Blog główny

środa, 28 maja 2014

Walka z wiatrakami

Nie zazdroszczę lekarzom. Jak by się nie starali, zwieńczeniem ich troski o pacjenta i tak może być jedynie ostateczna klęska: śmierć! Życie bowiem, nawet po wyleczeniu z ciężkiej choroby i tak wcześniej czy później, ale za to nieuchronnie - dobiegnie kresu.
 
Tymczasem szeroka publiczność, rozpieszczona, a nawet rozpuszczona dookólna lekkością bytu, przyzwyczajona, że od każdej awarii jest kompetentny fachowiec, który ją naprawia - oczekuje podobnej sprawności także i od lekarzy. Ludziom się wydaje, że skoro płacą za usługę (czy to bezpośrednio, czy to w podatkach), to im się należy: szybka i jednoznaczna diagnoza, skuteczna i komfortowa kuracja, finalnie - doskonałe zdrowie. No i nie da się ukryć: jeszcze się taki nie narodził (przynajmniej nie z męża i niewiasty - jeśli wiecie, co mam na myśli...), który by się nie rozczarował.
 
Większość zaś rozczarowuje się od razu na samym początku. Tak naprawdę to my wciąż gówno wiemy o działaniu ludzkiego organizmu (a wiedza najbardziej zaawansowana jest zbyt droga, aby w jakimkolwiek systemie - czy to medycyny "państwowej", czy to medycyny "prywatnej", dało się ją udostępnić maluczkim...). Naprawdę trudno o jednoznaczne diagnozy - tym bardziej szybkie - a kuracje rzadko kiedy bywają skuteczne i komfortowe. Ba! Nie da się ukryć, że spora część naszych zdrowotnych problemów to skutek... działania medycyny! No bo skąd alergie, jak nie z nadmiernej sterylności naszego higienicznego aż do przesady otoczenia..? Skąd rozliczne problemy jak nie z nadużywania antybiotyków (także w hodowli zwierząt...)? I tak dalej, i temu podobne.
 
 
Dawno temu pisałem: najrozsądniej jest po prostu nie chorować. I przygotować się na śmierć, bo się przed nią z pewnością nie ucieknie..!
 
Tymczasem zaś medycyna i ta jej specyficzna forma zwana wciąż - Bóg raczy wiedzieć czemu - "służbą zdrowia", okrutnie rozpala emocje w politycznej debacie. Co się dało odczuć ostatnio nawet na moim ulubionym końskim forum, gdzie niespodziewany (naprawdę się tego nie spodziewałem: wiele już przecież było wyborów z niską frekwencją - choćby uzupełniających - a wynik był zawsze ten sam...) sukces Korwin - Mikkego zdopingował forowiczów do ideowej debaty.
 
Mimo wszystko nie zmieniam mojej diagnozy i wciąż uważam emigrację wewnętrzną za jedyny skuteczny sposób zerwania z "narracją" otaczającego nas Postępu. No ale dobrze - skoro debata się rozpala, to jest przynajmniej okazja, aby wskazać na pewne czysto logiczne i ideologiczne ciekawostki.
 
Skąd bierze się przekonanie o tym, że ludziom generalnie "należy się" tzw. "opieka zdrowotna"..?
 
Zwolennicy tezy, że "się należy" zaczynają na ogół od emocjonalnego szantażu: wyobraź sobie, że zapadniesz na ciężką, kosztowną w leczeniu chorobę - nie wolałbyś wówczas, żeby ktoś za ciebie poniósł koszty?
 
Tak się składa, że wciąż jestem dość biedny (jeśli mierzyć to wielkością tzw. "rozporządzalnego przychodu"), a do niedawna byłem bardzo biedny. I, nie przeczę, kilka razy skorzystałem w tym czasie z tzw. "bezpłatnej służby zdrowia": gdy mnie mianowicie żądliły owady, to jeździłem na pogotowie do Białobrzeg brać zastrzyk na odczulenie. Raz w tym czasie miałem atak kolki nerkowej i też zastrzyk wziąłem, a środki przeciwbólowe i rozkurczowe wykupiłem po "refundowanej" cenie. Zresztą, mój dostęp do owej "bezpłatnej służby zdrowia" chyba się właśnie skończył: od ZUS-owców wymaga się jakichś dziwnych dokumentów, o których nie mam bladego pojęcia i sama myśl o pozyskaniu takiej wiedzy, sprawia mi ból - póki byłem w KRUS-ie, starczyło pokazać opłacony odcinek składki...
 
Skądinąd: nie sądzę, aby taki zastrzyk mógł kosztować więcej niż kilkanaście złotych (i to nawet biorąc pod uwagę koszt utrzymania całodobowego dyżuru: bez transportu przecież, bo karetki pogotowia to ja tu chyba nigdy nie widziałem...). Jedyny problem, że po prostu nie wiem, gdzie indziej niż na pogotowiu, dałoby się tego rodzaju nagłą pomoc uzyskać. Na wszelki wypadek - uważam na szerszenie, które licznie zamieszkują strych naszej chatki dwa razy bardziej niż wcześniej...
 
Lepsza Połowa jako expat, teoretycznie mogłaby sobie wykupić ubezpieczenie i z niego pokrywać koszty okresowych wizyt u pani doktor w Warce oraz wykupu (dość drogich...) leków na astmę - ale liczyliśmy to kilka razy i konsekwentnie wychodziło nam, że taniej jest po prostu zapłacić od ręki.
 
Zęby się nam jakoś trzymają. W ogóle, od przeprowadzki na wieś chorujemy znacznie rzadziej niż dawniej (inna sprawa, że starczy wizyta kogoś z miasta - albo pójście do pracy do biura - i zaraz nadrabiamy forsownie cały, osiągnięty przez stymulowane lekami w mieście wirusy i bakterie, ewolucyjny postęp...).
 
Ze wszystkim uważam, że emocjonalne szantażowanie MNIE tym, że komuś tam choruje dziecko i trzeba wydawać miliony na jego leczenie - jest co najmniej nieporozumieniem. Co najmniej, bo w rzeczy samej dałoby się to i gorzej określić. Nigdy nie próbowałem "wyciągać" dla siebie czegoś "z systemu". Mam nadzieję, że umrę szybko (a choćby nawet i boleśnie - byle szybko...) w jakimś wypadku. To nie jest takie trudne: koniec końców, starczyłoby teraz wsiąść na (wystanego i aż kipiącego energią, że dym z uszu idzie...) konia Lepszej Połowy... I ja umrę i to chore dziecko też NIEWĄTPLIWIE umrze. Żadne miliony temu nie zapobiegną. Tyle, że może się to stać albo trochę szybciej, albo trochę później - i to jest zapewne zasadnicza różnica z punktu widzenia zrozpaczonych rodziców: niby na jakiej jednak zasadzie, ma to sprawiać emocjonalną różnicę komuś postronnemu, kto w dodatku ma na to POD PRZYMUSEM płacić..?
 
Jeśli odrzucić tego rodzaju szantaż emocjonalny, to zasada, iż "opieka zdrowotna się należy" może mieć dwa uzasadnienia. Albo jest to moralny obowiązek - albo wyraz politycznego kompromisu, wybór "mniejszego zła".
 
Czy naprawdę jest to moralny obowiązek? Czy mogą istnieć "moralne obowiązki" o takiej skali nieokreśloności..? Bo co właściwie jest zadaniem "bezpłatnej służby zdrowia"..? Leczyć ludzi. No tak - ale: jakim kosztem..? Bo jakiś pozór życia można w ludzkim ciele podtrzymywać obecnie niemal dowolnie długo - to tylko kwestia wielkości nakładów. Na co leczyć? Na wszystko - nikomu nie wystarczy środków. Co to w ogóle za "moralny obowiązek", którego konsekwencją jest - siłą rzeczy - układanie "koszyków usług refundowanych" (gdzie nie ma innej opcji, jak - pomijanie schorzeń nazbyt rzadkich lub nazbyt kosztownych...), list kolejkowych i preferencji dla jednych kosztem drugich..?
 
"Moralny obowiązek" kończy się nieuchronnie politycznym kompromisem. Czy sam z takiego kompromisu aby nie wyrasta? Ale - czy rzeczywiście..? Jak widzimy, matki chorych dzieci potrafią okupować Sejm, pielęgniarki i lekarze strajkować, firmy farmaceutyczne lobbować - i to, co w praktyce robi "służba zdrowia" jest w sporej mierze wypadkową tych wszystkich, nie raz wzajemnie sprzecznych dążeń.
 
Zakończenie tej walki z wiatrakami, przecięcie tego węzła - i, ewentualne ograniczenie "państwowej" służby zdrowia do tego, od czego się ona historycznie zaczynała, czyli do walki z epidemiami chorób zakaźnych (jest to działanie nader skuteczne i proste i radzono sobie z tym nieźle już w XVIII wieku: starczyło rozwinąć "kordon sanitarny" i odciąć zarażony obszar od reszty...) i leczenia rannych żołnierzy - wydaje się nader kuszącym rozwiązaniem. Jeśli nie przez ekonomię pieniężną (są tacy, których ona oburza...) - to przez wzgląd na ekonomię czasu traconego na te i tak jałowe i nie rokujące szans na jakikolwiek "sukces" spory...

35 komentarzy:

  1. Spora czesc tych problemow stwarza sobie samo panstwo... By pozniej bohatersko z nimi walczyc.

    Gdy mieszkalem w UK I kupilem na czarnym rynku testosteron, poszedlem do apteki kupic igly I strzykawki. Niestety nie bylo mi to dane, bo te produkty sa tylko na recepte. Musialem odszukac gdzie jest "punkt wymiany igiel" co az takie proste nie jest. Gdy dotarlem na miejsce otrzymalem od pani farmaceutki caly pakunek. Po dotarciu do domu okazalo sie, ze to byl caly zestaw do przyjmowania dozylnie heroiny (poza heroina oczywiscie). Pozadanych przemnie igiel o okreslonej (wiekszej srednicy, bo do wstrzykiwania domiesniowo zawiesiny w oleju) brak...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiscie to wszysto robione jest w tym celu, by narkomani nie uzywali kilkukrotnie igiel I mieli zawsze darmowy i latwy dostep do nowych.

      Usuń
  2. Tak w ogole, czy skoro jestes uczulony na uzadlenia I masz zawod "podwyzszonego ryzyka", dlaczego nie moglbys zawczasu kupic sobie zapasu I w razie czego samemu sobie zrobic zastrzyk... No tak, bo moglbys sobie zrobic "krzywde" a tak w ogole czlonkowie cechu medycznego by nie zarobili I stracili nieco prestizu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślałem o tym, ale prawdę powiedziawszy aż tak bardzo mi nie zależało, żebym doszedł do jakichkolwiek konkluzji...

      Tak generalnie, to w Polsce, mam wrażenie, obowiązuje w tej materii rodzaj "gospodarki naturalnej". Jak się ma lekarza spokrewnionego lub zaprzyjaźnionego, to nie ma rzeczy niemożliwych. Ja akurat nie mam, przynajmniej nie w Boskiej Woli - i powinienem to zwyczajnie zmienić.

      Ale mam za to paru zaprzyjaźnionych weterynarzy...

      Usuń
    2. Te wszystkie leki powstają w tych samych fabrykach, tylko etykietki (i może wielkość opakowania) się różni...

      Usuń
  3. Może Tobie nie zależy na życiu aż tak bardzo, ale innym jednak tak. Uważam, że należy zmienić FORMĘ służby zdrowia (szczegóły powinni dopracować eksperci), ale sama służba zdrowia jednak powinna być dostępna dla każdego. Bo niektórzy chcieliby przeżyć we w miarę dobrym zdrowiu 90 lat niż w kiepskim 40.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma tak dobrze! Nie zwalisz na "ekspertów" wyborów moralnych, moralistko..! Zdefiniuj w takim razie CEL tej "służby zdrowia".

      Czy ma nim być "zapewnienie każdemu, by dożył przynajmniej 90 lat"..?

      Czy też: "zapewnienie każdemu, by dożył, ile chce"..?

      Serio pytam. Teoretycznie i jedno i drugie w jakiejś, nie tak odległej przyszłości, może być nawet realne. Za naszego życia - dla bardzo, ale to bardzo nielicznej garstki najbogatszych, a i to - bez gwarancji sukcesu...

      No ale, jak to wpiszesz do konstytucji..?

      Pamiętaj tylko, że idee mają konsekwencje. Konstytucyjne prawo "życia jak długo się chce" oznacza, że jakaś Władza będzie mogła Pannie Kirze dyktować co ma jeść (ile i kiedy), jak spędzać czas wolny, kiedy i ile spać, będzie jej mogła wybrać rodzaj pracy - wszystko pod kątem zdrowotnej optymalizacji... Nie podoba się..?

      To były tylko przykłady. Czekam na propozycję. Jasno zdefiniowanego CELU działania "służby zdrowia".

      Jeśli tego celu nie da się zdefiniować jednym zdaniem, to FORMA owej "służby zdrowia" jest BEZ ZNACZENIA: niezależnie od tego, czy lekarzom będzie się płacić w podatkach, czy prywatnie, czy z ubezpieczenia (i jakiego) - i tak 100% ich "klientów" będzie finalnie niezadowolonych. Co samo istnienie JAKIEJKOLWIEK służby zdrowia, tak czy inaczej - sprowadza do logicznego absurdu...

      Usuń
    2. Moralności nie da się ustalić odgórnie.

      Władza już nam dyktuje, co mamy jeść, a czego nie. I chyba zawsze czegoś tam zabraniała. Tak więc daruj sobie takie argumenty. Posługiwałam się takimi parę lat temu, gdy byłam jeszcze korwinistką.

      Moim zdaniem służba zdrowia powinna po prostu zapewniać leczenie tylu chorób, ilu się da. Długości życia nie ustalimy, ale ona wyniknie - w większości przypadków - ze stanu naszego zdrowia.

      Co zamiast służby zdrowia? Niezrzeszeni lekarze?

      Usuń
    3. A ilu się da? Bo wszystkich naraz, na pewno NIE. Trzeba coś wybrać. Czasem dlatego, że kasy nie starczy - czasem dlatego, że leczenie jednego organu, pogarsza stan drugiego.

      Taki wybór jest wyborem moralnym, czy to się komuś podoba czy nie. Skoro postulujesz utrzymanie - JAKIEGOKOLWIEK - "systemu służby zdrowia" to PO TWOJEJ STRONIE jest dokonanie i uzasadnienie tego wyboru. Jeśli się od tego uchylasz, zwalając to na "ekspertów" - to Twojej aspiracje do moralnego nonkonformizmu, same w sobie śmieszne, stają się jeszcze śmieszniejsze.

      A co "zamiast służby zdrowia"? Przecież napisałem: epidemiolodzy i wojskowi chirurdzy na państwowym etacie, cała reszta robi co chce - wtedy przynajmniej to nie ustawodawca zmuszony jest decydować o tym, kto ma prawo dalej żyć, a kto takiego prawa nie ma...

      Usuń
    4. A ktoś Ci każe chodzić do państwowego lekarza? Nie sądzę. Po prostu uważasz, że państwo Cię okrada.

      Moralności nie da się nijak uzasadnić bez przyjęcia podstawowych reguł etycznych. Dlatego należy - całkowicie arbitralnie - przyjąć jakieś założenie. Jedni się z nim zgodzą, inni - nie. Tu nie ma możliwości uzasadnienia czegokolwiek do końca bez takiego założenia.

      Moim zdaniem zrzuta na publiczną, ale sprawnie działającą, nie skurwioną służbę zdrowia byłaby opłacalna. Bo właśnie - nigdy nie wiadomo...

      Usuń
    5. "Nie skurwiona" służba zdrowia to logiczna niemożliwość. Skoro KAŻDY pacjent i tak w końcu umrze, to siłą rzeczy - KAŻDY pacjent jest, tak czy inaczej - niezadowolony. I nie ma takiego "systemu", który byłby to w stanie zmienić!

      Albo bowiem o tym, kto umiera dziś, a kto dopiero jutro lub pojutrze decyduje urzędnik (po znajomości, po uważaniu, za łapówkę, itd. - tego się nie uniknie...), albo - los, przypadek, życiowa zaradność, umiejętność wzbudzenia współczucia lub też przezorność (przy dobrowolnych ubezpieczeniach).

      Tak, czy inaczej - WSZYSTKICH uratować się nie da. To niemożliwe. Pozostaje tylko wybrać kryteria, wedle których dokonamy selekcji tych, którzy na razie pozostaną żywi,

      Ja takich kryteriów zaproponować nie jestem w stanie i stąd najbliższym jest mi - zdać się na los, a więc: zrezygnować z jakiegokolwiek "systemu", pozostawiając to indywidualnej zaradności, bez ŻADNYCH "spadochronów", czy "bezpieczeników" (bo każdy takowy będzie JUŻ moralnym wyborem - sam w sobie!).

      Ty, mam wrażenie, po prostu nie rozumiesz, o czym piszę. Nie interesuje mnie, jak uzasadniasz swoje moralne wybory. Ale jakichś dokonać MUSISZ. Skoro pragniesz "systemu" - to kogo ma on ratować w pierwszej, a kogo w drugiej kolejności..?

      Usuń
    6. Ale to nie jest tylko kwestia moralności, ale i opłacalności. Mogąc pójść za darmo do lekarza pierwszego kontaktu dusisz często chorobę w zarodku. Czy będąc zmuszonym do płacenia za każdą wizytę nie ryzykowałbyś jednak i nie odkładał jej w nadziei, że to, co Ci dolega, może jednak samo przejdzie?

      Jeśli chodzi o długotrwałe i kosztowne leczenie, to nie będzie na nie stać wielu ludzi. Ciebie to pewnie nie obchodzi, wiem.

      Moje subiektywne zdanie jest takie, że należy zapewnić każdemu podstawową opiekę, a w przypadku kosztowniejszych schorzeń decydować się na leczenie tych, które wyleczyć się - przynajmniej teoretycznie - dają. Nie należy podtrzymywać przy życiu za wszelką cenę, refundować zmiany płci, in vitro, operacji plastycznych bez wyraźnej potrzeby (wyraźna potrzeba: wygląd utrudnia normalne funkcjonowanie w społeczeństwie).

      Usuń
    7. Wielu ludzi nie stać na długotrwałe i kosztowne leczenie także i obecnie, kiedy jest ono - teoretycznie - "bezpłatne". Trzeba by dopiero udowodnić, że liczba takich przypadków wzrośnie, kiedy się zlikwiduje NFZ, Ministerstwo Zdrowia i całą resztę biurokracji (która przecież sama z siebie NIE LECZY, nieprawdaż - a kosztuje..?).

      Obecnie ci ludzie nagminnie korzystają z pomocy różnego rodzaju fundacji, ze zbiórek, z pomocy charytatywnej. Dlaczego ten sposób finansowania długotrwałych i kosztownych kuracji miałby przestać działać tylko dlatego, że gosudarstwo przestanie nieudolnie udawać, że też coś w tej materii robi..?

      Usuń
    8. Że co proszę??? Że niby ci wszyscy ludzie błagający o pomoc i słanie kasy lub przynajmniej SMSów, bo ciężka choroba, bo operacja, bo rehabilitacja, mieliby taką samą szansę jak teraz??? Sorry, jesteś niepoważny. Mieliby jeszcze mniejsze szanse, bo nawet pierwszego stadium leczenia by nie przeszli. A i datków byłoby mniej, bo ludzie liczyliby każdy grosz, gdyż wiedzieliby, że mogą sami potrzebować kiedyś lekarskiej porady.

      Usuń
    9. Sugerujesz zatem, że ludzie płacący niższe podatki będą biedniejsi..?

      Usuń
    10. Nie, sugeruję, że nie będzie ich stać na prywatne leczenie poważniejszych chorób. A i przeciętnych być może też nie.

      Naturalnie Ty zrozumiałeś to po swojemu.

      Cóż, nic nie poradzę na ślepotę...

      Usuń
    11. Ależ JUŻ ich nie stać. Co za różnica..? Na własnym przykładzie pokazałem, że tak naprawdę owa "przeciętna opieka zdrowotna" jest tania i stać na nią nawet bezrobotnego, żyjącego z prac dorywczych.

      Jeśli zrezygnujemy z biurokracji - ceny teoretycznie powinny spaść (to jest oczywiście tylko teoria, tym słabsza, że skoro aktualnie wolnego rynku nie ma, to i "prawdziwych" cen też nie...). A jednocześnie przychody ludności, mniej obciążonej przymusowymi daninami - wzrosną.

      Logicznie rzecz biorąc, bezrobotnego żyjącego z prac dorywczych będzie zatem stać na odrobinę więcej niż w tej chwili. A więc i liczba takich, którzy muszą żebrać o pomoc w finansowaniu leczenia - raczej powinna spaść a nie wzrosnąć. A liczba potencjalnych donatorów - odwrotnie.

      Mamy zresztą żywy przykład w postaci Chin, gdzie ŻADNEJ służby zdrowia nie ma. Jakoś ludzie sobie radzą - i raczej z roku na rok żyją dostatniej, zdrowiej i dłużej niż odwrotnie (że wciąż jest to na ogół życie biedniejsze, mniej zdrowe i krótsze niż u nas to prawda - ale nie w tym rzecz przecież, poziom z kórego startowały współczesne Chiny lokuje się gdzieś pomiędzy Zimbabwe a niebytem...).

      Usuń
    12. Jeśli nie byłoby podatków i Zus to każdy statystyczny Polak zarabialłby średnio 2 razy więcej. Jeśli nie byłoby służby zdrowia to nie szłaby duża część kasy na administrację, łapówki, złodziejstwo w szpitalach od sprzątaczki po dyrektora. Szacuje się, że to wszystko to jakieś 50% wydatków na służbę zdrowia. Zatem Kiro przy użyciu matematyki z poziomu 3 klasy szkoły podstawowej można łatwo policzyć, że statystycznego pracującego Polaka byłoby stać cztery razy bardziej na leczenie. Do tego konkurencja jak wśród weterynarzy obniżyła by koszty, że nawet obywatela bardzo biednego jak o sobie pisał Jacek, byłoby stać na doraźne leczenie, tak jak Jacka w wymagających pomocy sytuacjach (mimo biedy) stać było na weterynarza. Żeby to zrozumieć wystarczy logika z poziomu szkoły podstawowej, więc powinnaś sobie poradzić. Jeśli nie to oznaczałoby, że również darmowa edukacja jes błędem, bo albo wydaje sie pieniądze w błoto na niekumatych albo ma za niski poziom, że nie potrafi nauczyć podstaw logicznego myślenia i argumentowania w dyskusjach.

      Usuń
    13. Gwoli sprawiedliwości należy zaznaczyć, że nie jest to aż tak proste. W weterynarii też są pewne problemy: o ile usługi, jak to nazwała Kira "podstawowe", dla najliczniejszej grupy "konsumentów", czyli dla zwierząt domowych są faktycznie bardzo tanie i bardzo powszechnie dostępne - o tyle wyjście poza standard bywa problematyczne i nie zawsze jest możliwe. Przy zbyt małym popycie brakuje podaży. Aczkolwiek ludzi przewozi się dużo łatwiej niż zwierzęta, zwłaszcza duże, więc w medycynie "ludzkiej" to nie powinno być tak istotne. Poza tym - zależności matematyczne nie będą tak proste. Nie da się zlikwidować podatków do zera, a i emerytów nawet, jeśli nie będzie się już tworzyło nowych - jakoś trzeba utrzymać (i umówmy się: "respektowanie praw nabytych" jest coraz trudniejsze do wykonania w miarę upływu czasu...). Poza tym - i O TYM pisałem w tekście - nieprawdą jest, że sama tylko zmiana sposobu finansowania zaraz rozwiąże wszystkie problemy zdrowotne Polaków. Ludzie, jak umierali, tak dalej będą umierać. Może nie będzie kolejek, ani sporów o to, jakie zabiegi refundować, a jaki nie - ale i tak, z całą pewnością, niektórych ludzi nie będzie stać na leczenie. Z tym, że - dokładnie tak jak w weterynarii podstawowe zabiegi dla psów i kotów - "podstawa" po takiej zmianie będzie naprawdę tania i dostępna w każdym możliwym miejscu i wymiarze...

      Usuń
  4. @ Maciej Kurach

    Kiedyś rozumowałam dokładnie tak, jak Ty. Aż mi paru ludzi obeznanych z ekonomią wyjaśniło, że korwinizm to zabawa dla nie znających życia szczeniaków.

    Statystyczny Polak??? Przepraszam, ale nie patrz na realia. Można obniżyć podatki do zera, a i tak wielu osób nie będzie stać na leczenie. Konkurencja? Kolejny frazes. Pewnie taka, jak wśród notariuszy? :)))

    Logicznie można argumentować tylko i wyłącznie wychodząc od FAKTÓW, a nie od pobożnych życzeń. Ciotka mieszka w USA od dwudziestu paru lat; istnieje tam jakaś darmowa opieka zdrowotna dla najuboższych, ale marna jak cholera. Mówi, że na lepsze leczenie stać niewielu. Rachunki są horrendalne...

    Tak więc: Cięcie wydatków na administrację czy ukrócenie łapownictwa - słuszny postulat. Całkowita likwidacja publicznej służby zdrowia - fatalny.

    Pan Kobus sam korzysta z owej przeklinanej przez siebie służby zdrowia, a nawet wykupuje leki po refundacji. Pisze: "nie sądzę, aby taki zastrzyk mógł kosztować więcej niż kilkanaście złotych". Tylko skąd on to może wiedzieć??? Moje leki bez refundacji kosztowałyby 80 zł za opakowanie. Z pełną refundacją - 8 zł. Napisz wprost, że uważasz mnie za pasożyta i że nie chcesz na mnie płacić, a nie wymyślaj bzdury, że byłoby taniej. Ja się już z zespołu Korwinusa wyleczyłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A teraz to Szanowna Koleżanka bzdury wypisuje. Niebezpiecznie zbliżając się do granicy mojej tolerancji na krytykę.

      Owszem - dwa razy skorzystałem z zastrzyku odczuleniowego i raz jeden wykupiłem "refundowane" środki przeciwbólowe.

      Ale za to co trzy miesiąc płacę bez żadnej refundacji za prywatną wizytę u lekarza i wykupuję za kilkaset złotych, 100% płatne leki na astmę. I stać mnie. Choć jeszcze parę miesięcy temu nie miałem żadnego stałego dochodu, a doraźne - od przypadku do przypadku.

      I faktycznie, skoro mnie stać, to niby z jakiej racji mam płacić za Szanowną Koleżankę..? A bo mi to Koleżanka krewna jakaś..?

      Usuń
    2. @ Jacek Kobus

      Ano dobrze. Ciebie stać. Ale nie każdego. Nie obchodzi Cię? Spoko. Ale błagam, nie ubieraj tego w szatki jakichś argumentów i nie wmawiaj mi, że OGÓLNIE byłoby lepiej, gdyby służby zdrowia nie było.

      Usuń
    3. Skoro mnie było stać, a NIC nie zarabiałem, to argument, że "nie każdego stać" po prostu nie ma żadnej wartości...

      Usuń
    4. Zapłaciłeś, zdaje się, gotówką? Skądś mieć musiałeś.

      Usuń
    5. No, jak boli to jakoś tak nagle gotówka sama się znajduje. Pojęcia nie mam skąd..?

      Usuń
  5. @ Jacek Kobus

    Ty to jesteś naprawdę wielki teoretyk. Sorry, ale przykład USA jasno pokazuje, że prywatna służba zdrowia to masy wykluczonych. Jeśli rozumiesz przez "podstawową opiekę" jedną czy dwie wizyty u lekarza pierwszego kontaktu na rok, to może i masz rację. Ale gdy zacznie Ci coś poważnie dolegać, to będzie bieda.

    Starajmy się ulepszyć istniejący system, a nie rozpierdalać go całkowicie, mając nadzieję, że potem - wolni od owych przymusowych danin - jakoś tam sobie poradzimy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W dupie mam "wykluczonych"!

      Usuń
    2. To pisz tak od razu, zamiast silić się na pseudologikę.

      Usuń
    3. Jakie pytanie, taka odpowiedź. Ta dyskusja trwa tak długo, ponieważ konsekwentnie NIE odnosisz się do mojego tekstu, który - mam wrażenie - jest jasny: to, czy utrzymamy system obecny, czy wprowadzimy inny, jest bez znaczenia - ludzie TAK CZY INACZEJ będą niezadowoleni...

      Usuń
    4. Hmm, z tym mogę się zgodzić. :)

      Usuń
  6. @Kira: Droga Kiro - owi "wykluczeni" nie sa rowniez objeci systemem "sluzby zdrowia", czyli musza placic, podobnie, jak nasz Gospodarz Jacek, "prywatnie"...

    Doswiadczenia osobiste i rodzinne raczej potwierdzaja teze, ze "sluzba zdrowia" na czele z NFZ-tem i ZUS-em powinny odejsc w niebyt.

    A nawet gdyby nie one to logika (i arytmetyka) zbiorow ograniczonych z gory (przy czym nalezy wziac pod uwage, ze zbior ograniczony puli pieniedzy na uslugi zdrowotne jest dodatkowo pomniejszany przez kwoty wydane na obsluge).

    Swoja droga nie mialbym nic przeciw temu, zeby ktos mi swiadczyl uslugi pro bono nie biorac za to pieniedzy... . Obawiam sie, ze chetnych (i to z odpowiednimi kwalifikacjami i narzedziami) raczej nie bedzie.

    Wszystkie inne sytuacje, ktore nie sa przypadkiem dzialania 'pro bono', a ktore ktos okresla je jako "darmowe" lub "bezplatne", to jest jawne oszustwo... .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ Falco

      Wybacz, ale to się nie rozkłada po równo. I to może być wadą lub zaletą. Jeśli myślimy tylko o swojej pupie, to jest to wadą.

      Usuń
    2. @Kira: Podobno wlasciwa diagnostyka i czas sa bardzo istotne w leczeniu raka. Po zdiagnozowaniu raka w Polsce jeszcze trzeba czekac ok. 6 miesiecy na decyzje NFZ-u, czyli ZGODE na podjecie leczenia. Wole sam myslec o swoich 4 literach (oraz moich bliskich) niz pozostawiac to w rekach ludzi, od ktorych nie tylko auta bym nie kupil ale i zwyklej sznurowki... .

      Zastanow sie co ma powiedziec rodzic dziecku (lub odwrotnie), kiedy wiesz, ze bliska mu osoba umiera (powolutku ale z kazdym dniem jednak coraz bolesniej) a wydrenowane kieszenie nie pozwalaja na podjecie szybkich dzialan.... . A Wladcy Zycia i Smierci (czyli urzednicy NFZ-u) maja czas... . No i ograniczona kwote pieniedzy - bo na wszystkich nie starczy!!!

      Usuń
    3. @ Falco

      Ależ właśnie takich ludzi autor bloga ma w dupie. On "jakoś" znajduje pieniądze na leczenie. A nie każdy może.

      Jeśli sądzisz, że to NFZ zabiera Ci większą część zarobków, to się mylisz. Tak więc kulą w płot.

      Usuń
  7. Niedawno jedna znajoma (w Tajlandii) poronila. Dowiedziala sie o tym jak poszla z bolem brzuch I dziwnym uczuciem w macicy do lekarza. Pozostalosci plodu (nie starszego niz 3 miesiace) musialy byc usuniete. Za wszystko zaplacila okolo 130zl.

    OdpowiedzUsuń