Blog główny

środa, 28 maja 2014

Walka z wiatrakami

Nie zazdroszczę lekarzom. Jak by się nie starali, zwieńczeniem ich troski o pacjenta i tak może być jedynie ostateczna klęska: śmierć! Życie bowiem, nawet po wyleczeniu z ciężkiej choroby i tak wcześniej czy później, ale za to nieuchronnie - dobiegnie kresu.
 
Tymczasem szeroka publiczność, rozpieszczona, a nawet rozpuszczona dookólna lekkością bytu, przyzwyczajona, że od każdej awarii jest kompetentny fachowiec, który ją naprawia - oczekuje podobnej sprawności także i od lekarzy. Ludziom się wydaje, że skoro płacą za usługę (czy to bezpośrednio, czy to w podatkach), to im się należy: szybka i jednoznaczna diagnoza, skuteczna i komfortowa kuracja, finalnie - doskonałe zdrowie. No i nie da się ukryć: jeszcze się taki nie narodził (przynajmniej nie z męża i niewiasty - jeśli wiecie, co mam na myśli...), który by się nie rozczarował.
 
Większość zaś rozczarowuje się od razu na samym początku. Tak naprawdę to my wciąż gówno wiemy o działaniu ludzkiego organizmu (a wiedza najbardziej zaawansowana jest zbyt droga, aby w jakimkolwiek systemie - czy to medycyny "państwowej", czy to medycyny "prywatnej", dało się ją udostępnić maluczkim...). Naprawdę trudno o jednoznaczne diagnozy - tym bardziej szybkie - a kuracje rzadko kiedy bywają skuteczne i komfortowe. Ba! Nie da się ukryć, że spora część naszych zdrowotnych problemów to skutek... działania medycyny! No bo skąd alergie, jak nie z nadmiernej sterylności naszego higienicznego aż do przesady otoczenia..? Skąd rozliczne problemy jak nie z nadużywania antybiotyków (także w hodowli zwierząt...)? I tak dalej, i temu podobne.
 
 
Dawno temu pisałem: najrozsądniej jest po prostu nie chorować. I przygotować się na śmierć, bo się przed nią z pewnością nie ucieknie..!
 
Tymczasem zaś medycyna i ta jej specyficzna forma zwana wciąż - Bóg raczy wiedzieć czemu - "służbą zdrowia", okrutnie rozpala emocje w politycznej debacie. Co się dało odczuć ostatnio nawet na moim ulubionym końskim forum, gdzie niespodziewany (naprawdę się tego nie spodziewałem: wiele już przecież było wyborów z niską frekwencją - choćby uzupełniających - a wynik był zawsze ten sam...) sukces Korwin - Mikkego zdopingował forowiczów do ideowej debaty.
 
Mimo wszystko nie zmieniam mojej diagnozy i wciąż uważam emigrację wewnętrzną za jedyny skuteczny sposób zerwania z "narracją" otaczającego nas Postępu. No ale dobrze - skoro debata się rozpala, to jest przynajmniej okazja, aby wskazać na pewne czysto logiczne i ideologiczne ciekawostki.
 
Skąd bierze się przekonanie o tym, że ludziom generalnie "należy się" tzw. "opieka zdrowotna"..?
 
Zwolennicy tezy, że "się należy" zaczynają na ogół od emocjonalnego szantażu: wyobraź sobie, że zapadniesz na ciężką, kosztowną w leczeniu chorobę - nie wolałbyś wówczas, żeby ktoś za ciebie poniósł koszty?
 
Tak się składa, że wciąż jestem dość biedny (jeśli mierzyć to wielkością tzw. "rozporządzalnego przychodu"), a do niedawna byłem bardzo biedny. I, nie przeczę, kilka razy skorzystałem w tym czasie z tzw. "bezpłatnej służby zdrowia": gdy mnie mianowicie żądliły owady, to jeździłem na pogotowie do Białobrzeg brać zastrzyk na odczulenie. Raz w tym czasie miałem atak kolki nerkowej i też zastrzyk wziąłem, a środki przeciwbólowe i rozkurczowe wykupiłem po "refundowanej" cenie. Zresztą, mój dostęp do owej "bezpłatnej służby zdrowia" chyba się właśnie skończył: od ZUS-owców wymaga się jakichś dziwnych dokumentów, o których nie mam bladego pojęcia i sama myśl o pozyskaniu takiej wiedzy, sprawia mi ból - póki byłem w KRUS-ie, starczyło pokazać opłacony odcinek składki...
 
Skądinąd: nie sądzę, aby taki zastrzyk mógł kosztować więcej niż kilkanaście złotych (i to nawet biorąc pod uwagę koszt utrzymania całodobowego dyżuru: bez transportu przecież, bo karetki pogotowia to ja tu chyba nigdy nie widziałem...). Jedyny problem, że po prostu nie wiem, gdzie indziej niż na pogotowiu, dałoby się tego rodzaju nagłą pomoc uzyskać. Na wszelki wypadek - uważam na szerszenie, które licznie zamieszkują strych naszej chatki dwa razy bardziej niż wcześniej...
 
Lepsza Połowa jako expat, teoretycznie mogłaby sobie wykupić ubezpieczenie i z niego pokrywać koszty okresowych wizyt u pani doktor w Warce oraz wykupu (dość drogich...) leków na astmę - ale liczyliśmy to kilka razy i konsekwentnie wychodziło nam, że taniej jest po prostu zapłacić od ręki.
 
Zęby się nam jakoś trzymają. W ogóle, od przeprowadzki na wieś chorujemy znacznie rzadziej niż dawniej (inna sprawa, że starczy wizyta kogoś z miasta - albo pójście do pracy do biura - i zaraz nadrabiamy forsownie cały, osiągnięty przez stymulowane lekami w mieście wirusy i bakterie, ewolucyjny postęp...).
 
Ze wszystkim uważam, że emocjonalne szantażowanie MNIE tym, że komuś tam choruje dziecko i trzeba wydawać miliony na jego leczenie - jest co najmniej nieporozumieniem. Co najmniej, bo w rzeczy samej dałoby się to i gorzej określić. Nigdy nie próbowałem "wyciągać" dla siebie czegoś "z systemu". Mam nadzieję, że umrę szybko (a choćby nawet i boleśnie - byle szybko...) w jakimś wypadku. To nie jest takie trudne: koniec końców, starczyłoby teraz wsiąść na (wystanego i aż kipiącego energią, że dym z uszu idzie...) konia Lepszej Połowy... I ja umrę i to chore dziecko też NIEWĄTPLIWIE umrze. Żadne miliony temu nie zapobiegną. Tyle, że może się to stać albo trochę szybciej, albo trochę później - i to jest zapewne zasadnicza różnica z punktu widzenia zrozpaczonych rodziców: niby na jakiej jednak zasadzie, ma to sprawiać emocjonalną różnicę komuś postronnemu, kto w dodatku ma na to POD PRZYMUSEM płacić..?
 
Jeśli odrzucić tego rodzaju szantaż emocjonalny, to zasada, iż "opieka zdrowotna się należy" może mieć dwa uzasadnienia. Albo jest to moralny obowiązek - albo wyraz politycznego kompromisu, wybór "mniejszego zła".
 
Czy naprawdę jest to moralny obowiązek? Czy mogą istnieć "moralne obowiązki" o takiej skali nieokreśloności..? Bo co właściwie jest zadaniem "bezpłatnej służby zdrowia"..? Leczyć ludzi. No tak - ale: jakim kosztem..? Bo jakiś pozór życia można w ludzkim ciele podtrzymywać obecnie niemal dowolnie długo - to tylko kwestia wielkości nakładów. Na co leczyć? Na wszystko - nikomu nie wystarczy środków. Co to w ogóle za "moralny obowiązek", którego konsekwencją jest - siłą rzeczy - układanie "koszyków usług refundowanych" (gdzie nie ma innej opcji, jak - pomijanie schorzeń nazbyt rzadkich lub nazbyt kosztownych...), list kolejkowych i preferencji dla jednych kosztem drugich..?
 
"Moralny obowiązek" kończy się nieuchronnie politycznym kompromisem. Czy sam z takiego kompromisu aby nie wyrasta? Ale - czy rzeczywiście..? Jak widzimy, matki chorych dzieci potrafią okupować Sejm, pielęgniarki i lekarze strajkować, firmy farmaceutyczne lobbować - i to, co w praktyce robi "służba zdrowia" jest w sporej mierze wypadkową tych wszystkich, nie raz wzajemnie sprzecznych dążeń.
 
Zakończenie tej walki z wiatrakami, przecięcie tego węzła - i, ewentualne ograniczenie "państwowej" służby zdrowia do tego, od czego się ona historycznie zaczynała, czyli do walki z epidemiami chorób zakaźnych (jest to działanie nader skuteczne i proste i radzono sobie z tym nieźle już w XVIII wieku: starczyło rozwinąć "kordon sanitarny" i odciąć zarażony obszar od reszty...) i leczenia rannych żołnierzy - wydaje się nader kuszącym rozwiązaniem. Jeśli nie przez ekonomię pieniężną (są tacy, których ona oburza...) - to przez wzgląd na ekonomię czasu traconego na te i tak jałowe i nie rokujące szans na jakikolwiek "sukces" spory...

niedziela, 25 maja 2014

Nie uczestniczę - nie usprawiedliwiam

Tzw. "demokratyczna" polityka to od początku do końca farsa i kpina. Odmawiając uczestnictwa w jej mrocznych rytuałach - odmawiam moralnego usprawiedliwiania rządów, które posługują się tą wstrętną ideologią jako swoją raison d'etre. 

Utopijnym jest oczekiwanie, że można zmienić system działając wedle tegoż systemu reguł - i wspierając jego legitymację swoim głosem, chociażby i na "antysystemową" oddanym partię. Taka partia przecież nigdy nie wygra wyborów! Nawet niekoniecznie dlatego, że jakieś ufolodki "jak by co" poprawią wynik w komputerze, a jak tego nie wystarczy, to i dosypią kartek do urny. Partia antysystemowa nie wygra nigdy wyborów dlatego, że choć tzw. "liberalna demokracja" jest systemem nieludzkim i utopijnym per se, to i tak ugrupowania które ją wspierają (albo pragną wywrócić system na drugą stronę: w stronę WIĘKSZEGO socjalizmu na ten przykład...) mają naturalną przewagę, mogąc bazować na negatywnych uczuciach, resentymentach, zawiści tzw. "elektoratu" - to w zasadzie rozstrzyga kwestię, jak chodzi o wyniki wyborów teraz i na wieki wieków amen.

Tak więc nie głosuję i nie mam najmniejszego zamiaru głosować - a nawet namawiam i Państwa do niegłosowania, co z tym większą przychodzi mi łatwością, że przecież na tak bzdurne wybory jak jewrosojuzne i tak chodzi tylko nikła mniejszość.

A że pozwolę sobie zamieścić logo "partii antysystemowej":


to wyłącznie w nadziei, że Państwowa Komisja Wyborcza spełni swoją groźbę i będzie ścigać tego rodzaju "złamanie ciszy wyborczej" nawet na niszowych blogach. Odrobina reklamy bardzo się temu blogowi przyda..!

sobota, 24 maja 2014

Poziom kompetencji

Na początku lutego dostałem do użytku służbowy telefon. Smartfon. Sony Xperia L


I... bardzo, ale to bardzo cieszę się, że wczoraj udało mi się go wymienić z koleżanką z pracy na stareńką Nokię!

Dlaczego? No cóż: zakładając, że nie miałem mokrych dłoni - udawało mi się odebrać połączenie (pod warunkiem, że widziałem ekran, gdy było sygnalizowane - NIGDY nie udało mi się ustawić głośności dzwonka, więc tejże głośności po prostu nie było...) oraz wybrać numer odbiorcy. Jak w czasach telefonów na korbkę nieomal - z kartki. Bo wpisywania kontaktów nawet nie próbowałem opanować, jako że żadnych zgoła funkcji tej maszyny, łatwiejszych od tego, nie pojąłem.

Wniosek? Cóż: nie od dziś twierdzę, że stare ze mnie truchło i pora mi powoli szukać miejsca na cmentarzu... Choć, prawdę powiedziawszy, dużo bardziej wolałbym oddać moje grzeszne cielsko spragnionej ziemi naszego Lasku Centralnego - obok Murkisa...

środa, 21 maja 2014

Obowiązek szkolny

Pierwszy raz od nastania upałów przejechałem się do Radomia pociągiem. W poniedziałek nie mogłem, bo poranny pociąg... nie przyjechał. To pojechałem samochodem. We wtorek dla odmiany musiałem po pracy pojechać do Kozienic po leki (jest tam najtańsza i najlepiej zaopatrzona apteka w okolicy) - więc też konieczny był samochód.
 
No więc, wybrałem się dziś nareszcie pociągiem. I co stwierdzam..?
 
Stwierdzam, że obowiązek szkolny w Polsce trwa zbyt długo. Ewentualnie - że młodzież jest zbyt dobrze karmiona i ogrzewana.
 
Do Radomia jeździ od nas właściwie tylko młodzież szkolna i to głównie płci przeciwnej. A to w połączeniu z upałami daje...
 
 
Co prawda są to w zdecydowanej większości JEDYNE walory tejże młodzieży, wiekami odsiewu co urodziwszych genów, które wsysała nieodległa stolyca przetrzebionej - ale nie da się ukryć, że pod tym przynajmniej względem zachodzi tu dość powszechnie niejaka wybujałość.
 
Nie zamierzam bynajmniej moralizować. Doprawdy - nie moja sprawa, że tak bujnie wyposażona młodzież marnuje swój czas w szkołach miast tulić do obfitych walorów spragnione mleka potomstwo.
 
Skądinąd jednak - od kilku miesięcy znowu płacę niemałe podatki (nie to, żebym był z tego dumny, bynajmniej! Płacę, bo nie mam innego wyjścia...). I tak sobie myślę, czy to w porządku, że ponad połowa mojej teoretycznej wypłaty, zamiast pomagać w rozwiązywaniu życiowych problemów Lepszej Połowy, kobył i koćkodanów, a na koniec moich - używana jest w tak bezbożnym celu jak przymusowe odrywanie obfitych walorów od spragnionych mleka ust (hipotetycznego) potomstwa..?
 
Nawet, jeśli i tak żadnego potomstwo by nie było, a młodzież z obowiązku szkolnego zwolniona, po prostu łajdaczyłaby się bez sensu - to przynajmniej łajdaczyłaby się na swój, a nie na mój rachunek..!


sobota, 10 maja 2014

Narracja

Nie lubię tego słowa. Używają go przede wszystkim ci, którzy twierdzą, że wszystko jest opowieścią. Że nie istnieje, a przynajmniej - nie jest możliwa do odkrycia - jakakolwiek i jakkolwiek rozumiana "prawda obiektywna".

Jeśli tak właśnie jest, to wówczas wszystko jest narracją - nie tylko historia (która rzeczywiście opowiadana jest zwykle INACZEJ przez Ukraińca i Polaka - na ten przykład), ale też fizyka czy biologia. Dowód? A proszę bardzo - oto, co tzw. "gender studies" ma do powiedzenia o "płci jako fakcie biologicznym": 

Pogląd ten [jakoby płeć była "faktem biologicznym"] oparty jest na założeniu, że zachowanie określone jest przez czynniki biochemiczne i genetyczne. Nauki humanistyczne a szczególnie studia kulturowe odżegnują się od takiego stanowiska, dowodząc faktu pełnej plastyczności płci biologicznej i kulturowej [4]. Męskość i kobiecość nie są wytworami ludzkiej biologii lecz konstruktami kulturowymi, mogącymi podlegać zmianom.

Nie chciałbym się tu wdawać w spór o istnienie "prawdy obiektywnej" w biologii czy fizyce - obawiam się bowiem, że taka dyskusja znacznie wykracza poza ramy blogowego eseju, w dodatku pisanego pod presją czasu, boż za niespełna dwie godziny powinniśmy być na targu i kupować sadzonki ogórków.

Nauka jako taka nie zastanawia się nad tym problemem. Nie jest jej to do niczego potrzebne! Wymogiem uznania tezy za "prawdziwą" w nauce jest przedstawienie dowodów doświadczalnych, które będą ją potwierdzać. Może się zdarzyć, a i owszem - zdarza się bardzo często - że teoria, która "dobrze" (a więc w granicach akceptowalnej niedokładności pomiaru) przewidywała wyniki doświadczeń zostanie zastąpiona inną - o ile ta przewiduje wyniki doświadczeń jeszcze lepiej. Albo jest zwyczajnie prostsza, lub też - ma szersze zastosowania. Istnieje oczywiście niezmiernie złożony problem zdefiniowania tego, czym jest "doświadczenie" - koniec końców jednak, nie wygląda na to, abyśmy nie radzili sobie z tym problemem w praktyce nawet, jeśli nastręcza on teoretyczne trudności!

Tak, czy inaczej postulat tworzenia "feministycznej matematyki", czy "feministycznej fizyki" to zwykły bełkot, który nic nie ma wspólnego z nauką.

Jak to jednak jest w historii..? Czyli na gruncie niejako rodzimym różnorodności "narracji". Wszak historia nie jest niczym innym niż "opowieścią" - i nie da się ukryć, że każdy ma własną!

Akurat wdałem się na forum historycy.org w dyskusję, która jest dobrą tego smutnego faktu ilustracją.

Pomijając już spór o to, czy "historia jest zdeterminowana", czy też "pozostaje dziełem przypadku" - wygląda na to że pojęcie "narracji" może się do czegoś przydać! Jest to mianowicie doskonałe narzędzie pozwalające zdemaskować takie opowieści, które funkcjonowały w przeszłości i funkcjonują również i obecnie, jako mity.

Klasycznym mitem jest Bohdana Chmielnickiego opowieść o prześladowaniach ze strony podstarościego Daniela Czaplińskiego. Nie o to chodzi, że jest to opowieść nieprawdziwa - nie ulega wątpliwości, że Czapliński najechał zbrojnie i zabrał Chmielnickiemu folwarczek (chutorSubotów. Korzystając z oczywistej okazji jaką stworzyło zaniedbanie jeszcze ojca Bohdana, któren o pisemne potwierdzenie nadania tej posiadłości nie zadbał. To, czy przy tym doszło, czy nie doszło do dotkliwego pobicia syna Bohdana, czy na samego Bohdana był przygotowany zamach, a nade wszystko - czy istniała w ogóle jakaś tajemnicza kresowa piękność, Helena, młoda konkubina Chmielnickiego (wówczas dobiegającego już 50-tki i obarczonego licznym potomstwem z pierwszego małżeństwa), o którą obaj panowie w rzeczy samej wszczęli zwadę - to są rzeczy prawdopodobne, ale źródłowo nie potwierdzone. W każdym razie, znamy je głównie z opowieści samego Chmiela, który mógł (chociaż nie musiał przecież) koloryzować.


Istotne jest, że ta opowieść stanowiła fundament propagandy Chmielnickiego w początkowym okresie jego wojny z Rzecząpospolitą. Jako posunięcie z zakresu "public reations" jest to popis prawdziwego geniuszu!
 

Mamy tu wszystko, co może przyciągnąć uwagę widzę: wyrazistych bohaterów, seks i krew. Jedna strona przedstawiona jest jako wcielenie skrzywdzonej niewinności: to Chmielnicki, którego biją, prześladują, mienie i kobietę mu zabierają, a ten nie mści się, nie broni, tylko do trybunałów, a gdy to nie pomaga, do samego króla po sprawiedliwość jeździ.


Wygląda na to, że w dzisiejszych czasach, Chmiel z łatwością znalazłby dobrze płatną robotę jako scenarzysta seriali telewizyjnych...

Po prawdzie już (rzekoma - ale nie nieprawdopodobna!) reakcja Władysława IV na te starania odsłania ich mityczność: a to nie macie szabli przy boku - miał był bowiem zapytać skarżących się Kozaków zdziwiony ich supliką monarcha?

Jeśli takie przedstawienie sprawy miało usprawiedliwiać Chmielnickiego, jako "wiernego poddanego walczącego z królewskim imieniem na ustach przeciw nadużyciom zdradzieckich możnych" - to zarazem demaskuje owo zdziwienie królewskie mityczność owej narracji (i stąd być może faktycznie są to słowa Wazy..?).



Zaiste: potraficie sobie wyobrazić, aby wśród zbrojnych, zaprawionych w bojach, pewnych siebie, gwałtownych i okrutnych (o czym wiemy skądinąd - choćby z tego, jak sobie poczynali potem z Lachami i Żydami...) mężczyzn - taka panowała abnegacja, taki ghandyzm wręcz, żeby bez słowa sprzeciwu dawali sobą pomiatać, żadnych do owego pomiatania nie dając pretekstów..?


Jeśli nawet Kozacy to "Indianie", a magnaci kresowi - "biali osadnicy" - to przecież nie do pomyślenia jest, aby zawsze i w każdym wypadku tylko "blade twarze" były winne, a "czerwonoskórzy" żywcem mogli do niebios wstąpić jako ten chór anielski..! Taka teza nie może się ostać w świetle elementarnej wiedzy psychologicznej - a także znajomości akt sądowych z epoki.
 

Niewątpliwie Chmielowi jego narracja się udała. Bardzo wielu Kozaków i bardzo wielu ruskich chłopów ze świeżo zasiedlonych ziem ukrainnych mogło się z nią identyfikować - nawet, jeśli sami nigdy nie doświadczyli aż tak daleko idących aktów przemocy, to pewnie niejednemu zdarzyło się, że takiej czy innej, drobniejszej niesprawiedliwości doświadczył, zaś identyfikując się z narracją Chmiela, czuł się w prawie rzezać, gwałcić i rabować (co było mu skądinąd miłe - ale człowiek to już takie wredne bydlę, że nawet to, co mu miłe, a zakazne, chciałby w majestacie prawości i słuszności czynić...). Że były te wszystkie "niesprawiedliwości" daleko lżejszym losem od tego, co zwykły chłop na Mazowszu czy w Wielkopolsce  na co dzień bez słowa skargi znosił i na co ów mazowiecki czy wielkopolski chłop NIGDY przez cały czas istnienia Rzeczypospolitej buntem nie odpowiedział..?


No cóż: w niczym to, jak widać, nie przeszkodziło ugruntować się, nawet i we współczesnej historiografii narracji przedstawiającej Ukrainę połowy XVII wieku jako kraj polskich gwałtów i prześladowań na niewinnej ludności ruskiej...
 

Czy jest jakaś rada na obecność różnych narracji w dziejopisarstwie..? Systemowej - nie ma. Trzeba takie mity jeden po drugim, pracowicie, mozolnie - dekonstruować. Ot taka burzycielska robota..!