Blog główny

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Wracać wciąż do domu

Czytam sobie właśnie dzieło Urszuli Le Guin o tytule jak powyżej. Nie można powiedzieć, żeby to była jakaś strasznie rozrywkowa lektura - ma swój powolny, solenny rytm jak życie quasi-utopijnej społeczności, którą opisuje. Pomysł zresztą sam w sobie nader oryginalny! Żeby prezentować dzieło z zakresu "alternatywnej etnografii", opisującej sposób życia, wierzenia, literaturę i mity nieistniejącej społeczności, która BYĆ MOŻE zamieszka kiedyś północną Kalifornię..?
 
 
A jednak! Jest oczywiście rzeczą skrajnie nieprawdopodobną, aby za kilkadziesiąt tysięcy lat pojawił się dokładnie taki "lud Kesh", żyjący w dokładnie tym miejscu, które autorka opisuje (choćby dlatego, że w ciągu tych najbliższych kilkudziesięciu tysięcy lat RACZEJ należy się spodziewać powrotu lodowca - a i wybuch Yellowstone co nieco w Ameryce pozmienia...). Tym niemniej - tak właśnie może wyglądać nasza przyszłość.
 
W świetle tego, co się dzieje obecnie jakiś "stan stacjonarny", a więc planetarna stagnacja naukowo - techniczna (regres nawet), drastyczny dość spadek liczby ludności, a przede wszystkim - powrót do życia w rytm dyktowany przez mity i obyczaje - wydają się zjawiskami bardziej prawdopodobnymi niż kontynuacja obecnego wzrostu.
 
 
Wzrost - wiedzy, sprawności technicznej, stopnia komplikacji cywilizacji, bogactwa wreszcie - to stan z natury niestabilny. Nie może trwać nieskończenie długo - i to jest akurat oczywista oczywistość.
 
Fakt, że do "rewolucji przemysłowej", o której pisałem ostatnio w ogóle doszło, to efekt dość skomplikowanego zbiegu okoliczności - który nie zaszedł przez całe millenia wcześniej właśnie dlatego, że liczba warunków, jakie musza być koniecznie spełnione, aby taki fenomen zaistniał, jest bardzo wielka i nigdy wcześniej nie wystąpiły one jednocześnie.
 
Można sobie łatwo wyobrazić, że splot czynników które utrzymują nas w stanie "niestabilnego wzrostu" ustanie - gdyby doszło do ustanowienia jakiejś formy "rządu światowego" to właściwie stagnacja nastąpiłaby prawie od razu (konkurencja między ludźmi i przedsiębiorstwami na rynku NIE JEST wystarczająco istotna aby napędzać dalszy wzrost: choćby dlatego, że wielkie pieniądze z czasem zawsze zdołają dotrzeć do władzy i konkurencję ukrócić - że to się nie udaje jak na razie w pełni, to tylko dlatego, że "rządu światowego", który mógłby utrącić konkurencję w skali globalnej na razie nie ma - a przynajmniej: tak się nam wydaje...). Ale zapewne jakichś "wyjść" ze "stanu niestabilnego wzrostu" jest o wiele więcej - i większość z nich POWINNA prowadzić (z większymi lub mniejszymi ofiarami) do "stanu stabilnej stagnacji"...
 
Nawet ów powrót do życia mitami i obyczajem - a czyż większość nam współczesnych jest RZECZYWIŚCIE tak wolnomyślna i racjonalna, jak to im samym się wydaje..? Czy spora część współczesnej nauki (prawie cała humanistyka tak naprawdę...) nie jest aby rodzajem "nowej religii", której uczeni (a raczej "uczeni") są kapłanami i prorokami, a przewody doktorskie i habilitacyjne, publikacje naukowe ("naukowe" raczej...) i "paradygmaty" - rytuałami? Już nie wspominając o pladze pospolitych przesądów, które gęsto zamieszkują w głowach pospolitych ludzi, nawet szczycących się wyższym wykształceniem - od wiary w horoskopy zaczynając, na różnych "zielonych ludzikach" kończąc..?
 
Człowiek nie potrafi żyć bez rytuałów i mitów. Czyż w epoce oświecenia, której tak nie lubię, elity najbardziej "wyzwolone" i "wolnomyślne", porzuciwszy rytuały Kościoła - nie stworzyły sobie w zamian rytuału masońskiego..? Całe to zawiązywanie oczu, obnażanie jednej nogi, fartuszki i kielnie... Żenua..!
 
 
Więc: czytajcie Le Guin. Lektura w sam raz na taką pogodę jak teraz!

sobota, 28 czerwca 2014

Rezerwy proste i degrengolada Postępu

Historia ta stanowi doskonały przykład na to, że do odniesienia sukcesu potrzeba trzech rzeczy: dobrego pijaru, dobrego pijaru i... władzy lub pieniędzy! Co polecam P.T. Czytelnikom również i w tej intencji, że gdyby ktoś potrzebował dobrego pijaru - to znam takich, co znają takich, co nie takie rzeczy ze szwagrem kolegi robili..!

Był w dziejach naszej technologicznej, "zachodniej" cywilizacji okres, w którym Postęp zdawał się przeżywać swoją "fazę heroiczną". Uczymy się o nim w szkołach. Że poniekąd po łebkach i nie używając tej terminologii, którą ja proponuję..? A, to już inna sprawa: częściowo wyjaśnię poniżej, dlaczego tak się dzieje - a częściowo jest to być może temat na osobne rozważania...

Postęp przeżywał "fazę heroiczną" w okresie nazywanym najczęściej "rewolucją przemysłową" (z czym o tyle walczę - od lat, jak dobrze Państwo wiecie - że tak naprawdę to największa rewolucja w tym czasie zaszła w rolnictwie, a nie w przemyśle - a o tej wcale się na lekcjach historii nie wspomina...). Czyli mniej więcej w XVIII i XIX wieku.

Udała się wówczas rzecz niebywała i wcześniej nie do pomyślenia: 90% ludności zdobyło dostęp do takich wygód i takiego stopnia bezpieczeństwa, sytości, zamożności życia do którego wcześniej aspirowało w najlepszym razie najbardziej uprzywilejowane 10%.

Oczywiście, jak to zwykle bywa, cała ta poprawa sytuacji niewiele lub wcale nie wpłynęła na samopoczucie nowo wzbogaconych - co z tego bowiem, że już nie głodowali na przednówku, że każdy miał parę butów (albo nawet i dwie pary! i jakieś chodaki do obejścia...), ze dwie koszule na zmianę, przyodziewek roboczy i odświętny, że zamiast wiechcia słomy zaczął wkładać  na stopy skarpetki, że mu na łeb deszcz nie leciał, dym w kurnej chacie nie gryzł oczu, a z dziecków umierało co piąte, a nie co drugie..? Jasne, że żaden to powód do zadowolenia, skoro po dawnemu - nie dziedzic już, a fabrykant obrzydły, miał murowany pałac, jeździł zimą do Paryża i rozbijał się powozem z paniami, które miały wszystkie zęby i nieznane w robotniczych zaułkach umiejętności jak chodzi o robienie dobrze..?



Ba! W zakresie "samopoczucia", to ten raptowny, bo dokonany za życia mniej - więcej trzech, góra czterech pokoleń "postęp" wywołał tak naprawdę ogromne... pogorszenie!

Na tym zresztą polega zasadnicza różnica pomiędzy tym stanem spraw społecznych (nie mam dobrego określenia, bo nie tylko o ustrój i nie tylko o zachowania wielkich grup społecznych tu idzie, ale o świadomość przede wszystkim!), które zwykło się określać mianem ancient regime, a - nie mniej szeroko rozumianą - "nowoczesnością".

Podstawową cechą społeczeństwa "dawnego" był pewien minimalizm oczekiwań. Ludzie bywali, jak i teraz ambitni nawet do przesady - ale na oku mieli swój, indywidualny awans, wspinali się po drabinie społecznej na ogół nie myśląc o tym, aby połamać jej szczeble, które wydawały się pozoru wiecznotrwałe - a ci, którym ambicji do owego wspinania się brakło, kontentowali się tym, co mają, raczej bojąc się pogorszenia, niż oczekując poprawy.

Rewolucja XVIII i XIX wieku wywróciła ten porządek oczekiwań do góry nogami! Teraz "normą" stała się nie stabilność sytuacji życiowej - lecz jej nieustanna i w zasadzie wszystkich tycząca poprawa.

Nie macie Państwo pojęcia, jak to się głęboko odciska na każdym niemal aspekcie naszego życia! Przecież nawet w strefie euro, gdzie od lat mamy do czynienia z oczywistą stagnacją, język sam nie dopuszcza innej formy dyskusji o gospodarce, niż "wzrost". Jaki znowu "wzrost"..? "Wzrost" mierzony o pół procenta PKB w górę lub w dół..? "Wzrost ujemny" zgoła?

Oczywistą oczywistością jest, że awans niemalże nagły i niemalże powszechny musiał wywołać wybuch masowej zawiści.

Oczywistą oczywistością jest też i to, że zarówno w tzw. "dyskursie" politycznym, jak i w aspirujących do naukowości opisach tego, co się działo i dzieje, zaczęło się natychmiast masowe fałszerstwo.

Owa "faza heroiczna" dziejów Postępu ma swoją mitologię czarną i białą - o tym zaś, jak to było naprawdę nikt praktycznie nie mówi. Poza mną, rzecz jasna!

Mitologia "czarna" koncentruje się na takich pojęciach jak "wyzysk", "upośledzenie", "rozwarstwienie społeczne" - co bardzo charakterystyczne jednak, winę za owe "grzechy" lokując po stronie indywidualnej chciwości, a nie po stronie oświeconego gosudarstwa - co z punktu czyni owe elaboraty chybionymi i istoty sprawy wcale nie dotyka.

Mitologia "biała" dostrzega w całej tej epoce wyidealizowany "raj" indywidualizmu i liberalizmu - co też nic zgoła z rzeczywistością nie ma wspólnego.

Tak naprawdę to cała "rewolucja przemysłowa" zaczęła się od brutalnego aktu gwałtu. Oto angielskiej szlachcie udało się w radykalny i zarazem bardzo prosty sposób rozwiązać tzw. "kwestię chłopską": po prostu wyganiając chłopów w cholerę i przekształcając ich poletka w pastwiska dla owiec - potrzebne wobec praktycznie nieograniczonego popytu na wełnę w sąsiednich, przez Kanał, miastach niderlandzkich, gdzie z dawna osiadły tysiące sprawnych tkaczy.

Całkiem przypadkowo, bo nikt tego zgoła nie planował -  wygnani ze swoich wsi angielscy chłopi w większości powędrowali do miast, gdzie gotowi byli do pracy za lada grosz, bo bez niej groziła im śmierć głodowa (a przy okazji bardzo surowe, przyjęte w okresie Reformacji prawa "przeciw włóczęgostwu" nakładały iście stalinowskie sankcje na wszystkich, którzy ośmieliliby się wędrować po kraju w poszukiwaniu pracy...). Ich umiejętności były nikłe, z niderlandzkimi tkaczami z Brugii czy Gandawy nie mogli się równać w żadnym razie - ale taniość ich pracy w połączeniu z obfitością doskonałego surowca, stwarzała pokusę podjęcia ryzyka i przetwarzania tegoż surowca na miejscu, zamiast wysyłania go na drugą stronę Kanału.

Potrzebne były tylko maszyny, które niedostatek biegłości rąk nowych robotników nadrobią wzrostem wydajności.

Dalej już poszło: powstał w ten sposób swoisty paradygmat dochodzenia "od nędzy do pieniędzy". Który też został już świadomie i planowo zaimplementowany na kontynencie.

Świadoma i planowa implementacja tego paradygmatu rozwojowego przez kolejne rządy Europy dawała im oczywiste zyski. Wystarczy popatrzeć na Francję: Ludwik XVI zwołał Stany Generalne, bo nie był w stanie spłacić długów pozostałych po (zwycięskiej!) wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Wojnie co prawda dość kosztownej, bo toczonej za Oceanem - ale też angażującej szczytowo raptem parędziesiąt tysięcy francuskich żołnierzy i flotę.

Tymczasem rewolucja, a potem Bonaparte nie tylko potrafił wystawiać armie idące w setki tysięcy, ponad milion nawet, szabel i bagnetów - ale i wojować przez niemal ćwierć wieku z całą praktycznie resztą cywilizowanego świata.

Owszem - częściowo było to możliwe dzięki systematycznemu rabunkowi Włoch, Niemiec, Polski. Nim jednak do owego rabunku doszło, terytoria te musiały zostać pierwej podbite - a to się królom Francji, za ancient regime nigdy nie udawało w takiej skali!

Podstawowa różnica pomiędzy takim na przykład Ludwikiem XIV, a Bonapartem polegała na zdolności tego drugiego do uruchomienia ogromnych zasobów "rezerw prostych", który pewnie i 100 lat wcześniej też tkwiły we francuskim ludzie, ale których dawny ustrój uruchomić nie pozwalał.

Najważniejszą z owych "rezerw prostych" była - obawa przed głodową śmiercią!

Najprostszym sposobem na uruchomienie ludzkiej energii, pomysłowości, pracowitości, wytrwałości - jest pozbawienie ludzi nadziei na jakąkolwiek zewnętrzną pomoc. Proste, tanie, skuteczne.

Odbierz ludziom "gwarancje socjalne" - a będą zapieprzać jak małe mróweczki i ani się obejrzysz, a dojdziesz na ich czele na sam szczyt.

Tak jak owi wygnani ze wsi angielscy chłopi u początków "rewolucji przemysłowej", jak paryscy sankiuloci, robiący za mięso armatnie kolejnym spazmom rewolucji, jak chłopi niemieccy, polscy, rosyjscy wreszcie - gdy ich, odgórnie, rządowymi decyzjami, odspawano od pańskich klamek i cholew i kazano gospodarować na własny rachunek.

Och - rzecz jasna to nie wszystko! Oprócz likwidacji "gwarancji socjalnych" tego lub owego rodzaju, dobrze jest też poznosić cła, myta i inne ograniczenia w handlu (przynajmniej wewnętrznym - ale o szkodliwości ceł "zewnętrznych" też szybko się przekonano w owym czasie...), a także zorganizować jakiś system upowszechniania wiedzy i zachęt do implementowania nowości (z których mało która jest tak na początku od razu wielce opłacalna...) - i będzie furkotać aż miło: z każdym rokiem da się wybrać więcej podatków, więcej rekruta, więcej zamówić tańszych i lepszych karabinów, szybciej przerzucić liczniejsze wojska tam, gdzie potrzebne.

Inspirująca i organizatorska rola rządów w implementacji tzw. "rewolucji przemysłowej" na kontynencie jest oczywista. Jeśli nawet był to "triumfalny pochód indywidualizmu i liberalizmu" - to ów "indywidualizm i liberalizm" maszerował przez Europę w dobrze zorganizowanej, wojskowej kolumnie i do rytmu wygrywanego przez werble i piszczałki wojskowej orkiestry.

Koszty..? Jak to na wojnie! Nie mamy już starego Paryża, bo go Haussmann wyburzył, ciupasem jakieś parędziesiąt tysięcy mieszkańców przesiedlając - całkiem zupełnie jak teraz robią chińscy komuniści, gdy im się zachce fabrykę, lotnisko czy stadion postawić.

Uważni czytelnicy "Chłopów" (w serialu tego nie znajdziecie, obawiam się...), których zapewne nie ma zbyt wielu wśród polonistów (koncentrujących się na wątku Jagny, rzecz jasna - dlaczego większość polonistów, jakich znam, to jacyś niewyżyci erotomani - gawędziarze..?) może dostrzegą, że tak naprawdą osią dramatyczną jest spór między drugim a trzecim po uwłaszczeniu pokoleniem chłopów o majątek - i o władzę zarazem, bo kto ma morgi, ten rządzi, a kto je synowi odda, ten idzie "na wycug" i bywa że z izby przenoszony jest do chlewika... Uważni czytelnicy "Chłopów" może dostrzegą też wzmiankę o tym, że "za pańszczyzny" dziedzic utrzymywał we wsi "ochronkę" dla starych i niedołężnych..?

Ogólnie rzecz biorąc, mitologia owej "heroicznej fazy postępu" odwraca role, jakie rzeczywiście były wówczas odgrywane. To gosudarstwa, przymuszone do tego co prawda konkurencją (kto się nie zmodernizuje na czas, tego zjedzą...), burzyły "stary porządek" i robiły co mogły, aby zachęcić swoich poddanych do pilniejszego wysiłku. Jeśli natomiast zaszedł faktycznie postęp i ludziom po przejściowym niekiedy pogorszeniu, żyło się nieporównanie lepiej niż wcześniej - to dzięki wysiłkom tych, szczególnie obdarzonych wyobraźnią i energią jednostek, które zdołały wprowadzić innowacje zwiększające produktywność ludzkiej pracy.

Efektem działania jednostek był dobrobyt. Efektem działania gosudarstw było za to - np. ukształtowanie się "państw narodowych", poprzez starcie na pył i wykorzenienie wszelkich lokalnych odrębności i separatyzmów...

"Heroiczna faza Postępu" zakończyła się wraz z Bismarckiem. A właściwie wraz z dokonanym przezeń zjednoczeniem Niemiec. Oba wielkie projekty, które Bismarck wdrożył później, w latach 70-tych XIX wieku, tj. "Kathedorsozializmus" oraz "Kulturkampf" zakończyły się porażkami. Nie udało się zglajszlachtować Niemiec jako protestanckich (lub protestantyzujących), niemieckojęzycznych Prusaków - i nie udało się rozwiązać problemu zawiści poprzez przejęcie części haseł socjalistów i zapewnienie - w miejsce zburzonych mechanizmów ancient regime, które były albo indywidualne, albo korporacyjne lub kościelne - państwowej opieki socjalnej.

Od tamtej pory nie ustał co prawda ów materialny postęp, napędzany już po części automatycznie implementacją nowych technologii (aczkolwiek można się spierać, czy postęp ten jest teraz szybszy, czy wolniejszy - zaiste: wprowadzenie smartfonów nie wydaje się wielką rewolucją - inna sprawa, że jakże mam to docenić, skoro ich obsługa okazała się dla mnie zbyt skomplikowana..?). Jednak "sytuacja życiowa" nasza, radykalnym przemianom przestała podlegać. Trudno też mówić o jakimkolwiek "heroiźmie" postępu. Hasłem dnia jest raczej hedonizm, niż heroizm!

Powstaje pytanie - czy aby przypadkiem owe "rezerwy proste", które dały sukces umownej "rewolucji przemysłowej" - aby jeszcze w ogóle istnieją? I czy da się je uruchomić?

Co się stanie, jeśli się zlikwiduje państwo opiekuńcze? Będzie powtórka z sukcesu i po, ewentualnym, przejściowym pogorszeniu - staniemy się wszyscy posiadaczami luskusowych koni i samochodów..?

Na razie mamy do czynienia z oczywistą degrengoladą. Co nie jest przecież takie nieprzyjemne, nieprawdaż..?

środa, 25 czerwca 2014

Uczeni durnie

Wyśmiać uczonego, a choćby i profesora czy noblistę - rzecz aż nadto łatwa. Tak łatwa, że wręcz nieswojo się czuję, coś takiego robiąc... Aby takie wyśmianie stało się możliwe, starczy jedna tylko przesłanka. Taka mianowicie, by przedmiot krytyki, a więc uczony (a choćby i noblista...)... wziął się za przepowiadanie przyszłości..!
 
Napisałem to jednoznacznie w eseju otwierającym "Projekt Agepo" - parę lat temu. Prognozy opisujące przyszłość są z zasady nietrafione. Trafione zaś, mogą być tylko dwóch rodzajów: takie, w które nikt nie uwierzył - i takie, które nigdy by się nie spełniły, gdyby nie fakt, że zostały ogłoszone i że dano im wiarę (więc - samospełniające się: jak prognoza "runu" na bank, czy giełdowego "tąpnięcia"...).
 
Prognozy nietrafione są najoczywiściej bezużyteczne (acz można debatować o takich, które DLATEGO właśnie się nie spełniają, że je ogłoszono i że ludzie dali im wiarę: kanonicznym przykładem takiej prognozy jest proroka Jonasza zapowiedź zagłady Niniwy - do której ostatecznie nie doszło, bo mieszkańcy asyryjskiej stolicy pokutą przebłagali Najwyższego...). Prognozy, które się sprawdziły, ale w które nikt nie uwierzył - nie mają znaczenia dla kogokolwiek, poza - ewentualnie - historykiem - pasjonatem, specjalizującym się w historii idei. Prognozy samospełniające się zaś, z zasady obarczone są moralną wątpliwością - tak bowiem dużo łatwiej jest wywołać katastrofę, niż sprowokować ludzi do jakiegoś pozytywnego działania.
 
Trzeba być wariatem, żeby się brać za przepowiadanie przyszłości! A mimo to - ludzie z pozoru poważni, uczeni, profesorowie (nobliści nawet...) - wciąż i wciąż ulegają niebezpiecznej pokusie głoszenia proroctw...

 
 Na temat wielebnego Malthusa to już mi się nie chce gadać: dureń ten znany być winien jako patron ślepców. Nie dostrzegł bowiem, przez dziesięciolecia rozmyślając o problemie wyżywienia ludności, że na jego oczach - bo właśnie w wieku XVIII, kiedy żył - rozgrywa się największa rewolucja rolnicza w dotychczasowych dziejach ludzkości: przejście z trójpolówki na płodozmian. Dający praktycznie nieograniczone możliwości zwiększania wolumenu produkcji rolnej! Pierwszy raz bowiem, ludzkości udało się opanować taką technologię uprawy roli, która pozwala nie tylko utrzymywać naturalną żyzność gleby - ale ją, stale uprawianą i eksploatowaną - nieustannie powiększać, wciąż zwiększając osiągane plony.
 
Metoda ta oczywiście ma na pewno swoje ograniczenia - tyle tylko, że nie wiemy, jakie te ograniczenia są. Zanim bowiem do nich doszliśmy - zaledwie 200 lat później, w połowie XX wieku, doszło do kolejnej rewolucji. Połączenie ulepszeń genetycznych z powszechną chemizacją i umaszynowieniem rolnictwa sprawia, że w zasadzie sama tylko Europa - kontynent mały i bynajmniej nie o najlepszych glebach - spokojnie wyżywiłaby resztę świata, całe 7 miliardów ludzi. Jakoż, w rzeczy samej, dzięki podstępnym intrygom, "żywi" Europa przynajmniej sporą część Afryki (wpędzając tę przez siebie żywioną Afrykę w permanentną biedę - no ale tak to jest, jak się konsekwentnie "daje rybę zamiast wędki"...): kontynentu wielokrotnie większego, z lepszymi na ogół glebami, z łaskawszym klimatem i dłuższą niż w Europie tradycją uprawy roli...


Że tak uzyskiwana żywność niekoniecznie jest najzdrowsza? Że dostępność i ceny płodów rolnych są w ten sposób bezpośrednio związane z dostępnością i cenami kopalnych węglowodorów?

I jedno i drugie nie jest bynajmniej immanentną cechą samej technologii. Można sobie wyobrazić genetyczne modyfikacje ukierunkowane na zdrowie i smak, a nie na wygląd i trwałość. Można radykalnie zmniejszyć zależność rolnictwa od ropy i gazu. Tylko po co? Ropa i gaz są wciąż bajecznie tanie i nic nie wskazuje na to, aby miały szybko zdrożeć. A klienci "Pierdonki" wciąż wolą pomidory (kiełbasę, mleko, co tylko chcecie...) które ładnie wyglądają i długo się nie psują od takich, które byłby "zdrowe" (cokolwiek to oznacza - i zakładając, że zwykły człowiek, nie dysponujący przemysłowym laboratorium, jest w stanie zapewnienia o "zdrowotności" tych czy innych produktów w jakikolwiek sposób zweryfikować...).


Ludzie dostają to dokładnie, czego chcą! Inna rzecz, że mało kto tak do końca wie, czego w rzeczy samej chce...

Nie widzę najmniejszego problemu w wyżywieniu nie 7 a 10 miliardów ludzi. Ba! Widzicie oczyma duszy francuskiego, niemieckiego czy holenderskiego rolnika, który dowiaduje się, że jego rynek zbytu się podwoił - i załamuje ręce zamiast się cieszyć..? Co więc właściwie miałoby nam przeszkodzić w wyżywieniu 14 miliardów ludzi? A 70 miliardów..? Jaka niby właściwość fizycznego świata miałaby tego zakazywać..?


Oczywiście, oprócz wyżywienia, trzeba też jeszcze tym ludziom zapewnić powietrze do oddychania, jakąś przestrzeń do aktywności życiowej, trzeba też nad tak mnogimi tłumami zapanować, żeby się nie zadeptały i nie wypruły sobie flaków. Są to problemy. Kto jednak twierdzi, że są to problemy nie do rozwiązania..?

Oczywiście, dywagacje tego rodzaju mają czysto teoretyczne znaczenie. Nic nie wskazuje na to, aby do końca bieżącego stulecia dało się osiągnąć więcej niż wspomniane już 10 miliardów - przyrost liczby ludności na całym świecie ostro wyhamowuje i kto wie, czy wkrótce ludność globu jako całości nie zacznie spadać? Bez ŻADNEGO związku z kwestią wyżywienia, kwestią czystego powietrza, czy kwestią panowania nad tłumami - bo widzimy wyraźnie, że liczba ludności JUŻ spada: akurat w tych właśnie krajach, gdzie nikt z głodu nie umiera (chyba, że sam tego chce), gdzie wydaje się krocie na utrzymanie tzw. "natury" w pewnym arbitralnie wybranym stanie, bez żadnych zmian (rezygnując z poważnych niekiedy korzyści - jak np. z eksploatacji złóż tytanu pod Suwałkami...) i gdzie jest - tak ogólnie - spokojnie aż do przesady!

Czy cokolwiek z powyższego - a co dzieje się na naszych oczach - przypomina owe apokaliptyczne wizje, które prawie pół wieku temu snuło grono uczonych durniów, sygnujących osławione "raporty dla Klubu Rzymskiego"..?

Oto poczet owych dyplomowanych, w profesorskie togi strojnych głupców: Donella Meadows, Dennis Meadows,  Jørgen Randers, Alexander King, Hasan Özbekhan, Erich Jantsch, Alexander Christakis, Eduard Pestel, Mihajlo D. Mesarovic. Wymieniam tę monotonną listę, daleką zresztą od kompletności, nie bez powodu. Mam bowiem pytanie: skoro ci głupcy zdołali się tak potwornie omylić, własnymi nazwiskami opatrując proroctwa, które się najoczywiściej nie spełniły - to jak można im wierzyć w jakiejkolwiek innej sprawie?

Jak można wierzyć pseudouczonym - aferzystom z tzw. "Międzyrządowego Panelu ds. Zmiany Klimatu"..?

Kolega Wojtek niedawno wspominał u siebie o nagminnym fałszowaniu wyników przy badaniach nad rakiem.

Badania nad demografią, dostępnością zasobów naturalnych i zmianami społecznymi czy klimatycznymi są o parę rzędów wielkości BARDZIEJ podatne na fałszerstwa - toż prawie wszystko w nich albo podpada pod "polityczną poprawność", albo jest tajemnicą rządową lub zgoła wojskową!

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Głuchy telefon


Jeszcze się nie zaczęły regulaminowe godziny pracy, a pochłonęła mnie zagadka: co pod naszym biurem robi kurier z ośmioma pękatymi pakami gazet..?

Rozwiązanie tej zagadki okazało się nader pouczające. Oto - zadziałał "głuchy telefon"


Ze trzy tygodnie temu rozmawiałem z szefem firmy - naszego najemcy: zaproponowałem mu, aby w związku z opóźnieniem w uruchomieniu naszego obiektu, realizację umów przenieść na styczeń przyszłego roku. Wspomniałem, że bardzo nam zależy, aby jak najszybciej uruchomić JAKĄŚ, ograniczoną gastronomię (bo mamy już personel, który pożąda pożywienia) i ROZWAŻYĆ uruchomienie kiosku.

Szef firmy zadał pytanie swojemu zastępcy, nadzorującemu "pion kiosków": czy można uruchomić kiosk w takiej sytuacji..?

Zastępca trzasnął obcasami, "ruki po szwam", rach, ciach - kiosk jest uruchomiony i właśnie się zatowarowuje..! W obiekcie, do którego na razie nie ma nawet dostępu z ulicy - i bez uzgadniania z kimkolwiek...

A te paki z gazetami, to był dopiero początek. Kurier, który przywiózł karton prezerwatyw nie czekał: zostawił je na recepcji - i uciekł... 

niedziela, 22 czerwca 2014

Jak by suka nie dała...

to by pies nie wziął - głosi ludowe przysłowie, nie wiedzieć czemu uchodzące za strasznie mizoginistyczne.

Jeśli traktować je dosłownie, to faktycznie. ciutek jest to powiedzonko niepochlebne dla pań. Ale w nieco ogólniejszym sensie..?

W nieco ogólniejszym sensie wysunąłem taką właśnie tezę w dyskusji pod ostatnim wpisem Profesora Boboli. O demografii ludzkich społeczności decydują WYŁĄCZNIE kobiety.

Mężczyźni nigdzie, nigdy nie mieli w tej sprawie nic do powiedzenia..!

Jeśli kobieta nie chce mieć dziecka, to go mieć nie będzie - i nic poza przykuciem łańcuchem do ściany i trzymaniem pod strażą przez 24 godziny na dobę całe 9 miesięcy ciąży nie jest w stanie tego zmienić.

A do takich środków - być może poza okazjonalnie trafiającym się zwłaszcza w Stanach (ale też i w Belgii, jak dobrze pamiętamy...) porywaczami - mało kto się ucieka, nieprawdaż..?

I wcale nie mam na myśli żadnego "podziemia aborcyjnego"..!

100, 200, 1000 czy 10.000 lat temu żadnych "pływających klinik aborcyjnych" jako żywo nie było - a stwierdzenie, które powyżej podaję, było w całej rozciągłości prawdziwe. Tak naprawdę to dopiero masowa migracja ze wsi do miast za PRL sprawiła, że młode kobiety, oderwane od korzeni i od natury, nagle stały się bezradne wobec problemu "zapobiegania niechcianej ciąży" (i też, w konsekwencji babcia i matka niczego mi częściej nie powtarzały, niż żebym czegoś przypadkiem nie zmajstrował - bo większego nieszczęścia na świecie być i nie może..! Mógłbym twierdzić, że popadłem od tego w zabójcze dla potencji kompleksy - gdyby nie fakt, że takie tłumaczenie byłoby tylko nieudolną próbą zamaskowania dupowołowatości, którą zwykłem w "tych sprawach" przejawiać: bo też i jakoś żadnych chętnych do tego, by im coś zmajstrować - nie pamiętam...).

A jak sobie młode kobiety radziły dawniej..?

Ano, przy pomocy tej roślinki:


słusznie stanowiącej zasadniczy składnik tzw. "panieńskiego wianka" w obrzędowości ludowej Polski, Litwy, Ukrainy...


gdyż niejedną pannę owa roślinka przed wstydem ocaliła..!


i nie chodzi o to, żeby coś tymi drobnymi listkami zasłaniać, bynajmniej. Raczej o wywar, który można z niej uyzskać...

To ruta.

A roślin o podobnym działaniu jest więcej - każda strefa klimatyczna ma swoją ulubioną.

Skoro nawet ja to wiem - to jakże mogło to być tajemnicą dla młodych kobiet (a zwłaszcza dla kobiet nieco starszych i doświadczonych, które tamtym chętnie radą służyły...) 100, 200 czy 10.000 lat temu..?

Owszem - było to w jaskrawej sprzeczności z formalnie panującą moralnością: 100 czy 200 lat temu. Bo jak było 10.000 lat temu, tego nikt nie wie.

I co z tego? Myślicie, że skoro panna nie wstydziła się z kawalerem na sianie zadawać - to będzie się wstydziła  wywar z ruty potem wypić..?

I tyle w tym temacie.

Starożytni Grecy - a za nimi także i uczeni średniowieczni - twierdzili, że niemożliwe jest zapłodnienie kobiety, jeśli w trakcie tego aktu nie dozna ona przyjemności. Mylili się. Jednak, biorąc pod uwagę łatwość i powszechność tego rodzaju ziołowej antykoncepcji post factum - dziecko z gwałtu mogła rodzić tylko niewiasta albo wyjątkowo bogobojna, albo wyjątkowo głupia, albo też taka, której ów gwałt aż tak bardzo chyba jednak nie uwierał. I stąd przekonanie jurystów średniowiecznych, że skoro jest ciąża - to gwałtu być nie mogło, a do aktu doszło za zgodą niewiasty - nie było tak całkiem bezpodstawne...

Nie zamierzam w tym miejscu proponować zmian w obowiązującej ustawie. Być może fakt, że kobiety współczesne już sobie bez pomocy medyków i farmaceutów same poradzić nie potrafią - to jakiś drobny kroczek ku temu, aby ciemne, chtoniczne siły natury, które w nich drzemią - nareszcie opanować i poddać moralności..? To się jak do tej pory nigdy nikomu nie udało - ale czy to powód, aby przestać próbować..?

Tym niemniej, tezę, którą postawiłem na początku, podtrzymuję. Jedynie kobiety są odpowiedzialne za liczebność (i jakość!) przyszłego pokolenia. Cokolwiek by w tej materii nie robili mężczyźni - jest bez żadnego znaczenia.

Owszem: kobiety się tłumaczą, że chętniej by rodziły i wychowywały, gdyby mężczyźni zapewniali im lepszą opiekę, wyższy komfort życia, stabilność, oparcie, itd.

Bzdury na resorach..!

Jaką, za przeproszeniem "opiekę" byli w stanie zapewnić Polkom ich mężczyźni w roku 1939 czy 1944? Jaki "komfort życia" panował w 1981? O jakiej "stabilności" czy "oparciu" można było mówić gdy za każdym rogiem czyhała śmierć, jak nie od kuli, to od tyfusu lub z niedożywienia..?


A mimo to drobiazgu pod nogami pętało się i po kilkanaście sztuk - prawie u wszystkich...

Jeśli mierzyć to miarą bezwzględną - Polki NIGDY WCZEŚNIEJ nie żyły tak dostatnio, tak stabilnie i z tak dobrym zabezpieczeniem na przyszłość jak teraz.

Że im to nie wystarcza, choć ich babkom i prababkom dużo gorsze warunki wydawały się do posiadania potomstwa całkiem znośne..? To kwestia miary względnej, a nie bezwzględnej. To kwestia aspiracji - aspiracji nie na miarę realnych możliwości.

Nie jest moją bajką rozczulanie się nad "przyszłością systemu emerytalnego". Konsekwentnie jednak podpowiadam - jak to już i wcześniej czyniłem - że żadne "ułatwienia" w rodzaju dodatkowych żłobków i przedszkoli, kolejnych przywilejów zawarowanych kodeksem pracy, dodatków, becikowych i innych benefitów - nic nie pomogą (niektóre z tych rozwiązań mogą za to bardzo łatwo dać efekt dokładnie odwrotny od oczekiwań...).

Ba! Gdyby nawet w Polsce zrobiło się naraz tak bogato jak na Wyspach Mglistych (gdzie Polki - emigrantki podobno więcej dzieci rodzą niż w ojczyźnie) - to też NIC NIE POMOŻE.

Dlaczego? Dlatego, że jeśliby Polska nagle dogoniła poziomem życia Wyspy Mgliste - to przecież aspiracje Polek od tego JESZCZE by wzrosły. I wcale nie jest powiedziane, że ten podwyższony poziom aspiracji udałoby się kiedykolwiek dogonić - aspiracje rzecz niematerialna, mogą rosnąć w dowolnym tempie, nic ich nie ogranicza.

Polki, które wyemigrował na Wyspy Mgliste i tam dzieci rodzą - robią tak, bo ulegają złudzeniu, że właśnie "dogoniły swój poziom aspiracji". Obawiam się jednak, że jest to zjawisko przejściowe - i długo nie potrwa.

Wzrost dobrobytu to, pod względem demograficznym - ślepa uliczka. Trwałe odwrócenie trendu właściwego całemu rozwiniętemu światu wymaga działań zgoła odwrotnych. O ile, rzecz jasna, ktokolwiek odważyłby się je podjąć (bądźcie spokojne, Drogie Panie: takich się raczej nie znajdzie...).

Albo - wprowadzenia na szeroką skalę "bodźca negatywnego", zmuszającego kobiety do wyższej płodności niezależnie od ich aspiracji. Albo też - trwałego obniżenia tychże aspiracji.

Co nie wydaje się możliwe bez długotrwałego, wieloletniego ciężkiego kryzysu, wojny lub temu podobnych "przyjemności"... I wcale nie ma gwarancji, że efekt będzie lepszy od tego, co W RZECZY SAMEJ zalecam: mianowicie, żeby się do decyzji kobiet w tej sprawie nie mieszać.

To się z czasem samo wyrówna.

Po prostu - zjawisko "ucieczki aspiracji" to jeszcze jeden z "testów selekcyjnych", jakie przechodzi w swojej historii ludzkość.

Wśród współczesnych mieszkańców Europy nie ma takich, którzy by nie byli odporni na ospę. Bo nieodporni - umarli bezpotomnie podczas epidemii, które trapiły naszych przodków. Podobnie - lekko przechodzimy świnkę, nie zabija nas byle grypa - a gruźlica tylko dlatego jest znowu groźna, bośmy ją nierozważnie leczyli antybiotykami, od czego to pałeczka Kocha przeszła "selekcję" i stała się groźniejsza, a nie gatunek homo sapiens.

Zjawisko "ucieczki aspiracji" i spadku płodności to po prostu objawy kolejnej epidemii - epidemii dobrobytu. Tylko ci, którzy pozostaną na tę chorobę odporni - odziedziczą Ziemię...

czwartek, 19 czerwca 2014

Who keeps the rules? - oraz o pewnym nieporozumieniu, a nawet dwóch...

Dostałem przedwczoraj wiadomość od jednego z kolegów - userów mojego ulubionego historycznego forum. Kolega medytował nad problemem, który i mnie wiele razy tutaj zajmował: kto będzie pilnował, aby po - ewentualnym i wielce teoretycznym (o czym zaraz poniżej...) upadku państwa, hydra ta nie odrodziła się ponownie, zagrażając w ten sposób wolności i szczęściu liberatariańskiej anarchii..? Kolega proponuje, by najbardziej ideowi libertarianie zebrali się w tajny zakon (jak u Franka Herberta w jego cyklu o "Diunie"...) i mordowali watażków budujących swoje kacykostwa...


No cóż: jest to, przyznaję, propozycja więcej warta od "standardowej" odpowiedzi indagowanych na tę okoliczność libertarian, którzy w tej sytuacji zasłaniają się jakimiś bajkowymi stworami w rodzaju "powszechnego oporu uzbrojonych, wolnych ludzi" (tak, jakby wolność nie była najstraszniejszą spośród plag, jakie mogą trapić zwykłego człowieka - o czym też zaraz poniżej raz jeszcze...). Kolega sam jednak przyznaje, że to by nie potrwało długo.

Tak, czy inaczej wychodzi na moje - państwa obalić się nie da. To, że państwo działa źle, a czasem zgoła wcale nie działa - nic nie ma do rzeczy. Nie po to bowiem istnieje, aby ludziom jakieś "usługi" świadczyć (to jest, dla odmiany, bajkowy stwór w którego wierzyli tzw. "liberałowie klasyczni"...) - tylko dla samego siebie istnieje i dla tych, którzy nim zawiadują. Tacy zaś zawsze się znajdą. I zawsze mogą liczyć na posłuszeństwo mas przerażonych wolnością.

Dlaczego wolność jest przerażająca..? W ostatnim "NCz!", który kupiłem wczoraj tylko dlatego, że mi się w drodze do Radomia książka skończyła i groziła mi w drodze powrotnej godzina w pociągu bez słowa pisanego jest artykuł, którego nawet nie czytałem - sam tytuł bowiem zupełnie mi wystarczył. To było coś o tym, że "wolność przynosi bogactwo".

To jest, mili moi, daleko idące nieporozumienie..! To nie wolność przynosi bogactwo, tylko groźba głodowej śmierci. Człowiek z natury jest leniwy i jak by nie musiał, to by wcale nie pracował.

Myślicie, że chce mi się wstawać przed 5.00 rano i jeździć codziennie do Radomia..?

Do pielenia ogródka i innych prac gospodarskich też czasem muszę się przymuszać - choć to już mi łatwiej przychodzi mimo, że jest to zajęcie o wiele mniej (jeśli w ogóle...) płatne. Znakiem tego, uważam się za człowieka z natury pracowitego. Wielu takich nie ma - moim zdaniem!

Wolność dlatego jest przerażająca, bo stawia człowieka twarzą w twarz z grozą głodowej śmierci - jeśli jakoś sam o siebie nie zadba. I z tego "jakoś o siebie zadbania" rodzi się dopiero bogactwo, a nie z wolności jako takiej.


Na ogół jednak ludzie instynktownie, a przynajmniej bez głębszego namysłu, bardzo chętnie wymieniają wolność na obietnicę pełnej michy. Że przez to wszyscy są per saldo biedniejsi, a niektórzy pewnie nawet umierają z głodu, do czego by nie doszło, gdyby ich nie okłamywano, że michę dostaną (albowiem wiedzieć też powinniście, że ta transakcja częściej niż rzadziej jest oszustwem: ci, którzy odbierają wolnność, obiecując pełną michę - zwykli bowiem słowa nie dotrzymywać...)..?

Niestety, mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju "dylematu więźnia". Indywidualnie człowiekowi na ogół bardziej opłaca się przystać na wymianę wolności na obietnicę pełnej michy. Niekorzystne skutki tej transakcji objawiają się dopiero w momencie, gdy jest za późno na to, aby się z niej wycofać.

Nieporozumieniem od początku do końca jest też kolejny tekst p. Wozińskiego, który - perwersją się kierując, bo czymże innym - jednak przeczytałem. Ten o Kancie i "oświeceniu".

Ja się oczywiście zgadzam, że Kant był durniem. A Hegel! O Jezuuu...! Ten to był dopiero pacanem jakich mało. A wszyscy razem bledną przy kolekcji francuskich idiotów uzbrojonych w pióra i maszyny drukarskie: Wolterze, Diderocie, d'Alambercie.


Natomiast - typowy u monomaniaka, jakim jest Woziński (akurat przy lekturze tego właśnie tekstu taka interpretacja mi się nasunęła...) zarzut, że Kant "czci państwo" - tak do końca trafiony nie jest.

Ten zarzut NAWET w odniesieniu do Hegla jest jednak w pewnym stopniu nieporozumieniem.

Dlaczego..? Ano dlatego, że Kant (a nawet Hegel!) tworzyli swoje "systemy filozoficzne" zanim w nauce pojawiło się i przyjęło pojęcie "społeczeństwa". I w bardzo wielu miejscach ich dywagacje mniej stają się nonsensowne, gdy w miejsce terminu "państwo" podstawi się termin "społeczeństwo".

To jest w ogóle bardzo ciekawa sprawa - i główny powód dla którego zwlekam jeszcze z pójściem do ogródka, siedząc przed komputerem.

W historii filozofii naprzemiennie następują po sobie epoki w których przedmiotem zainteresowania jest głównie albo "człowiek społeczny" (filozofia Zachodu zaczęła się od rozważań nad społeczną naturą i społecznymi obowiązkami człowieka: a po cóżby innego Sokrates pił cykutę..?), albo "człowiek etyczny" (tym zajmowały się np. szkoły filozofii hellenistycznej, nie mające już ambicji tłumaczenia obowiązków poddanego względem monarchii, która w międzyczasie zajęła miejsce greckich poleis).

Oświecenie, zarówno brytyjskie jak i kontynentalne (obu nie lubię tak samo...), było PRZYNAJMNIEJ zerwaniem z dominacją "refleksji etycznej" w teologii protestanckiej i w post-Reformacyjnej filozofii - i ponownym wydobyciem na plan pierwszy "refleksji społecznej". A że używało takiego aparatu pojęciowego, jaki był do dyspozycji, pisząc o "państwie" tam, gdzie domyślać się można "społeczeństwa"..? No to już akurat nie jest wina rzeczonych filozofów, po prostu nie oni wpadli na ten pomysł, tylko dopiero August Comte...

Zresztą, w efekcie odkrycia monsieur Comte'a całe działy filozofii - o czym filozofowie, rzecz jasna, dowiedzieli się jako ostatni (a wielu jest takich, do których to wciąż nie dotarło...) - skazane zostały na zagładę - bo większość owej "refleksji społecznej" tzw. "nauka pozytywna" zawłaszczyła dla siebie (też nie do końca z dobrym skutkiem, bo w efekcie mógł Marks - działający jak raz w "okresie przejściowym" - podawać się nie za filozofa, którym zapewne był, a za "ekonomistę" - którym nie był ani trochę...).