Blog główny

sobota, 12 kwietnia 2014

Biznesmen w podróży służbowej

Obiecany wpis o szalonej idei tolerancji się opóźnia - ale takie jest życie. Przez kilka dni miałem wrażenie, że statystuję w jakimś "Taxi 5", albo w amerykańskiej komedii o Francuzach. Na czym to polegało, najlepiej pokażę na przykładzie. Po 11 godzinach stania przy stoisku lub biegania po terenie targów - nawet łyskacza nie zdążyłem ani razu spróbować, choć Szkoci polewali, a przecież wszyscy wiedzą, że bardzo lubię - a co dopiero mówić o jedzeniu, którego zresztą na miejscu prawie że nie było - gospodarze zapakowali nas do autobusów (ze 300 osób nas było, więc trochę to trwało) tylko po to, żeby przewieźć... jakieś 1000 metrów, wokół portu jachtowego. 

Port jachtowy, po lewej komandoria maltańska

Po czym zostaliśmy z autobusów wygnani, ustawieni w długą kolejkę i najpierw przepuszczeni przez wspaniałą maltańską komandorię (zaiste, w innych okolicznościach szczena by mi opadła z zachwytu), głównie wspinając się po stromych, śliskich schodkach wykutych w kamieniu, a potem przez dziwną, ale bardzo artystyczną konstrukcję, złożoną głównie ze schodów i pustej przestrzeni, która zdaje się, miała wyrażać morskie ambicje Marsylii z okazji przyznania jej tytułu "europejskiej stolicy kultury" w 2013 roku.

"Coś" złożone głównie ze schodów i pustej przestrzeni

Na końcu tego około kilometrowego marszu w górę i w dół wsiadało się do promu. Jednego z trzech. Promy przepłynęły przez port (gdzieś w połowie drogi zacząłem przysypiać...). Po czym po kolei przybijały do przystani - starając się trafić trapem w początek (brudnego) czerwonego dywanu rozciągniętego na przestrzeni kolejnych kilkuset metrów. Co nie było takie proste - i trwało swoje. Co ten czerwony dywan miał wyrażać, nikt z nas nie miał pojęcia - a byliśmy już wszyscy zbyt zmęczeni, żeby chociaż pytać...

widok na port

Jak już przekuśtykałem do budynku przystani promowej (skurcz mnie w obu łydkach złapał...), to na miejscu znaleźliśmy się w sporej, przyciemnionej, kompletnie pustej sali, gdzie przy wejściu kelnerzy rozdawali wino, wino, wino i wodę (wybrałem wodę obawiając się, że po winie to już od razu klapnę na podłogę...), a na środku jakiś gostek zapodawał na kontrabasie. Nic do żarcia. Nasi, jak to Polacy, od razu rozeszli się poszukać, czy aby nie ma gdzieś jakiegoś zaplecza, kuchni, śmietnika bodaj - wiadomo: przetrwają najlepiej przystosowani...

Tylko ja zostałem, bo już naprawdę nie mogłem się ruszyć i było mi w rosnącym stopniu wszystko jedno. Toteż musiałem poczekać, aż nasi z poszukiwań (bezowocnych) wrócą, nim wszyscy poszliśmy kolejnymi schodami na górę. Tam dopiero były stoliki, przy których można było klapnąć i gdzie kelnerzy roznosili coś - w przerwach między przemówieniami, ma się rozumieć - na kształt kolacji.

O smakach nie będę się wypowiadał, bo wiadomo już, że jestem uprzedzony i trudno, aby po takim wstępie najlepszy nawet kucharz zdołał wzbudzić mój entuzjazm. Nie jest to zresztą takie istotne, suchą bagietkę też bym zeżarł. Grunt, że wstaliśmy od stołu bardzo, ale to bardzo zmęczeni - tak zmęczeni, że kwestia tego, czy byliśmy najedzeni, czy nie, straciła na aktualności. Dobrze chociaż, że w drodze powrotnej autobus jechał już normalnie, w miarę prosto do hotelu...

Byłem kilka razy we Francji. Francuzi potrafią być irytujący (jak każda nacja - dla innej, albo i dla samej siebie...). Ich sposób celebrowania posiłków znacząco różni się od tego, do czego jestem przyzwyczajony, ale - do diaska - celebrowanie celebrowaniem, a dobrze przecież pamiętam, że i celebrując - normalnie to się we Francji żre! Lepsza Połowa wiadro muli, które nam podano, jakeśmy zwiedzali onegdaj Bretanię, do tej pory wspomina z sentymentem.

Sumaryczny efekt był taki, że jeden z naszych szefów się niebezpiecznie struł (podobno ugryzł gdzieś jabłko...), a ja pod koniec pobytu srałem krwią: sądzę, że głównie dlatego, iż wszystko, co było podawane do jedzenia, było odtłuszczone, dietetyczne, homogenizowane, itd. - i zwyczajnie, uszkodziłem sobie jelita...

Po co opowiadam całą tę martyrologię - i to jeszcze na blogu "teoretycznym" z założenia..? No cóż, z Boską Wolą to w każdym razie z całą pewnością nie ma nic wspólnego - a chciałem sobie zwyczajnie ulżyć na wątrobie. Poza tym, mam wrażenie, że jest w tym jakiś signum temporis: przypadek oczywiście skrajny i oczywiście wynikły z niezrozumienia kontekstu (gdybyśmy byli zwykłymi turystami, byczącymi się przez cały Boży dzień na plaży, taki koniec dnia byłby może i ciekawy...) - ale czy aby taki właśnie przerost formy nad treścią, nie jest treścią cywilizacji znanej obecnie jako "zachodnia", lub też "konsumpcyjna"..?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz