Blog główny

czwartek, 17 kwietnia 2014

Szalona idea tolerancji

Szaleństwo tego pomysłu dostrzegli już jego twórcy. Jeden z największych głupców w historii filozofii (przy czym jego głupota w niczym nie ujmuje jego niezaprzeczalnej inteligencji, której na wiele sposobów dowiódł...), niejaki Franciszek Maria Arouet, szerzej znany pod pseudonimem "Voltaire" kojarzony jest - niesłusznie skądinąd, bo tak naprawdę włożyła mu te słowa w martwe od ponad 100 lat usta dopiero w 1906 roku niejaka Evelyn Beatrice Hall - z maksymą nie zgadzam się z tym co mówisz, ale oddam życie, abyś miał prawo to powiedzieć.
 
Czy można sobie wyobrazić większy absurd? Jedno z dwojga: albo nie wierzę tak naprawdę w słuszność poglądów, które sam głoszę (i dlatego głoszenie poglądów przeciwnych jest mi obojętne) - albo kłamię, obiecując tolerancję (bo na razie nie mam jeszcze siły, aby przeciwnika stłamsić...). Tak więc tolerancja pojmowana literalnie prowadzi albo do indyferentyzmu, albo do hipokryzji. Sam Voltaire był w tej materii raczej hipokrytą - i sądzić należy, że tolerancję głosił jako wybieg taktyczny, chcąc w ten sposób zyskać bezpieczeństwo osobiste i sposobność podkopywania ancient regime, który materialnie wciąż był za jego czasów o wiele potężniejszy od "filozofów". Kiedy mógł, bez skrępowania dawał upust przyrodzonej złości - czy to inwestując (na dobry procent, płatny z zysków, jakie przyniosła sprzedaż schwytanych niewolników...) w ekspedycję, która zniszczyła paragwajskie misje nienawistnych mu jezuitów, czy to piejąc pochwalne peany ku czci Katarzyny II, której wojska miały były w Polsce opiekować się tolerancją właśnie...
 
 
Świat zwierzęcy nie daje nam przykładów funkcjonowania "tolerancji" w takim sensie, jakie temu słowu usiłuje się nadać współcześnie. Owszem - nieprawdziwy jest obraz "stanu natury" z rojeń Hobbesa, jako "wiecznej wojny każdego z każdym". Wszystkie zwierzęta, nawet te żyjące na co dzień samotnie, cechuje pewna oględność w relacjach z innymi przedstawicielami własnego gatunku. Jeśli niedźwiedź samotnik przegania konkurenta z obszaru, który uważa za własny, to przecież rzadko się zdarza, aby go ranił czy zabijał. Jeśli ogiery walczą ze sobą bez pardonu o prawo do krycia klaczy, to nie spotyka się, aby zwycięzca dobijał rannego rywala (robią to na ogół czekające na taką okazję drapieżniki...).
 
Walka nie jest bynajmniej "stanem naturalnym" - osobliwie, gdy wykracza poza konieczność zdobycia pożywienia lub obrony przed bezpośrednim zagrożeniem. Widzimy też w historii powszechnej, że na ogół możliwe było współzamieszkiwanie ludzi wyznających odmienne religie, mówiących odmiennymi językami, a nawet stosujących odmienne prawa (wbrew tezom Konecznego - do pewnego stopnia...) na bardzo nawet ograniczonym terytorium. Prześladowania, wojny, pogromy były WYJĄTKAMI, a nie regułą - że podręczniki częściej o nich piszą, niż o latach pokoju, to z tego samego powodu, dla którego i współcześnie łatwiej się znaleźć w telewizyjnym dzienniku wjechawszy wyładowanym autem w drzewo z wielką prędkością - niż dojechawszy bez wypadków do celu...
 
Wszystko to pod warunkiem wszelako, iż relacje pomiędzy jednostkami i grupami są jasno zdefiniowane (i tak samo, jak nieczęsto trafiają się wybuchy przemocy - tak też i nie ma w praktyce przykładów na RÓWNOUPRAWNIENIE: niemal zawsze jakaś grupa jest dominująca, a inne się jej podporządkowują...) - i nikt tych definicji aktualnie zmienić nie próbuje!
 
Nieprawdą jest tedy twierdzenie zwolenników "tolerancji", jakoby ich ukochana idea była jedyną możliwą alternatywą wobec uciemiężenia, prześladowań, morderstw - jakoby, krótko mówiąc, nie była możliwa "cywilizacja" bez swoiście rozumianej "tolerancji".
 
Tolerancja, dość podobnie rozumiana jak to "filozofowie" czynili i czynią jest natomiast niewątpliwie warunkiem praktycznego funkcjonowania imperializmu. Jeśli w państwie nie ma oczywistej grupy dominującej - bo jest tak rozległe, że przekracza naturalne granice między grupami etnicznymi, religiami czy rasami - to "grupa trzymająca władzę" siłą rzeczy zmuszona jest dbać za wszelką cenę o to, aby się poddani między sobą za łby nie wzięli. W praktyce rekrutując się i obdarzając w zamian za poparcie przywilejami różne grupy mniejszościowe.
 
Przykładów takiej polityki są legiony. Choćby Syria gdzie, aż do wybuchu ostatniej wojny domowej, władza należała do stanowiącej relatywnie niedużą mniejszość, szyickiej sekty alawitów.
 
Jeśli dochodzi do wybuchu przemocy, to wówczas, gdy ktoś próbuje zmienić status quo. Na tym zresztą polega najważniejsza różnica między "tolerancją" wolterowską, a "pokojem" w tradycyjnym sensie tego słowa.
 
Ludzie nie są na ogół skłonni zabijać innych tylko dlatego, że tamci inaczej mówią, ubierają się, odbywają inne rytuały, czy też mają inne zwyczaje - osobliwie, gdy zdążyli już do ich widoku przywyknąć. Sytuacja ulega zmianie, gdy ktoś usiłuje w społeczności dobrze zasiedziałej zaprowadzić jakieś NOWE rytuały, NOWE obyczaje, itd. Taka próba spotyka się z oporem, nieraz gwałtownym.
 
W tradycyjnym pojmowaniu "pokoju" wina za taki wybuch przemocy leży po stronie propagatora nowości. To on naruszył "pokój społeczny" - a grupa się tylko przed nim broni.
 
"Filozofowie" usiłują od 200 lat z okładem odwrócić tę relację. Nowocześnie pojmowana "tolerancja" ma oznaczać gotowość do zaakceptowania DOWOLNEGO poglądu czy obyczaju (a nie tylko - już opatrzonego, oswojonego, przetrawionego), a jego "nowość" ma być wartością dodatnią, a nie ujemną (patrz - to, co pisałem o "idei postępu"). To się oczywiście niezbyt udaje. No ale, jak widzimy na co dzień - jeśli fakty nie zgadzają się z teorią - tym gorzej dla faktów...
 
Użyteczność idei "tolerancji" dla imperializmu jest oczywista. Kto chce, może sobie z tego faktu sam dalsze wnioski wysnuwać - ja rozważania te urywam dzisiaj w tym punkcie...

6 komentarzy:

  1. Każda odmienność była kiedyś nowa. Wprowadzenie kolejnej nie musi się wiązać w wybuchem przemocy, można ją po jakimś czasie oswoić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że nie musi. Ale może. "Nienaturalność" idei "tolerancji" polega na tym, że próbuje się na ludziach WYMUSIĆ, aby z góry wszelką nowość darzyli zaufaniem i życzliwością. A to jest wręcz - sprzeczne z instynktem samozachowawczym...

      Usuń
  2. Boszsz... zawsze ze słownikiem. :/ Czy nie można napisać po ludzku:-obojętność? :DDDD

    Jaja wielkiego i tłustego w miłych okolicznościach przyrody życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. stopień tolerancji jest odwrotnie proporcjonalny do poziomu lęku /gdzie lęk definiujemy jako strach przed UROJONYM zagrożeniem/... na przykład tacy konserwatyści /rodzaj socjalizmu/ robią w gacie na widok Dody w przykrótkiej ich zdaniem spódniczce...
    osobiście jestem bardzo nietolerancyjny, ale wobec zachowań i zjawisk, które NAPRAWDĘ mogą mi zagrozić... bywam więc też czasem nietolerancyjny wobec lękowych paranoików...
    pozdrawiać :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nierealne, nierzeczywiste, bo indywidualistyczne ujęcie problemu. W rzeczywistości tylko bardzo rzadkie, wręcz skrajnie rzadko spotykane jednostki samodzielnie oceniają, co jest groźne, a co nie - ogromna większość zdaje się na instynkt stadny. A "tolerancja" w rozumieniu oświeceniowym (tfu, tfu, tfu..!) to właśnie próba wmówienia ludziom, że NIC im zagrozić nie może, bo co by ich nie spotkało nowego, jako zbiorowość - jest oczywiście dobre i słuszne...

      Usuń