Blog główny

sobota, 10 maja 2014

Narracja

Nie lubię tego słowa. Używają go przede wszystkim ci, którzy twierdzą, że wszystko jest opowieścią. Że nie istnieje, a przynajmniej - nie jest możliwa do odkrycia - jakakolwiek i jakkolwiek rozumiana "prawda obiektywna".

Jeśli tak właśnie jest, to wówczas wszystko jest narracją - nie tylko historia (która rzeczywiście opowiadana jest zwykle INACZEJ przez Ukraińca i Polaka - na ten przykład), ale też fizyka czy biologia. Dowód? A proszę bardzo - oto, co tzw. "gender studies" ma do powiedzenia o "płci jako fakcie biologicznym": 

Pogląd ten [jakoby płeć była "faktem biologicznym"] oparty jest na założeniu, że zachowanie określone jest przez czynniki biochemiczne i genetyczne. Nauki humanistyczne a szczególnie studia kulturowe odżegnują się od takiego stanowiska, dowodząc faktu pełnej plastyczności płci biologicznej i kulturowej [4]. Męskość i kobiecość nie są wytworami ludzkiej biologii lecz konstruktami kulturowymi, mogącymi podlegać zmianom.

Nie chciałbym się tu wdawać w spór o istnienie "prawdy obiektywnej" w biologii czy fizyce - obawiam się bowiem, że taka dyskusja znacznie wykracza poza ramy blogowego eseju, w dodatku pisanego pod presją czasu, boż za niespełna dwie godziny powinniśmy być na targu i kupować sadzonki ogórków.

Nauka jako taka nie zastanawia się nad tym problemem. Nie jest jej to do niczego potrzebne! Wymogiem uznania tezy za "prawdziwą" w nauce jest przedstawienie dowodów doświadczalnych, które będą ją potwierdzać. Może się zdarzyć, a i owszem - zdarza się bardzo często - że teoria, która "dobrze" (a więc w granicach akceptowalnej niedokładności pomiaru) przewidywała wyniki doświadczeń zostanie zastąpiona inną - o ile ta przewiduje wyniki doświadczeń jeszcze lepiej. Albo jest zwyczajnie prostsza, lub też - ma szersze zastosowania. Istnieje oczywiście niezmiernie złożony problem zdefiniowania tego, czym jest "doświadczenie" - koniec końców jednak, nie wygląda na to, abyśmy nie radzili sobie z tym problemem w praktyce nawet, jeśli nastręcza on teoretyczne trudności!

Tak, czy inaczej postulat tworzenia "feministycznej matematyki", czy "feministycznej fizyki" to zwykły bełkot, który nic nie ma wspólnego z nauką.

Jak to jednak jest w historii..? Czyli na gruncie niejako rodzimym różnorodności "narracji". Wszak historia nie jest niczym innym niż "opowieścią" - i nie da się ukryć, że każdy ma własną!

Akurat wdałem się na forum historycy.org w dyskusję, która jest dobrą tego smutnego faktu ilustracją.

Pomijając już spór o to, czy "historia jest zdeterminowana", czy też "pozostaje dziełem przypadku" - wygląda na to że pojęcie "narracji" może się do czegoś przydać! Jest to mianowicie doskonałe narzędzie pozwalające zdemaskować takie opowieści, które funkcjonowały w przeszłości i funkcjonują również i obecnie, jako mity.

Klasycznym mitem jest Bohdana Chmielnickiego opowieść o prześladowaniach ze strony podstarościego Daniela Czaplińskiego. Nie o to chodzi, że jest to opowieść nieprawdziwa - nie ulega wątpliwości, że Czapliński najechał zbrojnie i zabrał Chmielnickiemu folwarczek (chutorSubotów. Korzystając z oczywistej okazji jaką stworzyło zaniedbanie jeszcze ojca Bohdana, któren o pisemne potwierdzenie nadania tej posiadłości nie zadbał. To, czy przy tym doszło, czy nie doszło do dotkliwego pobicia syna Bohdana, czy na samego Bohdana był przygotowany zamach, a nade wszystko - czy istniała w ogóle jakaś tajemnicza kresowa piękność, Helena, młoda konkubina Chmielnickiego (wówczas dobiegającego już 50-tki i obarczonego licznym potomstwem z pierwszego małżeństwa), o którą obaj panowie w rzeczy samej wszczęli zwadę - to są rzeczy prawdopodobne, ale źródłowo nie potwierdzone. W każdym razie, znamy je głównie z opowieści samego Chmiela, który mógł (chociaż nie musiał przecież) koloryzować.


Istotne jest, że ta opowieść stanowiła fundament propagandy Chmielnickiego w początkowym okresie jego wojny z Rzecząpospolitą. Jako posunięcie z zakresu "public reations" jest to popis prawdziwego geniuszu!
 

Mamy tu wszystko, co może przyciągnąć uwagę widzę: wyrazistych bohaterów, seks i krew. Jedna strona przedstawiona jest jako wcielenie skrzywdzonej niewinności: to Chmielnicki, którego biją, prześladują, mienie i kobietę mu zabierają, a ten nie mści się, nie broni, tylko do trybunałów, a gdy to nie pomaga, do samego króla po sprawiedliwość jeździ.


Wygląda na to, że w dzisiejszych czasach, Chmiel z łatwością znalazłby dobrze płatną robotę jako scenarzysta seriali telewizyjnych...

Po prawdzie już (rzekoma - ale nie nieprawdopodobna!) reakcja Władysława IV na te starania odsłania ich mityczność: a to nie macie szabli przy boku - miał był bowiem zapytać skarżących się Kozaków zdziwiony ich supliką monarcha?

Jeśli takie przedstawienie sprawy miało usprawiedliwiać Chmielnickiego, jako "wiernego poddanego walczącego z królewskim imieniem na ustach przeciw nadużyciom zdradzieckich możnych" - to zarazem demaskuje owo zdziwienie królewskie mityczność owej narracji (i stąd być może faktycznie są to słowa Wazy..?).



Zaiste: potraficie sobie wyobrazić, aby wśród zbrojnych, zaprawionych w bojach, pewnych siebie, gwałtownych i okrutnych (o czym wiemy skądinąd - choćby z tego, jak sobie poczynali potem z Lachami i Żydami...) mężczyzn - taka panowała abnegacja, taki ghandyzm wręcz, żeby bez słowa sprzeciwu dawali sobą pomiatać, żadnych do owego pomiatania nie dając pretekstów..?


Jeśli nawet Kozacy to "Indianie", a magnaci kresowi - "biali osadnicy" - to przecież nie do pomyślenia jest, aby zawsze i w każdym wypadku tylko "blade twarze" były winne, a "czerwonoskórzy" żywcem mogli do niebios wstąpić jako ten chór anielski..! Taka teza nie może się ostać w świetle elementarnej wiedzy psychologicznej - a także znajomości akt sądowych z epoki.
 

Niewątpliwie Chmielowi jego narracja się udała. Bardzo wielu Kozaków i bardzo wielu ruskich chłopów ze świeżo zasiedlonych ziem ukrainnych mogło się z nią identyfikować - nawet, jeśli sami nigdy nie doświadczyli aż tak daleko idących aktów przemocy, to pewnie niejednemu zdarzyło się, że takiej czy innej, drobniejszej niesprawiedliwości doświadczył, zaś identyfikując się z narracją Chmiela, czuł się w prawie rzezać, gwałcić i rabować (co było mu skądinąd miłe - ale człowiek to już takie wredne bydlę, że nawet to, co mu miłe, a zakazne, chciałby w majestacie prawości i słuszności czynić...). Że były te wszystkie "niesprawiedliwości" daleko lżejszym losem od tego, co zwykły chłop na Mazowszu czy w Wielkopolsce  na co dzień bez słowa skargi znosił i na co ów mazowiecki czy wielkopolski chłop NIGDY przez cały czas istnienia Rzeczypospolitej buntem nie odpowiedział..?


No cóż: w niczym to, jak widać, nie przeszkodziło ugruntować się, nawet i we współczesnej historiografii narracji przedstawiającej Ukrainę połowy XVII wieku jako kraj polskich gwałtów i prześladowań na niewinnej ludności ruskiej...
 

Czy jest jakaś rada na obecność różnych narracji w dziejopisarstwie..? Systemowej - nie ma. Trzeba takie mity jeden po drugim, pracowicie, mozolnie - dekonstruować. Ot taka burzycielska robota..!


 


 

1 komentarz:

  1. Swoją drogą płeć jako "twór kulturowy" przestaje działać według tych samych zasad kulturowych jeśli np. Kościół chce zmieniać homoseksualistów w heteryków. Wtedy to nagle staje się sprawą biologiczną...

    OdpowiedzUsuń