Blog główny

środa, 23 kwietnia 2014

Bóg, człowiek, wartości

Przed podbojem hiszpańskim ulubioną rozrywką Majów był rodzaj gry w piłkę, zwany Ōllamaliztli. Na najwyższym poziomie rozgrywek, mecz kończył się złożeniem jednej z drużyn w ofierze bóstwom. Dawniej sądzono, że taki los spotykał drużynę przegraną. Nowsze badania sugerują, że ginęli... zwycięzcy!
 
stadion piłkarski w Chichen Itza
 
I teraz pytanie do indywidualistów - woluntarystów, którzy od dawna mnie irytują: naprawdę potraficie sobie wyobrazić, że jakiś nieznany nam z imienia prorok - założyciel majańskiej religii pewnego pięknego dnia po prostu sobie wstał i powiedział: no dobra chłopaki, od tej pory nagrodą główną w rozgrywkach ligowych będzie wyrwanie ręką bijącego jeszcze serca, po uprzednim rozcięciu mostka obsydianowym nożem! Bez znieczulenia!
 
Nie to, żebym uważał graczy w piłkę za jakichś tytanów intelektu (niezależnie od tego, którą częścią ciała odbijają ów mroczny przedmiot pożądania...) - ale chyba nawet reprezentacja Polski w piłce kopanej dostrzegłaby pewne minusy tej propozycji - nieprawdaż..?
 
Tymczasem tak naprawdę było. Ludzie latami ćwiczyli do utraty tchu po to, aby finalnie dostąpić zaszczytu bycia ofiarą. Podkreślam ten aspekt, bo ostatecznie to, że ktoś dał się zabić (nawet okrutnie) w walce - można wytłumaczyć chwilową niepoczytalnością, uniesieniem, ekscytacją - czym zresztą chcecie. Ale trwającego przez wiele lat ciężkiego treningu tak się już nie wytłumaczy.
 
Według niektórych socjologów, tego rodzaju poświęcenie wynika z dążenia do zaspokojenia "potrzeby akceptacji". Mam co do tego poważne wątpliwości. Oczywiście, w pewnych przypadkach tak mogło w rzeczy samej być. Człowiek zresztą robi czasem dziwne rzeczy choćby po to, żeby lżej było jego bliskim (a nawet za Stalina, jak się zdaje, rodzinom pośmiertnych "Bohaterów Sowieckowo Sojuza" trochę lżej było... no - czasami..!). Jednak ofiary majańskich rytuałów są dla nas doskonale anonimowe. Jeśli nawet tłum widzów z uwielbieniem powtarzał imiona złożonych w ofierze bohaterów, to musiała to być bardzo chwilowa sława - i ćwiczący się w grze kandydaci na mistrzów musieli o tym wiedzieć. Pomimo znajomości pisma i umiejętności tworzenia bardzo trwałych monumentów, nie podjęli bowiem Majowie najmniejszej próby uwiecznienia ich imion...
 
Poświęcenie majańskich graczy w piłkę to zresztą tylko najbardziej jaskrawy przykład - ze względu na spektakularność czekającego ich końca. Ale "z tej samej parafii" jest też cierpliwa praca anonimowych skrybów, artystów, ogrodników, budowniczych - nie na swoją chwałę, lecz na chwałę Pana budujących te wspaniałe dzieła wczesnego średniowiecza, których tak niewiele do nas dotrwało.
 

Można jeszcze próbować, dość karkołomnego moim zdaniem, tłumaczenia wiarą w przyszłą, pozagrobową nagrodę. Jest to jakiś przyczynek, owszem, czemu nie. Ale całości problemu w żadnym razie nie rozwiązuje. Mamy tu zresztą pod ręką doskonały materiał badawczy: tzw. "islamskich terrorystów". Nader skłonnych do samobójczych ataków. Których wcale liczna grupa kibluje po różnych Guantanamo czy innych Klewkach. Zali naprawdę tacy z nich mistycy, co by tylko o raju i hurysach śnili..? Badań nie robiłem, nie mam do nich przecież dostępu. Z wyrywkowych publikacji, które się tu i ówdzie pojawiają, wnioskuję jednak, że znacznie więcej jest w nich gniewu niż mistycyzmu...
 
Oczywiście, że mam swoją teorię na ten temat. Inaczej bym tego wszystkiego w ogóle nie pisał, nieprawdaż?
 
Przede wszystkim nie sposób traktować "indywidualistycznego woluntaryzmu" inaczej niż jako zgrubnej, mylącej metafory. NIKT spośród żyjących nie jest tak naprawdę "twórcą wartości". Nawet najwięksi rewolucjoniści religijni o których cokolwiek wiemy, nie tworzyli "od nowa", "na surowym korzeniu". Czyż Chrystus nie przyszedł wypełnić Prawo? Nawet, jeśli jego przesłanie okazało się koniec końców rewolucyjne, to przecież cała ta rewolucja sprowadza się do rekombinacji pewnych od dawna istniejących elementów - i to takiej rekombinacji, która tylko niewielkimi szczegółami różniła się od całego szeregu dość podobnych prób podejmowanych w tym samym czasie i miejscu - o których archeologia i badania tekstów dają nam coraz to większą wiedzę.
 
Koran jest po prostu pastiszem dawniejszych tradycji - i jest to widoczne gołym okiem dla każdego, kto spróbuje odczytać zawarte w nim opowieści biblijne.
 
Budda też niczego nowego nie zaproponował - on tylko podjął wysiłek sformułowania nowej metody osiągania celów, które od dawna już w indyjskiej kulturze funkcjonowały. Zapewne to samo dotyczy też Lao Zi (o ile taka postać w ogóle istniała - a nie jest jedynie personifikacją pewnego zbiorowego wysiłku, trwającego przez dłuższy czas).
 
Nigdy nie było gościa, który by wstał i powiedział Majom: no dobra chłopaki, od tej pory nagrodą główną w rozgrywkach ligowych będzie wyrwanie ręką bijącego jeszcze serca, po uprzednim rozcięciu mostka obsydianowym nożem! Bez znieczulenia!
 
Innowacje, rekombinacje, mutacje obyczajów, które koniec końców doprowadziły do budowy takich stadionów jak ten w Chichen Itza i organizacji formalnych zawodów, kończących się złożeniem zwycięskiej drużyny w ofierze, następowały przez tysiąclecia. Drobnymi kroczkami. Ogromna większość ich autorów nie zdawała sobie nawet sprawy, że proponuje "coś nowego" - oni co najwyżej "przypominali", "odświeżali", "przywracali" obyczaj, który im samym wydawał się odwieczny.
 
Teza, iż "Majowie stworzyli swoich bogów" jest w kontekście natury tego procesu absurdalna. Nie! To bogowie uczynili Majów Majami. Sama logika obiektywnego, a więc niezależnego od czyichkolwiek indywidualnych kaprysów procesu kulturowego kształtuje tożsamość ludu, który jest tego procesu podłożem i nosicielem.
 
Owszem - "proces kulturowy" nie ma ciała ani twarzy. Zaprawdę jednak: bardziej jest on realny, bardziej istniejący i bardziej cielesny od ludzi, w których głowach się dzieje. Albowiem jednostki są - do pewnego stopnia - wymienne i przypadkowe. W przeciwieństwie do "procesu kulturowego", który nie jest dowolny, lecz z konieczności wypełnia pewną immanentną logikę. To proces determinuje świadomość i zachowanie jednostek, a nie odwrotnie.
 
Kultury oczywiście są do pewnego stopnia mierzalne i porównywalne: służą temu pola bitew i targowiska (ostatnio także porodówki - ale to osobna sprawa...). Na co dzień jednak, każda tworzy pewną autonomiczną, zamkniętą w sobie całość, w przemożny sposób determinując zachowanie swoich nosicieli.
 
 
Dzisiaj przyznam się Wam do jeszcze jednej słabości. Otóż - ja nie mogę jeść, jeśli mam czapkę na głowie. No nie mogę. Jest to absolutnie niewykonalne. Choćby było -30 stopni, a ja pomykałbym po smaganych lodowatym wichrem ulicach z kebabem w łapie - trudno i darmo: muszę odpiąć kaptur, uszatkę włożyć do kieszeni i ryzykować odmrożenie uszu. Próba przyjmowania pokarmów w czapce na głowie (podobnie zresztą jak np. próba wejścia do kościoła w czapce...) wywołuje tak dotkliwy dyskomfort, że nie mam w tej materii najmniejszego wyboru. To jest właśnie - siła kulturowego przymusu.
 
Ta sama siła napędzała majańskich graczy w piłkę...

wtorek, 22 kwietnia 2014

O państwie i takich tam - w punktach

Pisałem o tym wszystkim wiele razy i - na tyle, na ile rzecz jest w ogóle do ogarnięcia w potężnym chaosie mojego bloga głównego - spróbuję podać odnośniki przynajmniej do główniejszych tekstów. Rzecz wciąż wydaje się jednak aktualna, spróbuję zwięźle zebrać to razem do kupy. W punktach.
 
Czym państwo nie jest?
 
1. Państwo nie jest "racjonalnym tworem ludzkiego umysłu, przeznaczonym do spełniania określonych, pożytecznych funkcji". Długo by o tym opowiadać, poszczególne elementy składające się na ten szkodliwy przesąd pojawią się zresztą poniżej - ale koronny dowód ma charakter ostensywny. Leży nam wszystkim przed oczami. Wystarczy go tylko pokazać. Otóż - państwa które znamy lub możemy znać z autopsji ani nie są racjonalne (a w żadnym razie racjonalnie się nie zachowują...), ani też, na ogół, jakichś szczególnie pożytecznych funkcji nie pełnią... Definicja Moi Drodzy, to nie jest program wyborczy, żeby miała nam opowiadać o tym, co być powinno, a nie jest! Aczkolwiek z lojalności zaznaczam, że Konfucjusz miał na ten temat inne zdanie...
 
2. Państwa nie da się sprowadzić do roli "stróża nocnego". Znowu - nie dlatego, że państwo NIE POWINNO być jedynie "stróżem nocnym". Ależ owszem, idea ta nie jest mi wcale wstrętną i chętnie bym się pod nią podpisał, gdyby nie jeden szczegół. To po prostu w rzeczywistości dzieje się całkiem inaczej. Jak bardzo by nie był ograniczony w swoich uprawnieniach rząd w chwili jego ustanowienia (w taki, czy w inny sposób - o czym też niżej), z biegiem czasu jego uprawnienia zawsze rosną. Państwo jest z natury zachłanne - i doświadczenie uczy nas, że inne być nie może. Dlaczego tak się dzieje, to sobie u Cyryla Parkinsona przeczytajcie...
 
3. Państwo nie jest skutkiem "umowy społecznej". Możecie, owszem, przywoływać przykład paktu z "Mayflower" - ale to zdecydowanie wyjątek od ogólnej reguły. No i gdzie niby, jak nie w kraju (jakoś tam, symbolicznie, bo przecież nie dosłownie...) w ten sposób "ustanowionym" za precedens konstytucyjny uważana jest... wojna secesyjna, która raz na zawsze rozstrzygnęła, że członkostwo w Unii jest nieodwołalne i nie da się z niej wystąpić, choćby i ktoś chciał..? Znacie inne przykłady "umów nierozwiązywalnych"...? Toż to kpiny, a nie umowa...(1)
 
4. Państwo nie jest "Lewiatanem broniących ludzi przed ich własną agresją". Poniekąd, ta hobbesowska fantazja ma coś w sobie - o tyle przynajmniej, że państwo faktycznie przypomina jakąś apokaliptyczną bestię. Ale to, czy owa bestia faktycznie ludzi przed czymś broni - to już nie jest kwestia dyskusyjna. To oczywista nieprawda! Jeśli nawet państwo łapie złodziei i morderców, to robi to przy okazji, na marginesie swojej zasadniczej działalności i wcale NIE MUSI tego robić, aby wciąż funkcjonować - całkiem sprawnie.(2) A z całą pewnością (i tu rację mają libertarianie, co do których zdolności oceny rzeczywistości jestem jednak, ogólnie, sceptyczny...) państwo powoduje znacznie więcej zła, niż go zwalcza. Wystarczy podliczyć sobie z boczku, na kalkulatorku albo i w Excelu, wyrywkowo choćby wybrane liczby ofiar co bardziej znanych wojen (przecież, że wywołanych przez państwa, a nie przez państwa Kowalskich...) - i porównać to ze statystykami przestępstw...
 
5. Państwo nie jest też jednakowoż efektem "spisku" jakiejś nielicznej mniejszości, czy zgoła jednostki, która w ten sposób, sprytnie manipulując tłumami, żyje sobie na ich koszt. Posłuszeństwo władzy jest na ogół dobrowolne, a potrzeba użycia nagiej siły lub oczywistej manipulacji - rzadka. Co poniektórzy blogerzy ekscytują się teraz upadkiem sąsiedniej Ukrainy. Podając nawet wyliczenia, z których wynika, że państwo, dziedziczące w 1991 roku nieproporcjonalnie wielką część potencjału militarnego upadłego supermocarstwa, w roku 2014 jest w stanie efektywnie wysłać w pole nie więcej niż 500 uzbrojonych ludzi w miarę posłusznych rozkazom. To rzeczywiście godne podziwu. Ale czyż nie jest JESZCZE BARDZIEJ zastanawiające jak tak słaba struktura mogła trwać TAK DŁUGO? Przecież, gdyby Janukowycz nie wszedł w zeszłym roku między "potężne szermierze", co to postanowiły zabawić się na jego podwórku - dalej by sobie szczęśliwie panował ze swojej nowobogackiej wilii nad Dnieprem...(3) Dawno pisałem, że gdyby nasz Sołtys zebrał drużynę straży pożarnej z Boskiej Woli - to najprawdopodobniej spokojnie przegoniłby rząd w Warszawie. Biorąc pod uwagę, że polskich "siłowników" wciąż nie należy cenić wiele wyżej od ukraińskich - aż strach, jak blisko byłem prawdy..! A wyście myśleli, że to retoryczna przesada jeno! Widać jednak z tego to właśnie, że posłuszeństwo jest NA OGÓŁ dobrowolne i bynajmniej nie trzeba się szczególnie trudzić, czy spiskować, aby je uzyskać...
 
6. Libertarianie w odpowiedzi na powyższe na ogół zaperzają się i zaczynają opowiadać o "wielowiekowej manipulacji", o - jak to idzie? - "kulturze poddaństwa", czy jakoś tak... To nie jest całkiem od rzeczy! Przejdziemy zaraz do rozważań o tym, czym państwo w rzeczywistości jest - i nie da się ukryć, że jest państwo tworem kulturowym. Tyle tylko, że państwo nie jest WYŁĄCZNIE tworem kulturowym tak, jak to sobie libertarianie wyobrażają. Poznajemy to po tym, że... komunizm się nie udał! Gdyby państwo było TYLKO I WYŁĄCZNIE "wytworem określonej kultury" - to przecież nic nie stałoby na przeszkodzie we wdrażaniu dowolnych utopii, czyż nie? Kultura jest nieskończenie plastyczna. W tej chwili ruch pastafarian, czyli czcicieli "Latającego Potwora Spaghetti" to tylko kpina. Poczekajcie parę lat, a zobaczycie, jak potomkowie dzisiejszych kpiarzy wytyczają restauratorom procesy o obrazę uczuć religijnych...
 
Czym państwo jest?
 
1. Państwo ma właściwie tylko jedną "niezbywalną" funkcję. Służy mianowicie dystrybucji prestiżu. Jak kiedyś pisał Stanisław Michalkiewicz, "ognisko wodza płonie jaśniej". Przed królem zginają się kolana nawet zażartych republikanów. Prezydent - kurdupel w chwili złożenia przysięgi rośnie przynajmniej o kilka centymetrów. Prestiż, splendor, szacunek płyną w ten sposób z góry na dół po szczeblach hierarchii społecznej, spajając całe społeczeństwo w jedno. Upadek państwa następuje nie wtedy, gdy nie jest ono w stanie wyłapać złodziei i morderców (czy zgoła: zapewnić takich czy innych usług komunalnych...) - a wtedy i TYLKO WTEDY, gdy traci ono tę swoją "niezbywalną" funkcję. (4) Gdy ludzie lachę kładą na ordery, zaszczyty i awanse, a widok łopoczącej na wietrze flagi przypomina im tylko o tym, że wieje wiatr. Mamy w historii multum przykładów państw, które nie zapewniały swoim poddanym żadnego zgoła minimum "godnej i bezpiecznej" egzystencji - a mimo to trwały, rozwijały się i miały się dobrze. Wszystkie one budziły wśród swoich poddanych nabożny lęk i szacunek. I o to w tej zabawie chodzi...
 
2. Państwo jest tedy zabawą - ale taką zabawą, od której nie sposób uciec (jakkolwiek, jest to oczywiście tylko tzw. "prawda statystyczna" - można bowiem uciec: na emigrację wewnętrzną - co od dawna czynię i zalecam...). Formy tej zabawy zmieniają się, nieraz skrajnie, w ciągu wieków. Ale sama "zabawa" - trwa. Mądre kobiety słusznie traktują politykę jako dziecinadę. Bo tym właśnie w istocie jest - wyrywaniem sobie "kawałków" prestiżu, gargantuicznie powiększoną przepychanką w piaskownicy, domeną wiecznych chłopców z przerośniętym ego. (5)
 
3. Określenie państwa jako "zabawy" przybliża nas do pochwycenia tego, co jest w państwie "pozakulturowe". Pozakulturowe, czyli - biologiczne. Państwo jest formą w jakiej realizuje się instynkt zwierzęcia stadnego, jakim jest homo sapiens sapiens. Na takie dictum padają dwie odpowiedzi ze strony libertarian. Pierwsza, że człowiek nie mrówka, nie jest przez swoje instynkty w 100% zdeterminowany, może się przeciw nim zbuntować. Druga zaś - że przecież nie jest państwo JEDYNĄ formą w jakiej owe biologicznie zdeterminowane instynkty mogą być realizowane.
 
4. Jak chodzi o "bunt przeciw naturze", to mam tę romantyczną koncepcję za stek bzdur. Ktoś, kto coś takiego proponuje po prostu bardzo mało wie - i np. postrzega "naturę" jak ów nieszczęsny Hobbes, jako "wojnę każdego z każdym". Albo wydaje mu się, że istnieje jakaś fundamentalna sprzeczność między "życiem w stanie natury", a "życiem cywilizowanym". Nowsze badania jednoznacznie dowodzą, że takiej sprzeczności po prostu nie ma. Klaruję to jak komu dobremu od lat. Z jednej strony - nie są wcale zachowania ludzkie, w tym zwłaszcza zachowania społeczne człowieka jakoś sprzeczne, czy choćby dramatycznie różne - w stosunku do zachowań innych zwierząt stadnych. Z drugiej zaś, na każdym kroku spotykamy się z czymś, co można by metaforycznie nazwać "chytrością natury": instytucje ludzkiego życia społecznego, z pozoru oderwane od jakiejkolwiek "naturalności", w rzeczy samej temu właśnie służą, aby naturze stało się za dość... W ogóle dychotomie w stylu "dobro" - "zło", "duch" - "ciało", "kultura" - "natura" - od Dyabła są, bo tylko zaciemniają obraz rzeczywistości!
 
5. Natomiast oczywiście prawdą jest, że nie jest bynajmniej państwo jedyną możliwą formą, w jakiej potrafi się realizować ludzki instynkt stadny. Powstaje tylko pytanie - i to jest zarazem pierwsza HIPOTEZA jaką tu stawiam (do sprawdzenia: ale potrzeba by odrobiny badań zarówno źródłowych, jak i terenowych...) - czy formy alternatywne, jak: horda rodzinna, ród, plemię, kacykostwo - są w stanie funkcjonować w społecznościach liczebniejszych, niż, odpowiednio: kilkanaście - kilkadziesiąt - kilka tysięcy - kilkadziesiąt tysięcy osób..? Dobrze wiem, że takich badań nikt zapewne nie podejmie (byłyby, niezależnie od wyniku, niepoprawne politycznie...) - ale rzecz jest zaiste do sprawdzenia. Być może nawet eksperymentalnie. To by był prawdziwy dowód na słuszność - lub na niesłuszność - libertarianizmu...
 
6. Na naszych oczach za to, obok wspomnianego już upadku sąsiedniej Ukrainy, rozgrywa się inny, gigantyczny eksperyment in vivo. Ja akurat należę do nielicznej mniejszości ludzi stosunkowo słabo obdarowanych instynktem stadnym. Nie zapalałem świeczek po śmierci Jana Pawła II. Ani po katastrofie smoleńskiej. Nie daje datków dla Owsiaka. W ogóle - mało mnie obchodzą nastroje innych ludzi, a duże natężenie zbiorowych emocji wyzwala we mnie niekontrolowaną agresję, a nie chęć współuczestnictwa. A mimo to, dźwięki Mazurka Dąbrowskiego sprawiają, że gdzieś tam, w ciemnym zakamarku duszy, robi się trochę wilgotno. Tylko troszeczkę - i właściwie to się tego nawet wstydzę. Ale to reakcja wręcz na poziomie komórkowym. Czysto cielesna. Nie potrafię się wobec niej zbuntować. Natomiast Oda do radości nie wywołuje u mnie żadnych zgoła reakcji. A jak jest u Państwa? Robi się Wam wilgotno w duszy i w oczach przy utworze Beethovena (pewnie, że muzycznie należącym do zupełnie innej klasy, tu zgoda)? Jeśli tak, to Polska jest już trupem. Jeśli nie - to trupem w powiciu jest Jewrosojuz. I tylko dlatego - naprawdę, żadna ekonomia nie ma tu nic do rzeczy...
 
 
-----------------------------------------------------
(1) Właśnie dlatego małżeństwo to nie umowa, a sakrament...
(2) Jak to mawiają: nie kradnij - rząd nie znosi konkurencji!
(3) Starczyłoby przeciągać negocjacje z Jewrosojuzem. Cały błąd Janukowycza to że powiedział - albo dał się wmanewrować w sytuację, w której zmuszony był powiedzieć - jednoznaczne "nie". Czasem kunktatorstwo jest najlepszą metodą. Osobliwie, gdy jest się słabym, smacznym i w lesie...
(4) Co jest skądinąd przyczynkiem dla zrozumienia walki nowoczesnego gosudarstwa z tradycyjnymi Kościołami. Ludzie klękają przed biskupem..? Ależ to nie do zniesienia..!
(5) Owszem, takie dziewczynki też się trafiają. Ale rzadziej...

czwartek, 17 kwietnia 2014

Szalona idea tolerancji

Szaleństwo tego pomysłu dostrzegli już jego twórcy. Jeden z największych głupców w historii filozofii (przy czym jego głupota w niczym nie ujmuje jego niezaprzeczalnej inteligencji, której na wiele sposobów dowiódł...), niejaki Franciszek Maria Arouet, szerzej znany pod pseudonimem "Voltaire" kojarzony jest - niesłusznie skądinąd, bo tak naprawdę włożyła mu te słowa w martwe od ponad 100 lat usta dopiero w 1906 roku niejaka Evelyn Beatrice Hall - z maksymą nie zgadzam się z tym co mówisz, ale oddam życie, abyś miał prawo to powiedzieć.
 
Czy można sobie wyobrazić większy absurd? Jedno z dwojga: albo nie wierzę tak naprawdę w słuszność poglądów, które sam głoszę (i dlatego głoszenie poglądów przeciwnych jest mi obojętne) - albo kłamię, obiecując tolerancję (bo na razie nie mam jeszcze siły, aby przeciwnika stłamsić...). Tak więc tolerancja pojmowana literalnie prowadzi albo do indyferentyzmu, albo do hipokryzji. Sam Voltaire był w tej materii raczej hipokrytą - i sądzić należy, że tolerancję głosił jako wybieg taktyczny, chcąc w ten sposób zyskać bezpieczeństwo osobiste i sposobność podkopywania ancient regime, który materialnie wciąż był za jego czasów o wiele potężniejszy od "filozofów". Kiedy mógł, bez skrępowania dawał upust przyrodzonej złości - czy to inwestując (na dobry procent, płatny z zysków, jakie przyniosła sprzedaż schwytanych niewolników...) w ekspedycję, która zniszczyła paragwajskie misje nienawistnych mu jezuitów, czy to piejąc pochwalne peany ku czci Katarzyny II, której wojska miały były w Polsce opiekować się tolerancją właśnie...
 
 
Świat zwierzęcy nie daje nam przykładów funkcjonowania "tolerancji" w takim sensie, jakie temu słowu usiłuje się nadać współcześnie. Owszem - nieprawdziwy jest obraz "stanu natury" z rojeń Hobbesa, jako "wiecznej wojny każdego z każdym". Wszystkie zwierzęta, nawet te żyjące na co dzień samotnie, cechuje pewna oględność w relacjach z innymi przedstawicielami własnego gatunku. Jeśli niedźwiedź samotnik przegania konkurenta z obszaru, który uważa za własny, to przecież rzadko się zdarza, aby go ranił czy zabijał. Jeśli ogiery walczą ze sobą bez pardonu o prawo do krycia klaczy, to nie spotyka się, aby zwycięzca dobijał rannego rywala (robią to na ogół czekające na taką okazję drapieżniki...).
 
Walka nie jest bynajmniej "stanem naturalnym" - osobliwie, gdy wykracza poza konieczność zdobycia pożywienia lub obrony przed bezpośrednim zagrożeniem. Widzimy też w historii powszechnej, że na ogół możliwe było współzamieszkiwanie ludzi wyznających odmienne religie, mówiących odmiennymi językami, a nawet stosujących odmienne prawa (wbrew tezom Konecznego - do pewnego stopnia...) na bardzo nawet ograniczonym terytorium. Prześladowania, wojny, pogromy były WYJĄTKAMI, a nie regułą - że podręczniki częściej o nich piszą, niż o latach pokoju, to z tego samego powodu, dla którego i współcześnie łatwiej się znaleźć w telewizyjnym dzienniku wjechawszy wyładowanym autem w drzewo z wielką prędkością - niż dojechawszy bez wypadków do celu...
 
Wszystko to pod warunkiem wszelako, iż relacje pomiędzy jednostkami i grupami są jasno zdefiniowane (i tak samo, jak nieczęsto trafiają się wybuchy przemocy - tak też i nie ma w praktyce przykładów na RÓWNOUPRAWNIENIE: niemal zawsze jakaś grupa jest dominująca, a inne się jej podporządkowują...) - i nikt tych definicji aktualnie zmienić nie próbuje!
 
Nieprawdą jest tedy twierdzenie zwolenników "tolerancji", jakoby ich ukochana idea była jedyną możliwą alternatywą wobec uciemiężenia, prześladowań, morderstw - jakoby, krótko mówiąc, nie była możliwa "cywilizacja" bez swoiście rozumianej "tolerancji".
 
Tolerancja, dość podobnie rozumiana jak to "filozofowie" czynili i czynią jest natomiast niewątpliwie warunkiem praktycznego funkcjonowania imperializmu. Jeśli w państwie nie ma oczywistej grupy dominującej - bo jest tak rozległe, że przekracza naturalne granice między grupami etnicznymi, religiami czy rasami - to "grupa trzymająca władzę" siłą rzeczy zmuszona jest dbać za wszelką cenę o to, aby się poddani między sobą za łby nie wzięli. W praktyce rekrutując się i obdarzając w zamian za poparcie przywilejami różne grupy mniejszościowe.
 
Przykładów takiej polityki są legiony. Choćby Syria gdzie, aż do wybuchu ostatniej wojny domowej, władza należała do stanowiącej relatywnie niedużą mniejszość, szyickiej sekty alawitów.
 
Jeśli dochodzi do wybuchu przemocy, to wówczas, gdy ktoś próbuje zmienić status quo. Na tym zresztą polega najważniejsza różnica między "tolerancją" wolterowską, a "pokojem" w tradycyjnym sensie tego słowa.
 
Ludzie nie są na ogół skłonni zabijać innych tylko dlatego, że tamci inaczej mówią, ubierają się, odbywają inne rytuały, czy też mają inne zwyczaje - osobliwie, gdy zdążyli już do ich widoku przywyknąć. Sytuacja ulega zmianie, gdy ktoś usiłuje w społeczności dobrze zasiedziałej zaprowadzić jakieś NOWE rytuały, NOWE obyczaje, itd. Taka próba spotyka się z oporem, nieraz gwałtownym.
 
W tradycyjnym pojmowaniu "pokoju" wina za taki wybuch przemocy leży po stronie propagatora nowości. To on naruszył "pokój społeczny" - a grupa się tylko przed nim broni.
 
"Filozofowie" usiłują od 200 lat z okładem odwrócić tę relację. Nowocześnie pojmowana "tolerancja" ma oznaczać gotowość do zaakceptowania DOWOLNEGO poglądu czy obyczaju (a nie tylko - już opatrzonego, oswojonego, przetrawionego), a jego "nowość" ma być wartością dodatnią, a nie ujemną (patrz - to, co pisałem o "idei postępu"). To się oczywiście niezbyt udaje. No ale, jak widzimy na co dzień - jeśli fakty nie zgadzają się z teorią - tym gorzej dla faktów...
 
Użyteczność idei "tolerancji" dla imperializmu jest oczywista. Kto chce, może sobie z tego faktu sam dalsze wnioski wysnuwać - ja rozważania te urywam dzisiaj w tym punkcie...

sobota, 12 kwietnia 2014

Biznesmen w podróży służbowej

Obiecany wpis o szalonej idei tolerancji się opóźnia - ale takie jest życie. Przez kilka dni miałem wrażenie, że statystuję w jakimś "Taxi 5", albo w amerykańskiej komedii o Francuzach. Na czym to polegało, najlepiej pokażę na przykładzie. Po 11 godzinach stania przy stoisku lub biegania po terenie targów - nawet łyskacza nie zdążyłem ani razu spróbować, choć Szkoci polewali, a przecież wszyscy wiedzą, że bardzo lubię - a co dopiero mówić o jedzeniu, którego zresztą na miejscu prawie że nie było - gospodarze zapakowali nas do autobusów (ze 300 osób nas było, więc trochę to trwało) tylko po to, żeby przewieźć... jakieś 1000 metrów, wokół portu jachtowego. 

Port jachtowy, po lewej komandoria maltańska

Po czym zostaliśmy z autobusów wygnani, ustawieni w długą kolejkę i najpierw przepuszczeni przez wspaniałą maltańską komandorię (zaiste, w innych okolicznościach szczena by mi opadła z zachwytu), głównie wspinając się po stromych, śliskich schodkach wykutych w kamieniu, a potem przez dziwną, ale bardzo artystyczną konstrukcję, złożoną głównie ze schodów i pustej przestrzeni, która zdaje się, miała wyrażać morskie ambicje Marsylii z okazji przyznania jej tytułu "europejskiej stolicy kultury" w 2013 roku.

"Coś" złożone głównie ze schodów i pustej przestrzeni

Na końcu tego około kilometrowego marszu w górę i w dół wsiadało się do promu. Jednego z trzech. Promy przepłynęły przez port (gdzieś w połowie drogi zacząłem przysypiać...). Po czym po kolei przybijały do przystani - starając się trafić trapem w początek (brudnego) czerwonego dywanu rozciągniętego na przestrzeni kolejnych kilkuset metrów. Co nie było takie proste - i trwało swoje. Co ten czerwony dywan miał wyrażać, nikt z nas nie miał pojęcia - a byliśmy już wszyscy zbyt zmęczeni, żeby chociaż pytać...

widok na port

Jak już przekuśtykałem do budynku przystani promowej (skurcz mnie w obu łydkach złapał...), to na miejscu znaleźliśmy się w sporej, przyciemnionej, kompletnie pustej sali, gdzie przy wejściu kelnerzy rozdawali wino, wino, wino i wodę (wybrałem wodę obawiając się, że po winie to już od razu klapnę na podłogę...), a na środku jakiś gostek zapodawał na kontrabasie. Nic do żarcia. Nasi, jak to Polacy, od razu rozeszli się poszukać, czy aby nie ma gdzieś jakiegoś zaplecza, kuchni, śmietnika bodaj - wiadomo: przetrwają najlepiej przystosowani...

Tylko ja zostałem, bo już naprawdę nie mogłem się ruszyć i było mi w rosnącym stopniu wszystko jedno. Toteż musiałem poczekać, aż nasi z poszukiwań (bezowocnych) wrócą, nim wszyscy poszliśmy kolejnymi schodami na górę. Tam dopiero były stoliki, przy których można było klapnąć i gdzie kelnerzy roznosili coś - w przerwach między przemówieniami, ma się rozumieć - na kształt kolacji.

O smakach nie będę się wypowiadał, bo wiadomo już, że jestem uprzedzony i trudno, aby po takim wstępie najlepszy nawet kucharz zdołał wzbudzić mój entuzjazm. Nie jest to zresztą takie istotne, suchą bagietkę też bym zeżarł. Grunt, że wstaliśmy od stołu bardzo, ale to bardzo zmęczeni - tak zmęczeni, że kwestia tego, czy byliśmy najedzeni, czy nie, straciła na aktualności. Dobrze chociaż, że w drodze powrotnej autobus jechał już normalnie, w miarę prosto do hotelu...

Byłem kilka razy we Francji. Francuzi potrafią być irytujący (jak każda nacja - dla innej, albo i dla samej siebie...). Ich sposób celebrowania posiłków znacząco różni się od tego, do czego jestem przyzwyczajony, ale - do diaska - celebrowanie celebrowaniem, a dobrze przecież pamiętam, że i celebrując - normalnie to się we Francji żre! Lepsza Połowa wiadro muli, które nam podano, jakeśmy zwiedzali onegdaj Bretanię, do tej pory wspomina z sentymentem.

Sumaryczny efekt był taki, że jeden z naszych szefów się niebezpiecznie struł (podobno ugryzł gdzieś jabłko...), a ja pod koniec pobytu srałem krwią: sądzę, że głównie dlatego, iż wszystko, co było podawane do jedzenia, było odtłuszczone, dietetyczne, homogenizowane, itd. - i zwyczajnie, uszkodziłem sobie jelita...

Po co opowiadam całą tę martyrologię - i to jeszcze na blogu "teoretycznym" z założenia..? No cóż, z Boską Wolą to w każdym razie z całą pewnością nie ma nic wspólnego - a chciałem sobie zwyczajnie ulżyć na wątrobie. Poza tym, mam wrażenie, że jest w tym jakiś signum temporis: przypadek oczywiście skrajny i oczywiście wynikły z niezrozumienia kontekstu (gdybyśmy byli zwykłymi turystami, byczącymi się przez cały Boży dzień na plaży, taki koniec dnia byłby może i ciekawy...) - ale czy aby taki właśnie przerost formy nad treścią, nie jest treścią cywilizacji znanej obecnie jako "zachodnia", lub też "konsumpcyjna"..?