paradygmatu rozwojowego przez kolejne rządy Europy dawała im oczywiste zyski. Wystarczy popatrzeć na Francję: Ludwik XVI zwołał Stany Generalne, bo nie był w stanie spłacić długów pozostałych po (zwycięskiej!) wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Wojnie co prawda dość kosztownej, bo toczonej za Oceanem - ale też angażującej szczytowo raptem parędziesiąt tysięcy francuskich żołnierzy i flotę.

Tymczasem rewolucja, a potem Bonaparte nie tylko potrafił wystawiać armie idące w setki tysięcy, ponad milion nawet, szabel i bagnetów - ale i wojować przez niemal ćwierć wieku z całą praktycznie resztą cywilizowanego świata.

Owszem - częściowo było to możliwe dzięki systematycznemu rabunkowi Włoch, Niemiec, Polski. Nim jednak do owego rabunku doszło, terytoria te musiały zostać pierwej podbite - a to się królom Francji, za ancient regime nigdy nie udawało w takiej skali!

Podstawowa różnica pomiędzy takim na przykład Ludwikiem XIV, a Bonapartem polegała na zdolności tego drugiego do uruchomienia ogromnych zasobów "rezerw prostych", który pewnie i 100 lat wcześniej też tkwiły we francuskim ludzie, ale których dawny ustrój uruchomić nie pozwalał.

Najważniejszą z owych "rezerw prostych" była - obawa przed głodową śmiercią!

Najprostszym sposobem na uruchomienie ludzkiej energii, pomysłowości, pracowitości, wytrwałości - jest pozbawienie ludzi nadziei na jakąkolwiek zewnętrzną pomoc. Proste, tanie, skuteczne.

Odbierz ludziom "gwarancje socjalne" - a będą zapieprzać jak małe mróweczki i ani się obejrzysz, a dojdziesz na ich czele na sam szczyt.

Tak jak owi wygnani ze wsi angielscy chłopi u początków "rewolucji przemysłowej", jak paryscy sankiuloci, robiący za mięso armatnie kolejnym spazmom rewolucji, jak chłopi niemieccy, polscy, rosyjscy wreszcie - gdy ich, odgórnie, rządowymi decyzjami, odspawano od pańskich klamek i cholew i kazano gospodarować na własny rachunek.

Och - rzecz jasna to nie wszystko! Oprócz likwidacji "gwarancji socjalnych" tego lub owego rodzaju, dobrze jest też poznosić cła, myta i inne ograniczenia w handlu (przynajmniej wewnętrznym - ale o szkodliwości ceł "zewnętrznych" też szybko się przekonano w owym czasie...), a także zorganizować jakiś system upowszechniania wiedzy i zachęt do implementowania nowości (z których mało która jest tak na początku od razu wielce opłacalna...) - i będzie furkotać aż miło: z każdym rokiem da się wybrać więcej podatków, więcej rekruta, więcej zamówić tańszych i lepszych karabinów, szybciej przerzucić liczniejsze wojska tam, gdzie potrzebne.

Inspirująca i organizatorska rola rządów w implementacji tzw. "rewolucji przemysłowej" na kontynencie jest oczywista. Jeśli nawet był to "triumfalny pochód indywidualizmu i liberalizmu" - to ów "indywidualizm i liberalizm" maszerował przez Europę w dobrze zorganizowanej, wojskowej kolumnie i do rytmu wygrywanego przez werble i piszczałki wojskowej orkiestry.

Koszty..? Jak to na wojnie! Nie mamy już starego Paryża, bo go Haussmann wyburzył, ciupasem jakieś parędziesiąt tysięcy mieszkańców przesiedlając - całkiem zupełnie jak teraz robią chińscy komuniści, gdy im się zachce fabrykę, lotnisko czy stadion postawić.

Uważni czytelnicy "Chłopów" (w serialu tego nie znajdziecie, obawiam się...), których zapewne nie ma zbyt wielu wśród polonistów (koncentrujących się na wątku Jagny, rzecz jasna - dlaczego większość polonistów, jakich znam, to jacyś niewyżyci erotomani - gawędziarze..?) może dostrzegą, że tak naprawdą osią dramatyczną jest spór między drugim a trzecim po uwłaszczeniu pokoleniem chłopów o majątek - i o władzę zarazem, bo kto ma morgi, ten rządzi, a kto je synowi odda, ten idzie "na wycug" i bywa że z izby przenoszony jest do chlewika... Uważni czytelnicy "Chłopów" może dostrzegą też wzmiankę o tym, że "za pańszczyzny" dziedzic utrzymywał we wsi "ochronkę" dla starych i niedołężnych..?

Ogólnie rzecz biorąc, mitologia owej "heroicznej fazy postępu" odwraca role, jakie rzeczywiście były wówczas odgrywane. To gosudarstwa, przymuszone do tego co prawda konkurencją (kto się nie zmodernizuje na czas, tego zjedzą...), burzyły "stary porządek" i robiły co mogły, aby zachęcić swoich poddanych do pilniejszego wysiłku. Jeśli natomiast zaszedł faktycznie postęp i ludziom po przejściowym niekiedy pogorszeniu, żyło się nieporównanie lepiej niż wcześniej - to dzięki wysiłkom tych, szczególnie obdarzonych wyobraźnią i energią jednostek, które zdołały wprowadzić innowacje zwiększające produktywność ludzkiej pracy.

Efektem działania jednostek był dobrobyt. Efektem działania gosudarstw było za to - np. ukształtowanie się "państw narodowych", poprzez starcie na pył i wykorzenienie wszelkich lokalnych odrębności i separatyzmów...

"Heroiczna faza Postępu" zakończyła się wraz z Bismarckiem. A właściwie wraz z dokonanym przezeń zjednoczeniem Niemiec. Oba wielkie projekty, które Bismarck wdrożył później, w latach 70-tych XIX wieku, tj. "Kathedorsozializmus" oraz "Kulturkampf" zakończyły się porażkami. Nie udało się zglajszlachtować Niemiec jako protestanckich (lub protestantyzujących), niemieckojęzycznych Prusaków - i nie udało się rozwiązać problemu zawiści poprzez przejęcie części haseł socjalistów i zapewnienie - w miejsce zburzonych mechanizmów ancient regime, które były albo indywidualne, albo korporacyjne lub kościelne - państwowej opieki socjalnej.

Od tamtej pory nie ustał co prawda ów materialny postęp, napędzany już po części automatycznie implementacją nowych technologii (aczkolwiek można się spierać, czy postęp ten jest teraz szybszy, czy wolniejszy - zaiste: wprowadzenie smartfonów nie wydaje się wielką rewolucją - inna sprawa, że jakże mam to docenić, skoro ich obsługa okazała się dla mnie zbyt skomplikowana..?). Jednak "sytuacja życiowa" nasza, radykalnym przemianom przestała podlegać. Trudno też mówić o jakimkolwiek "heroiźmie" postępu. Hasłem dnia jest raczej hedonizm, niż heroizm!

Powstaje pytanie - czy aby przypadkiem owe "rezerwy proste", które dały sukces umownej "rewolucji przemysłowej" - aby jeszcze w ogóle istnieją? I czy da się je uruchomić?

Co się stanie, jeśli się zlikwiduje państwo opiekuńcze? Będzie powtórka z sukcesu i po, ewentualnym, przejściowym pogorszeniu - staniemy się wszyscy posiadaczami luskusowych koni i samochodów..?

Na razie mamy do czynienia z oczywistą degrengoladą. Co nie jest przecież takie nieprzyjemne, nieprawdaż..?

16 komentarzy:

  1. Ja się obawiam, że raczej by wszystko pierdykło. Bo postęp postępem, ale nasi "Chłopi" nie byli tak utopieni w infrastrukturę pieniądza jak my teraz. Właściwie jak się czyta to widać, że można było od bidy przeżyć nie mając grosza, ale mając ziemię i tą ziemię uprawiając. Bidnie bo bidnie, ale by się dało. Dzisiaj wątpliwe, od razu zeżrą człowieka, rachunki, kredyty, banki, podatki, prund, paliwo, nawozy itd. A w mieście to już w ogóle :/ Wyobrażacie sobie, że koniecze tąpnięcie socjalne czyli np. to że właściciela czy najemcy mieszkania w bloku nie stać w jakimś momencie na prąd albo wodę (bo przypadek losowy, obcięcie uposażenia, choroba, itp) i jak to się może skończyć? Nie ma socjalu, więc na bruk. Albo odcinają media. Nie ma szans na "barter" czy jakieś negocjowalne odpracowanie długu. "Wieśniak" w takim układzie weźmie łopatę i wykopie sobie studnię lub wyhodek (o ile tego nie ma) a mieszkaniec miasta co ma zrobić? Toż to się momentalnie zrobi syf i wylęgarnia wszelakich chorób, o patologii nie zapominając. Albo masowa bezdomność. A w naszym klimacie nawet faweli nie da się za bardzo postawić, żeby wykluczeni mieli gdzie przeżyć. A przy takiej rewolucji wykluczonych i ofiar eksperymentu będzie raczej sporo. W dodatku ludzie jednak są ostatnio niegramotni i przyzwyczajeni iż odpowiedzialność w dużej mierze spoczywa na socjalu. Bez ofiar by się nie obyło moim zdaniem, i to sporych. I wolałabym chyba nie musieć przeżywać na własnej skórze jeśli ktoś wpadnie na taki genialny pomysł i taką rewoltę wprowadzi :/ Pierwsze co bym wtedy robiła, to zapakować dobytek i zaszywam się na wsi. Tam to jest chociaż szansa na kartoflach zimę przeżyć ;|

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślisz że "nurki śmietnikowe" nie dają sobie rady..? Bo moim zdaniem o wiele jest im cieplej (sieci ciepłownicze..!), syciej (śmietniki..!) i spokojniej niż Antkowi po tym, jak go ojciec z domu wygnał...

      Usuń
    2. Taaa owszem, pod warunkiem że owe sieci ciepłownicze działają dalej na taką skalę jak dziś. I nie zostają rozmontowane na złom. A i konsumpcja jest na takim poziomie, że nadal się wyrzuca tyle żarcia co w naszych warunkach i to w dodatku żarcia całkiem dobrego. I tutaj pada pytanie ile ludzi jest w stanie w ten sposób egzystować, czyli gdzie jest punkt krytyczny gdy śmietniki po prostu nie udźwigną ilości "wykluczonych" :/ Do tego dochodzi kwestia zimy i zimna. Nawet nasi menele na zimę raczej się zgłaszają do różnych ośrodków noclegowych itp. W cieplejszym klimacie pewnie będzie łatwiej, choćby spojrzeć na ostatnio nagłośniony problem faweli w Brazylii. Ale u nas mieszkanie zimą, może i z rodziną w domku z kartonu? To jest wizja "sensowna" tylko w przypadku gdy się zakłada iż są to konieczne ofiary "rewolucji" i po prostu pozwala im wymrzeć :/

      Usuń
    3. Wiesz, w tej chwili to jest dziwnie. Z jednej strony - jak chcesz nająć pracownika, to jest to prawie niemożliwe - chyba że ma być od razu prezesem. Z drugiej strony, sam się przez siedem lat parałem różnymi dorywczymi zajęciami i sensowną pracę udało mi się znaleźć dopiero ostatnio.

      Nie jestem pewien, czy rewolucja pt. "rozmontowanie państwa opiekuńczego" mogłaby cokolwiek w tej materii zmienić na gorsze!

      Usuń
  2. Rezerwy proste chyba się już skończyły. I nie ma motywacji do sięgnięcia po rezerwy „trudniej” dostępne: nie potrzeba bomb silniejszych niż kilka MT, wielomilionowych armii, i raczej nie grozi „ciągła” klęska głodu, korporacje dokonały praktycznie monopolizacji rynku. Czyli raczej nikt nie jest zainteresowany „postępem”.
    Co do kosztów „rewolucji przemysłowej” - rachunek dopiero przyjdzie, wyburzenie części Paryża to małe piwo...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Że nie bardzo jest motywacja do jakichś dramatycznych zmian to chętnie się zgodzę. Też mam wrażenie, że idzie to wszystko w kierunku oligarchizacji, stagnacji, biurokracji, monopolizacji... Ale z tym "rachunkiem za rewolucję przemysłową" - to mógłby Pan rozwinąć..?

      Usuń
    2. Zagrożenia:
      1) Przy okazji „rewolucji przemysłowej” rozwalono wiele więzi społecznych – i ich rolę przejęło „gozdulstwo”. Na chwilę obecną są rozrywane dalsze więzi - „gozdulstwo” wydaje się stosować taktykę divide et impera. Z tym, że zaspokaja tylko najprymitywniejsze potrzeby człowieka i w najprymitywniejszy sposób. I powiększa grono wykluczonych.
      2) „Rewolucja rolnicza” związana jest również z wymiana kolumbiańską: rewolucja batatowa w Nowej Gwinei i przemiany w Chinach, a w konsekwencji eksplozja demograficza. Z tym samym procesem jest związane przenoszenie różnych patogenów np. zaraza ziemniaczana i WIELKI GŁÓD w Irlandii.
      3) Szybkość przenoszenia informacji w naszej cywilizacji plus skłonność do paniki – zagrożenia pokazane zostały przy okazji grypy A/H1N1 i SARS.
      4) Cena utrzymania infrastruktury – potrzebni są WYSOKIEJ klasy specjaliści. W obecnej chwili system ich szkolenia leży, nie tyko w Polsce, również na zachodzie... Nie przygotowuje się ludzi do radzenia sobie z niestandardowymi problemami technicznymi plus zbyt duże zaufanie do komputerów.
      Czym może się skończyć atak np. na infrastrukturę przesyłu energii pozostawiam wyobraźni czytających. Wcale nie trzeba być hakerem aby atak był skuteczny.
      Tyle na szybko.

      Usuń
    3. 1) Zgadzam się. Powstaje tylko pytanie, czy ludzie aby na pewno CHCĄ innych więzi niż tylko "najprymitywniejsze"..? Czy życie w którym nie ma żadnych obowiązków względem kogokolwiek nie jest łatwiejsze?
      2) Eksplozja demograficzna to już przeszłość. A do "globalizacji rolniczej" tak czy inaczej dojść musiało - bez niej byśmy sobie (zwłaszcza u nas, na zimnej północy!) nie poradzili.
      3) To też prawda. No ale cóż...
      4) I to prawda. Ale to jest w ogóle cena "cywilizacji". Im jesteśmy jako "cywilizacja" bogatsi i bardziej skomplikowani, tym większa panuje specjalizacja. I coraz większa zależność każdego pojedynczego człowieka od prawidłowego funkcjonowania całości...

      Usuń
  3. Jak zwykle ciekawie, nie mniej:

    "jak dobrze Państwo wiecie - że tak naprawdę to największa rewolucja w tym czasie zaszła w rolnictwie, a nie w przemyśle"

    Podstawą naszego dobrobytu jest rozwój rolnictwa i przemysłu, przy czym rozwój przemysłu ma wielokrotnie większy korzystny wpływ.
    Oceniam wzrost produktywności rolnictwa na cirka 100 razy na przestrzeni 1000 lat. Rozwój przemysłu to wzrost produktywności człowieka tysiące razy np. Operator w elektrowni atomowej kontroluje moc porównywalną z kilkudziesięcioma milionami silnych mężczyzn tyrającymi non stop.
    Rzeczywistość jest prosta, dobrobyt zawdzięczamy paru tysiącom XIX wiecznych Naukowców i setkom tysięcy przedsiębiorców, czyli nauce, technice i kapitalizmowi!
    Większość Bohaterów o których uczy się moje Dzieci w szkole to szkodniki, które dla poprawy życia współczesnego Człowieka nie zrobiły nic (BTW, j. polski algebry Boole’a nie zaadoptował).

    "Dalej już poszło:"
    To dlaczego nie szło wcześniej, kiedy była jeszcze większa nędza?
    Mam w głowie setki Bohaterów (po fachu) z których każdy, w swoim czasie, zrobił coś wartościowego, czego skutki widzę wszędzie dookoła, a o czym Większość nie wie nic.
    Klepią do znudzenia o jakiś Tuskach, Piłsudskich, Napoleonach, Einstinach, którym nie zawdzięczam nic. Nasz dobrobyt to dorobek circa 250 lat, garstki Ludzi, o których niewielu pamięta, bo by pamiętać należy umieć ocenić wkład Onego, do czego niezbędna jest praktyczna wiedza.
    Czasem widzę jak jakiś Dygnitarz przecina wstęgę w nowo otwieranej fabryce i wiem na 100%, iż Delikwent nie tylko nie wie jak taka fabryka działa, On nie wie jak działa najprostszy regulator w tej fabryce, natomiast aspiruje do regulowania życia milionom Rodaków.

    "czy aby przypadkiem owe "rezerwy proste", które dały sukces umownej "rewolucji przemysłowej" - aby jeszcze w ogóle istnieją? I czy da się je uruchomić?"

    Oczywiście, że istnieją olbrzymie rezerwy. Pomimo skutków "działań demokracji" postęp jest niewyobrażalny. Generuje go garstka Ludzi, bo 99,99% naszego gatunku nic do postępu nie wnosi, nie mniej Większość może konsumować efekty postępu kultywując swoje gusła ... no i bardzo dobrze.
    To, że można nie widzieć sam Pan ładnie ujął w notatce "Uczeni durnie" pisząc o wielebnym Malthusie. Podobnie jest teraz. Chociaż teraz jest również znacznie groźniej, bo jeden wariat na swobodzie, ze względu na komplikację systemu, może zainicjować skutki gorsze niż niejaki G. Princip.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozwój przemysłu ma większe znaczenie, jeśli jako odniesieniem posługujemy się np. "skalą Kardaszewa". Ale jeśli uwzględni się piramidę potrzeb, to do rewolucji przemysłowej NA PEWNO by nie doszło, gdyby nie płodozmian. Bez niego po prostu nie byłoby możliwym, aby tak wielka część ludności tak wielkiego kraju jak Wielka Brytania mogła oderwać się od przerzucania gnoju - bo by z głodu poumierali...

      Tak więc, to rewolucja rolnicza była warunkiem koniecznym tej przemysłowej - jest zatem bardziej podstawowa.

      W ogóle warunków koniecznych do tego, aby do tak niezwykłego zjawiska jak "rewolucja przemysłowa" mogło dojść jest bardzo wiele. I to właśnie odpowiada na pytanie, dlaczego nie stało się to wcześniej. Nie stało się to wcześniej, bo wcześniej zawsze czegoś brakowało.

      Generalnie rzecz biorąc kiedy robi się głodno, chłodno i nieprzyjemnie to wyjściem najprostszym i odruchowym jest to, co mamy (z innych, skądindą powodów...) teraz: oligarchizacja, biurokratyzacja, monopolizacja... Taki rodzaj "dylematu więźnia": każdy stara się przede wszystkim bronić tego, co już ma - zawodu, urzędowej synekury, pozycji w hierarchii społecznej - a efektem jest ogólne zablokowanie.

      Oczywiście dzisiaj jest to dodatkowo skomplikowane przez powszechność oczekiwania, że będzie nie tylko "tak jak jest", ale i "coraz lepiej" - a to, jak sam Pan dobrze wie, trudno zagwarantować, gdy się monopolizuje i oligarchizuje...

      Tak czy inaczej jednak, ostatnie 250 lat to wyjątek w dziejach ludzkości. Wyjątek i w dobrym - i w złym. A my żyjemy w wyjątkowym momencie tego wyjątkowego czasu. W momencie, gdy tak czy inaczej zapadnie ostateczna decyzja - idziemy w kierunku stagnacyjnego, bezpiecznego (przynajmniej pozornie...) Bizancjum w skali planetarnej - czy kontynuujemy wykładniczy wzrost ze wszystkimi tego konsekwencjami. Obie decyzje mają swoje dobre i złe strony. A najgorsze, że to nie my będziemy decydować...

      Usuń
    2. "Tak więc, to rewolucja rolnicza była warunkiem koniecznym tej przemysłowej - jest zatem bardziej podstawowa."
      Tak, to prawda.

      "oligarchizacja, biurokratyzacja, monopolizacja..."
      Pomimo, iż jestem agnostykiem, liczę, że socjalizm w RP, z Bożą pomocą padnie.

      ""tak jak jest", ale i "coraz lepiej""
      Prawdę mówiąc również liczę na to, że będzie coraz lepiej, szczególnie myśląc o Dzieciach. Osobiście jestem syty i więcej nie potrzebuję.
      Nie mniej mam opisaną osobistą mapę ryzyk i reakcję na materializację wielu z nich zdążyłem "ogarnąć" (e.g. kolaps bankomatów:)).
      Nad kolapsem energetycznym o jakim dyskutowaliście Panowie w 2010 stale się zastanawiam i tu mam kłopot, bo dysponuję tylko "literaturą" survival'ową, co jest raczej pokrzepieniem ducha, niż realnym scenariuszem. Kwestią jest energia o której sporo wiem, przynajmniej wystarczająco wiele, by rozumieć jak bardzo się uzależniliśmy od kopalin, a szczególnie elektryczności.

      "czy kontynuujemy wykładniczy wzrost ze wszystkimi tego konsekwencjami."
      Wykładniczych wzrostów parametrów typu zużycie ropy, wzrost populacji, kreacja mamony M1,2,3 nie da się utrzymywać na dłuższą metę, a ich związek z dodatnim sprzężeniem zwrotnym to pewny krach w czasie tak krótkim, iż nie będzie szans na sensowną reakcję dużych organizmów gospodarczych (vide bezwładność).
      Ujmując to inaczej sądzę (w odróżnieniu od Pana), iż w przypadku kolapsu obecnego systemu, będzie on błyskawiczny, a nie powolny, czyli czas będzie zbyt krótki, by umożliwić nieprzygotowanym adaptację.

      "A najgorsze, że to nie my będziemy decydować..."
      To zależy jak to rozumieć.
      W globalnym sensie nikt nie będzie decydować, bo nikt nie jest w stanie "ogarnąć" strumienia informacji w stanie niestacjonarnym tak skomplikowanego systemu, jak ten w którym żyjemy, a tym bardziej sensownie decydować.
      W sensie lokalnym każdy będzie decydować o sobie, przynajmniej o sprawach w zasięgu wzroku.

      Usuń
    3. Najbliższym zagrożeniem dla „wykładniczego wzrostu” jest Bomba Megabitowa – specjaliści są coraz węziej szkoleni; a i tak ilość informacji generowanej przez naszą cywilizację nie pozwala na jej śledzenie.
      Z tego samego powodu można zapomnieć o jakiejkolwiek demokracji, w takim natłoku „newsów” ten ustrój to tylko granie na uczuciach... i promuje hohsztaplerów.
      Wzrost nie jest ciągły – raczej odbywa się na zasadzie wypełniania kolejnych nisz, do napotkania granic wzrostu. Klub rzymski to nie pierwsze „absurdalne” przepowiednie, były również pod koniec XIX przepowiednie o zasypaniu Paryża przez końskie gówno... Błąd polegał zawsze na ekstrapolacji na podstawie obecnych trendów.
      Oczywiście, w miarę wzrostu komplikacji systemu rośnie prawdopodobieństwo resetu, pomimo że rośnie ilość stron zainteresowanych podtrzymaniem status quo.

      Usuń
  4. O czym warto wspomiec to wyhamowanie demograficzne. W sytuacji gdy co roku jest wiecej ludzi, mozliwe jest, ze wiekszosc ludzi dostanie z czasem awans. W koncu moga lepiej znac firme I beda w stanie wprowadzic sprawnie mlodziez w to jak dzialac w danym przedsiebiorstwie. No, ale co zrobic gdy z czasem rynek sie bedzie tylko kurczyl?

    OdpowiedzUsuń
  5. ej strony - jak chcesz nająć pracownika, to jest to prawie niemożliwe - chyba że ma być od razu prezesem
    ------------------------------------------------
    Tu, wystarczy uzyc wyobrazni. Dorywcza praca da nam kilkaset zet, a pozbawi czasu, ktory nalezy uzyc, by miec taka , jaki mamy np. czynsz-staly, regularny, i miesieczny, a nie dorywczy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miejscowi twierdzą, że za mniej niż 50 zł za godzinę "nie opłaca" im się ruszać dupsk.

      Nie zauważyłem, żeby robili coś innego niż siedzenie pod sklepem i picie wina. Naprawdę - nie podejmując dorywczej pracy coś w tym czasie zarabiają..? To dopiero musi być konspiracja, skoro tak starannie udaje im się ten fakt ukrywać..!

      Usuń
    2. Ciekawa stawka: 50zł/h*160h/miesiąc=8000zł/miesiąc... Dwie średnie krajowe?

      Usuń