Blog główny

środa, 23 kwietnia 2014

Bóg, człowiek, wartości

Przed podbojem hiszpańskim ulubioną rozrywką Majów był rodzaj gry w piłkę, zwany Ōllamaliztli. Na najwyższym poziomie rozgrywek, mecz kończył się złożeniem jednej z drużyn w ofierze bóstwom. Dawniej sądzono, że taki los spotykał drużynę przegraną. Nowsze badania sugerują, że ginęli... zwycięzcy!
 
stadion piłkarski w Chichen Itza
 
I teraz pytanie do indywidualistów - woluntarystów, którzy od dawna mnie irytują: naprawdę potraficie sobie wyobrazić, że jakiś nieznany nam z imienia prorok - założyciel majańskiej religii pewnego pięknego dnia po prostu sobie wstał i powiedział: no dobra chłopaki, od tej pory nagrodą główną w rozgrywkach ligowych będzie wyrwanie ręką bijącego jeszcze serca, po uprzednim rozcięciu mostka obsydianowym nożem! Bez znieczulenia!
 
Nie to, żebym uważał graczy w piłkę za jakichś tytanów intelektu (niezależnie od tego, którą częścią ciała odbijają ów mroczny przedmiot pożądania...) - ale chyba nawet reprezentacja Polski w piłce kopanej dostrzegłaby pewne minusy tej propozycji - nieprawdaż..?
 
Tymczasem tak naprawdę było. Ludzie latami ćwiczyli do utraty tchu po to, aby finalnie dostąpić zaszczytu bycia ofiarą. Podkreślam ten aspekt, bo ostatecznie to, że ktoś dał się zabić (nawet okrutnie) w walce - można wytłumaczyć chwilową niepoczytalnością, uniesieniem, ekscytacją - czym zresztą chcecie. Ale trwającego przez wiele lat ciężkiego treningu tak się już nie wytłumaczy.
 
Według niektórych socjologów, tego rodzaju poświęcenie wynika z dążenia do zaspokojenia "potrzeby akceptacji". Mam co do tego poważne wątpliwości. Oczywiście, w pewnych przypadkach tak mogło w rzeczy samej być. Człowiek zresztą robi czasem dziwne rzeczy choćby po to, żeby lżej było jego bliskim (a nawet za Stalina, jak się zdaje, rodzinom pośmiertnych "Bohaterów Sowieckowo Sojuza" trochę lżej było... no - czasami..!). Jednak ofiary majańskich rytuałów są dla nas doskonale anonimowe. Jeśli nawet tłum widzów z uwielbieniem powtarzał imiona złożonych w ofierze bohaterów, to musiała to być bardzo chwilowa sława - i ćwiczący się w grze kandydaci na mistrzów musieli o tym wiedzieć. Pomimo znajomości pisma i umiejętności tworzenia bardzo trwałych monumentów, nie podjęli bowiem Majowie najmniejszej próby uwiecznienia ich imion...
 
Poświęcenie majańskich graczy w piłkę to zresztą tylko najbardziej jaskrawy przykład - ze względu na spektakularność czekającego ich końca. Ale "z tej samej parafii" jest też cierpliwa praca anonimowych skrybów, artystów, ogrodników, budowniczych - nie na swoją chwałę, lecz na chwałę Pana budujących te wspaniałe dzieła wczesnego średniowiecza, których tak niewiele do nas dotrwało.
 

Można jeszcze próbować, dość karkołomnego moim zdaniem, tłumaczenia wiarą w przyszłą, pozagrobową nagrodę. Jest to jakiś przyczynek, owszem, czemu nie. Ale całości problemu w żadnym razie nie rozwiązuje. Mamy tu zresztą pod ręką doskonały materiał badawczy: tzw. "islamskich terrorystów". Nader skłonnych do samobójczych ataków. Których wcale liczna grupa kibluje po różnych Guantanamo czy innych Klewkach. Zali naprawdę tacy z nich mistycy, co by tylko o raju i hurysach śnili..? Badań nie robiłem, nie mam do nich przecież dostępu. Z wyrywkowych publikacji, które się tu i ówdzie pojawiają, wnioskuję jednak, że znacznie więcej jest w nich gniewu niż mistycyzmu...
 
Oczywiście, że mam swoją teorię na ten temat. Inaczej bym tego wszystkiego w ogóle nie pisał, nieprawdaż?
 
Przede wszystkim nie sposób traktować "indywidualistycznego woluntaryzmu" inaczej niż jako zgrubnej, mylącej metafory. NIKT spośród żyjących nie jest tak naprawdę "twórcą wartości". Nawet najwięksi rewolucjoniści religijni o których cokolwiek wiemy, nie tworzyli "od nowa", "na surowym korzeniu". Czyż Chrystus nie przyszedł wypełnić Prawo? Nawet, jeśli jego przesłanie okazało się koniec końców rewolucyjne, to przecież cała ta rewolucja sprowadza się do rekombinacji pewnych od dawna istniejących elementów - i to takiej rekombinacji, która tylko niewielkimi szczegółami różniła się od całego szeregu dość podobnych prób podejmowanych w tym samym czasie i miejscu - o których archeologia i badania tekstów dają nam coraz to większą wiedzę.
 
Koran jest po prostu pastiszem dawniejszych tradycji - i jest to widoczne gołym okiem dla każdego, kto spróbuje odczytać zawarte w nim opowieści biblijne.
 
Budda też niczego nowego nie zaproponował - on tylko podjął wysiłek sformułowania nowej metody osiągania celów, które od dawna już w indyjskiej kulturze funkcjonowały. Zapewne to samo dotyczy też Lao Zi (o ile taka postać w ogóle istniała - a nie jest jedynie personifikacją pewnego zbiorowego wysiłku, trwającego przez dłuższy czas).
 
Nigdy nie było gościa, który by wstał i powiedział Majom: no dobra chłopaki, od tej pory nagrodą główną w rozgrywkach ligowych będzie wyrwanie ręką bijącego jeszcze serca, po uprzednim rozcięciu mostka obsydianowym nożem! Bez znieczulenia!
 
Innowacje, rekombinacje, mutacje obyczajów, które koniec końców doprowadziły do budowy takich stadionów jak ten w Chichen Itza i organizacji formalnych zawodów, kończących się złożeniem zwycięskiej drużyny w ofierze, następowały przez tysiąclecia. Drobnymi kroczkami. Ogromna większość ich autorów nie zdawała sobie nawet sprawy, że proponuje "coś nowego" - oni co najwyżej "przypominali", "odświeżali", "przywracali" obyczaj, który im samym wydawał się odwieczny.
 
Teza, iż "Majowie stworzyli swoich bogów" jest w kontekście natury tego procesu absurdalna. Nie! To bogowie uczynili Majów Majami. Sama logika obiektywnego, a więc niezależnego od czyichkolwiek indywidualnych kaprysów procesu kulturowego kształtuje tożsamość ludu, który jest tego procesu podłożem i nosicielem.
 
Owszem - "proces kulturowy" nie ma ciała ani twarzy. Zaprawdę jednak: bardziej jest on realny, bardziej istniejący i bardziej cielesny od ludzi, w których głowach się dzieje. Albowiem jednostki są - do pewnego stopnia - wymienne i przypadkowe. W przeciwieństwie do "procesu kulturowego", który nie jest dowolny, lecz z konieczności wypełnia pewną immanentną logikę. To proces determinuje świadomość i zachowanie jednostek, a nie odwrotnie.
 
Kultury oczywiście są do pewnego stopnia mierzalne i porównywalne: służą temu pola bitew i targowiska (ostatnio także porodówki - ale to osobna sprawa...). Na co dzień jednak, każda tworzy pewną autonomiczną, zamkniętą w sobie całość, w przemożny sposób determinując zachowanie swoich nosicieli.
 
 
Dzisiaj przyznam się Wam do jeszcze jednej słabości. Otóż - ja nie mogę jeść, jeśli mam czapkę na głowie. No nie mogę. Jest to absolutnie niewykonalne. Choćby było -30 stopni, a ja pomykałbym po smaganych lodowatym wichrem ulicach z kebabem w łapie - trudno i darmo: muszę odpiąć kaptur, uszatkę włożyć do kieszeni i ryzykować odmrożenie uszu. Próba przyjmowania pokarmów w czapce na głowie (podobnie zresztą jak np. próba wejścia do kościoła w czapce...) wywołuje tak dotkliwy dyskomfort, że nie mam w tej materii najmniejszego wyboru. To jest właśnie - siła kulturowego przymusu.
 
Ta sama siła napędzała majańskich graczy w piłkę...

1 komentarz:

  1. Ja również tego rodzaju przymus odczuwam i zastanawiam się wówczas, jakim cudem pewne lęki, zahamowania czy - przeciwnie - skłonności się w mojej głowie pojawiły. Staram się je mocno utemperować.

    OdpowiedzUsuń